kupcie Kontynenty!

w najnowszym numerze Magazynu Kontynenty ukazał się mój artykuł o opuszczonych pirenejskich kopalniach w Masywie Mauberme. Jak być może pamiętacie bywałam w tym rejonie kilkukrotnie.  Zrobił na mnie wielkie wrażenie z wielu, nie zawsze oczywistych powodów. Troszkę Wam o tym napisałam, ale nie wszystko.

Nie dostałam jeszcze magazynu, ale moja Mama już go zdążyła kupić i mówi, że jest pięknie wydany i zdecydowanie wart posiadania. Nie przegapcie tego proszę. Kontynenty są wyjątkowe i bardzo się cieszę, że znalazło się w nich miejsce na moje zdjęcia i tekst.

Port Orla- jedno ze zdjęć, które znalazły się w najnowszym numerze Magazynu Kontynenty

1600 Razem 3 Dzisiaj

29 myśli na temat “kupcie Kontynenty!”

  1. Gratulacje.
    Ja podobnie ostatnio próbowałem jednym ze swoich tekstów zainteresować redakcję jednego pisma górskiego. Niestety bez sukcesu.
    Może to kwestia tego, że tekst dotyczył naszych Bieszczadów. Ale to co opisywał było na prawdę wyjątkowe. I przyznam, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem w tamtym rejonie. Może szczytów skąpanych w słońcu, a u dołu może mgieł ścielących się w dolinach. A wszystko dodatkowo w barwach bezśnieżnego przełomu listopada i grudnia.
    Ale dość o moich niepowodzeniach. Raz jeszcze gratuluje. Takie miejsca są wyjątkowe. Można przejść obok nich bez refleksji i trochę ślizgając się po powierzchni. A można także spojrzeć na nie nie tylko jak na ruiny. Tylko jak na miejsce w którym tętniło życie. A które z jakiejś przyczyny przestało. Tam kiedyś żyli ludzie.Zupełnie wyjątkowi przez to gdzie żyli i to gdzie w jakiś sposób określało to jak funkcjonowali. Tak jak u nas, górale żyli inaczej od mieszkańców Bieszczadów czy Kaszub.
    Pozdrawiam

    1. Dzięki:)
      Ostatnio bardzo mnie interesuje styk cywilizowanego świata i pustki- dzikich czy opuszczonych miejsc. Wydaje mi się, że na tej granicy wyłażą z nas najciekawsze rzeczy. Ale to na marginesie. Pojawienie się mojego tekstu w Kontynentach to szczęśliwy przypadek. Samo pismo jest bardzo ciekawe. Nie typowo podróżnicze czy górskie. To dobra literatura, bez schlebiania czytelnikom (klientom), bez reklam, coś niezwykłego w dzisiejszych czasach. Naprawdę podziwiam.

      Co do chmur. Byłeś kiedyś w Piemoncie? Po włoskiej stronie niemal przez cały rok można tam oglądać morze chmur. Pojawia się wieczorami i znika rano. Teraz, jesienią na niebie działy się fantastyczne rzeczy. Obrabiam właśnie zdjęcia. Chyba nigdy jeszcze nie widziałam czegoś tak niezwykłego. Opiszę dokładnie całą naszą ostatnią trasę. Jest bardzo ciekawa. Trzymaliśmy się powyżej 2000 metrów składając różne nieznakowane i znakowane, włoskie i francuskie szlaki. Mam nadzieje, że kogoś z Was to zainteresuje, bo bardzo szkoda byłoby tego nie powtórzyć.

  2. Praca przerwana (jest motyw), biegnę do Zgierza, ciekawe czy w takiej najbliższej dużej miejscowości trafię takie pismo. Chwila wytchnienia się przyda.

  3. Gratulacje!
    Na stronie magazynkontynenty.pl schowali Cię pod Kazimierzem Nowakiem.
    Z niecierpliwością czekam na relację z szukania trufli krokodylem w Piemoncie :)
    PS A Kontynenty i tak kupię. Choćby w piekarni.

        1. ostatniego dnia wracałam stopem do Cuneo i kiedy chciałam włożyć plecak do bagażnika, pan Kierowca się bardzo przeraził. Zdążyłam z rozpędu zajrzeć. Cały bagażnik wielkiego merca zajmowała ogromna trufla. Mam zdjęcie.
          Plecak wylądował ostatecznie na tylnym siedzeniu. Skórzanym (
          a lało), ale grzybek się uratował :)

  4. Cena trochę z księżyca wzięta. 20zł za czasopismo to chyba lekka przesada. Do tego nie wiem co jest w środku. Zafoliowane. Niby grube ale ile tam jest reklam? Któż to odgadnie. Tak na marginesie, kiedyś kupował NG. Już tego nie robię. NG zeszło na psy, więcej reklam i komercyjnych teksów niż wartościowej treści. Zresztą jak 90% tego typu czasopism. Dlaczego Kontynenty mają być inne?

    1. Jest kilka stron. Naliczyłam 7 (na 154), kilka z nich to raczej informacje: festiwal, książki.
      Ja też kiedyś kupowałam NG (jeszcze po angielsku) i przestałam lata temu (jak już było polskie), z tego samego powodu co Ty- skrajna komercja, bez treści. Na razie Kontynenty są inne i mam nadzieję, że im się to nie zmieni. W każdym razie trzymam kciuki.

        1. to tak w ogóle głębszy problem- media. Z jednej strony mamy internet i w zasadzie wszystko tam jest z drugiej to co na papierze jest skończone. Zamknięte. Przefiltrowane i niezmienne. Dlatego uważam, że jest potrzebne.
          Ciekawa jestem Twojego zdania jak już kupisz :)
          własnie dostałam swój autorski egzemplarz i czytam…

          1. Niby tak ale… Przeczytałem dziś artykuł w npm o szlaku HRP. Co jak co ale na Pirenejach to się trochę znam i powiem, że mam mieszanie odczucia po tej lekturze…

          2. npm… od dawna nie widziałam ani jednego numeru. Nie to, że się kiedyś wkurzyłam (niezorientowanym załączam link: przegląd prasy npm), nie jestem zawzięta, tylko mi zwyczajnie ręce opadły i tak już zostało. Stąd moja nadzieja w stosunku do Kontynentów.
            co za bzdury tam napisali tym razem?
            widzę, że nasz HRP coraz popularniejszy :)

    1. Kiedyś często się zastanawiałam skąd w ludziach taka potrzeba uogólnień i głoszenia jedynej słusznej prawdy i przychodzi do głowy tylko-że to z niewiedzy. Druga strona medalu jest bardziej optymistyczna, nie masz wiedzy, więc się nie stresujesz i wszystko jest proste i piękne. Także reasumując, bywa, że bardzo zazdroszczę :)
      nie przeczytam w związku z tym, chyba już wolę moją nieświadomość (zwłaszcza w sprawie nowości w górskiej prasie). HRP jest znacznie trudniejszy niż Tatry Zachodnie i znacznie bardziej wysokogórski. Podobny raczej do Tatr Wysokich- i jednocześnie kompletnie inny, nieznakowany, pusty, dziki. Nie ma piwa i szarlotki co 3 godziny. A szlak piękny. Może dzięki temu tekstowi ktoś się zmobilizuje i przejdzie i to mu poprawi życie?

  5. A to czasem nie nasza noblistka powiedziała: „Im więcej wiem tym częściej mówię nie wiem”
    Mnie generalnie drażni taki właśnie styl. Ktoś raz pojedzie, raz coś zrobi i już mu się wydaję że jest super ekspertem i może napisać artykuł, w jakby nie było znanym czasopiśmie. Z którego tak naprawdę nic nie wynika poza subiektywnymi wrażeniami. A wiedza jaką dostajesz to „będzie padać albo nie będzie padać”. Drażni mnie jak ktoś pisze „najtrudniejszym miejscem na trasie jest zejście z przełęczy Mulieres” Wypadało by napisać „największą trudność sprawiło mi….” Może się i czepiam…
    Nie pytaj kto jest autorem tej relacji, choć Ty jesteś bystra to pewnie już wiesz ;)

    1. nie strasz? Naprawdę? Tym bardziej mi przykro. Z Mulieres sprowadziłam kiedyś psa. A potem właściciela…W sumie nie wiem co jest najtrudniejsze na HRP. Chyba zależy od pogody. Mnie też drażni. Mi wbito do głowy w dzieciństwie- „wiem, że nic nie wiem” (Sokratesa) jako sprawdzian czy choć trochę kojarzę. Jeśli wiem, że nie wiem to jest postęp… i tego się jak mogę staram trzymać. Tylko to wcale nie jest takie łatwe :)

      1. Nie, no nie jest tak źle, przeczytać można. Ale taki niesmak troszkę mi został. Zresztą sama wiesz, my do tego inaczej podchodzimy bo znamy te góry. Spoko :). Na pewno wielu ludzi się zapali do wyprawy. I będą szukać informacji w sieci ;)
        Tak czy owak przejście HRP zasługuje na szacunek.

        1. teraz to już chyba muszę, skoro się tak wymądrzamy:) A bzdur na temat HRP widziałam mnóstwo. Mam np. książkę gdzie napisano, że zasadą jest, żeby się co noc przespać w schronisku. Autor przeszedł tylko fragment z Col de Somport do Wallon, a gdyby poszedł kawałek dalej wiedziałby, że tam nie ma schronisk. Rzeczywiście nie wszystko powinno się wydawać drukiem.
          Dobrze, że ten opis jednak nie jest szkodliwy.

          1. No proszę, okazuje się, że mój artykuł wywołał kontrowersje :) Nie wiem czy słusznie, bo każdy taki materiał z zasady będzie subiektywny.

            Odnosząc się do uwag p. Edwarda – nie napisałem nigdzie, że „Pireneje to wielgachne Tatry Zachodnie”. Pierwsze zdania artykułu brzmią: „Wyobraź sobie Tatry. Zachodnie – zielone i ciche, i Wysokie – wznoszące się pod niebo. A teraz rozciągnij je dwadzieścia razy. Przenieś 1000 metrów w górę.” Jeśli cytujemy – to dokładnie. Nie wiem czy takie porównanie dobrze opisuje moje wrażenie, ale starałem się oddać kontrast zielonych gór w okolicy Roscenvalles czy Pic d’Orhy i skalistych szczytów w rejonie ref. Respomuso czy Maladety. Jeśli komuś kojarzą się inaczej – no trudno, sprawa osobistego odczucia.

            Podobnie z nieszczęsnym zejściem z Col de Mulleres. Ma ono wiele wariantów, ten którym zszedłem idąc na wschód był 20-30-metrowym uskokiem. Pewnie mógłbym ominąć go, idąc północną stroną przełęczy. Pod względem technicznym wariant, który wybrałem, był jednak najtrudniejszym miejscem HRP. Jasne, mogłem napisać „największą trudność sprawiło mi…”. Wydaje mi się jednak, że kilometry, które mam w nogach, doświadczenie w bardzo różnym terenie oraz doświadczenie wspinaczkowe pozwalają mi na ten osąd: to było technicznie najtrudniejsze miejsce na jakie trafiłem. Z tą opinią zgadza się autor przewodnika. Jeśli są trudniejsze – chętnie poznam, bo prawdopodobnie ominąłem.

            „najłatwiej się dostać lecąc co Paryża i dalej tłuc się TGV. Może, ale są lepsze sposoby.” Jeśli są, poproszę! Również chętnie poznam i umieszczę w moim poradniku na blogu. Pomoże nie tylko mi, ale i przyszłym czytelnikom.

            „Ktoś raz pojedzie, raz coś zrobi i już mu się wydaję że jest super ekspertem i może napisać artykuł, w jakby nie było znanym czasopiśmie. Z którego tak naprawdę nic nie wynika poza subiektywnymi wrażeniami.”

            Wędruję na długie dystanse od 12 lat i zrobiłem przez ten czas rzeczy, które były pierwszymi w historii. Nie chwalę się :) ale stwierdzam fakt. A jednak nie uważam się za eksperta od Pirenejów. Relacja z tych gór nie miała być przewodnikiem, ale właśnie relacją, subiektywną z definicji. Mogę w niej opisać tylko to, czego sam doświadczyłem. Jeśli są w niej błędy merytoryczne, chętnie skoryguję moją wiedzę. A że moje wrażenia nie pokrywają się z cudzymi – cóż, w tym tkwi urok podróżowania, każdy z nas może spojrzeć innymi oczami na te same miejsca. Czy z relacji nic nie wynika? Nie wiem co w ogóle miałoby wynikać z jakiejkolwiek relacji – przeszedłem jeden z najpiękniejszych szlaków w życiu i starałem się dać inspirację oraz garść porad innym. Mam nadzieję, że tak się stało i po komentarzach na blogu widzę, że to działa.

            Do zobaczenia na szlaku :) Kasiu, a Ty spodziewaj się niespodzianki w ciągu najbliższego tygodnia!

          2. Cześć Łukasz, już się boję :)
            Z żalem przyznaję, że nie przeczytałam Twojego artykułu, zapomniałam. Rozumiem Edwarda. To nie tyle sprawa faktów, ile formy. Jeśli piszesz, że „najtrudniejszym miejscem jest”- podajesz fakt z którym istotnie można dyskutować. Gdybyś napisał „najtrudniejszym dla mnie”- to subiektywne wrażenie i nie ma o czym gadać. Edward jest naukowcem (ja byłam). Dla nas to jak podajemy hipotezy, fakty, dowody jest ważne, a mylenie tego denerwujące. Ja się bardzo staram to rozróżniać. Tak czy siak chyba nie ma tu o co kruszyć kopii. Co do tego jakie są Pireneje zgadzamy się wszyscy.
            Edwardzie naprawdę trudno pisać tak jak Ty- merytorycznie, przewodnikowo z detalami. Jedyne co bym w Twoich opisach zmieniła to pomnożyłabym (wszystkie!) czasy przejść przez 2. Jak dotąd nigdy nie udało mi się nadążyć :)

  6. Kupiłem Kontynenty. I już nawet przeczytałem Twój artykuł. Dla mnie ok. Tym bardziej, że lubię takie historyczne tematy. Sam przecież napisałem o Canfran Estacion, perełce wśród dworców kolejowych a dziś niszczeje bo są lepsze sposoby podróżowanie niż kolej. Jest trochę historii przeplatanej z wrażeniami z wyprawy. W jakiś tam sposób się łączy teraźniejszość z przeszłością. Oczywiście, że trudno nam dziś sobie wyobrazić, że kiedyś nie chodzono po tych rejonach dla przyjemności, by podziwiać widoki lecz po prostu do ciężkiej pracy. Nasuwa się też taka refleksja, że to co dziś wydaje nam się super pomysłem, wspaniałą ideą, wiecznością, po jakimś czasie może okazać się tylko mglistym wspomnieniem. Niezmienne są tylko góry. Podoba mi się też stwierdzenie, że Pireneje są jak dzikie ogrody. Bo chyba takie są, może poza kilkoma miejscami. No nie wiem ,10-20% a cała reszta to wolność

    1. Cieszę się, że Cie nie zawiodłam:). O Canfranc oczywiście pamiętam, próbowałam tam nawet wejść (jeszcze świeżo po Twoim wpisie), ale natknęłam się na okazały płot. Teraz rozgryzam Twój tekst o pierwszych zdobywcach Aneto. Fizyk doświadczalnik, sam wiesz, jak nie wiadomo dokładnie jak było, to trzeba spróbować powtórzyć. Mam nadzieję, że nam coś jeszcze o historii napiszesz?
      A z tym odwracaniem się o 180 stopni jest jeszcze gorzej. Działa w obie strony. Teraz chodziłam po Alpach i fotografowałam pozostałości po wojnie (zdjęcia są tu. Wydawała mi się absurdem. Granicy strzegą już tylko naklejki reklamowe (w cieniu bunkrów). W wojskowych barakach pomieszkują kozice. Czysty surrealizm… a po powrocie czytam, że Węgry budują mur, Niemcy sprawdzają dokumenty na granicach. Historia kołem się toczy- truizm, ale przerażający.

  7. Tak, zgadzam się, że to różnica podejścia. Ale jeśli napisałem „najtrudniejszym technicznie miejscem HRP okazuje się jednak inne miejsce, przełęcz Mulleres” – nie stawiam definitywnego twierdzenia „jak jest”, ale opisuję moje wrażenie z tamtej chwili. Pisząc relację ze szlaku lub wspinaczki zakładam, że będzie subiektywna. To nie ma być suchy przewodnik, ale zachęta i inspiracja dla innych. Nie ma to być też reportaż, gdzie narrator jest nieobecny. NPM to nie miejsce na suche i ścisłe opisy, bo od takich rzeczy są przewodniki.

    P. Edwarda drażni mój styl, mi nie podoba się przekręcanie moich słów lub wkładanie w nie czegoś, czego nie napisałem.

    „Ktoś raz pojedzie, raz coś zrobi i już mu się wydaje że jest super ekspertem i może napisać artykuł, w jakby nie było znanym czasopiśmie”. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek nazwał się ekspertem od czegoś. Na pewno nie od Pirenejów. Co nie odbiera mi prawa do opisania mojej wędrówki. Tak przy okazji – jako jedyny człowiek przeszedłem pieszo góry Iranu. Ile razy powinienem to zrobić, zanim stanę się ekspertem i będzie mi wolno o tym napisać?

    1. Mam nadzieję, że nie drażni Cię bardzo poważnie. Edward nie miał nic złego na myśli jak sądzę. Wyraził swoją opinię i już. Możesz wziąć pod uwagę albo olać. Ja znalazłam w tym powód do przemyśleń- czy rzeczywiście z moich tekstów wynika coś więcej niż moje subiektywne wrażenia? Bo przecież może. Relacja może być trzymającym w napięciu reportażem, opowiadaniem z puentą, może przewietrzać umysł czy zdejmować klapki z oczu. Może dawać nadzieję, budzić ciepłe uczucia sprawiać przyjemność…To, po co i dlaczego piszemy jest bardzo ciekawe. Najmniej warty pisania powód to popisywanie się, a to się niestety zdarza (również w npm.-ie).
      To, kto i kiedy staje się ekspertem jest jeszcze bardziej złożone. Ja nie będę nigdy. Moją życiową mantrą jest Sokratesowskie „wiem, że nic nie wiem”. To nie oznacza ignorancji tylko świadomość, że można wiedzieć więcej, robić lepiej, że zawsze można stawiać sobie pytania i poszukiwać drugiego dna. Gdybym uznała się za eksperta w jakiejkolwiek dziedzinie przestałabym się rozwijać. A tego nie chcę. Ludzie, którzy uważają, że wszystko wiedzą mnie przerażają. W większości przypadków wynika to stąd, że jeszcze nie wiedzą o tym czego nie wiedzą.
      Myślę, że po Iranie od wieków chodzili pasterze, kupcy, żołnierze. Widzieli te góry w różnych warunkach i o różnych porach roku. Pomyśl jak się zmieniały przez wieki, jak jeszcze się zmienią… i jak tu być ekspertem?

      1. Ja nikomu nie zabraniam pisania. Nie w tym sedno sprawy. Po prostu uważam, że takie czasopismo jak nmp nie jest miejscem do subiektywnych relacji. Własna strona, blog, ok, jak najbardziej. Można sobie pisać co się chce. Ale jak już coś kupuje, płacę za to, to oczekuje czegoś więcej niż subiektywne odczucia. Oczekuje, że wśród subiektywnych myśli znajdą się merytoryczne, rzetelne i informacje. Chcę się coś dowiedzieć. Niestety w artykule p. Łukasza tego nie ma. Jest garść informacji ale nie do końca zgadzają się z rzeczywistością. Chyba mogę to ocenić, chociażby z uwagi na to, że jeżdżę w Pireneje od 20 lat.
        Żeby było jasne, to nie jest nic osobistego. Niestety taki mamy poziom, hmm nie wiem jak to nazwać, „dziennikarstwa” w tego typu czasopismach. Ktoś gdzieś pojechał na chwilę, zrobił sobie selfi i napisał subiektywny artykuł. Redaktorzy obok dołożyli reklamy, wspaniałych butów czy skarpetek. Tylko chyba nie o to w tym wszystkim chodzi?
        Przejście HRP jest trudne. Może nie tyle z technicznego punktu widzenia. Bardziej to sprawa mentalna. Kwestia spania i uzupełniana żywności. Długości szlaku. Jestem pełen podziwu dla p. Łukasza i nie neguje jego osiągnięcia i włożonego wysiłku w wyprawę. Nie podoba mi się artykuł w npm i tyle.
        Co do ekspertów to jestem za irańskimi pasterzami.

        1. „Po prostu uważam, że takie czasopismo jak nmp nie jest miejscem do subiektywnych relacji. Własna strona, blog, ok, jak najbardziej. Ale jak już coś kupuje, płacę za to, to oczekuje czegoś więcej niż subiektywne odczucia. Oczekuje, że wśród subiektywnych myśli znajdą się merytoryczne, rzetelne i informacje.”

          Ha, no i tu moja opinia jest inna niż Pana, co zresztą jest chyba źródłem naszych rozbieżnych opinii. Merytoryczne informacje są w NPM na końcu większości artykułów w ramce „praktyczne”. Reszta to twórczość autorów, czasem rzeczowa, czasem subiektywna, niekiedy wręcz odjechana – ale jednak ich. Suche i rzeczowe relacje nie znajdą tylu czytelników, co zabarwione emocjami. To jedna z rzeczy, których nauczyłem się pisząc. Jeśli gazeta lub książka ma być czytana, to poza walorami językowymi nie może być pozbawiona emocji. A ten, kogo zachęci np. mój artykuł sięgnie po przewodnik.

          Podczas swoich prelekcji i warsztatów doświadczam tego samego: moi słuchacze nie oczekują suchego i spokojnego wykładu. Interesuje ich co czuje człowiek podczas wyprawy i to głównie o tym opowiadam. Bez emocji i subiektywnego spojrzenia moja opowieść byłaby niczym.

          Tak, jak nie jestem ekspertem od Pirenejów czu Iranu, nie jestem też dziennikarzem. Raczej pasjonatem dzielącym się swoimi myślami. Daleko mi do moich mistrzów słowa, więc rozumiem, że mój artykuł komuś się nie podoba, tak jak Panu. To jest OK, w końcu jesteśmy różni. Jedyne przed czym się bronię, to moje prawo do bycia subiektywnym i przypisywanie mi słów, jakich nie napisałem. Jeśli natomiast znalazł Pan informacje nie zgadzające się z rzeczywistością, to o nich wolałbym rozmawiać.

          1. Cieszę się, że dyskutujemy na te tematy. I że z Wami – bo obaj macie osiągnięcia, wiedzę i spójną koncepcję tego co robicie i jak piszecie. Mi też brakuje górskiego pisma gdzie redakcja wybierałaby wartościowe teksty i nie obklejała ich ze wszystkich stron reklamami. I żeby tam jeszcze było miejsce na takie niszowe rzeczy jakie robimy my- długie wędrówki w nieznanych miejscach.
            Moim zdaniem w każdym nieprzewodnikowym tekście o górach jest miejsce na emocje. Mnie też ciekawi czy autor tchórzył i ze sobą walczył, czy miał chwile słabości, czy się wkurzał, czy marzł, czy ta wędrówka coś w nim zmieniła i czy nauczka, którą tam dostał jest w jakiś sposób uniwersalna, czy ja też mogę coś na niej skorzystać. Nie zawsze tak jest. Pamiętam sporo tekstów gdzie autorzy przerabiali się na pomniki z brązu (które mi zwykle przypominają nagrobki, ale czasem ogrodowe krasnale). Uniknięcie tego, podobnie jak patosu jest trudne i ja sama się boję czy na pewno nie wpadnę gdzieś w taki podniosły ton, ale nie popieram, nudzi mnie, podobnie jak każdy fałsz i wolałabym żeby nikt tego nie publikował, zwłaszcza na papierze.
            Ze wszystkich moich twórczych doświadczeń (projektowanie, pisanie, fotografia…) wynika mi ten sam wniosek. Każda wartościowa rzecz jest dla autora w jakiś sposób ryzykowna, odsłania go, porusza osobiste nuty (nie chodzi mi wcale o ekshibicjonizm), wystawia na widok i na ocenę. Jeśli tego nie robi, nie jest wiele warta, więc niestety jeśli ktoś sobie tego nie życzy zostaje mu pisanie rzeczy nieosobistych. Niepodważalnych, sprawdzonych faktów, które też mają wartość, ale innego rodzaju.
            I nadal jestem za bardzo wyraźnym rozgraniczaniem. Przy faktach nie ma uogólnień. Czyli w piątek 6-tego marca lot do Paryża i tgv były wygodniejsze i tańsze niż podróż przez Barcelonę. A nie „najłatwiej się dostać lecąc do Paryża…” bo to już nie jest fakt, tylko opinia, z którą można dyskutować, ale po co? Przecież to bzdet.
            Natomiast meritum naszych rozważań jest bardzo ważne. W sieci jest natłok powierzchownych opinii i podejrzanych faktów, mnóstwo pomników, nagrobków i krasnoludków, i rzeczywiście warto podnieść poprzeczkę. Nie jesteśmy dziennikarzami, więc nikt nas w tym nie wyręczy. Musimy ją sobie podnieść sami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *