mrożone pisanki

Muszę się Wam do czegoś przyznać… I hmm…nie bardzo wiem jak. Po latach zimowego łażenia po Pirenejach nadal nie uważam się za eksperta od zimy i nadal trochę się boję wielotygodniowego wędrowania przez śnieg. Tymczasem mój niezawodny kumpel, który zwykle zgadzał się na wszystkie moje górskie pomysły (o ile nie byłby to Bliski Wschód lub Afryka) uparł się (nawet nie jak osioł, tylko jak buldożer…) i namówił mnie na radykalny zwrot.

Historia zaczęła się już latem. Szef męczony o miesięczny urlop niezmiennie odmawiał, Jose ponawiał pytania, w końcu poproszony o uzasadnienie bez dłuższego namysłu (sądząc, że i tak się nie uda) wypalił, że musi mieć cały wolny miesiąc ponieważ jedzie za koło podbiegunowe na narty … Taki argument rzucony w rozgrzanej do czerwoności Saragossie w środku pustynnego lata podziałał natychmiastowo… A… jak za koło podbiegunowe to tak!

Mój przyjaciel to człowiek solidny, jak coś obieca to robi. 5-tego marca lecimy do Tromso. Z nartami. Moje obiekcje, że przecież Jose nie jeździ na nartach zostały już doszczętnie rozwiane. Wynajęty instruktor w tydzień przerobił go na narciarza. Czy, i jak sobie poradzimy w puchu, z plecakami, z pulkami, z namiotem pojęcia bladego nie mam.

Na razie studiuję wszystkie możliwe trasy, czytam opisy, których nie za wiele, bo miejsce jest raczej bezludne, a klimat surowy. Jednym z najbardziej prawdopodobnych pomysłów jest pójście przez płaskowyż Finnmarksvidda na Przylądek Północny. Nie spodziewam się tam narciarskich problemów, ale na pewno dopadną nas inne. Większość ludzi, która była na Finnmarksvidda przed nami przechodziła ją z zachodu na wschód. Ta trasa jest bardziej popularna. Na niektórych fotkach widziałam nawet wyjeżdżony skuterami szlak, są chatki. Nam bardziej pasuje kierunek z południa na północ czyli fragment europejskiej pieszej trasy E1 biegnącej z Nordkapp na Sycylię. Niestety na ponad stukilometrowym odcinku nie ma tam jakiegokolwiek schronienia, a wcześniej i później na dziesiątkach kilometrów są tylko (pozamykane) bezobsługowe chatki (nawet wcale nie DNT). Samo w sobie wcale by mi to nie przeszkadzało, bardziej fakt, że w białym, lekko pofalowanym i wszędzie mniej więcej jednakowym terenie nie będzie żadnych punktów orientacyjnych, a idąc na azymut na odcinku kilkuset km można zupełnie, ale to zupełnie nie trafić. Czytanie opisów również nie zawsze pomaga. Wielu autorów tekstów i zdjęć przedstawia siebie jako pionierów, a swoje dokonania jako ekspedycje. Są też podziękowania dla sponsorów i listy drogiego sprzętu… nic tylko bardzo się bać.

Wypadniemy przy nich bardzo skromnie. Kupiłam dwie pary wędkarskich sanek z grubego i solidnego plastiku. Przerabiam je na pulki dla nas. Moje skiturowe narty mają już ze 20-cia lat. Podobnie zamocowane do nich wiązania- Silveretta 404 (zaprojektowane w 1993 roku :)), ale pozwalające na wpięcie zwykłego górskiego buta. Kilku rzeczy jeszcze nie mamy. Musimy kupić jakiś solidny namiot (zielona pałatka tym razem zostanie w domu), zastanawiamy się nad benzynowym palnikiem (ale niechętnie, bo jak dotąd w zimowych górach całkiem nieźle sprawdzał nam się gaz). Naszym jedynym sponsorem jest Edek Krzyżak, – który pożyczy mi swojego starego garmina … (nie wiem tylko czy uda mi się rozwikłać jak go użyć). Edwardzie dzięki:)

Do przejścia jest jakieś 600 km, statystyczna temperatura to ok -10 (najniższa spodziewana -30, najwyższa +1), długość dnia urośnie podczas tego miesiąca o ok 5 godzin, śnieg jest gwarantowany. Gdzieś po drodze trafi nam się Wielkanoc (myślicie, że spodobają nam się mrożone jajka?), może zobaczymy zorzę, może zboczymy trochę bardziej nad morze, bo czym bliżej wybrzeża tym cieplej (i tym więcej opadów, i skalistych, miejscami bardzo stromych gór). Może niewiele z tego się uda, a może, co też prawdopodobne odkryjemy cudowne tereny, które spodobają się też i Wam?

Mamy kilka wariantów tras, wszystkie bardzo hipotetyczne. To, którą z nich wybierzemy i czy ostatecznie wylądujemy na Nordkalottleden, na Lofotach czy w drodze na Nordkapp okaże się pewnie na miejscu. Linki do stosownych map są tutaj: Norwegia, Finlandia

Piszę o tym już teraz, bo może mi coś doradzicie. Tylko nie odradzajcie, bardzo Was proszę :)

 

 

Share

Złota Rybko, może na Lofoty?

Co byście zrobili, gdyby trafiła się Wam Złota Rybka spełniająca podróżnicze życzenia? Gdyby tak znienacka zaproponowała zapłacę za każdą podróż, byle w Europie, byle na tydzień…  Jest tylko jeden warunek napisz dokładnie co gdzie i kiedy, plus oczywiście… za ile :)

Zastanawiam się nad tym łażąc po chaszczach z psem. Moje podróże są bardzo tanie. Chodząc po górach nie wydaję niemal nic. Jeżdżę poza sezonem, śpię w namiocie, czasem pod gołym niebem, jadam pokrzywy. Latam tanio, jeżdżę autobusami i bardzo często podjeżdżam stopem. Czy gdybym miała pieniądze robiłabym coś innego? Jak bym się czuła mając odwrotne niż zwykle ograniczenia? Dużo pieniędzy, ale tylko jeden tydzień wolnego?

Wymyśliłam sobie taki plan: Poleciałabym za koło podbiegunowe. Lot do Oslo jest teraz bardzo tani. Ze Szczecina lata tam Ryanair. Bilet można kupić już za 150 zł (z bagażem). W Oslo mogę się przespać za darmo. Moja córka siedzi tam aż do końca października w związku ze swoim doktoratem. Jednak trochę kosztuje wyjazd z lotniska. I dojazd na inne lotnisko. Razem z biletami w Oslo to już 500 koron (bilet z taniego lotniska 170 koron, 80 koron jednodniowa karta miejska, lotnisko skąd są loty do Bodo jest bliżej więc mam nadzieję na dojazd z kartą miejską).

Najtańszy bilet z Oslo do Bodo kosztuje ok. 800 koron (www.wideroe.no). Potem potrzebny mi prom (na wyspę Moskens). Kosztuje 161 koron. Rozkład jazdy jest tutaj: http://ruteinfo.thn.no/en/default.aspx?rnr=86 Przejazd z lotniska na przystań promową kosztuje 80 koron.

Można oczywiście polecieć, ale lot do Leknes to już ponad 800 koron, więc może to jednak przesada….  Złota Rybko ja chyba jestem skąpa!

Co bym zrobiła na Lofotach w październiku? To samo co zawsze. Postarałabym się przejść jak najwięcej pieszo. Obeszłabym miejsca gdzie nikt nie chodzi, a ominęła te opisane w katalogach. Sfotografowałabym jak najwięcej dzikiej natury. Mając dobry aparat (pomarzyć warto:)), sfotografowałabym rzeczy, do których zwykle nie udaje mi się z moim analogiem podejść. Zwierzęta, ptaki, owady, rośliny. Lofoty obfitują w nieznane mi arktyczne gatunki. Jednak to, co jest dla mnie najważniejsze i dlaczego w ogóle pomyślałam o Lofotach to cudowny wysokogórski i jednocześnie morski krajobraz, i bardzo prawdopodobna zorza polarna. Można ją obserwować zimą od równonocy jesiennej do wiosny (do sfotografowania zorzy zabrałabym oczywiście statyw). Na początku października miałabym na nią spore szanse a Lofoty, które otacza ciepły Prąd Norweski nie byłyby jeszcze zaśnieżone i skute lodem. Jesienne temperatury utrzymują się w okolicy 10 stopni. W górach najprawdopodobniej nie będzie jeszcze śniegu. Jeśli tak, to tylko trochę. W sam raz pogoda na namiot :). Jedyny problem to deszcz, więc Droga Rybko zechciej przeznaczyć ok. 600 koron na trzy skromne noclegi w jakiś hostelach, lub rybackich chatkach, bo z braku czasu najprawdopodobniej nie zdążę załatwić troszkę tańszych i skromniejszych hytte, a chciałabym się co jakiś czas ogrzać i wykąpać (skoro mogę :)).  Namiot można rozstawić na Lofotach (jak w całej Skandynawii) niemal wszędzie- czyli nie bliżej niż 150 m od budynków. Bardzo lubię to prawo o wolnym dostępie do natury i z przyjemnością z niego skorzystam.

Mój plan w wielkim skrócie wyglądałby tak.

Przyjazd na Lofoty. Krótkie zwiedzanie okolicy. Nocleg w hostelu. Tu byłabym normalna i grzeczna, ale dalej już po mojemu. Po pierwsze jeśli tylko byłaby pogoda chciałabym pójść na trzy dni w góry. Lofoty przypominają Tatry Wysokie. Tysiącmetrowe skały wyrastają wprost z wody. Trasy są trudne i orientacyjnie, i technicznie. Wiem bo rozmawiałam kiedyś z mieszkańcem tych wysp, polskim nurkiem. Dlatego planuję rozsądnie tylko 3 dni…

Moje pomysły na wyjście w góry to

1: Hermannsdalstinden- najwyższy szczyt zachodnich Lofotów- wysokość 1029 metrów nad poziomem morza. Wędrówka zwykle rozpoczyna się z wioski Sørvågen lub z Reinefjordu (czas przejścia to ok 10- 12 godzin). Trasa biegnie wzdłuż jeziora Sørvågvatnet- położonego niemal na poziomie morza, mija wspaniałe wodospady oraz jeziora, w tym Stuvdalsvatnet leżące na 67 m n.p.m. o dnie sięgającym 60m poniżej poziomu morza. Z Hermannsdalstinden przy dobrej pogodzie można zobaczyć całe Lofoty, a nawet część kontynentalnej Norwegii. To jedna z największych atrakcji górskich na Lofotach. Teraz jesienią dzień jest za krótki, żeby pokonać całą trasę na raz, przenocowałabym więc w górach( w namiocie lub schronie Munkebu) i wróciła następnego dnia innym szlakiem. To miejsca strome, eksponowane i bezludne. Idąc sama musiałabym poczekać na znośne warunki. Oczywiście na pewno nawet w deszcz nie zrezygnowałbym tylko( jak zwykle) poszukałabym łatwiejszych tras. Jak wiecie z lektury bloga nie boję się deszczu i nigdy bezczynnie nie siedzę. Lubię też fotografować deszczowe chmury i drące się na szczytach mgły.

2-Chciałabym też pójść szlakiem do rybackiej wioski Nusfkord wpisanej na listę dziedzictwa kulturowego Unesco. Droga tam to ok 3 godzin przez góry (puls tyle samo na powrót). Z ciągnącej się górskim zboczem ścieżki podobno doskonale widać kontynentalną Norwegię, a na skale za wsią gniazduję morskie ptaki- też piękny fotograficzny plener.

Na te dni nie potrzebowałabym pieniędzy. Jedzenie w góry zabrałabym z Polski. Noclegi wyszłyby za darmo.

Trzy pozostałe dni przeznaczyłabym na przejechanie (stopem)  całego Narodowego Szlaku Turystycznego na Lofotach, czyli drogi E10 ciągnącej się wzdłuż archipelagu. To 166 km. (http://www.visitnorway.com/pl/gdzie-jechac/Polnocna/Lofoty/aktywny-wypoczynek-i-tradycja/Tour-Suggestion/narodowy-szlak-turystyczny-na-Lofotach/). Troszkę to ryzykowne i co najważniejsze (ale dla mnie najciekawsze) nieprzewidywalne. W takich sytuacjach zawsze poznaję  ciekawych ludzi i docieram w niezwykłe miejsca. Nie chciałabym tego dokładnie planować. Wierzę w magię drogi. W poddanie się jej i nauczenie się jak najwięcej. Potrzebny mi ten proces otwierania oczu i poszerzające horyzonty zaskoczenie.  To chyba dlatego tak lubię podróżować.

Po drodze chciałabym zobaczyć słynne rybackie wioski, suszące się sztokfisze, miejsca gniazdowania morskich ptaków, muzeum wikingów (http://www.visitnorway.com/pl/gdzie-jechac/Polnocna/Lofoty/aktywny-wypoczynek-i-tradycja/Muzeum-Wikingow-Lofotr-w-Borg-na-Lofotach/), piękne piaszczyste lub kamieniste plaże w Vestvågøy.  Chętnie odwiedziłabym też wyspę Rost (promem), ale chyba nie wystarczy mi już czasu.

Dokładny plan- kiedy zwiedzanie, a kiedy góry mogłabym zrobić dopiero znając prognozę pogody. Chętnie wyjechałabym w pierwszym tygodniu października dopasowując się do cen samolotów i rozkładu jazdy promu. Do tego czasu zdążyłabym jeszcze zamówić  mapę Lofotów.http://www.cappelendamm.no/main/katalog.aspx?f=8814&isbn=9788202294618 -129 koron plus przesyłka.

Być może mój projekt wydaje się niezbyt szczegółowy, niewystarczająco przewidywalny i niezadowalająco sztywny, ale z drugiej strony taka podroż byłaby bardzo ciekawa. Rybka sponsorka i Wy drodzy czytelnicy bloga mielibyście okazję śledzić z zainteresowaniem jak sobie radzę, gdzie jestem i czy uda mi się dotrzeć do Narviku na czas. Powrót inną droga niż przylot jest mi potrzebny żeby nadać tej podróży kształt. Liniowy. Obarczony (niewielkim ale jednak) ryzykiem. Odrobinką dreszczyku. Wróciłabym z końca Lofotów autobusem do Narviku – 500 koron (niestety) a stamtąd samolotem do Oslo. Bilet kosztuje ok 700-900 koron http://www.norwegian.com. Chętnie wydałabym też kilkaset koron na jedzenie- warto go chyba spróbować. Wystarczy 600. Nie jestem rozrzutna.

Razem potrzebowałabym ok. 4100 koron i ok 300 złotych( Szczecin Oslo, Oslo-Szczecin), czyli przeliczając na złotówki 2400 zł.  To wcale nie aż tak dużo :) Najdroższy jest transport ( z ewentualnym wynajęciem samochodu na Lofotach byłby jeszcze droższy- razem 3200 zł)*

Być może kiedyś zrealizuję ten plan. Z tego co można zobaczyć w necie to niezwykłe miejsce. Jesienią pewnie bajecznie kolorowe, z dodatkową nadzieją na zobaczenie zorzy. Do tego jak sądzę znacznie mniej zatłoczone niż latem i pewnie bardziej autentyczne.

Nie zamieściłam zdjęć bo mam zwyczaj na tym blogu publikować wyłącznie swoje lub podarowane mi fotografie. Lofoty są pięknie pokazane na wielu stronach i blogach. Między innymi:

http://www.visitnorway.com/pl/gdzie-jechac/Polnocna/Lofoty/aktywny-wypoczynek-i-tradycja/Tour-Suggestion/narodowy-szlak-turystyczny-na-Lofotach/

http://www.visitnorway.com/pl/co-robic/atrakcje-kultura/Atrakcje-przyrodnicze-Norwegii/w-poszukiwaniu-zorzy-polarnej/Gdzie-i-kiedy-masz-szanse-zobaczyc-zorze-polarna/

http://skandynawia.garski.com/Lofoty.html– to doskonały przewodnik po wszystkich wyspach

http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,7680033,Pocztowka_z_Lofotow__Blekitny_archipelag.html

http://www.norwegofil.pl/wasze-podroze/z-plecakiem/lofoty-zimowy-tour-po-archipelagu.html

http://www.fuw.edu.pl/~rosiek/photo/laponia/lap98_lof.html

*zamiast nieco ryzykownego autostopu można wynająć samochód  http://www.rent-a-wreck.no/?leiebil=bodo. Ta wersja zaczyna jednak przypominać oferty zorganizowanych biur podróży i traci całą  świeżość wolnego podróżowania. To też dodatkowy koszt ok 1700 koron… niepotrzebny bo chyba wcale nie sprawiłoby mi to przyjemności.

PS: Złotą Rybką jest firma Fujifilm, organizator konkursu Zbliż Europę (swoją droga zwróćcie uwagę na ten konkurs jest coroczny, a nagrody naprawdę świetne). Zainteresowanych podróżowaniem rybaków jest oczywiście całe mnóstwo. Jest więc bardzo prawdopodobne, że ten pomysł poczeka na niskobudżetową realizację własnym sumptem. Z Oslo na Lofoty dojechałabym stopem w jakieś 2-3 dni, co radykalnie zmniejszyłoby koszty.

Spisałam te informacje też i po to, żeby o nich nie zapomnieć. To świetny plan i wcale nie taki drogi jak sądziłam, może się komuś przyda?

PS: zrealizowałam go zimą 2018. Wraz z przyjacielem przeszliśmy pieszo od Vaeroya do Sortland.

Share