Jesienna Korsyka- cyrk Solitude

przed schroniskiem TighiettuNie byliśmy pewni jaka będzie pogoda, nocą wiało i niebo pokryły cienkie chmurki.

schronisko Tighliettu

 Wyszliśmy wcześnie, inni nocujący w schronisku ludzie szli w drugą stronę, czyli w dół. Pomimo tego, że Cyrk Solitude to najbardziej znane miejsce na GR 20 przez cały dzień nie spotkaliśmy ani jednej osoby. Podejście na Bocca Minuta jest szybkie i łatwe. To ok 600 metrów.

podejście na Bocca MinutaPrzełęcz jest gładka i prosta, chociaż z daleka grań wygląda na bardzo ostrą.

Bocca Minuta, fot Jose Antonio de la Fuente

Natomiast zejście jest bardzo strome. Niemal od samego początku zaczyna się charakterystyczne dla Cyrku Solitude skalne urwisko.

Cyrk Solitude

Szlak jest wyraźny i dobrze oznakowany. Pamiętam, że latem, kiedy zdarzyło nam się tu znaleźć w burzy i mgle nie było żadnych problemów z orientacją.

Cyrk Solitude

Dopiero teraz przy dość dobrej widoczności zobaczyłam co jest poniżej cyrku. Z grani widać spory kawał zachodniego wybrzeża i opadające od razu nisko stoki.

Cyrk Solitude

Sławne skalne płyty ubezpieczone łańcuchami, które kiedyś zlane ulewą wydawały mi się dość śliskie, teraz były zupełnie łatwe. Buty bardzo dobrze trzymały. Złapałam się żelastwa chyba tylko z rozpędu i z przyzwyczajenia. Kilka łańcuchów wisiało luźno, przyczepy się oberwały.

Cyrk Solitude

Szybko doszliśmy do najniższego punktu szlaku gdzie ścieżka na chwilkę gubi się w rozczłonkowanym rumowisku. W lipcu zalegał tam jeszcze lód, teraz było zupełnie sucho.

Cyrk Solitude

Podejście z daleka niemal pionowe w rzeczywistości jest łatwiejsze niż przeciwległy wystawiony na północ stok. Nie ma płyt, ścieżka wspina się urzeźbionym rumowiskiem, czasem trzeba użyć rąk, ale przy dobrej pogodzie nie ma potrzeby używania łańcuchów. Sprawiają wrażenie powieszonych tak, dla picu, ale na pewno bardzo się przydadzą kiedy pojawi się lód lub śnieg. Nie wydaje mi się, żeby z Cyrku Solitude dało się zejść. Pomysł, sprawdzenia przełączy pomiędzy Paglią Orbą i Capu Tofatu, na który miałam ochotę poprzedniego dnia najprawdopodobniej skończyłby się szukaniem obejścia. Poniżej szlaku cyrk opada niemal pionowo serią wygładzonych skalnych progów, a niższe piętra zarasta gęsty las.

Cyrk Solitude

Przed samą przełęczą Bocca Tumasginesca natrafiliśmy na wielką zaschniętą plamę krwi, być może ktoś sobie tam niedawno rozbił nos…

Cyrk Solitude

Koło południa byliśmy już na krawędzi cyrku. W drugą stronę roztaczał się wysokogórski, ale już mniej dramatyczny widok.

 Bocca Tumasginesca

Zejście z Bocca Tumasginesca jest nadal kruche i strome. Niepodobne do tego co zapamiętałam z lipca- wtedy większą część podejścia pokrywał śnieg. Teraz trochę się bałam, że w suchym marsjańskim krajobrazie nie uda nam się znaleźć wody, a bardzo już nam się chciało pić.

wyschnięte jeziorko

Próg doliny, latem wypełniony jeziorkiem wysechł, ale wystarczyło podejść kilkadziesiąt metrów w prawo po gładkim skalistym stoku, żeby znaleźć duże źródło.

widok w stronę Haut Asco

Dalej jest już prosto i dość dobrze widać szlak- porozdzielany na kilka wariantów, ale prowadzący do z daleka widocznej ścieżki.

ścieżka prowadząca na grań

Odbiliśmy tu od głównego nurtu GR-u schodzącego do restauracji Haut Asco i podobnie jak poprzednim razem poszliśmy starym wariantem trzymającym się grani. Miejscami widać wyblakłe biało- czerwone znaki, jest też dużo kopczyków, a czasem wydeptana ścieżka

widok z wyższego wariantu GR20

Pogoda psuła się i co jakiś czas zaczynało kropić. Traciliśmy czas ubierając się w kurtki i rozbierając znowu.

widok z wyższego wariantu GR20

Szliśmy powoli, bo chociaż to nie jest bardzo trudny szlak, wymaga sporadycznego używania rąk i wypatrywania wygodnej drogi. Zdarzają się eksponowane miejsca lub mylnie wydeptane dróżki.

widok z wyższego wariantu GR20

Widoki wokół nas zbladły, siąpiło, z północy ciągnął wał deszczowych chmur. Staraliśmy się  przyśpieszyć, ale nie bardzo było jak. Dopiero na ostatnim trawersie po dołączeniu do biegnącej z Haut Asco głównej ścieżki robi się wygodniej i łatwiej. Pomimo oznakowania przed przełęczą Murvella pogubiliśmy się i wdrapaliśmy na grań zbyt wcześnie. Pewnie nie jedyni, bo ta prowadząca donikąd droga była wyraźnie wydeptana.

jeziorko Murvella

Musieliśmy wrócić i odnaleźć ukryty w załomie skał szlak. Ściemniało się. Zejście z przełęczy to luźne kamienie na bardzo stromym stoku. Udało nam się jednak dobiec przed nocą do trzymającej stawek Murvella moreny i znaleźć kilka pięknych namiotowych miejsc. Rozbiliśmy namiot tuż przed burzą, ale to nas nie uchroniło od zamoknięcia. Okazało się, że nasz wywietrznik cieknie, a puchowe śpiwory i kurtki mocno nasiąkły. Nie dało się nic z tym zrobić. W ciemności mogliśmy tylko słuchać zwielokrotnionych echem piorunów i cieszyć się,  że targany wichurą namiot jeszcze stoi.

Lac de la Murvella

Share

Jesienna Korsyka-Paglia d’Orba


bergerie di Mazze, fot Jose Antonio de la Fuente<—Już po zmroku dobiegliśmy do Bergerie dio Mazze. Spodziewałam się łączki, może domku, ale pastwiska dawno już zarósł las. Po pasterzach zostało kilka zrujnowanych ziemianek, kamienne murki i źródło. Cały teren pokrywały głazy rozrzucone w porytej przez świnie ściółce. Jedyne płaskie miejsce, luksusowe, nawet z kawałkiem trawki znaleźliśmy na samej ścieżce.

Było wietrznie i zimno, ale chronił nas las. Drzewa bujały się i huczały. W nocy brzmiało to groźnie, ale tu na zachodnim wybrzeżu musiało być czymś bardzo zwykłym.

biwak w bergerie di MazzeDzień zapowiadał się pięknie. Czyste bezchmurne niebo, daleki widok na morze, nawet księżyc. Długo szliśmy w cieniu wysokich zasłaniających nas od wschodu gór. Ścieżka na tym odcinku jest wyraźnie widoczna i dobrze oznakowana. To dalszy ciąg Sentier de la Transhumance.

Sentier de la Transhumance, fot Jose Antonio de la FuenteTrzymaliśmy się jej aż do grani. Kawałek poniżej bergerie szlak rozwidla się. Są dobre drogowskazy. Jedna z odnóg skręca na Bocca Caprunale i do schronu Puscaghja, gdzie nie udało nam się dotrzeć wieczorem, druga wdrapuje się na Bocca Guagnarola. Początkowo to wydeptana leśna ścieżka na stromym zboczu. Wyżej wyszliśmy na piękne łąki w otoczeniu urwistych skał.

AA025 AA023 AA024Nadal byliśmy w cieniu, a na wyższych piętrach porządnie wiało. To piękna, dzika, niemal nieuczęszczana ścieżka. Nie jest trudna chociaż wspina się wysoko w skalistym i stromym terenie.

Bocca Guagnarola

Na zachodzie doskonale było widać wybrzeże i spokojne błękitne morze.

Golfe di Porto

Druga strona grani jest mniej urwista. Udało nam się odnaleźć trawers prowadzący do GR 20 niemal bez straty wysokości. Było kilka kopczyków, a czasem nawet ślad ścieżki. Daleko w dolinie wił się mocno wydeptany szlak i cieszyliśmy się, że odkryliśmy ten- taki piękny widokowo i dziki.

widok z trawersu na wschódWyszliśmy w ten sposób na górną odnogę GR 20 prowadzącą do  Refuge de Ciottulu di Mori. W schronisku nie było nikogo, ale leżały dwa śpiwory. Już wychodząc spotkaliśmy parę Anglików, którzy zeszli z Paglia  Orba. Przyszli do schroniska na jedną noc. Interesowały ich tylko szczyty. Powiedzieli nam,  że pogoda wytrwa jeszcze jeden dzień. Nie zdecydowaliśmy się iść na Paglia Orba. Jose nie miał ochoty, a ja byłam już tam kiedyś latem. To piękna lekko wspinaczkowa trasa. Są liczne warianty ścieżki, łatwiejszy jest ten z prawej strony- pamiętam, że udało nam się go znaleźć dopiero w zejściu.

Capu TafunatuIntrygowało mnie czy da się zejść z przełęczy pomiędzy Paglią i Capu Tafunatu do dna Cyrku Solitude, ale Jose nie znał GR 20 więc zdecydowaliśmy, że przejdziemy jego najbardziej znany fragment.

AA011

Zejście z Bacca di Foggiale jest bardzo kruche i strome. Zapomniałam już o tym i troszkę źle zaplanowałam czas. W rezultacie las poniżej skał przebiegliśmy już prawie o zmroku.

Punta MinutaNa chwilkę błysnął nam jeszcze zachód słońca na szczycie Punta Minuta, a potem zapadła noc.

Grań Punta Minuta

Szkoda, bo minęliśmy piękną dolinkę z fantastycznym widokiem na okropnie z tej strony stromą Pagią Orbą. Wyglądała na poważną i niezdobytą górę. Aparat już mi niestety nie ostrzył. W pięknym błękitnym zmierzchu dotarliśmy do Bergerie de Ballone. Mogliśmy tam rozbić namiot, ale Jose uparł się iść do schroniska. Domek wyglądał jakby ktoś w nim mieszkał, nie było światła, ale przy schodach stała betoniarka, a przy tarasie stygł jeszcze miękki beton.

poranny widok w dół spod Schroniska Tighiettu, fot Jose Antonio de la Fuente

Szliśmy przez kamienne rumowiska niemal po omacku. Wydawało mi się, że tak lepiej widać. Jose pierwszy wyjął światło i niemal natychmiast ktoś zaczął nam machać latarką z góry wskazując drogę.

Niepotrzebnie, bo nadal prawie wszystko widziałam. To niedaleko, troszkę ponad pół godziny. Dotarliśmy bez żadnych problemów, ale w końcu i ja musiałam wyjąć latarkę. Na ostatnim kawałku schronisko znika za załomem skał i można je niechcący ominąć.

Refuge Tighiettu, fot Jose Antonio de la Fuente

W jadalni było aż 5 osób. Nie wiemy kto nam machał, mili ludzie nanieśli wody (na zimę zakręcono kran i trzeba ją przynosić z rzeki) i napalili w piecyku. Weszliśmy tam na chwilkę, żeby zjeść, a potem zabiwakowaliśmy na stojących pod budynkiem stołach. Po ciemku trudno było rozbić namiot, a na drzwiach wisiał nieco zniechęcający obrazek… jakoś nie mieliśmy ochoty spać w łóżkach :)

Refuge Tighiettu, fot Jose Antonio de la FuenteNocą  wiało, ale było przyjemnie i ciepło. Nie można było tylko wystawiać się twarzą na wiatr i rozkładać lekkich, łatwo fruwających rzeczy. W ciemności namiotowe pólka przed budynkiem obeszła jakaś pracowita krowa. Na wszelki wypadek wstałam i schowałam nasze buty.

Refuge Tighiettu i moje wełenki

 

Share
Translate »