Islandia cz 9 Hornstrandir

To był spokojny dzień zakończony porażką. Wstałam późno. Pogadałam z Czechami, przejęta ich planem powrotu wprost przez Drangajokull (podobno niepotrzebny jest jakikolwiek sprzęt)i zaskoczona ich podziwem dla mojej trasy z Holmaviku. Idąc zapłacić za kemping (którego jak to na Islandii nikt nie pilnował) pogadałam z mieszkającą tu przez lato panią. Miłą, uczynną przejętą wszystkimi pomysłami wędrowców. Kupiłam od niej paczkę mrożonych parówek i kawałek żółtego sera, poprosiłam o pozdrowienie pana, który mnie niedawno przewiózł przez bród. Prosił żeby się tu zameldować, dla pewności czy doszłam, czy nie przepadłam. Już spakowana wypiłam kubek herbaty z „moimi” Islandczykami (zostawali w Reykafjodur na 1 dzień) i leniwie ruszyłam na kolejne zbocze. Pogoda była pochmurna, widoczność nędzna. Pierwsza grań, pierwsza rzeka- podzielona na mnóstwo strumieni, niegłęboka, niegroźna, chociaż płynąca z lodowca. Drugie zbocze wyższe, znów błoto, znów przybrudzony, spękany śnieg. Jakieś bagna, skały, strome zejścia, wciąż w chmurze więc bez entuzjazmu i na deser cudowny widok na pasiaste zbocze opadające nad kolejny fiord. Chmury znikły, a przede mną pojawiła się rzeka. Szeroka. Lodowcowa. Widziałam ją z góry bardzo długo i dopiero podchodząc blisko wypatrzyłam na drugim brzegu dom. Potem ludzi, całkiem nawet sporo. Ucieszyłam się bardzo myśląc, że gdybym miała problemy z brodem ktoś też mnie pewnie zobaczy, uratuje, jednak rzeka znów okazała się płytka. Rozlana, dość szybka, ale przezroczysta, ledwie do pół łydki.

Wciąż pełna entuzjazmu dla nieznanych, widzianych tylko z daleka ludzi wygrzebałam się szybko z koryta nawet nie zakładając butów. Zanim dotarłam na ganek ludzie znikli. Budynek wyglądał jak duże schronisko, zakopiańskie, bogate, odpicowane. Nie bardzo pasujące do skromnej Islandii. Pojęcia nie mam czym naprawdę było. Zajrzałam chcąc spytać o łodzie- musiałam jakoś wrócić na ląd. Z Hornstrandiru- na który właśnie wchodziłam nie ma już żadnego pieszego powrotu. Ostatnia możliwość przejścia lądem była tutaj. Facet, który mi otworzył był nieprzyjemny. Tak naprawdę to mnie stamtąd wygonił. Poradził żeby spytać w Latraviku, że to blisko, dojdę tam w jeden dzień. Byłam zdziwiona, zniesmaczona, rozczarowana. Jak dotąd wszyscy spotykani na Islandii ludzie byli mili. Ten wydawał mi się jakby znajomy. Jakby polski… Nie miałam zamiaru się tym truć. Przeprosiłam za zawracanie głowy, założyłam buty i poszłam dalej wzdłuż pięknej zatoki. Początkowo przez gęste chaszcze. Za kościółkiem (maleńkim, drewnianym, niedawno odmalowanym na biało), za cmentarzem zarośniętym, ale odnowionym ciągnęły się piękne łąki, kiedyś pewnie wypasane, teraz dzikie, kwitnące jak oszalałe. Nic dziwnego był przecież czerwiec. Jeszcze niedawno, kilkadziesiąt lat temu musiała tu być spora wieś. Na krzyżach powtarzało się kilka nazwisk, ostatnie urodziny były z początku wieku- w sumie niedawno. Ryby, trochę owiec. Nie było śladów uprawy ziemi. Jaki to musiał być inny świat…

Budynek za moimi plecami nie znikał (był nienaturalnie wielki i nowy), ale przede mną wyrosło stare schronisko- pomarańczowa kapsuła identyczna jak ta, w której spałam idąc z Holmaviku. Tylko przekrzywiona, zepchnięta z fundamentu przez sztorm. Sprawdziłam czy otwarta z przyzwyczajenia. Było zbyt wcześnie żeby już nocować, zbyt blisko tego nieprzyjaznego domu. Można by ewentualnie wejść i coś ugotować bez wiatru, oszczędzając gaz. Jednak drzwi zakleszczyły się i ani drgnęły. Nie przejęłam się ani tym, ani stojącą przy schronie mapą sugerującą dokładne sprawdzenie wyposażenia i policzenie możliwości i sił. Turysto. Wchodzisz na Hornstrandir na własne ryzyko. Musisz mieć zapas jedzenia i gaz, ciepłe ubranie kompas i mapy. Postaraj się nocować blisko wyznaczonych miejsc. Pogoda jest tu nieprzewidywalna. Powiadom kogoś o tym gdzie idziesz i kiedy wracasz. Sygnał alarmowy… Dalej już nie czytałam. Sieć znikła jakiś czas temu, a telefonu satelitarnego nie miałam. Zarzuciłam teraz już nie ciężki plecak i ruszyłam ochoczo wzdłuż plaży. Kamienistej szumiącej przyjemnie, pachnącej morzem. Po godzinie weszłam w cień, a plaża zrobiła się podejrzanie wąska. Kilkukrotnie pokonałam jakieś skały, wąskie żebra wbite w przezroczysty ocean. Falowały jasnobrązowe wodorosty. Szłam tuż pod klifem, niedostępnym, podmytym i stromym i bardzo późno zrozumiałam, że przecież jest przypływ! Przestraszona spróbowałam przyśpieszyć, ale powstrzymały mnie skały. Plaża znikła dalej nie dało się przejść. Wróciłam kilkanaście minut do miejsca gdzie ze skarpy sączyła się woda i rozbiłam namiot na niewielkim trawiastym wypiętrzeniu, kiedyś dawno odkruszonym z klifu.

Ledwo mi się tam zmieścił. Gotując widziałam płynącą do bogatego domu łódź. Zasnęłam natychmiast, pomimo wczesnej pory i obudziłam się równie niespodziewanie. Wschodziło słońce. Odpływ na powrót odsłonił plaże. Było wpół do drugiej.

 

1137 Razem 3 Dzisiaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *