jeszcze o kanioningu (dla niewtajemniczonych)

Kiedy przegląda się zdjęcia z kanioningu, zwłaszcza te robione przez komercyjne grupy, zwykle jest na nich facet na linie na tle wodospadu. Prawdopodobnie zwykle z tym właśnie kojarzy się kanioning.

Tak naprawdę… liny używamy tylko wtedy kiedy nie uda nam się zrobić nic innego. Nie da się zejść, nie da się skoczyć i nie ma z czego zjechać (na tyłku- to się nazywa tobogan).  Oczywiście bez liny nie dałoby się pokonać np pięćdziesięciometrowego wodospadu, lina jest niezbędna,  niemniej decyzja o wyjęciu liny przypomina scenę z Indiana Jones kiedy Harrison Ford nie mając czasu i ochoty walczyć na miecze wyciąga pistolet i strzela. Zjazdy na linie zwykle są proste. Każdy kto umie (a jak nie umie wystarczy raz mu pokazać) i nie boi się wychylić, poradzi sobie, najwyżej zjedzie troszeczkę wolniej.  Oczywiście zdarzają się  miejsca gdzie zjazd jest zbyt trudny dla początkujących. Woda ścina z nóg albo wali na głowę, nie ma wygodnego stanowiska, po drodze są jakieś bardzo powietrzne przepinki. Ale to rzadkość. Dotyczy tylko trudnych kanionów. Przeważająca większość zjazdów jest prosta. Nie ma większego znaczenia jaką mają wysokość, chociaż te bardzo długie są skomplikowane z wielu innych powodów. Trudno się ściąga linę, nie słychać człowieka, który jest już na dole, chociaż czasem próbuje wykrzyczeć coś ważnego…w suchych kanionach lina się bardzo grzeje i trzeba jechać powoli.

Lina daje dość dużą pewność i bezpieczeństwo. Stanowiska są przygotowane (tylko raz w ciągu kilkunastu lat musieliśmy wbić swojego spita, zostawiliśmy też po sobie kilka pętli), długości zjazdów podane w przewodnikach… wszytko opisane …szczerze mówiąc kaniony, które mają same zjazdy bywają trochę nudne, chyba, że ich urokiem są np widoki.

Prawdziwa zabawa w kanionie ( i prawdziwe trudności)  to skoki i tobogany.

Chociaż nie tylko one. W niektórych bardzo pięknych kanionach niemal wszystko udawało nam się zejść. Taki jest np Palomeras- poza jednym (chyba) krótkim zjazdem daje się zejść zapieraczką. To chyba najbardziej przydatna w kanioningu technika wspinaczkowa. W Palomeras dawało się klinować wszystko- kanion był miejscami tak wąski, że przepychaliśmy się z trudem-klinowało się stopy, kolana, łokcie, nie mówiąc już o zapieraniu się całym trochę tylko wygiętym ciałem. W piance to całkiem łatwe. Skała nie obciera. ( …tylko trochę niszczy piankę). Pamiętam kaniony gdzie całe długie korytarze szło się z jedną nogą po jednej a drugą po drugiej ścianie, a w dole śmierdziało sobie np pozbawione przepływu jeziorko, albo całe dłużące się upiornie, ciemne trawersy w Safosca, gdzie jedynym sposobem dojścia do stanowiska było zaparcie się plecami o jedną ścianę a nogami o drugą, a  poniżej szumiała złowieszczo odległa o kilka metrów, ukryta w mroku rzeka.

Poza takimi ciasnymi przejściami zdarzają się czasem trawersy nad jakimś niebezpiecznym miejscem. Jeśli są trudne, a wpadnięcie do wody potencjalnie groźne, staramy się je oporęczować. Ten kto idzie pierwszy ma wtedy najtrudniej. Przy skokach, i toboganach jeśli nie widać dna, pierwszy zjeżdża na linie i sprawdza jak jest głęboko. Ten pierwszy ma najłatwiej, ale i najnudniej. Niektóre przewodniki podają gdzie można skoczyć, ale już nie raz w takim rzekomo nadającym się do skoku miejscu znaleźliśmy pralkę , lodówkę albo samochód. W wielu kanionach po deszczach utykają drzewa.

Skoki  pozornie są najprostsze, ale mi często wydają się bardzo trudne. Są miejsca gdzie skacze się z rozbiegu, bo woda jest np 3 metry z przodu. Czasem trzeba skoczyć chowając głowę, bo w ciasnym miejscu można by nią po drodze zahaczyć o skałę. Czasem celuje się do tak małego jeziorka, że wydaje się, że za nic nie da się tam trafić. Skała jest mokra i często oślizła, a nie zawsze można przed skokiem pewnie stanąć. Niektóre skoki są bardzo wysokie. Człowiek wbija się w wodę naprawdę głęboko, a przy okazji woda wbija się w uszy i nos… nie wspominając już o fali zimna dostającej się pod ogrzaną już z lekka piankę.

Tobogany też nie są banalne, chociaż często wyglądają gorzej niż naprawdę niosą. Świetnym przykładem jest niemal pionowy tobogan w Suszcu na Słowenii. Po drodze jest szczelina, wydaje się, że musi przyciąć tyłek, w rzeczywistości jadąc wcale się jej nie czuje. Nie wpada się też na leżącą bardzo blisko przeciwległą skałę. Najwyżej obija się o nią lekko kaskiem już wynurzając się z wody.

Męczące, chociaż nie wydają się groźne, są długie odcinki pływania wpław. W przedłużeniu Gorgas Negras w Sierra de Guara płynie się chyba kilka km. Wydaje się że ten fragment nigdy się nie skończy. Woda nie tylko jest zimna, ale jeszcze robi się coraz zimniejsza, kanion ma kilka lodowatych dopływów ze źródeł. Wygodnie się płynie na lekko napompowanym worku wodoszczelnym, zwłaszcza na plecach, przed oczami przesuwa się wtedy nietypowy obraz gór widzianych od spodu.

Do tych wszystkich problemów dochodzi jeszcze transport sprzętu, Mokre liny robią się naprawdę ciężkie. Kiedyś, kiedy kumpel skręcił nogę zdarzyło mi się zabrać jego plecak. Założyłam go ochoczo na plecy… a potem podczas krótkiego zjazdu strasznie ciężki wór przechylił się troszeczkę i znienacka odwrócił mnie do góry nogami. Zjechałam, na szczęście zjazd był do wody, za to wyjście z  jeziorka okazało się prawdziwym problemem. Czułam się jak żuk w opowiadaniu Kafki… skazany na leżenie na plecach.

Trochę przerażająco to brzmi,  w rzeczywistości kanioning jest coraz bardziej masowy i może go uprawiać niemal każdy. Przewodniki podają dokładne opisy trasy, trudności (ostatnio stosujemy potrójną skale, pisałam o tym w poprzednim wpisie), spis potrzebnego sprzętu (np długości niezbędnych lin ), odpowiedni stan wody, opisy dojścia i wyjścia (też ewentualne wyjścia awaryjne). Obitych stanowiskami i opisanych kanionów jest mnóstwo, wystarczy wybrać odpowiedni (odpowiednio trudny i odpowiednio bezpieczny).

Bardzo ważna jest też grupa na której można polegać. W kanionie zwykle jest się skazanym wyłącznie na siebie. Rzadko gdzie jest sygnał i nie z każdego miejsca będzie mógł nas (w razie czego) wyciągnąć helikopter.

PS: zdjęcia pochodzą z archiwów Bogdana

Share

niebezpieczeństwa w kanioningu- woda

Chyba o tym napiszę, wczorajsza historia zmusiła mnie do przemyślenia wszystkiego, zresztą wciąż trudno mi się z tego otrząsnąć.

Kanioning nie jest bezpiecznym sportem. Jest pod tym względem znacznie mniej przewidywalny niż „zwykłe” chodzenie po górach czy wspinaczka. Przede wszystkim dlatego, że z kanionu zwykle nie da się wycofać. Czasem kaniony mają po kilka wyjść, ale często są oddalone o wiele godzin od siebie, a niektórych, chociaż opisanych w przewodniku nigdy nie udało nam się odnaleźć. W sytuacji nagłego załamania pogody poziom wody gwałtownie rośnie i nie da się nic na to poradzić. Niektóre rzeki przybierają powoli dając trochę czasu na ewentualną (jeśli w ogóle możliwą) ewakuację, w  innych woda niespodziewanie podnosi się o metr lub więcej. Na oko trudno przewidzieć jak zachowa się rzeka. To zależy od wielkości zlewiska, ukształtowania terenu, rodzaju skał, roślinności, lub jej braku. Też od samej pogody. Mały deszcz najprawdopodobniej wsiąknie albo spłynie do rzeki powoli, gwałtowna ulewa już nie. Nie bardzo widać to na mapie, nie widziałam też opisów w przewodnikach. Zdarzyło nam się kiedyś siedzieć na brzegu malutkiej rzeczki w rejonie kanionu Verdon. Kanion był krótki, nie musieliśmy się śpieszyć, wiec postanowiliśmy przed wejściem coś zjeść. Zanim ugotował się makaron woda wezbrała o  metr, a rzeka wypełniła się błotem. W wąskich miejscach woda musiała się podnieść znacznie wiecej. A wiele  miejsc w kanionach to szczeliny gdzie trzeba przeciskać się bokiem.

Jedną z podstawowych zasad w kanioningu jest dokładne śledzenie prognoz pogody. Nawet burza 30 km wyżej może nagle wypełnić rzekę wodą i nic nie będzie zwiastowało nadchodzącego niebezpieczeństwa. Nad nami może być całkowicie błękitne niebo.

Nie powinno się wchodzić  do kanionu w niepewną pogodę. Tą zasadę zdarza się łamać każdemu, nawet płatnym komercyjnym grupom… bo przecież czas to pieniądz. Stąd np wielki wypadek w Szwajcarii parę lat temu ( Saxetenbach, mineło już chyba  z 12 lat ), gdzie jednocześnie w bardzo  łatwym kanionie zginęło 21 osób. Pamiętam, że my też byliśmy wtedy w kanionie. Zadzwoniło do nas radio. Bogdan przez komórkę udzielał wywiadu, a my przyglądaliśmy się niezbyt błękitnemu niebu. Nasz kanion był suchy, ale nawet i on mógł znienacka wypełnić się wodą.

Wysoka woda zdarza się też wiosna, pod dłuższych deszczach, w mokre lato.

Kaniony nadają się do przejścia tylko przy ścisłe określonym stanie wody. Nieliczne mają wodowskazy ( a podobno niektóre z tych, o których wiedzieliśmy, też już zmyła woda). My przyjmujemy, że jeśli płynie więcej niż wiadro na sekundę w  wąskim kanionie może pojawić się problem. Co  nie znaczy, że się nie da chodzić. Zwykle problemy pojawiają się jak woda jest za wysoka. Przy zbyt niskiej, miejsca gdzie dawało się np skoczyć lub zjechać do stawku po toboganie wysychają i jeśli nie ma się liny (a nie wszędzie przecież trzeba ją mieć) pojawia się problem. Z tego powodu nawet jeśli przewodnik pisze- „lina niepotrzebna” przydaje się krótki kawałek. Nam przydał się kiedyś  w rzekomo suchym ( i rzekomo niewymagającym liny) za to bardzo pięknym dopływie Verdon- Artubie. Ale to inna, bardzo zresztą zabawna historia, może ją kiedyś opiszę.

Czasem wysoki stan wody wręcz pomaga, tak było w Safosca na Majorce. Przy wysokiej wodzie liczne w tej rzece syfony zniknęły pod wodą i przeszliśmy je nie zauważając. Safosca to podziemny kanion. Zalana większą niż normalna wodą w niczym nie przypominało opisu. Wyjścia przed jaskiniowym odcinkiem nie było. Tą historię opisałam już kiedyś w npm. Ale to rzadkość, najczęściej, prawie w 100% przypadków wysoka woda jest bardzo niebezpieczna i kanion o  stanie wody przekraczającym maksymalny opisany w przewodniku, nie nadaje się do przejścia. Tobogany rozpędzają się do niebezpiecznych prędkości, w zajazdach na linie woda urywa głowę, a na dole trudno się wypiąć pod przygniatającym do skały wodospadem (trzeba pilnować żeby przy dużej wodzie lina sięgała dokładnie do lustra wody lub dna kanionu ). Zdarzyło mi się kiedyś miejsce, gdzie taki wodospad niemal mnie nie udusił. (Jacuzi koło Riva del Garda). Nie mogłam się oderwać od skały i wyjść, a oddychać nie miałam już czym. Przy dużej wodzie nie powinno się  zjeżdżać w nurcie, lepiej spróbować zawiesić linę gdzieś z boku.

Niebezpieczeństwem związanym z wodą są też syfony. Najczęściej syfon to miejsce gdzie woda wpływa pod skały i ucieka przez jakieś małe otwory. Trochę jak ukryte pod skałą sitko na które woda napiera z ogromną siłą. Nie da się z takiego miejsca wydostać, a osobie która w nie wpadnie najprawdopodobniej nie da się pomóc. Oczywiście są też miejsca gdzie otwór pod skałami jest duży i daje się nim wypłynąć. Zwłaszcza jeśli rzeka nie ma w tym miejscu dużego spadku i woda płynie powoli. Takie miejsca są np w Sierra de Guara.  Przepływaliśmy je, są zabawne, zwłaszcza, że wyjście dość dobrze widać.

Większość syfonów trzeba ominąć. Przechodzi się je górą, albo trawersuje bokiem trzymając się jak najdalej od wody (tak jest np w Lescun w Pirenejach) . Niebezpieczne są też zakola gdzie woda wpływa głęboko pod skały i nie wiadomo co się tam dzieje.

Niebezpieczne i powodujące wypadki są też skoki do nieznanej (niewystarczająco głębokiej) wody i wyrzucające człowieka z dużą prędkością, szybkie tobogany.  Jeśli wpadnie się do wody nie zdążywszy w locie ustawić prawidłowo kręgosłupa ( musi być prosty jak struna i pionowy) albo nie schowa wszystkich wystających części ciała (dłoni, rąk) lecąc z dużej wysokości oberwie się i to mocno. Mi w dwudziestometrowym toboganie w La Bolene we Francji po uderzeniu wodą w pośladki wyskoczył dysk w szyjnym odcinku kręgosłupa. Jakiś czas nosiłam ortopedyczny kołnierzyk, miejsce urazu widać do dziś. Uderzenie w dłonie przy skoku z kilkunastu metrów będzie bardzo bolesne a dłonie najprawdopodobniej mocno spuchną. Wystające części ciała mogę też zahaczyć np o kamień, najlepiej  zjeżdżać na toboganach w pozycji Tutenthamona.

W związku z tym, że tak wiele niebezpieczeństw w kanioningu jest związanych z wodą, ostatnio wprowadzono dwustopniową skalę oceny trudności kanionów. Trzeci stopień skali to problemy związane z awaryjnym wyjściem (warto poszukać nowych przewodników). Pierwsza skala opisuje trudności alpinistyczne (v), a druga (a) te związane z wodą. Z doświadczenia wiem, że woda wydaje się bardzo trudna wspinaczom, a dość dobrze radzą sobie z nią górscy kajakarze, z kolei w przewodnikach pisanych przez kajakarzy trudne wydają się odcinki wspinaczkowe. Dwie oddzielne skale to bardzo dobre rozwiązanie, zwłaszcza, że trudności związane z woda są zmienne.

… a teraz nie mam siły dłużej już o tym myśleć, jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy- dopiszę.

Acha… woda jest zimna. Po kilku godzinach nawet w grubej piance jest się mocno wychłodzonym. Po kilkunastu można naprawdę zmarznąć. Ciało broni się, mięśnie drżą co z kolei zużywa dużo energii. Ja muszę co jakiś czas coś zjeść.

Share