Laponia- koniec Finlandii

Wiedziałam, że dalej będzie dziko. Widać tę pustkę na mapie, wspomniany już pan z parku narodowego spotkany przed Meekojarven zapewniał, że tam już nie ma ludzi, i że co najwyżej znajdziemy płot. Spodziewałam się czegoś niezwykłego i to co zobaczyłam nie bardzo przystawało mi do wyobrażeń. Było biało. Biały wzgórza, białe niebo. Płatki śniegu oklejały nas ze wszystkich stron, więc my też szybko się wybieliliśmy. Płot również był pobielony. Nie od razu się zorientowaliśmy, że to on. Skrawek linii widocznej na czubku górki. Białe na białym. Postanowiliśmy tę górkę przetrawersować, bo tuż za szczytem graniczny płot powinien opaść. Ostatecznie i my, i on zmierzaliśmy do większej doliny, którą płynęła wartka rzeka. Tyle mapa. Rzeczywistość okazała się białą plamą. Śnieg kopny, pulki jak łodzie podwodne, narty pół metra pod powierzchnią. Widoczność żadna. Dopóki niedaleko był płot mieliśmy jakiś punkt odniesienia potem znikły wszystkie szczegóły. Tak dokładnie, że idąc po poziomicy łukiem (jak sądziliśmy) spadliśmy z niewysokiego prożka- kilkumetrowej zaspy. Najpierw ja, a potem Jose. Dalej zobaczyliśmy kępkę traw, która okazała się odległą o jakieś 100 m brzózką. Na koniec odetchnęliśmy widząc płot. Był metalowy, wątpliwej urody, ale od razu organizował przestrzeń. Teraz wiedzieliśmy gdzie iść. Wędrówka nie była fascynująca i zajęła prawie cały dzień. Pod wieczór musieliśmy opuścić płot, bo teren wokół zrobił się zbyt męczący. Porwany, poszarpany cały czas w górę i w dół. Postanowiliśmy odnaleźć rzekę. Udało się i przez godzinę czy dwie szliśmy gładkim tunelem wśród porastających brzegi brzozowych lasków. Już się ściemniało kiedy zobaczyliśmy domek. Ucieszyliśmy się, przyspieszyliśmy i z żalem odkryliśmy, że to nie schron. Zbyt elegancki, zbyt odpicowany. Zamknięty na klucz oczywiście. Rozbiliśmy namiot jakieś 500 metrów niżej. W korycie rzeki.

Rozstawiliśmy go chyba niefachowo, ale skutecznie i bardzo szybko. Opiszę, bo to przydatny sposób- wykorzystywaliśmy go tak długo jak tylko się dało. Najpierw ubijałam troszkę śnieg nartami, potem stawiałam na tym delikatnie nasz tropik, przyszpilając go do ziemi nartami. Środek wyścielałam foliową, odblaskową płachtą, którą od lat podkładamy pod podłogi. Potem ostrożnie żeby nie robić dziur w „materacu”- podwieszałam naszą sypialnię. Na sypkim śniegu śpi się wyjątkowo miękko. Jest jak siennik. Na koniec wstawałam i ubijałam butami przedsionek- robiło się tam dużo miejsca, a zimne powietrze, o którym tyle piszą podręczniki zimowego biwakowania miało sobie gdzie spływać. Ja miałam gdzie wstawić pulkę, worek i plecak.

Wcześniej wyciągałam wszystko ostrożnie z worka i wkładałam do żółtej torby, którą zabrałam w celach transportowych, a która na biwakach zastępowała mi szafę. To lekka torba z cienkiego materiału- nic szczególnego. W ten sposób wiedziałam, że nie pogubię rzeczy w śniegu. W tak kopnym wszystko natychmiast tonęło. Plusem tego nieplanowanego biwaku był dostęp do wody. Rzeka rzeczywiście była wartka więc nie wszędzie zamarznięta. Pod wieczór czekając na zorzę (której tym razem niestety nie było) zgodnie stwierdziliśmy, że dzień mieliśmy wprawdzie nieszczególny, ale biwak się nam nadzwyczaj udał. Miękko, zacisznie, ciepło i do tego prawdziwa woda!

Chatka, do której zmierzaliśmy musiała być już bardzo blisko. Myśleliśmy, że może i kilkaset metrów, ale w tych warunkach, w tak sypkim śniegu w ciemności i w lasku na pewno byśmy jej nie znaleźli. Była jakieś 2 km dalej. Nie dotarliśmy tam bardzo szybko. Rzeka zmieniła się w labirynt połamanej kry. Było sporo lodowych mostków i czarnej, szybko płynącej wody. Była mgła.

Brzózki oszroniały, słońce pięknie przebijało się przez opary. Lód świecił lodowcowym błękitem i był wystarczająco gruby. Piękny dzień. Niedziela. Piękna okazała się też nasza chatka- Tenomoutka. Stała wysoko na skarpie, wśród drzew. Wdrapanie się tam zajęło nam chyba z godzinę i dopiero odchodząc, następnego dnia odkryliśmy, że z drugiej strony było znacznie łagodniejsze . Spod chatki tego wcale nie widać.

Przesiedzieliśmy w Tenomoutce cały dzień. Topiliśmy wodę, suszyliśmy rzeczy, ja się umyłam. Kiedy wchodziliśmy termometr wewnątrz pokazywał -5 stopni, szybko zrobiło się tam plus trzydzieści. Piec nie należał do tych wydajnych. Woda topiła się przez cały czas nie dochodząc jednak nigdy do wrzenia. Liczyliśmy na to, że może stopi się też śnieg w wiadrze, ale niestety ani drgnął.

Wolny czas poświeciliśmy na naprawy i inwentaryzację. Policzyliśmy zapasy, policzyliśmy kilometry i wyszło nam, że możemy iść gdzie tylko chcemy. Jedzenia było ogromne mnóstwo. Brakowało nam tylko chustek do nosa i jakiegokolwiek lekarstwa na katar. Nie mieliśmy nic oprócz granulowanego czosnku i ibupromu. Zażywanie tychże niewiele mi pomogło, podobnie jak kilkugodzinna przypadkiem stworzona w chatce sauna. Mój nos oszalał i zasypiając na wygodnej pryczy martwiłam się, że gdybyśmy poważniej zachorowali w promieniu dziesiątków kilometrów nie ma tu zupełnie nikogo. Nie było telefonicznej sieci. Była zorza!

 

Share

Laponia, droga do Taapmajarvi

Mój blog to dziennik, od lat opisuję często nic nieznaczące dni. Czasem się zastanawiam czy warto, a czasem myślę, że nie ma nieważnych chwil. Te górskie, spędzone w drodze są jednorazowe, nie da się ich powtórzyć. Gdyby tę miarkę przyłożyć do jakiegokolwiek przedmiotu jego cena skoczyłaby od razu w górę- bo to unikat. Tak myślę o moich wolnych dniach. Miejskie, codzienne wydają się przy nich seryjne, podobne do siebie, możliwe do powtórzenia czy poprawki. Górskie przyjmuję bez zastrzeżeń. Takie, jakie są.

Ten był słoneczny, ciepły i prosty. Najpierw poszliśmy na drugie śniadanie do obdarzonej lepszym piecem chatki (Porojarvi). Dojście zajęło nam około 40-tu minut. Po drodze spotkaliśmy parę Czechów, którzy opowiedzieli nam, jaki tam świetny piec. Istotnie na tym super piecu roztopiliśmy 5 litrów wody w niecałą godzinę. W tej chatce też nie było gazu. Kilkaset metrów dalej minęliśmy zasypaną śniegiem grupkę domków, przy których skończył się skuterowy ślad. Dalej szliśmy mocno na oko. Chatka, której szukaliśmy najwyraźniej nie była często odwiedzana. Nie widzieliśmy nawet resztki jakiegokolwiek śladu. Piękny, lekko pofalowany, błyszczący od szadzi śnieg pokrywający jakieś jeziorka i bagna.

Sypki, głęboki, nie płaski. Pełen powtarzających się sekwencji niewielkich zejść i wejść. Po lewej cały czas mieliśmy dwuwierzchołkową górę, po prawej zamarzniętą rzekę. Słyszeliśmy, że Taapmajarvi trudno znaleźć i faktycznie nie było łatwo. Pod wieczór trafiliśmy na ślad pulki, który nam jednak szybko znikł. Zbyt mocno wiało poprzedniego dnia. Już się ściemniało kiedy najpierw całkiem zwątpimy, a potem zobaczyliśmy 3 domki. Ładne, ciepłe i czyste jak wszystkie tu. Codzienny ceremoniał, rozpalić w piecu, przynieść śnieg, wydeptać szlak do toalety, wysuszyć botki, potem zjeść…

Pogoda trochę nam niestety zmętniała. Widziałam księżyc, nawet światło zorzy, ale wszystko to rozmyte, zamglone. Chatka stała wysoko na zboczu. Pofalowane śnieżne pola w dolinie wyglądały stamtąd jak niebo z samolotu. Zarysowane starym śladem biegnącym gdzieś z góry. Z północy. Może zostawili go tu Rosjanie, którzy upchali w piecu resztkę niespalonych śmieci, a może Norweg żywiący się kartoflami (po nim została paczka pure). Wszystkie te „znaki” mogły tu być już od bardzo dawna. Obejrzeliśmy je tak, jak by to zrobił pies, myśląc, że to zainteresowanie jest samo w sobie ciekawe. Niezwykłe. Bo co by nas obchodzili nasi poprzednicy gdzieś w mieście?

Share