Korsyka Gr 20 odcinek południowy

cd. odcinek południowy (odcinek północny opisałam wcześniej)

9. Za Vizzavoną leśna droga prowadzi przez długą, monotonną, w porównaniu z poprzednimi skalistymi odcinkami dolinę. Krajobraz robi się bardziej otwarty, szczyty chociaż wysokie wydawały nam się bardziej łagodne. W porównaniu z poprzednimi dniami ludzi nie było tu niemal wcale. Położone niedaleko schronisko Bergerie de Campanelle sprzedawało dobre sery i korsykańskie wędliny, kupiliśmy też trochę wina. Nie zostaliśmy na noc.

Jakoś nie bardzo nam się tam podobało, teren wokół był rozkopany, chyba ktoś budował lub naprawiał wyciąg narciarski. Poza tym było zbyt wcześnie. Poszliśmy dalej wygodną ścieżką wśród pięknych, kilkusetletnich sosen. ( Nie wiedzieliśmy wtedy, że można pójść wyższym wariantem trasy przez Monte Renoso, odkryłam to dopiero w listopadzie 2013).

Wieczorem zerwał się wiatr. Schowaliśmy się na noc za wielkim kamieniem na łączce w lesie niedaleko od szlaku. Jak wcześniej nie rozbijaliśmy namiotów. Nie chciało nam się iść aż do dość daleko położonego schroniska Prati, a nie wiedzieliśmy, że całkiem blisko był hotelik na col de Verde.

Nocą wiało tak mocno, że wydawało nam się, że las wokół nas odleci. Lodowe chmury utworzyły na niebie wzory przypominające ości ryby. Wieczorne i poranne słońce nadało im fantastyczne kolory. Nie da się ukryć, podobały nam się nasze dzikie biwaczki.

10. Ścieżka wciąż wiodąca przez las przed południem minęła col di Verde, by dość szybko wyjść na zbocze porośnięte niskimi krzakami i kwiatami.

Bardzo wiało. Minęliśmy schronisko Prati położone w trawiastej, wysoko zawieszonej kotlince (na tym podejściu trudno o wodę) i do wieczora podeszliśmy do Refuge d’ Usciolu- skalistej łączki z pięknym widokiem na ostatni  na szlaku szczyt- Monte Includine.

Przez całe popołudnie widzieliśmy morze. Nad granią wisiała groźnie wyglądająca chmura, ale nie padało. Mocno wiało i było bardzo zimno.

Schronisko Usciolu miało najbrudniejszy kibel (trudno to inaczej nazwać) jaki widziałam w życiu. Nie dało się tam za nic wejść i wszyscy chodzili w krzaki. Jak łatwo się domyślić okolica obozowiska była bardzo brudna.

11. Przeszliśmy ostry grzbiet i zeszliśmy na płaskowyż- Platou de Cuscione. To miejsce w niczym nie przypominało poprzednich odcinków, ale miało urok beztroskiej dzikości. W oddali widać było wszystkie, dość już odległe  najwyższe szczyty Korsyki. W południe wykąpaliśmy się w leniwie płynącej rzece i zaczęliśmy podchodzić na ostatni wysoki grzbiet Korsyki. Wejście na Monte Includine prowadziło odsłoniętą granią.

Wciąż wiało.  Ze szczytu roztaczał się widok na cały GR20. Widać było głęboki  błękit  otaczający południowy cypel wyspy i smugi kilku pożarów lasu (czyli w zasadzie  suchych krzaków) .

To niestety duży problem w tej części Korsyki. Ostrzegały przed tym liczne drogowskazy na szlakach. W takich miejscach zdecydowanie nie warto biwakować.

Za szczytem szlak gwałtownie schodzi. Strome zejście do schroniska Asinao porastają ogromne kępy szczypiorku. Bardzo nam smakował po kilku dniach suchego żarcia.

12. Przez całą noc bardzo wiało, ale pogoda była piękna. Poszliśmy górnym wariantem prowadzącym przez Aiquilles de Bavella. Szkoda byłoby to ominąć. Fantastyczne w kształtach skałki, położone na samej grani z widokiem na ogromny kawał Korsyki były jednym z najpiękniejszych miejsc na szlaku. Trasa przez nie była urozmaicona i interesująca aż do samej Col de Bavella, chociaż klika ubezpieczających drogę łańcuchów wymagałoby naprawy.

Na przełęczy Bavella jest sklepik gdzie można zrobić zakupy i kilka barów. Naleśniki były dobre …ale bardzo malutkie. Cóż chyba byliśmy już strasznie głodni.

Za drogą w lesie jest małe jeziorko, w zasadzie tylko spiętrzenie wody na strumyku. Przyjemnie było się trochę ochlapać w zimnej wodzie. W nisko położonych miejscach był po południu straszliwy upał.

Położone dwie godziny za Col di Bavella schronisko Paliri miało przepiękne pole biwakowe. Schroniskowe kuchnie  pełne wolnych stolików ukryto przed wiatrem w pięknie uformowanych skałkach.  Zostaliśmy tam chociaż było bardzo wcześnie. Mieliśmy czas został nam tylko jeden ostatni odcinek.

13.GR 20 aż do ostatniej chwili był piękny. Schodził do Conca przez porośnięte kwitnącymi krzewami czerwone wyszlifowane wiatrem skałki, z widokiem na błękitne morze w oddali.

Szkoda nam było, że to już ostatni dzień. Wlekliśmy się najwolniej jak się dało. W Conca nie czekając na ewentualny transport (ruszał jak nazbierało się więcej ludzi) złapaliśmy stopa i pojechaliśmy na  południowy cypel wyspy do Bonifacio.

Piękne klifowe, białe wybrzeże, śliczne zawieszone nad morzem miasteczko…. przeszliśmy cała wyspę, 200km szlaku przez jedne z najpiękniejszych krajobrazów Europy.

Żal nam było, że aż tak szybko.

14.Rano pojechaliśmy autobusem do Ajaccio i stamtąd promem do Nicei. Prom płynął wzdłuż skalistego zachodniego wybrzeża pokazując nam z oddali wszystkie korsykańskie szczyty i niemal cały „nasz” szlak. Piękny widok.

Parę informacji:

Latem  GR 20 nie jest trudny. W praktyce ma tylko jedno nieco trudniejsze miejsce (cyrk Solitude). Nawet przy złej pogodzie nie spotkaliśmy tam nic trudniejszego niż nasza Orla Perć. W wielu miejscach na szlaku trzeba sobie pomagać rękami, jednak niemal nie ma ekspozycji.  Płaty śniegu, który wciąż może leżeć w górach na początku sezonu nie były strome, chodziło tam tak dużo ludzi, że wiodły przez nie wygodne i bezpieczne ścieżki. Odcinek południowy uchodzi za łatwiejszy i wielu ludzi go pomija, szkoda bo jest bardzo piękny. Tak naprawdę oba są dość łatwe, a sława najtrudniejszego szlaku  bierze się z braku obycia większości turystów z łańcuchami i dość dużych przewyższeń  w upale i pełnym słońcu. Jedną z najbardziej niezbędnych rzeczy są czapka od słońca i krem z dużym filtrem, wieje więc często przyda się też ciepła czapka.Zbędne są za to bardzo ciepłe ubrania, wystarczy ciepła bielizna z powerstretchu i kurtka przeciw wiatrowa (lub nieprzemakalna, dobrze jak jest z kapturem). Nieprzemakalne spodnie są już niekonieczne. Jest ciepło i zmoknięcie nie jest wielkim problemem. Pada rzadko, za to zdarzają się popołudniowe burze.

Warto wziąć jak najmniej. Szlak ma dużo stromych podejść. Przewyższenia dochodzą do 1300 m. Z ciężkim plecakiem, w upale przyjemność łatwo może zamienić się w katorgę.
Przewodniki zalecają maksymalne obciążenie dla kobiety 12-15 kg, dla mężczyzny 17- 19, ale lepiej wziąć jeszcze mniej. Uprana bielizna czy koszulka wyschnie w pół godziny,  gaz jest dostępny w schroniskach w ramach 5 Euro opłaty. Noce są ciepłe. Warto mieć namiot, chyba, że ktoś zrobi rezerwacje wszystkich noclegów w schroniskach. Po drodze można niemal codziennie kupić ser, chleb, kiełbasę i wino. Nie trzeba tego dźwigać. Schroniska oferują też (raczej niewymyślne) całodzienne wyżywienie… jak to we Francji suchary z dżemem i kawa na śniadanie i obiad o 7-8 mej wieczorem. Trochę to kosztuje. Aktualne ceny są umieszczone w interneciehttp://www.parc-naturel-corse.com, tłumaczenie na polski to iluzja ale po angielsku jest strawne).  Strona, którą warto zobaczyć to : http://corsica.forhikers.com/gr20 , zawiera wiele aktualnych danych dotyczących zakupów, dojazdów i planowania trasy. Poza sezonem szlak wygląda inaczej, relacja z jesiennego wyjazdu zaczyna się tu.

Dojazd: Na Korsykę do Bastii i Ajacio latają samoloty, jednak znacznie taniej wyszło nam przyjechanie w czwórkę samochodem na gaz z Polski. Zostawiliśmy go u znajomych w Nicei, nie wiedząc jak bezpiecznie zaparkować  na Korsyce. W rzeczywistości prom kosztuje niemal tyle samo, jeżeli jedzie się samochodem, z parkowaniem nie ma problemu, a autobusy są drogie. Taniej i wygodniej byłoby poczekać na kogoś, kto wróci po zaparkowany na początku trasy samochód i zabierze resztę.
Dobra linia promowa to Corsica Ferries niewiele droższe są francuskie promy SNCM. Nie warto wykupywać miejsc, przyjemniej jest siedzieć na pokładzie.

 

Share

a może by tak zostać pustelnikiem?

Miałam napisać o odcinku południowym Gr 20 na Korsyce ale zabiorę się za to jutro. Nie dam rady, a nie chciałabym napisać jakichś głupot. Miałam bardzo ciężki dzień i jak zwykle w takich sytuacjach, marzy mi się  bezludne miejsce, cisza i spokój, najlepiej domek na końcu świata, bez internetu i telefonu… tylko z widokiem. Nie musiałabym wcale mieć w nim łazienki, pewnie całkiem wystarczyłby mi strumyk, trochę drewna na opał, jakieś jedzenie…

Już samo myślenie o tym, jakby to było fajnie ma działanie terapeutyczne,  więc dzisiaj trochę sobie pomarzę…  Górskie domki są takie piękne i zawsze wydają mi się bardzo szczęśliwe.

To nowy, luksusowy biwak na Col des Tures w Piemoncie. Pod same drzwi podchodzi nocą mgła, ale wewnątrz jest ciepło i sucho. To domek z drewna.

a to cabana Plana Canal ( Pireneje). Po obu stronach piękne kaniony, a tu spokój, cisza i trawa taka zielona…

A to jedna z niewielu, jeśli już nie ostatnia otwarta dla każdego cabana w Queyras (Alpy Francuskie), strasznie się ucieszyłam kiedy drzwi okazały się otwarte i mogłam tam sobie przenocować. Możliwość noclegu była znaczona na mapie… ale ta mapa była już bardzo, bardzo stara.

i biwak Argntina w Masywie Rava we Włoskich Alpach. Taki był z niego piękny widok…

Ten domek kiedyś po prostu spadł mi z nieba, mało rzeczy tak bardzo cieszy jak niespodziewanie znalezione łóżko w mroźną i wietrzną noc.

a ten ( schronisko Verhantor,  we Francuskich Pirenejach) wręcz uratował nam życie…

Domki wydają się oazami bezpieczeństwa. Są takie spokojne i solidnie postawione. W każdym z nich mogłabym siedzieć miesiącami. Jaka to szkoda, że w dzisiejszych czasach na świecie jest taki  ścisk, że chyba nie da się już  zostać pustelnikiem…

a jedyny domek w górach na jaki mnie stać to ten… :)

Share