Pireneje Zachodnie marzec 2011 cz6

10 marca

Trochę utknęliśmy.  Nie bardzo było jak wrócić do Lizary nie powtarzając jakiegoś przejścia. Mogliśmy spróbować zdobyć Castello d’Archer, ale potem trzeba by wrócić przez trudny, bardzo stromy znajomy już  trawers na zboczach Secus.  Inna prowadząca z Selva de Oza droga wymagałaby  zejścia z Colado Constantiza, widzieliśmy je, było bardzo strome i spod śniegu już kilka dni wcześniej wyłaziły fragmenty skałek, teraz mogło być  tylko gorzej.

Guarrinza

Zresztą chciałam odpocząć. Zdecydowaliśmy się na powrót doliną Aigues Tuertas. Kilka dni wcześniej przebiegliśmy ją w zasadzie już po zmroku.  Niewiele widzieliśmy. Żeby nie iść drogą przeszliśmy na słabo widoczną ścieżkę, biegnącą po przeciwnej stronie doliny. Warto było. Nasłonecznione zbocza były już wolne od śniegu i na łąkach zakwitły tysiące narcyzów.

narcyzy na stokach Pico RoyoCałkiem ładna, spokojna ścieżka. Minąwszy Achar de Aiguas Tuertas  weszliśmy znów do pięknej, zaśnieżonej dolinki pociętej w esy floresy meandrami  spokojnej rzeczki. W wystawionych na słońce, schowanych w  śnieżnych tunelach  zatoczkach,  zaczynała się już zielenić trawa. Mokra ziemia na dnie była żywo-czerwona. Dolina pokazywała odrobinkę  swoich letnich kolorów.

Aigues tuertasSzybko minęliśmy  niewyraźną przełęcz Puerto d’Escule i zaczęliśmy powoli schodzić w kierunku Francji. Po francuskiej stronie był niemal identyczny, troszkę tylko mniejszy,  płaski balkonik z meandrującą rzeczką. Daleko, za szeroką doliną i drogą na Col de Somport rysowały się białe pasma z charakterystyczną sylwetką Pic du Midi d’Ossau.  Było wcześnie. Wydawało nam się, że mamy naprawdę wypoczynkowy dzień, bez nerwów, bez raków… jednak nie do końca. Ścieżka schodząca z progu doliny była urwista i stroma. Zaraz za wąskim skalistym kawałkiem widać było świeże lawinisko. Żadnych śladów biegnących w tamtą stronę…

Jose Antonio uparł się, że musi być stamtąd jakieś inne, zimowe zejście. Wydawało mi się, że może mieć rację, na stromą ścieżkę nie prowadził żaden ślad, więc zawróciłam i poszłam w drugą stronę. Rzeczywiście, za zakrętem pełna śladów rakiet droga schodziła łagodnie w stronę szerokiego żlebu znikającego potem w lesie. Zeszliśmy nią cały kawał. W pewnym momencie żleb zrobił się stromy, a ślady zanikły. Przed nami był już tylko głęboki, nietknięty śnieg i gęste krzaki. Postaliśmy chwilę zastanawiając się co dalej i niezbyt szczęśliwi wróciliśmy na samą górę.  Żleb znikał w lesie i gdyby nawet dało się pokonać stromiznę, nie wiadomo czy udałoby nam się przepchać przez las. Teraz wiedzieliśmy skąd wzięła się w tym miejscu tak mocno wydeptana ścieżka. Pewnie niektórzy chodzili nią  kilka razy. Na górze było tylko trochę śladów, na prowadzącej donikąd drodze- prawie tłok.

Puerto d Escale widok w kierunku Francji

Zdjęliśmy rakiety i niezbyt chętnie weszliśmy na zasypaną i rozmiękłą letnią trasę.

Nikt tędy nie szedł w ostatnich dniach, a w każdym razie nie po tym jak spadła lawina.  Zwały różnej gęstości śniegu, pokrywały skały i częściowo pozamarzane błoto. Stromy zygzaczek straszył upadkiem do lasu. Strumienie złośliwie wypływały bezpośrednio z rozmiękłego śniegu. Roztopiony,  błotnisty trawersik rozjeżdżał się pod butami jak masło.  Błoto przechodziło w płaty śniegu, koryta potoków, znów błoto.  Na odkrytych połaciach ziemi pod lasem pojawiły się ciemierniki.

Zejście zajęło nam trochę czasu. Nie wiedzieliśmy, czy zaznaczona na mapie tylko czarnym punkcikiem cabana będzie otwarta. Równie dobrze mogła być prywatna i zamknięta na klucz, albo co też nierzadkie mogła być już tylko zapomnianą stertą kamieni. W tym rejonie nie ma żadnych sensownych miejsc do spania, ryzykowaliśmy licząc na to.

cabane Espelunguere

Cabana Espelunguere należąca do gminy Borce okazała się najlepszym schronieniem jakie dotychczas widzieliśmy. Solidne okna, działające drzwi. Łóżka, stół, koza i zapas drewna, byliśmy przecież w lesie. Czysta śliczna i otwarta. Prywatne rzeczy pasterzy zamknięto w dwóch osobnych izbach z nowymi metalowymi drzwiami.  „Nasze drzwi ‘’, tradycyjne, dzielone na pół jak we wszystkich innych cabanach, zasłaniał przed deszczem szeroki, kamienny ganek. Dobrze było odpocząć i wyspać się w ciepłym i suchym pomieszczeniu.

widok spod Cabana EspelunguereGóry po drugiej stronie doliny przesłonił dym z palonych traw. Pomimo tego, że zachód słońca ozłocił szczyty, nie zrobiłam im zdjęć. Nie wyglądały pięknie. Nie lubię palenia łąk.

Rozpaliliśmy w kozie. Ogień długo oświetlał pomieszczenie ruchliwym światłem. Ciepła, spokojna noc. Byliśmy wdzięczni gminie Borce za otwarte zimą drzwi. Zapas drewna zgromadzony na ganku pewnie jeszcze jesienią był tak wielki, że nie byłoby już gdzie dołożyć więcej. Nie mając się czym zrewanżować za spalone drewno, zostawiliśmy w cabanie jedną dużą świeczkę. Nie mieliśmy ze sobą już nic przydatnego.

Share

Pireneje Zachodnie marzec 2011, cz5

8 marca

Parking powyżej LhersPodejście z Lescun zajęło nam bardzo dużo czasu. Najpierw fragment Gr10 wspinający się na niskie wzgórze stromym zaśnieżonym lasem, aż do Platou Lhers. Potem kilka kilometrów przysypaną śniegiem betonową drogą, na koniec stromy trawers na Col de Saoubathou.  1100 metrów podejścia.

Tauble de Souperrat

Kiedy dotarliśmy  do połączenia drogi z biegnącym granią HRP, zachmurzyło się i zaczął padać śnieg. Z trudem znaleźliśmy właściwą przełęcz. Liczne wcześniej ślady nart i rakiet zanikły.  Zostaliśmy „sami”. Na grani tkwił zakopany niemal po trzonek, samotny drogowskaz wskazujący na col de Souperrat. Żadnych innych znaków. Próbowaliśmy przejść trawersem porośnięte nawisami, bardzo strome zbocze Pico Royo, ale poddaliśmy się. Byłam zmęczona, zacinało śniegiem, robiło się coraz później. Przy słabej widoczności dotarcie do położonej jakąś godzinę dalej, być może całkiem przysypanej cabany  Lapassia, a nawet do jakiejkolwiek innej w tej dolinie  wydawało się całkiem niemożliwe. Na przełęczach siedziały duże nawisy. Śnieg był luźny, nawet w rakietach zapadaliśmy się głęboko.

Francuska strona wyglądała zupełnie inaczej niż południowe hiszpańskie zbocza. Połaziliśmy trochę po nawianym stoku, zmienionym nie do poznania w porównaniu z latem . Znałam ten szlak, ale z trudem udawało mi się rozpoznać  tylko niektóre szczegóły. Niebo na północy zrobiło się seledynowo- zielone. Jak czasem w Polsce, kiedy nocą zapowiada się wielki mróz.

Podejście na Col de Saoubathou

-Rozbijmy namiot zaproponował Jose- niepoprawny optymista (mieliśmy leciutki, letni namiot, niemal nic).

-Nie chcę -uparłam się. -Zwariowałeś! Jesteśmy wysoko, na samej grani. Zasypie nas i zamarzniemy. Wracamy – uprałam się walcząc z okropnym przekonaniem, że straszliwie stchórzyłam.  Nie wiem czemu tak bardzo chciałam zejść. Było po 6, godzina do zmroku. Wokół nas tylko ponure nawisy.  Zimno, trochę chmur, padał lekki śnieg. Zbiegliśmy do położonej 500 metrów niżej cabany de Callau. Do drzwi dotarliśmy już w zupełnej ciemności. Zbiegając  niełatwym wcale, pełnym stromych trawersów szlakiem (podejście zajęło nam przecież prawie trzy godziny) obiłam sobie okropnie stopy, moim jedynym marzeniem było ściągnąć buty. Wrzuciłam śpiwór na stryszek, byłam tak zmęczona, że całkiem odechciało mi się jeść. Jose krzątał się gdzieś na dole, rozpalał ogień, coś jadł. Zasnęłam niemal natychmiast i obudziłam po mniej więcej godzinie. Nad nami przewalał się huraganowy wiatr. Wichura wyła i wydawało się, że dach zaraz odleci.

-Co się stało?- spytałam

– huragan.  Zerwał się przed chwilą. Nagle. To może być taki legendarny wiatr, który przenosi śnieg z jednego miejsca w drugie. Po hiszpańsku Torb.  Zdarzały się wypadki w których zginęły całe grupy ludzi. Zasypywało ich w wąskich dolinach.  Czasem się zdarza zimą. Zrywa  się niespodziewanie kiedy jest inwersja termiczna…

-Tak nagle? -zdziwiłam się -bardzo wieje?. Byłeś na zewnątrz?

-Nie najgorzej. Można ustać -powiedział. -Zobaczymy rano.  Dobrze, że nie śpimy w namiocie na grani.

Z tym łatwo mi się było zgodzić.  Dobrze mi było w ciepłym śpiworze, pod bezpiecznym, chociaż wyjącym dachem. Nie chciało mi się już zwlekać ze stryszku. Pamiętam tylko, że była chwila, w której wiatr niespodziewanie, w jednej chwili,  zamilkł.  Jakby ktoś wyłączył dźwięk. Przez kilka minut panowała zaskakująca cisza, a potem wycie wróciło z niezmienioną siłą.

– Słyszałeś to?- Spytałam niepewna czy mi się to wszystko nie śniło.

-Tak, dziwne bardzo, jakbyśmy byli w oku cyklonu.

9 marca

Rano widoczny z góry las był cały ośnieżony, chociaż kiedy podchodziliśmy drzewa były gołe. Zaspy na grani wyglądały tak samo jak przedtem. Col de Saoubathou w jaskrawych promieniach słońca nie podobała mi się ani trochę bardziej niż wieczorem.

widok z Col de SaoubathouStrome zbocze,  pełne zasypanych śniegiem żlebów, żadnego śladu, żadnych pomysłów gdzie iść. Nisko w dolinie snuły się dymy spalanych przez francuskich farmerów traw. Góry w oddali wydawały się brudne. Przykurzone, zbrązowiałe szczyty zwieńczone skalistym wierzchołkiem Pic du Midi d’Ossau.

Kiedy podchodziliśmy  latał nad nami helikopter. Wyglądało to jakby szukali kogoś na drodze, z której zrezygnowaliśmy poprzedniego dnia.

-Nie idźmy tam zaproponowałam.  -Przez kilka dni śniły mi się koszmary, połamane, powykrzywiane nogi,  kalecy ludzie, wózki inwalidzkie… – To paskudne, północne zbocze.  Lawiniaste, jest dużo śniegu… z kiepskim widokiem… Chodźmy do Hiszpanii.

Pico Royo, z platou poniżej grani, na wprost przełecz na którą weszliśmy na lewo col de Saoubathou

-Nie dojdziemy do Lizary na czas i zaczną nas szukać -zaprotestował Jose Antonio.

– Już i tak nie dojdziemy na czas. Mieliśmy wrócić za tydzień. To jutro. Bez szans. Zadzwońmy do nich -powiedziałam wyciągając telefon.  -Przedwczoraj na grani była sieć, może teraz też jest?

-Nie ma -powiedział pokazując mi swój aparat. A jednak mój telefon coś  złapał.

-Dzwoń -wręczyłam mu słuchawkę.

Lizara nie odbierała, dodzwoniliśmy się tylko do Teresy, prosząc, żeby ich powiadomiła. Po chwili sieć znikła. Wdrapaliśmy się na grań poniżej Pico Royo. Na mapie był  biegnący granią szlak w kierunku  col d’Arlet skąd można by zejść do schroniska Arlet.  Jose nigdy tam nie był i bardzo mu zależało, żeby to przejść.

Pico Royo

-Spróbujmy- zgodziłam się, grań powinna być bezpieczna.  Jednak zrobiliśmy błąd podchodząc na poprzedzającą Pico Royo przełączkę. Trzeba było wejść po żebrze grani bezpośrednio na szczyt. Ścieżka trawersowała wierzchołek  po północnej stronie, w miejscu gdzie teraz tkwił nawis. Śnieg rozmiękł w słońcu.  Nie zdecydowaliśmy się.  Zresztą ostra, obklejona „skapującymi” nawisami, stroma grań przed nami też nie wyglądała  łatwo.

Nie spodobało nam się też, zaznaczone na mapie zejście z przełączy do doliny Aragon Subordan.  Wydawało się straszliwie strome. Gładkie nadtopione i zlodzone  śnieżne pole, nachylone ponad 45 stopni, być może tylko na początku… nie widzieliśmy co jest dalej, ale nie wyglądało to zachęcająco. Zresztą mieliśmy czas. Poszliśmy granią do trasy HRP  i potem niewidocznym zimą szlakiem aż do Pena la Riste. Piękna, łatwa trasa. Jak Czerwone Wierchy. Tylko dwa miejsca były trudne. Pierwsza skalista przełączka, gdzie rude skały rozgrzane słońcem nadtopiły zalegający na nich śnieg. Nie dało się iść tylko po skałach. Przejście po takim niepewnym odklejonym, rozmiękłym już śniegu nad stromizną nie było fajne.  Następne skaliste przełączki na szczęście były już znacznie szersze. Nieprzyjemne było też ostanie podejście przed samym szczytem Pena la Riste, jak na mój gust bardzo, bardzo strome (około 5o stopni, być może trzeba było wejść granią jak na mapie, ale tam siedział mięknący już nawis).  HRP omija ten wierzchołek, my weszliśmy, inaczej nie dostalibyśmy się do zejścia. Śnieg zlodowaciał i raki całkiem dobrze trzymały. Zeszliśmy grzbietem, który doprowadził nas do zgubionego kilka dni wcześniej znakowanego szlaku na col de Pau. Zabawnie było iść śladem kozic. Bezbłędnie unikały pęknięć na brzegu odklejających się już  nawisów.

Dalej,  malownicza, dobrze oznakowana  ścieżka sprowadzała stromym zboczem z widokiem na Castello d’Archer, aż do znanej nam już Guarrinzy.  Tym razem w rozbitej chałupie poczuliśmy się  całkiem jak w domu.

widok ze znakowanej ścieżki na Col de Pau w kierunku doliny EchoByło ciemno, za nami jak co dzień niemal 12 godzin marszu. Ewidentna wada zimy w porównaniu z latem, zimą niemal wcale się nie odpoczywa. Śnieg, zimno, nie ma gdzie usiąść… Byłam skonana. Potrzebny mi jeden luźniejszy dzień wymamrotałam zasznurowując kaptur w śpiworze tak, żeby została mi tylko szczelinka potrzebna do oddychania.

Share