Pireneje wrzesień cz3

Nocą, nawet wcześniej niż zapowiadał Edward pojawiła się dobra pogoda. Poranek był piękny. Ścieżka prowadząca z Sallent do Panticosy, odeszła od szosy (pustej, ale asfaltowej) i długo biegła leśną szutrówką. Przez drzewa, jeszcze pogrążone w cieniu przebijał się wspaniały widok na Sierra de Partacua. Nie wiem czy to ja nie jestem obiektywna i widok tych pobocznych, nieprzeciętych głównymi szlakami skał po prostu mnie kiedyś omamił, czy rzeczywiście Partacua jest jednym z najpiękniejszych masywów w Pirenejach. Jak zwykle bardzo cieszyła. Ścieżka natomiast mnie lekko zawiodła. Tuż przed Panticosą (mniej niż kilometr) wyszła na ruchliwą szosę, wciśniętą w górę i bez pobocza. Możliwe, że z zagapienia coś pokręciłam. Zabrał mnie stamtąd jakiś pan wracający do domu z bułkami. Było wcześnie w Panticosie dopiero budziło się życie. Sklep spożywczy był otwarty (niepotrzebnie zrobiłam zakupy w Sallent, skądinąd dużo tańszym), otwarty był też sportowy. Zajrzałam, jakiś mruk (zapewne outdoorowy specjalista) nie wiedział gdzie jest Collado Tendenera (wiedział, że bardzo daleko!). Ja wprawdzie wiedziałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć jak tam dojść, a konkretnie jak wyjść z Panticosy. To narciarskie miasteczko puchnąc w oczach zarosło całą okolicę pożerając wychodzące z dawnej wsi średniowieczne szlaki. Błąkałam się tam wyjątkowo długo i w końcu podążyłam za strzałką wiodącą na punkt widokowy (sprytnie ukrytą za śmietnikiem), która przynajmniej wychodziła z miasta. Inna możliwość to iść nartostradą, ale tak już kiedyś zrobiliśmy z Jose.

Punkt był istotnie z widokiem, wzgórze kryło kilka bunkrów- nie doczytałam już z jakiej wojny, ale zajrzałam, można by się w nich schronić przed burzą. Chwilkę niżej znalazłam ścieżkę, skręciłam w prawo, w stronę Sierra de Tendenera i nie wiem czy nie przypadkiem wyszłam na miejsce piknikowe z wiatą i wodopojem. Dalej znalazłam GR 11 i bardzo długo szłam szutrową drogą piękną doliną. Gdzieś w połowie z krzaków wylazł zagubiony szlak z Panticosa… może za którymś następnym razem go znajdę. Dalej upał, jeżyny… nawet fajnie. Potem koniec doliny i znane mi już strome podejście do cabany, w której nawet nocowaliśmy kiedyś z Jose, a którą jak mi potem opowiadał zabrała lawina. Stoi tam też druga, nowsza, ale zamknięta. Rozbiłam namiot na łączce doszczętnie pokrytej krowimi plackami. Czasem myślę, że moja minimalistyczna pałatka mógłby jednak mieć podłogę…

Wieczór i poranek były piękne. Wniosłam na halę mnóstwo jedzenia, nawet owoce, przy domku była ławeczka, a Sierra de Partacua wyglądała stamtąd prawie tak dobrzej jak w marcu przed pięcioma laty. Byłam z siebie bardzo zadowolona, choć troszkę uwierał nadmiar krowich kup…

Pireneje, wrzesień cz2

Rano po górach snuły się resztki chmur, ale widać było, że to koniec złej pogody. Tak to w każdym razie zinterpretowałam- prognoza była wspaniała, wierzyłam jej. Zatopiona w zimowym cieniu przetrawersowałam w kierunku podejścia na Col de Camballes, a potem długo grzałam się w słońcu podchodząc. Byłam tu już, to wariant HRP, ale wczesnym latem dolinę wypełniał w całości śnieg więc teraz wydawała mi się nowa. Pusta, piękna, wypełniona skalnym rumoszem, zalana stawami. Trudno powiedzieć czy letnia wersja widoków była lepsza od tej dawnej, zimowej- obie wydawały mi się równie piękne. Inaczej z Balaitusem, który zapamiętałam jako wspaniałą ośnieżoną górę. Teraz był tylko górą. Nie było sensu siedzieć na przełęczy i podziwiać- co zrobiłam kiedyś. Tym bardziej, że okrutnie wiało i było przejmująco zimno. Zeszłam w stronę przełęczy San Marin, dość nerwowo szukając pitnej wody (jest dopiero na dole). Po drodze minął mnie Francuz podchodzący z Arrens, pogadaliśmy chwilę, jak zwykle kiedy się kogoś spotyka poza sezonem. Po przejściu do Hiszpanii odrzuciłam myśl o zboczeniu do schroniska i z nadzieją na wejście na Garmo Nero (gdzie nigdy nie byłam) poszłam w stronę GR11 prowadzącego na Collado Infierno. Rozbiłam namiot przy źródełku w miejscu gdzie powinnam szukać odejścia „mojego” szlaku. Widoki były nieciekawe i tylko na kilka minut zachodzące słońce odbite od sporej chmury zalało wierzchołki gór krwistą, wręcz niewiarygodną czerwienią. Niepokojącą, jak zapowiedź końca świata.

Spałam świetnie. Cichutko, cieplutko… obudziłam się nieco zdziwiona. Było zbyt ciasno, zbyt ciemno. Dopiero po chwili zrozumiałam, że na namiot spadła kupa śniegu. Pod jego ciężarem pałatka osiadła tak, że prawie mnie dotykała. Przez moment zastanawiałam się jak to sfotografować, ale nie umiałam. Nie dało się. Z żalem otrząsnęłam śnieg i wyjrzałam. Biało.

Musiało spaść ze 20 cm. Znikło źródło i pęknięty plastikowy kubek, który w nim znalazłam i zamierzałam wynieść jako śmieć. Nawet trudno było mi się dostać do wody. Gotując śniadanie zastanawiałam się co by tu zrobić. Szlak na Garmo Nero odpadał nie znałam go i nie wiedziałam nawet jak znaleźć. Na Collado Infierno już byłam, gdyby nie to, że wiało z tamtej strony, chyba poszłabym do Banos de Panticosa- co z kolei nie rozwiązywało moich problemów logistycznych. Biegnąc przez Cauterets kupiłam za mało jedzenia. Za mało żeby dojść do Gavarnie.

Optymistycznie poczekałam godzinę, ale pogoda się nie zmieniała. Więc zeszłam. Na wysokości widocznego z daleka schroniska Respomuso (kolejny raz uszkodzonego przez lawinę) śniegu było zdecydowanie mniej, może z 10 cm. Do tego chmury jakby się rwały, co jakiś czas gdzieś, ale nie tam gdzie szłam błyskał fragment prawie czystego nieba. Nade mną w tą i z powrotem latał helikopter transportujący materiały budowlane. Szkoda mi było schodzić. W dolinie utknęła chmura, pewnie padał deszcz.  Odbiłam na trawers prowadzący nad jeziorka Ariel z nadzieją na przejście do Francji. Widoki były piękne, inne niż te, które widziałam kiedyś idąc tędy w środku lata, w drugą stronę. Jeziorka Ariel też piękne, ale Col de Palace w chmurach, w śnieżycy. Pogoda wcale się nie poprawiała. Wzięła tylko drugi oddech, po którym znów wrócił deszcz. Zeszłam w nim do Sallent de Gallego, przez coraz bardziej zielone łąki, złote laski. Nad wsią złapałam sieć i Edward przysłał mi pocieszającą prognozę- „od północy masz mieć czyste niebo”.

Sallent było puste. Otwarty tylko jeden bar. Wbiegłam tam zaraz po odwiedzeniu sklepu, ale barmanka nie pozwoliła ładować baterii. Szkoda, bo miałam ochotę coś zjeść. Na szczęście chwilkę dalej spotkałam mówiącą po angielsku dziewczynę, która pokazała mi ukryty w podwórku hotelik-też z barem. Bardzo miły. Zjadłam tam omlet, pogadałam o górach, a właściciel- młody chłopak wysuszył moje mokre rzeczy w suszarni. Miał sklepik z lokalnymi wyrobami (wino, słodycze, kiełbasy, sery) i 5 pokoi, dla ludzi chodzących po górach. Mówił, że w weekendy są zawsze wypełnione. Pewnie rozsądnie było tam zostać, ale szkoda mi było czasu, więc do nocy obeszłam jeszcze Embalse Lanuza, z której niestety spuszczono wodę, podziwiając zachód słońca na Sierra de Tendenera minęłam Lanuzę i rozbiłam namiot w lasku nad rzeką- nie ma do niej dostępu, więc dobrze, że zabrałam wodę.