Pireneje Zachodnie marzec 2011 cz3

6 marca

Bardzo szybko podeszliśmy po skrzypiącym, zmarzniętym śniegu na Foya de Secus.

Foya de SecusWyszło słońce i nietknięta ludzką stopą płaszczyzna rozbłysła milionami gwiazdek. Niewiarygodnie piękne miejsce. Ciche, spokojne, bezludne.

Poszliśmy śladem samotnego lisa, który z nieznanych nam powodów też wspinał się w kierunku Achar de Secus. Kiedy podeszliśmy wyżej, oznakowany wczoraj szlak zapełnił się dalekimi sylwetkami narciarzy. Cieszyliśmy się, że nie poszliśmy na tamtą przełęcz. Szybko zrobił się tam tłok. Z góry wyglądało to jak ścieżka pełna mrówek.

Colado Secus, chwilę przed zalewem narciarzyBez większych problemów znaleźliśmy właściwą drogę. Secus jest charakterystyczną górą, wąska przełęcz z widocznym na mapie zakrętasem była tuż po lewej. Niestety okazało się, że weszliśmy zbyt wysoko i teraz musimy trochę zejść.

Lis  nie był najlepszym przewodnikiem. Zejścia nie było. Wysoki, nawiany balkon miał wyłącznie podcięte,  strome ściany. Trzeba by wrócić kilkaset metrów i pójść właściwą drogą. Wyjrzeliśmy jak jest wyżej i chociaż Jose Antonio protestował zeszliśmy bardzo stromą śniegową ścianką w miejscu gdzie nawis był najmniejszy. Nie było łatwo, ale też  nie było żadnego ryzyka. W razie upadku zjechalibyśmy na dno kotła i podeszli raz jeszcze. Żadnych uskoków, żadnych kamieni. Udało się. Z dołu nie wyglądało to wcale  groźnie.

Podeszliśmy znów i weszliśmy w zakręcony korytarz prowadzący na przełęcz. Góra była cała zalodzona i musieliśmy włożyć raki. Ścieżka mijała właściwą przełęcz i trawersowała zalodzone zbocze aż do uskoku na stokach Secusa. Nie było widać żadnych oznaczeń więc wybraliśmy jeden z wyższych balkonów znów sugerując się śladem lisa. Lód troszkę straszył, trawers był eksponowany, za półką którą szliśmy stok spadał niemal pionowo do wąskiej słabo widocznej doliny. Po prawej piętrzyły się skały Castello d’Archer, za nami malownicze urwisko pasma Sierra de Secus  i turnie Constantiza.  Balkon wypłaszczył się… a potem nagle zakończył bardzo stromym urwiskiem.  Gęsty kopny śnieg, żadnych szans, żeby zejść wprost na dół. Najtrudniejszy chyba moment w ciągu tych dwóch tygodni.

Jose poszedł pierwszy. Wbijaliśmy czekany jak się dało, ale i tak każdy krok był niepewny, a kilkadziesiąt metrów dzielące nas od przełączki wydawało się nie mieć końca. Pod nami piętrzyło się niskie, ale ostre pasmo czerwonych skałek, a najbardziej prawdopodobna droga ewentualnego zjazdu znikała gdzieś w czeluści  szerokiego źlebu. Nie chciałabym robić tego jeszcze raz.

Constantiza, z wypłaszczenia poniiżej szczytu SecusChwilę po tym, jak wyszliśmy na bezpieczny skłon, już poza uskokiem, słońce wychyliło się zza grani i cały nasz szlak wylazł z cienia. Pewnie teraz kiedy śnieg miękł w oczach przejście  tego okropnie stromego nawisu byłoby już bez szans. I tak zapadaliśmy się głęboko, a śnieg bardzo słabo trzymał. Nie wiem jak stromo jest tam latem. Z mapy niewiele wynika. Zimą nawis doprowadził to zejście niemal do pionu. Nachylenie było  gdzieś pomiędzy 50 a 60 stopni. Brrr … :)

Castello d'Archer z Achar de los HombresZ  przełęczy Achar  de los Hombres roztaczał się przepiękny widok.  Niezwykły, malowniczy i na wszystkie strony. Ktoś już tu przed nami był. Na wschód w  dolinę Aigues Tortes ciągnął się dość jeszcze świeży ślad nart.  Na grani leżała skręcona skórka z pomarańczy. Śnieg  szpeciła mała żółta plama … cóż znaki ludzkiej obecności niewiele się różnią od śladów lisów.

Usiedliśmy na chwilę, żeby odetchnąć.  Na zachodzie piętrzyły się skały Castello d’ Archer. Pamiętałam ten widok z letnich zdjęć kolegi.  Byłam troszkę rozczarowana. Naprzemienne, czerwono- zielone pasma znikły pod śniegiem i  chociaż Castello był piękny, bardzo brakowało mu letnich kolorów. Zimowe krajobrazy są bardziej monotonne. Niemal monochromatyczne.

Widok z Achar de los Hombres na wschód

Zeszliśmy na wschód po śladach narciarza. Było jeszcze za wcześnie na  nocleg w  Refugio Castello d’Archer, a idąc dalej w tamtym kierunku musielibyśmy zejść aż do drogi w Selva de Oza. Piękna, długa, ośnieżona trasa narciarzowi poszła pewnie  szybciej. Jego ślad zniknął w kierunku Punta d’ Escuale, a my poszliśmy przez gładką,  pozbawioną jakiejkolwiek skazy płaszczyznę doliny Aiguas Tuertas lawirując pośród malowniczych meandrów rzeczki.

Aigues Tuertes

Spaliśmy w Guarinza, już przy drodze. Schron Achar de Aiguas Tortes minęliśmy zbyt wcześnie, na dodatek zniechęciły nas tradycyjnie uchylone drzwi. W środku jak zwykle śnieg i błoto.

Schronisko la Mina zaznaczone na mapie na zakręcie rzeki w Guarinza, nie istnieje. Przez chwilę straszyła nas perspektywa noclegu pod chmurką. Ściemniło się i w przystępie rozpaczy obeszliśmy wszystkie ( 3) stojące w dolinie budynki. Tym razem drzwi były pozamykane. Na klucz.

W jednym z domków ktoś z boku wybił małą dziurę w ścianie. Trochę było nam głupio, drzwi wyrwane z zawiasów wisiały na łańcuchu blokującym zamek. Niektóre okna były wybite, okiennice połamane.  Ale byliśmy już zmęczeni,  wnętrze wyglądało przyzwoicie, jak  sala jakiegoś małego schroniska. Wcisnęliśmy się przez dziurę. Otrzepaliśmy z mysich kup materace i padliśmy bardzo już zmęczeni. Budynek okazał się porzuconym przed laty, nierentownym pewnie kempingiem.  Szkoda, że ktoś nie przerobił go na otwarty schron. Widać było, że ludzie stale tam nocują. Przydałby się. Chociaż z drugiej strony… ludzie śmiecą, zostawiają otwarte drzwi. Bywają dziwni.

Guarinza, wschód słońca 7 marca

Share

Pireneje Zachodnie marzec 2011, cz2

zejście z ForatonW miękkim, nawianym śniegu znów włożyliśmy rakiety. Przed nami piętrzyły się deszczowe (śniegowe) chmurska, ale prawie nie padało.  Strome zbocze po prawej, którym latem można by dojść do schronu Taxeras w bocznej, wysokiej dolince nie wyglądało przyjaźnie. Nie widać było nawet którędy mógłby biec zaznaczony na mapie trawers, zresztą przecinałby całe potencjalnie lawiniaste zbocze, pełne płytkich skalistych półeczek. Wciąż padał śnieg… ta droga nie nadawała się na zimę.

Schronisko Foraton widać z przełęczy. Schodząc z góry nie widzieliśmy drzwi do cabany.  Zimą często bywają zasypane zwłaszcza jeśli domek postawiono na środku hali, jak ten. Strasznie się zdziwiliśmy kiedy okazało się, że są otwarte na oścież, a wnętrze wypełnia nawiany kopny śnieg. Na podłodze mokra ziemia, okna bez szybek… kupa śniegu. Było jeszcze wcześnie, poszliśmy dalej.  Zeszliśmy stromym zboczem do dolinki porysowanej w esy floresy przez zakola malowniczej rzeczki.

Mamy wodę, to też sukces. Ucieszyliśmy się. Niżej położona Cabana Plan d’ Aniz miała uchylone drzwi, ale szczęśliwie nie była ustawiona frontem do wiatru. W ciągu pół godziny wygarnęliśmy śnieg na zewnątrz i oczyściliśmy framugę z lodu. Drzwi  zaczęły się normalnie zamykać. Podobnie jak poprzedni, schron miał nieszklone okienko w drzwiach, zatkane przez kogoś foliowym workiem. Pod ścianą stała długa drewniana ława, a w kącie  prymitywna duża prycza złożona z luźnych desek. W uchylonych drzwiach pojawiła się na chwilę mysz. Zdziwiłam się, nie miałam pojęcia co myszy robią zimą. Myślałam, że może śpią. Jak zawsze w takich warunkach powiesiliśmy jedzenie najwyżej jak tylko mogliśmy. Nie mieliśmy zamiaru dzielić się niczym z myszą.

Refugio de Plan de Aniz Rozpaliliśmy malutki ogień z odrobiny zostawionego w kącie drewna. Nie było mi zimno, chociaż we wnętrzu musiał być spory mróz. Zmoczone poprzedniego dnia buty jak zwykle zamarzły i rano z trudem udało mi się je zasznurować. Skórzane buty niestety zwykle mają z tym problem, zrobione z Cordury buty Jose Antonio nie łapały tak wody i w związku z tym rano były całkiem miękkie. Spałam w Misi, puchowej kurtce i  puchowym śpiworze. Powerstretchową bluzę ściągnęłam dopóki jeszcze było mi ciepło. Wiem, że to brzmi zabawnie. Marznę okropnie, bardziej niż ktokolwiek kogo znam. J.A. spał tylko w powerstretchu, który dla niego jest zwykle zbyt ciepły do chodzenia. Chodzi w koszulce z Tactelu. Misia założył wieczorem. Wtedy, kiedy ja na highloftową kurtkę wciągałam swojego starego puchowego grzmota. Tym razem zabrałam grube skarpetki z 200-tki, ta noc  była całkiem ciepła.

Plan d'Aniz5 marca

Wstaliśmy o świcie. Miękki wieczorem śnieg zamarzł. Ugotowaliśmy herbatę z przyniesionej wieczorem wody. Nie zamarzła, była przechłodzona. Kiedy przelałam ją do garnka natychmiast zaczęła krystalizować.

Świt  ozłacał wierzchołki gór.  Zrobiła się piękna pogoda. Wysmarowaliśmy się kremem i zaczęliśmy z żalem schodzić zerkając czasem na niemożliwe do przejścia zbocze. Niemal minęliśmy niewidoczne w nietkniętym ludzka stopą  śniegu, strome zejście do dna doliny, kiedy  z boku zobaczyliśmy kilku podchodzących z rakietami na plecach spoconych chłopaków.

-Hola! krzyknął Jose Antonio. Chłopaków zatkało.

-Co tu robicie o tej porze- spytali? -Wyszliście przed czwartą?

To zabawne jak niewielu osobom przychodzi do głowy możliwość nocowania w górach.

Punta Agueri i TaxerasByła sobota i ze schroniska Gabardito wyszło w góry trochę ludzi. Na przeciwległym zboczu grupa narciarzy oznakowała biegnący dołem szlak do Taxeras. Ucieszyliśmy się. Szybciej się szło po śladzie nart, do tego uzbrojonym w  chorągiewki.

Samo podejście do położonego na stromym zboczu schronu bywało trudne. Po południu śnieg bardzo zmiękł, a narciarze wytyczyli nam ścieżkę stromym eksponowanym uskokiem, po urwistych półeczkach, omijając duże podejrzane żleby. Nie wiem czy sami umielibyśmy ją znaleźć. Cieszyliśmy się, że mamy  ślad. Rakiety wydawały nam się tam znacznie bardziej niebezpieczne niż uzbrojone w długie ostre krawędzie narty. Dopiero na górze zorientowaliśmy się, że prawdziwa ścieżka biegnie niżej,  zaraz obok zasypanego teraz, pełnego skalistych progów koryta rzeczki. Schronisko Taxeras było kolejnym schronem z otwartymi drzwiami. Nie mogliśmy zrozumieć kto i po co  zostawia ja otwarte, tak jakby sam starannie nie zmykał swojego domu, samochodu, ogrodu.

-Jakiś kretyn stwierdził J.A. czyszcząc kolejną framugę z lodu.

Refugio TaxerasNie mieliśmy zamiaru tu nocować, było jeszcze zbyt wcześnie, ale poświęciliśmy chwilę na doprowadzenie schronu do porządku.  Wewnątrz tkwiła metrowa śniegowa bryła, ale schronisko było całkiem fajne, miało łóżko z materacem i działającą baterię słoneczną. Wkurzona beztroską jakiś jednodniowych debili wyskrobałam na drzwiach pokaźny napis „Close the door!”

Kiedy dopracowywałam zakręty literek znalezioną w schronie ostrzałką do noży, nadjechali narciarze. Oznakowali drogę na Collado de Secus- wysoką przełęcz w grani Bisaurina.  W niedzielę tą przygotowaną drogą miał przebiec duży klubowy rajd. Narciarze uprzejme przyznali mi rację w kwestii zamykania drzwi, ale widzieliśmy, że niewiele ich to obchodzi. Nie sypiali w cabanach.

Zamknęliśmy starannie oczyszczone drzwi i poszliśmy dalej zamarzającym powoli  ocienionym już śladem przez strome i zalodzone zbocze do Foya de Secus i z powrotem w dół nad korytem strumienia. Nie znależliśmy biegnącej dołem letniej ścieżki.

Schronisko Secus schowane w załomie dużego żlebu, ale w bezpiecznym od lawin miejscu, nie było tak fajne jak Taxeras. Drzwi oczywiście uchylone, okienko bez szybek, goła podłoga. Z luksusów trzy małe składane stołki. Cóż….

Refugio SecusDo  ukrytej w śnieżnym tunelu rzeczki  prowadziła plątanina lisich śladów. W śnieżnobiałym korycie była niewielka czarna studnia- dziura do wody. Bez śladów chyba byśmy jej nie zauważyli. Ucieszyliśmy się, woda topiona ze śniegu nie jest smaczna, zawsze czuć w niej spaleniznę z garnka.

Tej nocy troszkę zmarzłam. Byliśmy już dość wysoko, nie było czym palić, karimata na folii NRC to jednak nie prycza, przez wystawione wprost na dolinę okienko lekko wiało.

refugio Secus

Share