Pireneje Zachodnie marzec 2011, cz 4

7 marca

Wieczorem, kiedy łaziliśmy po dolinie szukając noclegu, w ciemności na zboczach wśród płatów topniejącego śniegu, majaczyły jakieś małe, żółte kwiatki. Dopiero rano udało mi się je dokładnie obejrzeć. Malutkie, żółte narcyzy.  Pojawiały się natychmiast we wszystkich miejscach gdzie zniknął śnieg.  Zmrożone nocą, ożywały wraz z pierwszym dotknięciem słońca.  Cieszyły bardzo po kilku dniach spędzonych wśród śniegu.

narcyzy w Guarinza

Nie mieliśmy szczegółowych planów, z doliny wychodziły dwa szlaki nad Ibon d’Archeritto i na Col de Pau. Nie mogliśmy się zdecydować i w końcu poszliśmy  w kierunku Ibon d’Archeritto, ale zagapiliśmy się i minęliśmy ścieżkę (HRP) nad jezioro, odchodzącą  trawersem w bok. Być może dobrze, zbocze pełne zaśnieżonych żlebów nie podobało mi się, a kiedy klika dni później widzieliśmy je z góry, ścieżkę przekraczało spore lawinisko.

Wiedziałam, że idziemy źle, ale było mi wszystko jedno. Ścieżka była ładna, a Jose Antonio szedł daleko z przodu i nie usłyszał mojego wołania.  Weszliśmy w piękny, płytki żleb prowadzący do rozległej ośnieżonej dolinki. Jeszcze w żlebie dogonił nas samotny narciarz. Wysoki chudy, starszy już facet. Jak się okazało po chwili, strażak z Pampeluny. Odradził nam próbę dotarcia do Archeritto przez Col de la Ralla. Jose porozmawiał z nim chwilę po hiszpańsku.  Zdjęłam okulary próbując  znów przejść na angielski. Strażak popatrzył na mnie krótko i zamarł. Zapytał czy mówię po hiszpańsku, a kiedy zaprzeczyłam zupełnie mnie zignorował.

Nie zwracając na mnie więcej uwagi  wrócił do przerwanej hiszpańskojęzycznej rozmowy. Przez chwilę poczułam się naprawdę głupio. Wręcz obrażona.  Nie rozmawiali ze mną jakbym wcale nie istniała. Zgłupiałam do reszty kiedy rozbawiony Jose, już po odejściu strażaka przetłumaczył mi ich rozmowę.

-Strażak powiedział, że jesteś piękna.

Zatkało mnie -i co mu odpowiedziałeś? – powiedziałam myśląc o tym że Hiszpanie są dziwni. Tak błahy powód jak niebieskie oczy wystarcza do całkowitego wykluczenia. Ciekawe jak by potraktowali blondynkę…Ohyda.

-Poprosiłem, żeby jak zejdzie zadzwonił do mojej żony- powiedział Jose z rozbawieniem.

-I co?

-Zgłupiał do reszty. W Hiszpanii przyjaźń damsko męska  nie istnieje- powiedział wciąż jeszcze się  śmiejąc.

-ale zadzwoni do Teresy? -Upewniłam się.

– Mam nadzieję, dałem mu numer.

-Super, ucieszyłam się, od wyjścia z Lizary nie mieliśmy sieci, a Teresa lubi się niepokoić.

Pico de la Ralla i col de Ralla

Po wyjściu na Foyas de Santa Maria zdecydowaliśmy posłuchać rady strażaka i wejść na Col de Pau.  Stamtąd powinno nam się udać przejście HRP w kierunku Refugio Arlet. Było jeszcze wcześnie i przy odrobinie szczęścia powinniśmy byli zdążyć przed nocą. A w każdym razie tak nam się wydawało.

Wątpliwości rozwiały się na przełęczy. Trasa HRP trawersowała zaśnieżone, północne, bardzo strome zbocze, przecinając duże śnieżne pole.  Zacieniona ściana, kupa luźnego śniegu. Bez szans.

Północna ściana Punta la Rincon, widok z col de Pau

Usiadłam na grani i włączyłam telefon. Pojawiła się francuska sieć. Zadzwoniłam do domu, mój mąż nie denerwuje się za bardzo, ale miło było móc sobie z nim pogadać.

-Zadzwoń do Eweliny, powiedział Bogdan. Natychmiast, coś tam się dzieje z butikiem w Paryżu, musisz z nią ustalić co dalej.

Zadzwoniłam, ale Eveline (moja paryska agentka) nie odpowiadała.

-co robimy? -zaczął się niepokoić  Jose. -Nie da rady iść tak jak szlak.

Popatrzyliśmy raz jeszcze, naprawdę się nie dało. Niżej na wyższym piętrze doliny biegł ślad nart, prowadząc na przełączkę na zboczu Punta d’Rincon. Powinien się tam spotkać z HRP.

-Może zejdźmy do tego śladu i obejdźmy dołem?

– Może..- zgodziłam się bez przekonania- a może lepiej wrócić i obejść hiszpańską stroną? -spytałam na wszelki wypadek.

-nie bardzo chce mi się wracać

-ok, no to w dół.

Spróbowałam zadzwonić raz jeszcze, sieć pewnie pojawiała się tylko na grani, ale Eveline  nie odbierała. Zejście wydawało  się bardzo strome. Wyciągnęłam z plecaka francuski opis zimowego wejścia, który dostałam przed wyjazdem od kolegi.  Zejście było wyżej. Z grani kilkadziesiąt metrów ponad przełęczą.

– Pójdę pierwsza –powiedziałam

-Ja wkładam raki powiedział Jose siadając.

Moje rakiety trzymały dość dobrze na niezbyt stromym zejściu. Zeszłam kilkadziesiąt metrów dość szerokim balkonem, opadającym stromo niemal równolegle do grani. Na wysokości siodła przełęczy zaczął się lód. Rakieta obsunęła się niebezpiecznie. Wróciłam kilka kroków do dużego kamienia i też założyłam raki. Zejście zrobiło się bardzo strome i zlodzone niemal na kość.

Jose minął mnie i zaczął ostrożnie schodzić trawersem wzdłuż skały. Poniżej nas zbocze opadało ostro i nie mogłam sobie przypomnieć czy była tam tylko lodowa ścianka czy skały.

Wbijałam mocno czekan starając się nie myśleć co jest poniżej.  W tym momencie zadzwoniła Eveline.

-Nie mogę teraz rozmawiać, próbowałam się tłumaczyć.

-Jak to nie możesz?- Eveline nie chodzi po górach i próba przekonania jej, że wiszę na słabo wbitym czekanie, na zalodzonej stromiźnie zupełnie do niej nie docierała.

-To może oddzwoń za godzinę?

-Nie mogę, niżej nie będzie sieci.

-To wróć do Paryża, -Eveline za nic nie dawała się przekonać.

– Nie możemy tu stać- przerwał mi rozsądnie Jose Antonio.

– Eveline …Odezwę się jak tylko będę mogła.

-No wiesz co, oburzyła się ja tyle razy przerywałam dla ciebie swoje wakacje- Wierzyłam jej, przyjaźnimy się, pracujemy razem od lat, to była ważna sprawa…

-Eveline muszę kończyć- wiedziałam, że mnie nie zrozumie- oddzwonię wieczorem…

widok z górnego balkonu poniżej col de Pau

Zeszliśmy do Lescun.  Nie mogłam  tak tego zostawić, a poza tym zrobiło się zbyt późno, żeby próbować podchodzić na przełączkę. Nie wiedzieliśmy co jest po drugiej stronie, pewnie to samo, albo coś bardzo podobnego.  Nie wiedzieliśmy, że niedaleko, na progu zaraz za granią była niezaznaczona na mapie cabana. Być może otwarta. Nigdy tego nie sprawdziliśmy.  Widzieliśmy ją tylko z daleka.

Zeszliśmy śladem który widzieliśmy z przełęczy. Po drodze minęliśmy piękną , czystą i zadbaną cabanę  (de Bonaris). Było koło czwartej. Zjedliśmy, nie jedliśmy przez cały dzień i do wieczora dowlekliśmy się jakoś do nisko położonego parkingu. Po drodze na bardzo stromej ścieżce z cabany na niższe piętro doliny pod Jose załamał się nadtopiony po południu śnieżny most nad małym,  niewidocznym  pod śniegiem  strumieniem.  J.A. wpadł  cały w ponad metrową dziurę, ale jedna noga, uwięziona w rakiecie została na zewnątrz. Wykręcone kolano nie spuchło, ale bolało go jeszcze bardzo długo.  Rakiety są paskudne w takich sytuacjach. Nie wypinają się jak narty. Blokują nogę w jakiejś przypadkowej, niewygodnej pozycji  i pewnie najważniejsze, co trzeba by zrobić upadając, to uwolnić ze śniegu obie nogi. To trudne bo człowiek automatycznie stara się na nich utrzymać jak najdłużej.

LescunKilka kilometrów przed Lescun, już na asfaltowej drodze podwiózł nas jakiś myśliwy. Spaliśmy w znanej mi z poprzednich pobytów gite Maison de la Montagne (16 Euro od osoby, jest super). Skorzystałam ze stacjonarnego telefonu i pozałatwiałam firmowe sprawy. Sieci telefonicznej nie było.

Plusem tego niespodziewanego kontaktu z cywilizacją (poza prysznicem oczywiście) były zakupy. Sklep był otwarty i kupiliśmy dużo dobrego jedzenia.

Share

Pireneje Zachodnie marzec 2011 cz3

6 marca

Bardzo szybko podeszliśmy po skrzypiącym, zmarzniętym śniegu na Foya de Secus.

Foya de SecusWyszło słońce i nietknięta ludzką stopą płaszczyzna rozbłysła milionami gwiazdek. Niewiarygodnie piękne miejsce. Ciche, spokojne, bezludne.

Poszliśmy śladem samotnego lisa, który z nieznanych nam powodów też wspinał się w kierunku Achar de Secus. Kiedy podeszliśmy wyżej, oznakowany wczoraj szlak zapełnił się dalekimi sylwetkami narciarzy. Cieszyliśmy się, że nie poszliśmy na tamtą przełęcz. Szybko zrobił się tam tłok. Z góry wyglądało to jak ścieżka pełna mrówek.

Colado Secus, chwilę przed zalewem narciarzyBez większych problemów znaleźliśmy właściwą drogę. Secus jest charakterystyczną górą, wąska przełęcz z widocznym na mapie zakrętasem była tuż po lewej. Niestety okazało się, że weszliśmy zbyt wysoko i teraz musimy trochę zejść.

Lis  nie był najlepszym przewodnikiem. Zejścia nie było. Wysoki, nawiany balkon miał wyłącznie podcięte,  strome ściany. Trzeba by wrócić kilkaset metrów i pójść właściwą drogą. Wyjrzeliśmy jak jest wyżej i chociaż Jose Antonio protestował zeszliśmy bardzo stromą śniegową ścianką w miejscu gdzie nawis był najmniejszy. Nie było łatwo, ale też  nie było żadnego ryzyka. W razie upadku zjechalibyśmy na dno kotła i podeszli raz jeszcze. Żadnych uskoków, żadnych kamieni. Udało się. Z dołu nie wyglądało to wcale  groźnie.

Podeszliśmy znów i weszliśmy w zakręcony korytarz prowadzący na przełęcz. Góra była cała zalodzona i musieliśmy włożyć raki. Ścieżka mijała właściwą przełęcz i trawersowała zalodzone zbocze aż do uskoku na stokach Secusa. Nie było widać żadnych oznaczeń więc wybraliśmy jeden z wyższych balkonów znów sugerując się śladem lisa. Lód troszkę straszył, trawers był eksponowany, za półką którą szliśmy stok spadał niemal pionowo do wąskiej słabo widocznej doliny. Po prawej piętrzyły się skały Castello d’Archer, za nami malownicze urwisko pasma Sierra de Secus  i turnie Constantiza.  Balkon wypłaszczył się… a potem nagle zakończył bardzo stromym urwiskiem.  Gęsty kopny śnieg, żadnych szans, żeby zejść wprost na dół. Najtrudniejszy chyba moment w ciągu tych dwóch tygodni.

Jose poszedł pierwszy. Wbijaliśmy czekany jak się dało, ale i tak każdy krok był niepewny, a kilkadziesiąt metrów dzielące nas od przełączki wydawało się nie mieć końca. Pod nami piętrzyło się niskie, ale ostre pasmo czerwonych skałek, a najbardziej prawdopodobna droga ewentualnego zjazdu znikała gdzieś w czeluści  szerokiego źlebu. Nie chciałabym robić tego jeszcze raz.

Constantiza, z wypłaszczenia poniiżej szczytu SecusChwilę po tym, jak wyszliśmy na bezpieczny skłon, już poza uskokiem, słońce wychyliło się zza grani i cały nasz szlak wylazł z cienia. Pewnie teraz kiedy śnieg miękł w oczach przejście  tego okropnie stromego nawisu byłoby już bez szans. I tak zapadaliśmy się głęboko, a śnieg bardzo słabo trzymał. Nie wiem jak stromo jest tam latem. Z mapy niewiele wynika. Zimą nawis doprowadził to zejście niemal do pionu. Nachylenie było  gdzieś pomiędzy 50 a 60 stopni. Brrr … :)

Castello d'Archer z Achar de los HombresZ  przełęczy Achar  de los Hombres roztaczał się przepiękny widok.  Niezwykły, malowniczy i na wszystkie strony. Ktoś już tu przed nami był. Na wschód w  dolinę Aigues Tortes ciągnął się dość jeszcze świeży ślad nart.  Na grani leżała skręcona skórka z pomarańczy. Śnieg  szpeciła mała żółta plama … cóż znaki ludzkiej obecności niewiele się różnią od śladów lisów.

Usiedliśmy na chwilę, żeby odetchnąć.  Na zachodzie piętrzyły się skały Castello d’ Archer. Pamiętałam ten widok z letnich zdjęć kolegi.  Byłam troszkę rozczarowana. Naprzemienne, czerwono- zielone pasma znikły pod śniegiem i  chociaż Castello był piękny, bardzo brakowało mu letnich kolorów. Zimowe krajobrazy są bardziej monotonne. Niemal monochromatyczne.

Widok z Achar de los Hombres na wschód

Zeszliśmy na wschód po śladach narciarza. Było jeszcze za wcześnie na  nocleg w  Refugio Castello d’Archer, a idąc dalej w tamtym kierunku musielibyśmy zejść aż do drogi w Selva de Oza. Piękna, długa, ośnieżona trasa narciarzowi poszła pewnie  szybciej. Jego ślad zniknął w kierunku Punta d’ Escuale, a my poszliśmy przez gładką,  pozbawioną jakiejkolwiek skazy płaszczyznę doliny Aiguas Tuertas lawirując pośród malowniczych meandrów rzeczki.

Aigues Tuertes

Spaliśmy w Guarinza, już przy drodze. Schron Achar de Aiguas Tortes minęliśmy zbyt wcześnie, na dodatek zniechęciły nas tradycyjnie uchylone drzwi. W środku jak zwykle śnieg i błoto.

Schronisko la Mina zaznaczone na mapie na zakręcie rzeki w Guarinza, nie istnieje. Przez chwilę straszyła nas perspektywa noclegu pod chmurką. Ściemniło się i w przystępie rozpaczy obeszliśmy wszystkie ( 3) stojące w dolinie budynki. Tym razem drzwi były pozamykane. Na klucz.

W jednym z domków ktoś z boku wybił małą dziurę w ścianie. Trochę było nam głupio, drzwi wyrwane z zawiasów wisiały na łańcuchu blokującym zamek. Niektóre okna były wybite, okiennice połamane.  Ale byliśmy już zmęczeni,  wnętrze wyglądało przyzwoicie, jak  sala jakiegoś małego schroniska. Wcisnęliśmy się przez dziurę. Otrzepaliśmy z mysich kup materace i padliśmy bardzo już zmęczeni. Budynek okazał się porzuconym przed laty, nierentownym pewnie kempingiem.  Szkoda, że ktoś nie przerobił go na otwarty schron. Widać było, że ludzie stale tam nocują. Przydałby się. Chociaż z drugiej strony… ludzie śmiecą, zostawiają otwarte drzwi. Bywają dziwni.

Guarinza, wschód słońca 7 marca

Share