Wiosna w Andach cz13 Icalma

Wiatr jest lodowaty, cień czarny, na błękitnym niebie zawiesiła się potężna chmura. Szosa pusta. Drogowskaz przypomina, że jesteśmy w stanie Araucania Andina, dawnym królestwie Araucanii, zamieszkałym przez plemiona Pehuenche, które wraz z Patagonią (zamieszkałą przez plemiona Mapuche) przez 400 lat opierały się hiszpańskiej konkwiście.

Utykamy na przystanku. Autobus, o który Jose dopytał w sklepie nie przyjeżdża. Oprócz nas w żółtej wiatce czeka też długowłosa kobieta, ale spytana o rozkład jazdy, mówi, że nie wie. Na przeciwko jest śliczna nowa szkoła. Busiki zwożą do niej dzieci z okolicy i z dalszych wsi. Eleganckie mamusie w legginsach podwożą swoje pociechy pod same drzwi. Lekcje muszą zaczynać się później niż u nas, bo choć minęła już ósma ruch nie ustaje. – Za kwadrans dziewiąta- mówi do mnie bardzo powoli, gestykulując kobieta w puchatym sweterku, kierowca szkolnego autobusu. Widujemy ją regularnie, zdążyła już obrócić z sześć razy odkąd stoimy.- Kwadrans po dziewiątej?- powtarza za nią Jose. Kobieta odjeżdża, macha przepraszająco, że się śpieszy. Upieram się, że zrozumiałam ją lepiej, choć nie znam hiszpańskiego. Nie wiem skąd ta pewność. Mam rację, autobus przyjeżdża kwadrans przed dziewiątą. -Oni tu mówią zupełnie inaczej- tłumaczy się Jose. Dopiero po powrocie doczytam, że chilijska wersja hiszpańskiego rzeczywiście bywa złudnie inna, choć muzyka i brzmienie języka są doskonałe, czysty kastylijski.

Idąc wzdłuż wulkanu Lonquimay odeszliśmy daleko na wschód od innych możliwych pieszych szlaków. Wybraliśmy ciekawy wulkaniczny krajobraz i piesze ścieżki zamiast szutrówek i podejrzanych brodów, ale teraz nie zostało nam nic innego jak wrócić w stronę argentyńskiej granicy autobusem. To 20 km. Po drodze jest kilka tuneli, góry nad nami pokrywa bielutki śnieg. Na trasę, którą biegnie GPT jest jak mi się wydaje za wcześnie, to też miejsce gdzie chciałabym wrócić kiedyś latem.

Autobus zostawia nas na rozwidleniu dróg, kierowca jest bardzo zdziwiony, że tu wysiadamy. Szybko rozumiem dlaczego. To lodowaty wygwizdów. Nie wiadomo kiedy przyjedzie kolejny autobus, lepiej byłoby poczekać na niego w Lonquimay.

Nie wytrzymujemy długo, ubieramy się cieplej i ruszamy w górę pylistej szosy. Do Jeziora Icalma jest trochę ponad 30 km. Droga jest nudna. Kilka domków przy których rosną irysy, stara odmiana, mam ją też w swoim ogrodzie, rzeka Lonquimay otulona w pastwiska z pasami wystrzyżonych przez owce krzewów, rząd ogławianych wierzb. Staję żeby popatrzeć na mapę, może da się stąd jakoś zejść? Przecież nic nie każe nam iść do Icalma. Znajduję skrót przez rezerwat China Muerte. To prawie na pewno też drogi, ale może gruntówki nie szuter? Jose mówi, że możemy iść do Melipeuco, co za różnica. Jednak nasz dylemat rozwiązuje się sam. Pierwszy przejeżdżający samochód, jedyny jaki tu zobaczymy zwalnia. Kierowca zagaduje, zabieramy się z nim do Icalma. Szkoda czasu na łatwe drogi. To możemy zostawić na starość.

Jedziemy chyba z godzinę, choć to blisko. Samochód trzęsie niemiłosiernie, chce mi się siusiu. W Icalma rozglądam się przez moment bezradnie, biegnę do informacji turystycznej, obsługująca ją pani właśnie wychodzi. -W urzędzie gminnym- wskazuje palcem. To czysty nowoczesny budynek, wspaniała toaleta z ciepłą wodą. Ktoś uśmiecha się do mnie kiedy wychodzę. I myślę, żeby tu jeszcze trochę zostać. We wsi prawie bez białych ludzi, zielonej, czystej.- Może jest tu jakaś restauracja?- zagaduję. Jose jest wyjątkowo zgodny. Zasiadamy w ładnym wnętrzu z widokiem na zieleń. Uciekinier z Wenezueli ożeniony z córką właścicielki lokalu mówi po angielsku. Jedzenie jest smaczne, długo jesteśmy sami, aż przychodzi para w ludowych strojach. Dziewczyna w chuście zapiętej broszką (podobną do tych, które widywałam u Samów), chłopak w poncho i kapeluszu. Spod dżinsów wyzierają sportowe buty. Są nieco teatralni, zbyt wystylizowani. Chciałabym ich sfotografować, proszę kelnera żeby zapytał, ale nie dostaję zgody. Wychodząc opieram się pokusie dyskretnego złapania ich w kadrze przez okno.

Zaglądamy do każdego sklepu. Jak dotąd nie udało nam się zdobyć kapelusza. Tu też trudno, są wprawdzie bejsbolówki, ale całe w amerykańskie flagi i Jose ich nie chce. W końcu znajduję sklepik z pamiątkami. Tu są różne nakrycia głowy, ale zrobione z papieru i Jose mówi, że rozmiękną jak się spoci. Że już kiedyś jakiś taki miał i to na nic.-Wróć do tego amerykańskiego sklepu -nalegam zmęczona wybrzydzaniem. Wyciągnięta z błota dziecinna czapeczka zginęła gdzieś na trawersie wulkanu Lonquimay. To będzie już czwarty kapelusz…

Kiedy czekam właściciele sklepiku wypytują skąd i dokąd idziemy i czy to nasz pierwszy raz w Patagonii. Ze zdziwieniem odkrywam, że to już tu. Patagonia wydawała się tak daleka. Na mapach Chile zaczyna się dużo niżej, ale widać zwyczajowo już tu jest. I tak bardzo różni się od centralnego Chile. Jest chłodno, zielono. Góry łagodne i niskie. Skały omszałe. Podwórka czyste i niezagracone.

Przed cmentarzem rozległym i pełnym solarnych baterii (nie wiem po co?) zasnęło na siedząco trzech panów. Nad drogą, którą będziemy musieli pójść unoszą się potężne kłęby pyłu. Jose wraca roześmiany. Na głowie ma wielkie filcowe sombrero.- 4 dolary- mówi- w sklepie z pamiątkami.

Wśród miejscowych wydaje się w tym stroju bardzo blady. Kupuję jeszcze dwie paczki rodzynek, wcześniej nie było. To musi być bardzo turystyczne miejsce. Pełno tu kempingów i barów, jeszcze pozamykanych, bo wiosna, pełno sklepików.

Tumany na drodze wznieca buldożer. Krępa dziewczyna odkurza pobieżnie różową koszulkę- zebraliśmy na 1,5 kilometra- tłumaczy nam- ale wykonawca nas okradł i uda się wyasfaltować tylko kawałek, we wsi.

Przez godzinę brniemy w paskudnym kurzu. W jednej ze wsi zaglądamy do sklepiku ze swetrami, są śliczne, wydziergane z grubych włóczek, kolorowe. Nie martwi mnie wcale ich waga, czy cena. Kupiłabym jakiś, ale mój plecak jest już wypełniony po brzeg. Nie mam miejsca. GPT, którym teraz idziemy skręca w lewo. Liczyłam, że to koniec szutru, ale nie. Też droga, choć tym razem ślepa i po kilku kilometrach coraz cieńsza. Ostatecznie rozpływa się na trawiastej polanie. Konie wydeptały tam własne ścieżki. Jest słonecznie, bulgoce czyściutka rzeczka, kusi żeby tu sobie posiedzieć zostać na noc. Ale dopiero jest piąta, niewiele dzisiaj przeszliśmy. Ruszamy i natychmiast za brodem się gubimy. Podchodzimy, wracamy, i jeszcze raz i znów. Już mam wrażenie, że nic tu po nas, kiedy trafia się fragment krowiej ścieżki. Stromo, w gęstwinie bambusów, w ciemny las. Trakt jest tak cienki, że szybko musimy „pływać” w chaszczach. Krowy zakręcały, wracały, błądziły, a my powtarzamy to samo, jak dziki taniec z puszczą. W jaśniejszych miejscach jaskrawo kwitną berberysy, ich kolce odzierają nas z kapeluszy, wyrywają dziury w koszulkach, szarpią plecakiem. Przedzieramy się przez zwały spróchniałych pni, przez sterty gałęzi i skałki. W górę i w dół. Szansa, że dojdziemy do jeziorka, gdzie planowałam biwak przepada. Zapada zmierzch, nie mamy zapasu wody, tylko po łyku. Kiedy trafi się bardziej puste miejsce, świadek upadku dwóch potężnych drzew rozbijamy namioty i idziemy spać bez kolacji.

Ruszamy bez śniadania i po godzinie docieramy do miejsca gdzie dałoby się zejść nad jeziorko. To nie po drodze, ale niedaleko. Zbaczamy. W lesie rysuje się delikatna ścieżka. Błotnisty staw otula liściasta las. Siadam nad brzegiem zmęczona i głodna, ale Jose gna dalej i znajduje piknikowe stoły. Tu w środku dziczy!

To bardzo długie śniadanie, bardzo wystawne. Ruszamy objedzeni jak bąki i szybko znajduje się jezdna droga. Jezdna kiedyś, być może w czasie zbudowania stołów, teraz pozarastana. Przez cały dzień wędrujemy plątaniną leśnych gruntówek, w górę i w dół często tuż pod granią lub na grani. Las jest gęsty i tylko parę razy pojawia się daleki widok. Na zejściu trafiamy na kilka pasterskich domków. Jeden otacza tak wspaniała łączka, że nie opieramy się i robimy postój na drugie śniadanie. To zwykłe mlecze, być może przywleczone z Europy, ale ich ilość robi wrażenie. Na ścianie tuż ponad kłódką, napisano „Nie kradnij!” Kilka niższych domków jest w ruinie. Droga opada w stronę dna doliny. Otwieramy kolejne bramki, wystrugane z egzotycznych dla nas drzew. Połączenia krzyżujących się belek są wyrzeźbione misternie i precyzyjnie. Nie ma kolczastych potów i kłódek.

W dolinie zaczyna się szutrowa droga, przybywa zabudowań, narasta szum coraz większej rzeki. Na szczęście przekraczamy ją mostem, pod którym kusi dogodna do wypoczynku plaża. Z niedowierzaniem oglądam fuksje, u nas doniczkowe kwiatki, tu krzaki sięgające mi do pasa. Przed nami mniej ciekawy kawałek, szeroki, rozjeżdżany znak przystanku sugeruje, że tu jeździ autobus i za moment jeden nawet nas mija. Jose czyta napis na pojeździe „transport specjalny dla odizolowanych wsi”. Jestem pod wrażeniem. Autobusy w Chile nie mają sobie równych. Są wszędzie.

Na wzgórzu mijamy zamknięty kemping, jest numer telefonu, ale nie mamy jak zadzwonić, z żalem idziemy dalej, teraz w dół. -Zaraz jest drugi- informuje nas mężczyzna w samochodzie. Tłumaczy tak zawile i długo, że się gubimy. W końcu go widzę, przekraczamy kolejny most wędrujemy kilkaset metrów w górę potoku pokonujemy zamkniętą bramę, automatycznie, z rozpędu, przecież robimy to co chwila od miesiąca. W domku nie ma nikogo, sam kemping jakoś specjalnie nie zachęca. Wracamy znów się gramoląc przez płot. Mężczyzna na motorowerze mówi, że dalej, nad jeziorkiem, nad którym myślałam biwakować są domki kempingowe i hotel. Rzeka huczy niemiłosiernie, jej nurt jest nieprzezroczysty, biało szary tak szybki, że nie ma się ochoty nawet podejść. A mapa widzi na niej wyżej z 10 przejść. „Będziemy się tym martwić jutro” myślę zmęczona. Półtora kilometra stromizny daje w kość. Przed nami piętrzy się ozdobna brama. Rezerwat przyrody, obszar chroniony Villarica. -O jest kasa”- mówi Jose więc podchodzę.- co napisali?- że jeśli ich nie ma tu, to są w kafeterii. „Trzeba tę kafeterie ominąć szerokim łukiem” myślę, a Jose zaczyna marzyć o ciastkach i kawie.

Share

Wiosna w Andach cz12 Wulkan Lonquimay

Szlak, którym idziemy to fragment Sendero de Chille. Spodziewałam się znaków i rzeczywiście co jakiś czas pojawia się plama pomarańczu maźnięta po skale czy pniu. Ścieżka jest wyraźna, wydeptana, na co głębszych strumykach są kładki. Z biegiem dnia tych ludzkich śladów ubywa i już ponad lasem gubimy się w gąszczu bambusów. Tylko na moment, wyżej znajdujemy ślad ścieżki i regularnie co jakiś czas go gubimy. Jedna ze skarp jest oberwana, ludzie i krowy poszukiwali dogodnego obejścia może dlatego. Tu, wysoko dopiero otwierają się bukowe liście. Kwitną roślinki bardzo podobne do truskawek (choć nigdy nie widziałam na nich owocu), kwitną porzeczki. Nie potrafię rozpoznać gatunku, to nie jest porzeczka złota, bo pachnie zbyt słabo. Może jakiś nieznany mi amerykański gatunek? Lub czarna? Na bukach (bukonach antarktycznych) rośnie sporo jadalnych grzybów, przyglądam się im, ale tylko czasem udaje mi się coś skubnąć. Choć to nadal wczesna wiosna kulki pasożytujące na drzewach są już zbyt dojrzałe, zbyt żółte. Ich miąższ nie przypomina galaretki jak we wcześniejszym czysto białym stadium. Rozgryzam kilka i wypluwam. Trociny. Jest już za późno.

Wyżej otwiera się piękny widok na ośnieżony wulkan, dołączamy do gruntowej drogi, wlokącej się wcześniej kilometrami przez lawę. W tunelu z drzew zachowały się zlodowaciałe zaspy i czasem blokują nam przejście. Most na potoku jest zarwany, zasypany zwałami spróchniałych pni. Przechodzimy ostrożnie, z emocji zapominamy nabrać wody. Przypomina mi się już ponad piętrem karłowatych buków, jeszcze bezlistnych na piaszczystej wulkanicznej wydmie. Pod nami, kilkaset metrów niżej błyszczy błękitne jezioro, niemal nierealne wobec kilometrów lawowej pustyni za nim. Tylko w kilku miejscach zadomowiły się drzewa. Poza nimi krajobraz aż po horyzont jest jednolicie beżowy z plamami czerwonych wzgórz. Siadamy żeby porównać to z mapą. Nie widać na niej źródeł czy rzek, jest tylko duża laguna, ale trzeba by do niej zboczyć 8 kilometrów. Pomimo tego rozważam czy tam nie zejść. W lawie trudno o dobre miejsce na biwak. Jose nie chce, szkoda czasu, więc siadam, a on wraca do zwalonego mostu po wodę. Bez plecaka jest bardzo szybki, to chwile. Kilkanaście minut, które pozwala mi na nieograniczone lenistwo. Patrzę na araukarie, na wydmy polerowane przez wiatr, na piach podnoszony z każdym silniejszym podmuchem. Ptaki żerują w bezlistnych gałązkach buków. Wiatr marszczy im piórka na głowach. Jest tak cicho.

Przed nami ostatnia plama araukariowego lasu. Tuż przed przełęczą. Ze zdziwieniem odkrywamy tam spory strumień. Powrót po wodę był niepotrzebny.

Za lasem wychodzimy na gołe lawowe pola. Na przełęczy stoi szlakowy znak- rozwidlenie ścieżek. Kiedy zastanawiam się ostatni raz czy nie zejść nad jezioro na zboczu, które tak mi się podobało, po plamach śniegu regularnych jakby je tam ktoś postawił w szeregu pnie się motocykl czy motorower. Dociera do nas warkot silnika, na zboczu zostaje ślad. Po chwili mija nas jeszcze dwójka mężczyzn. Twarze zakryte kaskami, widzimy tylko oczy. Machają, pozdrawiają. Odpowiadamy z opóźnieniem.- Chuligani- mówi Jose, poruszanie się pojazdem z silnikiem jest w chilijskich rezerwatach zabronione. Pomimo tego nie raz widywaliśmy już ślady kół. To ogromne przestrzenie, motory są szybkie, nikt tego nie da rady wyłapać.

Z ulgą schodzimy z rozjeżdżonej drogi. Ścieżka pnie się lekko pod górę po lawie. jest doskonale oznakowana, znak na znaku, ale poprowadzona potwornie zawile. W górę w dół, zawijasami, pętli tak, że niemal da się te pętle przeskoczyć, kusi żeby to uprościć, skrócić, ale może był w tym jakiś sens? Lawa jest delikatna, może ten dziwaczny tor przeszkód ją chroni? Posłusznie przesuwam się wzdłuż znaków. Jose to denerwuje. Nie lubi lawowych pól, jest zły, że nie poszliśmy łatwiejszą drogą, mam wrażenie, że zły na mnie, choć przecież decydowaliśmy razem. -Nie mamy wody- pospieszam go- musimy dojść na noc do lasku, tam pewnie znajdziemy jakiś strumień- naginam rzeczywistość. Bo tak naprawdę może nie być tu żadnej wody. A mamy resztki, wszystko wypiliśmy.

-Ile to kilometrów? -Dwa- sprawdzam- a ile przeszliśmy?- Niecałe 5.

Nie ma co gadać nasze szanse są marne. Nie da się biegać po lawowych polach.

Słońce kładzie się na araukariach, tu karłowatych i pokrzywionych. Na wulkanie Tolhuaca za naszymi plecami zapala się pomarańczowy blask. Linia światła wędruje w górę po zboczu. Kiedy zanurzamy się w lasku zapada zmrok. To gąszcz na bardzo stromych skałach. Gdyby nie szlak nie dałoby się tędy przejść. Brniemy tunelem w bambusach wśród potężnych obrośniętych białym porostem pni. To tak nierzeczywiste, tak bajkowe… chciałabym fotografować, ale musiałabym zmienić obiektyw, a nie mam czasu. Śledzimy pomarańczowe znaki, przebijamy się przez bambusowy gąszcz. -Jeszcze ze 20 minut do zupełnej ciemności- mówię kiedy mijamy polankę, ubita glina (może stara wyschnięta kałuża?) jest płaska, zmieściłaby nasze namioty. Jose też się rozgląda, ale nie staje. Kilkaset metrów dalej grunt robi się nieco grząski. -Woda?- patrzymy na siebie? – Słyszysz? Gdzieś tu jest potok! Jose zrzuca plecak i wspina się nieco wyżej. W załamaniu skał widać strumień, niewielki wodospad pojawia się na kilku metrach, może dwóch i wsiąka w grunt.

Wracamy do obiecującej polanki. Jose zabiera wszystkie butelki i latarkę, ja stawiam namioty. Zdążyliśmy!- śmieję się kiedy wypakowuje torbę z wodą.

Już dnieje. Widok na wulkany zasłania linia pojedynczych drzew. Pnie są pokręcone, wplątane w pumeksy tak, jakby lawa dotarła do ich stóp i tu skamieniała. Na stożkowy wierzchołek wulkanu Lonquimay nawija się cieniutka warstwa mgły, bajkowa, nierzeczywista. Szukam miejsca skąd byłoby to lepiej widać, próbuję sfotografować kłębowisko pni. Na palniku zaczyna się gotować wrzątek. Myślę, że gdybym wczoraj odpuściła, gdybyśmy rozbili namioty, nie znaleźlibyśmy tej tak przecież bliskiej wody. Plusk wodospadu tu nie dociera. Nie wiedzielibyśmy o nim i to byłby smutny biwak bez herbaty, bez porannej owsianki i wieczornej zupy. Bez mycia zębów.

Szlak nadal biegnie gąszczem araukarii. Jose to cieszy, woli iść po igliwiu i glinie niż kicać po szorstkich pumeksach. Ścieżka jakby to brała pod uwagę. Kiedy wychodzimy tuż pod przełęczą lawowe osypiska są już skruszałe do piachu i choć za moment znów utkniemy w skalnej stromiźnie widać już łatwiejszą dolinę.

Za lasami, za rzeką i droga wynurza się kolejny wulkan- Conguillo. Piekny i biały.

Patrzę na mapę, to park narodowy, ale nie da się go niestety przejść. Wyznakowano tylko urwane ścieżki. Jednodniowe, krótkie. Zbocza zbyt strome, może dlatego nie poprowadzono trawersu. Dolina poszerza się depczemy zimozielone roślinki z kolorowymi jaskrawymi jagodami. Białe, czerwono różowe. Szlak trawersuje zbocze wulkanu Lonquimay z tej strony mniej dramatyczne, choć pięknie owinięte falbanką mgły. Wulkan Tolhauca wygląda jakby dymił i choć wiem, że to tylko chmura oglądam się za nim dopóki nie zasłoni go stok. Chrzęszczą kamyki. Na podejściu zrywa się wiatr. Jose czeka na mnie na skalistym grzbiecie.

Schodzimy łagodnymi zakosami. Na rozstajach wybieramy ścieżkę prosto w dół. Nie mam siły na kolejne piarżyska, nie mam siły podchodzić w stronę deszczowych chmur, może w chmury, zresztą tam trafilibyśmy na budkę strażnika, a tu tylko na solidny płot. Przechodzimy, przerzucamy plecaki, oddychamy z ulgą i z kilometr czy dwa niżej wpadamy na rozsierdzonego faceta. Ubrany w czerwony dres, w towarzystwie dwój jazgotliwych piesków zrzuca z paki samochodu pocięte pnie.

_-Zawsze lepiej udawać idiotę- mówi Jose kiedy mężczyzna wreszcie się od nas odczepia i pozwala przejść. -Co mu powiedziałeś?-Pytam, bo wcześniej wolałam się nie wychylać. – Że zabłądziliśmy pod wulkanem, wystraszyliśmy się i chcieliśmy jak najszybciej wrócić do ludzi. Zeszliśmy, przeszliśmy przez parkowy płot i tam nie było tabliczki z zakazem przejścia. I przeprosiłem.

Faktycznie wyraźny zakaz wisi na uzbrojonej jak zasieki w okopie bramie. Płot jest wysoki, poowijany kolczastym drutem. Z trudem się przez niego gramolimy, a facet oddalony o niecałe 100 metrów patrzy, choć mógłby otworzyć.

Po drodze, już niedaleko szosy mijamy kemping. Zerkam z nadzieją, ale nie mamy zapasów i Jose ciągnie do Malalcahuello. Trzy czy cztery kilometry asfaltu dłużą się. Mży, pobocza porastają łany kwitnących łubinów, jak w Skandynawii. Każdy kolejny kemping budzi mój zachwyt i rozczarowanie, bo go mijamy. Wieś jest rozwlekła, znajdujemy spory sklep, ale restauracje i bary są pozamykane, czynna tylko przydrożna burgerownia. Jose zjadłby cokolwiek, już natychmiast, ale ja takich rzeczy nie jadam. Wszystko pszenne, mięsne i tłuste, brzydzi mnie. -Jedz, poczekam- mówię, ale tak to on nie chce. Dopiero wyżej w jednym z ostatnich zabudowań przy szosie, na dużym i bardzo ładnym kempingu udaje nam się zamówić normalny obiad. Pani otwiera restaurację tylko dla nas, gotuje kurczaka na parze (pysznie o dziwo), brokuły i ryż, jest zupa przypominająca warzywny rosół i deser- coś jak budyniowa galaretka o smaku skórki z cytryny. Jest kawa. Wszystko to pyszne i niestety drogie. Cena kempingu 100 dolarów za domek już nam się nie mieści w głowach. Choć jestem tak zmęczona, że chętnie bym to jednak zapłaciła. Jose się upiera żeby iść dalej. Tańszy domek znajdujemy przy sklepie. Właściciel już odjeżdża, kasuje tylko 50 000 pesos (50 dolarów) w gotówce i znika. Jest piec, ale nie mamy drewna, jest toaleta, ale już po chwili zatkana, jest czajnik, ale wysadza korki i ciepła woda, która znika po 3 minutach. Żeby znów była ciepła należy ją od nowa odkręcić, więc prysznic jest naprzemienny, ciepło zimny. Ja marznę, Jose nie narzeka. Za oknem zaczyna się zapowiedziana burza. Leje jak z cebra temperatura jest bliska zera. Żadna z moich beztrosko upranych rzeczy nie wysycha. Jose odziany w pelerynę wraca do sklepu i dokupuje torbę słodyczy i białe wino, zawsze to coś. Do toalety chodzimy za chatkę, z łopatką, którą noszę na wszelki wypadek. W sąsiednim domku buzuje komin. Z wnętrza słychać roześmiane głosy. -Mieszkają tam robotnicy drogowi- mówi Jose- to domki dla pracowników, nie dla turystów, właściciel nas tu wpuścił z litości.

„Wspaniale” myślę „litość za 50000 i bez rachunku”.

Share
Translate »