Pireneje kwiecień maj 2015- Besines

Wstaliśmy wcześnie, żeby nadrobić stracony czas. Zejście do gorących źródeł nie jest długie. Szlak biegnie kawałek lasem, potem polną drogą i ścieżką. Wcale nie obrzydliwym zygzakiem (czego się obawiałam). Pogoda była piękna, widoki wspaniałe. To częste w niższych górach- widać z nich te wysokie jak na dłoni. Rano był lekki mróz, ale kiedy doszliśmy do źródeł zrobiło się przyjemnie ciepło. To jednak kilkaset metrów niżej, w słonecznym, osłoniętym przed wiatrem miejscu. Chwilkę po tym jak się zanurzyliśmy nad potok wyszło słońce i zaczęli się schodzić ludzie. Starsze panie, które wdrapały się tam pierwsze bez skrępowania rozebrały się przy nas do naga i wskoczyły do wyższego stawu. Kolejni- rodzice z córkę odważyli się tylko podwinąć spodnie i lekko zamoczyć nogi. Woda trochę śmierdziała siarką, ale była przyjemnie ciepła. Posiedzieliśmy tam chyba z godzinę, ustępując potem miejsca parze młodych ludzi. W stawkach zmieści się tylko kilka osób, latem jest tam pewnie wielki tłok. Koło 11-stej wyruszyliśmy do góry GR 10. To długa, piękna dolina. Późną wiosną kwitną tam łany rododendronów i całe pola żarnowców, teraz pięknie zieleniała trawa, pełna przylaszczek i prymulek. Wyżej wylazło troszkę krokusów. Poniżej 1800 metrów zaczął się śnieg. Wejście na Portella Besines jest ładne i nietrudne, chociaż miejscami bywa strome. Nie zawsze widzieliśmy szlak, ale znałam tę drogę wiec poradziliśmy sobie. Ważne, żeby ominąć bardzo lawiniasty żleb tuż za rozwidleniem ścieżek. Większość nawisów już poleciała, widzieliśmy wielkie lawiniska. Wyżej na zboczach zostało jeszcze sporo połamanych i poodklejanych płatów, tylko czekających  żeby spaść. Wyglądały jak skapująca bita śmietana. Poszliśmy grzecznie przeciwległym stokiem- bezpiecznym garbem, którym prowadzi letni szlak. Od stawów jest już spokojniej tylko pod samą przełęczą przecina się potencjalne trasy obrywów. Zejście na stronę Refuge Besines jest miejscami dosyć strome- z tym, że w miękkim, wiosennym śniegu to żaden problem. Trudniej znaleźć schronisko. Latem prowadzi do niego znakowana ścieżka. Zimą nie zostaje po niej nawet ślad. Budynek jest dobrze schowany wśród drzew i widoczny tylko z samej przełęczy. Niżej ginie w porastającym nierówne zbocza lesie. Dość długo kluczyliśmy łażąc w górę i w dół wśród zakopanych w zaspach sosen. W końcu udało nam się wypatrzeć komin. Refuge Besines jest duże i nowoczesne, sala zimowa też była duża, bez kominka, światła i wody, ale z mnóstwem łóżek, koców i z dużym wygodnym stołem. Była i skarbonka- nocleg w sali zimowej 7.50.

Pogoda po tej stronie grani nie była już tak piękna jak w Merens, niebo zachmurzone, zimny wiatr, ale nie pogorszyło się już. Straszna prognoza sprawdziła się nam tylko częściowo.

Pireneje kwiecień maj 2015, Orlu

Orlu to miejsce gdzie nigdy wcześniej nie byłam. Coraz takich mniej, bo łażę po Pirenejach często i zaglądam gdzie tylko się da. Przeszłam kawałkiem rezerwatu wiele lat temu, wiosną, nie zahaczając o tę dość znaną wieś. Jadąc tam spodziewaliśmy się tłoku, tymczasem samo Orlu okazało się spokojną wioseczką, wielki parking w les Forges d’Orlu był całkiem pusty, a okoliczne budynki nieoświetlone. Zaparkowaliśmy w bajkowej alejce wysadzonej gigantycznymi czereśniami. Zastanawialiśmy się ile mogą mieć lat, pewnie setki. Kwitły jak oszalałe, pachniały pięknie. Rewelacyjnie wyglądały na tle oświetlonego resztką słonecznego światła stromego przeciwległego stoku. Pomimo złej prognozy i wcześniejszego deszczu pogoda była wymarzona. Morze kwiatów, zachód słońca i wyjące (chyba za ogrodzeniem) wilki. Wielkie szyldy w Ax les Thermes reklamowały Maison de Loup-  coś w rodzaju sporego zoo. Mieliśmy nadzieję, że zamknięcie to nie jedyny sposób ochrony pirenejskich wilków, które podobno żyją jeszcze w lasach Orlu. Wycie ustało o zmierzchu, na parkingu zapaliły się latarnie, była też toaleta i woda. Idealne miejsce na spokojny biwak. Deszcz wrócił gdzieś w środku nocy. Od rana otaczały nas mgły, mokre płatki czereśni lepiły się do wszystkiego. Kolejny raz zweryfikowaliśmy nasz chyba zbyt ambitny plan i zamiast nad Etang Naguile wyruszyliśmy na Col de Joux. Pomyśleliśmy, że tą łatwą leśną ścieżką dotrzemy do ciepłych źródeł w Merens les Valls i rozbijemy sobie przy nich namiot. Ciepła kąpiel po deszczowym dniu… rano na pewno znów będzie pięknie…

Wzdłuż rzeki, po przeciwnej stronie niż droga zbiega do Orlu znakowana ścieżka. Nie przegapcie jej jeśli tam kiedyś traficie. To niespełna godzina w cudnym, zarośniętym kwiatami lesie. Naprawdę wyjątkowym. Podobał nam się pomimo ulewy, a może właśnie dzięki niej. W deszczu zielony, wiosenny gąszcz wyglądał naprawdę magicznie. Las porastał omszałe skalne bloki, ścieżka wiła się w górę i w dół, szumiała nam wezbrana rzeka.  Dalej było już trochę gorzej. Deszcz nie ustał ani na chwilę, a my nie chcąc moczyć mapy zamiast odszukać niepozorne żółte znaki biegnące wprost do góry z Orlu poszliśmy świetnie oznakowanym GR-em, trochę w kółko. Szlaki spotykają się w połowie drogi, niestety żółty biegnie lasem, a nasz biegł wielki kawał nudnawą szutrową drogą. Dalej weszliśmy w zygzakowatą ścieżkę, czasem chyba leśną drogę przebijającą się przez ciemny jodowy las. Piszę chyba, bo w leśnym cieniu leżało jeszcze mnóstwo śniegu i dość trudno było się w tym labiryncie połapać. Niewiele było widać. Tylko czasem przeświecało gdzieś przeciwległe zbocze porośnięte dziwacznym prążkowanym lasem. Ogromna płaszczyzna przypominająca futro dachowego kota. Nie wiem czy leśnicy sadząc to (pewnie jakieś pół wieku temu) zdawali sobie sprawę jaki osiągną efekt? Myślę, że nikt nie myślał wtedy o kształtowaniu krajobrazu, więc raczej nie.

Wyżej znikł nam i ten widok, a w jodłowy labirynt wlała się gęsta mgła. Mżawka zmieniła się w ulewę, przez chwilę było niewesoło, ale w naszym tunelu pojawiło się światełko. Las skończył się, a na polanie stał całkiem spory domek. Jose biegiem ruszył do drzwi. Były otwarte. Cabana na Col de Joux okazała się dobrym schroniskiem. Nie doczekaliśmy się poprawy pogody. Przez zbocze przewalały się kłęby mgły. Nie chciało nam się nawet schodzić do odległego o kilkaset metrów źródełka, więc sposobem, który przejęłam od Asi nałapaliśmy do wszystkich garnków deszczówki. Błyskawicznie się  nam wypełniły. Domek zaopatrzono w zapas drewna, który raczej nie wyczerpie się przez kilka lat, więc rozpaliliśmy nie krępując się.  Drewno było pocięte spalinową piłą i poukładane równo pod daszkiem. Pewnie regularnie bywają tu klubowicze z Ax- z napisu na ścianie wynikało, że to ich domek. Dopiero rano zobaczyliśmy jaki z niego wspaniały widok. Na mapie, i od strony Orlu Col de Joux wygląda niepozornie. Od Merens szpeci ją zygzak drogi- bardzo charakterystyczny i wyjątkowo brzydki, jak się okazało rano sprawka elektrowni. Spod domku żadnej z tych rzeczy nie widać. Tylko piękna gładka polana i bujny bukowo- jodłowy las, a nad nimi aż po horyzont wszystkie szczyty wschodnich Pirenejów. Wiosną pięknie przysypane śniegiem. Jedyny ślad cywilizacji  to stacja narciarska w Ax les Thermes- z tej strony wyglądająca niewinnie, jak zwykłe, wysoko położone miasteczko.