Wiatr jest lodowaty, cień czarny, na błękitnym niebie zawiesiła się potężna chmura. Szosa pusta. Drogowskaz przypomina, że jesteśmy w stanie Araucania Andina, dawnym królestwie Araucanii, zamieszkałym przez plemiona Pehuenche, które wraz z Patagonią (zamieszkałą przez plemiona Mapuche) przez 400 lat opierały się hiszpańskiej konkwiście.
Utykamy na przystanku. Autobus, o który Jose dopytał w sklepie nie przyjeżdża. Oprócz nas w żółtej wiatce czeka też długowłosa kobieta, ale spytana o rozkład jazdy, mówi, że nie wie. Na przeciwko jest śliczna nowa szkoła. Busiki zwożą do niej dzieci z okolicy i z dalszych wsi. Eleganckie mamusie w legginsach podwożą swoje pociechy pod same drzwi. Lekcje muszą zaczynać się później niż u nas, bo choć minęła już ósma ruch nie ustaje. – Za kwadrans dziewiąta- mówi do mnie bardzo powoli, gestykulując kobieta w puchatym sweterku, kierowca szkolnego autobusu. Widujemy ją regularnie, zdążyła już obrócić z sześć razy odkąd stoimy.- Kwadrans po dziewiątej?- powtarza za nią Jose. Kobieta odjeżdża, macha przepraszająco, że się śpieszy. Upieram się, że zrozumiałam ją lepiej, choć nie znam hiszpańskiego. Nie wiem skąd ta pewność. Mam rację, autobus przyjeżdża kwadrans przed dziewiątą. -Oni tu mówią zupełnie inaczej- tłumaczy się Jose. Dopiero po powrocie doczytam, że chilijska wersja hiszpańskiego rzeczywiście bywa złudnie inna, choć muzyka i brzmienie języka są doskonałe, czysty kastylijski.
Idąc wzdłuż wulkanu Lonquimay odeszliśmy daleko na wschód od innych możliwych pieszych szlaków. Wybraliśmy ciekawy wulkaniczny krajobraz i piesze ścieżki zamiast szutrówek i podejrzanych brodów, ale teraz nie zostało nam nic innego jak wrócić w stronę argentyńskiej granicy autobusem. To 20 km. Po drodze jest kilka tuneli, góry nad nami pokrywa bielutki śnieg. Na trasę, którą biegnie GPT jest jak mi się wydaje za wcześnie, to też miejsce gdzie chciałabym wrócić kiedyś latem.
Autobus zostawia nas na rozwidleniu dróg, kierowca jest bardzo zdziwiony, że tu wysiadamy. Szybko rozumiem dlaczego. To lodowaty wygwizdów. Nie wiadomo kiedy przyjedzie kolejny autobus, lepiej byłoby poczekać na niego w Lonquimay.
Nie wytrzymujemy długo, ubieramy się cieplej i ruszamy w górę pylistej szosy. Do Jeziora Icalma jest trochę ponad 30 km. Droga jest nudna. Kilka domków przy których rosną irysy, stara odmiana, mam ją też w swoim ogrodzie, rzeka Lonquimay otulona w pastwiska z pasami wystrzyżonych przez owce krzewów, rząd ogławianych wierzb. Staję żeby popatrzeć na mapę, może da się stąd jakoś zejść? Przecież nic nie każe nam iść do Icalma. Znajduję skrót przez rezerwat China Muerte. To prawie na pewno też drogi, ale może gruntówki nie szuter? Jose mówi, że możemy iść do Melipeuco, co za różnica. Jednak nasz dylemat rozwiązuje się sam. Pierwszy przejeżdżający samochód, jedyny jaki tu zobaczymy zwalnia. Kierowca zagaduje, zabieramy się z nim do Icalma. Szkoda czasu na łatwe drogi. To możemy zostawić na starość.
Jedziemy chyba z godzinę, choć to blisko. Samochód trzęsie niemiłosiernie, chce mi się siusiu. W Icalma rozglądam się przez moment bezradnie, biegnę do informacji turystycznej, obsługująca ją pani właśnie wychodzi. -W urzędzie gminnym- wskazuje palcem. To czysty nowoczesny budynek, wspaniała toaleta z ciepłą wodą. Ktoś uśmiecha się do mnie kiedy wychodzę. I myślę, żeby tu jeszcze trochę zostać. We wsi prawie bez białych ludzi, zielonej, czystej.- Może jest tu jakaś restauracja?- zagaduję. Jose jest wyjątkowo zgodny. Zasiadamy w ładnym wnętrzu z widokiem na zieleń. Uciekinier z Wenezueli ożeniony z córką właścicielki lokalu mówi po angielsku. Jedzenie jest smaczne, długo jesteśmy sami, aż przychodzi para w ludowych strojach. Dziewczyna w chuście zapiętej broszką (podobną do tych, które widywałam u Samów), chłopak w poncho i kapeluszu. Spod dżinsów wyzierają sportowe buty. Są nieco teatralni, zbyt wystylizowani. Chciałabym ich sfotografować, proszę kelnera żeby zapytał, ale nie dostaję zgody. Wychodząc opieram się pokusie dyskretnego złapania ich w kadrze przez okno.
Zaglądamy do każdego sklepu. Jak dotąd nie udało nam się zdobyć kapelusza. Tu też trudno, są wprawdzie bejsbolówki, ale całe w amerykańskie flagi i Jose ich nie chce. W końcu znajduję sklepik z pamiątkami. Tu są różne nakrycia głowy, ale zrobione z papieru i Jose mówi, że rozmiękną jak się spoci. Że już kiedyś jakiś taki miał i to na nic.-Wróć do tego amerykańskiego sklepu -nalegam zmęczona wybrzydzaniem. Wyciągnięta z błota dziecinna czapeczka zginęła gdzieś na trawersie wulkanu Lonquimay. To będzie już czwarty kapelusz…
Kiedy czekam właściciele sklepiku wypytują skąd i dokąd idziemy i czy to nasz pierwszy raz w Patagonii. Ze zdziwieniem odkrywam, że to już tu. Patagonia wydawała się tak daleka. Na mapach Chile zaczyna się dużo niżej, ale widać zwyczajowo już tu jest. I tak bardzo różni się od centralnego Chile. Jest chłodno, zielono. Góry łagodne i niskie. Skały omszałe. Podwórka czyste i niezagracone.
Przed cmentarzem rozległym i pełnym solarnych baterii (nie wiem po co?) zasnęło na siedząco trzech panów. Nad drogą, którą będziemy musieli pójść unoszą się potężne kłęby pyłu. Jose wraca roześmiany. Na głowie ma wielkie filcowe sombrero.- 4 dolary- mówi- w sklepie z pamiątkami.
Wśród miejscowych wydaje się w tym stroju bardzo blady. Kupuję jeszcze dwie paczki rodzynek, wcześniej nie było. To musi być bardzo turystyczne miejsce. Pełno tu kempingów i barów, jeszcze pozamykanych, bo wiosna, pełno sklepików.
Tumany na drodze wznieca buldożer. Krępa dziewczyna odkurza pobieżnie różową koszulkę- zebraliśmy na 1,5 kilometra- tłumaczy nam- ale wykonawca nas okradł i uda się wyasfaltować tylko kawałek, we wsi.
Przez godzinę brniemy w paskudnym kurzu. W jednej ze wsi zaglądamy do sklepiku ze swetrami, są śliczne, wydziergane z grubych włóczek, kolorowe. Nie martwi mnie wcale ich waga, czy cena. Kupiłabym jakiś, ale mój plecak jest już wypełniony po brzeg. Nie mam miejsca. GPT, którym teraz idziemy skręca w lewo. Liczyłam, że to koniec szutru, ale nie. Też droga, choć tym razem ślepa i po kilku kilometrach coraz cieńsza. Ostatecznie rozpływa się na trawiastej polanie. Konie wydeptały tam własne ścieżki. Jest słonecznie, bulgoce czyściutka rzeczka, kusi żeby tu sobie posiedzieć zostać na noc. Ale dopiero jest piąta, niewiele dzisiaj przeszliśmy. Ruszamy i natychmiast za brodem się gubimy. Podchodzimy, wracamy, i jeszcze raz i znów. Już mam wrażenie, że nic tu po nas, kiedy trafia się fragment krowiej ścieżki. Stromo, w gęstwinie bambusów, w ciemny las. Trakt jest tak cienki, że szybko musimy „pływać” w chaszczach. Krowy zakręcały, wracały, błądziły, a my powtarzamy to samo, jak dziki taniec z puszczą. W jaśniejszych miejscach jaskrawo kwitną berberysy, ich kolce odzierają nas z kapeluszy, wyrywają dziury w koszulkach, szarpią plecakiem. Przedzieramy się przez zwały spróchniałych pni, przez sterty gałęzi i skałki. W górę i w dół. Szansa, że dojdziemy do jeziorka, gdzie planowałam biwak przepada. Zapada zmierzch, nie mamy zapasu wody, tylko po łyku. Kiedy trafi się bardziej puste miejsce, świadek upadku dwóch potężnych drzew rozbijamy namioty i idziemy spać bez kolacji.
Ruszamy bez śniadania i po godzinie docieramy do miejsca gdzie dałoby się zejść nad jeziorko. To nie po drodze, ale niedaleko. Zbaczamy. W lesie rysuje się delikatna ścieżka. Błotnisty staw otula liściasta las. Siadam nad brzegiem zmęczona i głodna, ale Jose gna dalej i znajduje piknikowe stoły. Tu w środku dziczy!
To bardzo długie śniadanie, bardzo wystawne. Ruszamy objedzeni jak bąki i szybko znajduje się jezdna droga. Jezdna kiedyś, być może w czasie zbudowania stołów, teraz pozarastana. Przez cały dzień wędrujemy plątaniną leśnych gruntówek, w górę i w dół często tuż pod granią lub na grani. Las jest gęsty i tylko parę razy pojawia się daleki widok. Na zejściu trafiamy na kilka pasterskich domków. Jeden otacza tak wspaniała łączka, że nie opieramy się i robimy postój na drugie śniadanie. To zwykłe mlecze, być może przywleczone z Europy, ale ich ilość robi wrażenie. Na ścianie tuż ponad kłódką, napisano „Nie kradnij!” Kilka niższych domków jest w ruinie. Droga opada w stronę dna doliny. Otwieramy kolejne bramki, wystrugane z egzotycznych dla nas drzew. Połączenia krzyżujących się belek są wyrzeźbione misternie i precyzyjnie. Nie ma kolczastych potów i kłódek.
W dolinie zaczyna się szutrowa droga, przybywa zabudowań, narasta szum coraz większej rzeki. Na szczęście przekraczamy ją mostem, pod którym kusi dogodna do wypoczynku plaża. Z niedowierzaniem oglądam fuksje, u nas doniczkowe kwiatki, tu krzaki sięgające mi do pasa. Przed nami mniej ciekawy kawałek, szeroki, rozjeżdżany znak przystanku sugeruje, że tu jeździ autobus i za moment jeden nawet nas mija. Jose czyta napis na pojeździe „transport specjalny dla odizolowanych wsi”. Jestem pod wrażeniem. Autobusy w Chile nie mają sobie równych. Są wszędzie.
Na wzgórzu mijamy zamknięty kemping, jest numer telefonu, ale nie mamy jak zadzwonić, z żalem idziemy dalej, teraz w dół. -Zaraz jest drugi- informuje nas mężczyzna w samochodzie. Tłumaczy tak zawile i długo, że się gubimy. W końcu go widzę, przekraczamy kolejny most wędrujemy kilkaset metrów w górę potoku pokonujemy zamkniętą bramę, automatycznie, z rozpędu, przecież robimy to co chwila od miesiąca. W domku nie ma nikogo, sam kemping jakoś specjalnie nie zachęca. Wracamy znów się gramoląc przez płot. Mężczyzna na motorowerze mówi, że dalej, nad jeziorkiem, nad którym myślałam biwakować są domki kempingowe i hotel. Rzeka huczy niemiłosiernie, jej nurt jest nieprzezroczysty, biało szary tak szybki, że nie ma się ochoty nawet podejść. A mapa widzi na niej wyżej z 10 przejść. „Będziemy się tym martwić jutro” myślę zmęczona. Półtora kilometra stromizny daje w kość. Przed nami piętrzy się ozdobna brama. Rezerwat przyrody, obszar chroniony Villarica. -O jest kasa”- mówi Jose więc podchodzę.- co napisali?- że jeśli ich nie ma tu, to są w kafeterii. „Trzeba tę kafeterie ominąć szerokim łukiem” myślę, a Jose zaczyna marzyć o ciastkach i kawie.















































































































