Brzydka pogoda?

Monviso, Alpy, lipiec
Monviso, Alpy, lipiec

.mam doła. Trochę. Nie pomógł stary numer z  wypisaniem wszystkich dobrych spraw. I wcale nie stało się nic złego, żeby można było się do tego przyczepić, albo zwyczajnie zacząć to zwalczać. Wszystko w porządku… tylko zima trwa już  trochę zbyt długo.

Nie lubię zimy, gdybym mogła, pojechałabym w góry nawet i teraz. Nie czekając na kogoś, komu uda się wyrwać, ani nawet na dobrą pogodę.

Zresztą… tak naprawdę zła pogoda nie jest wcale aż taka zła. Znam wielu ludzi, którzy kiedy pada siedzą na dole, albo w jakimś wygodnym, ciepłym schronisku. Ja chodzę. Zawsze. Szkoda mi choćby jednego dnia. Zdarzało mi się, że padało przez tydzień. Bez przerwy, albo z przerwami, tak krótkimi, że z trudem udawało mi się zobaczyć gdzie jestem.

Lac Carnau, czerwiec, Pireneje
Lac Carnau, czerwiec, Pireneje

Jedna z takich deszczowych historii to Brenta. Byłam tam w lipcu, sama. Nie było dużo ludzi, w wielu żlebach leżał jeszcze śnieg. Wiedziałam, że będzie padało. Szłam na via ferraty, więc zabrałam tylko to co było mi bardzo potrzebne, niemal nic. Zamiast plecaka, na pewno by przemókł spakowałam się do małego wodoszczelnego worka  z pasami jak plecak, takiego jak te 60 litrowe, które mamy w ofercie, ale tamten, bardzo stary, w ohydnym zielonym kolorze był mały, najwyżej 40 litrowy. Uprząż i kask miałam niemal cały czas na sobie, worek w zasadzie był pusty. I lekki.

Wjechałam kolejką na Groste i w ciągu niecałego tygodnia przeszłam wszystkie ferraty Brenty nie widząc niemal nic. Szkoda, bo to niezwykle piękne miejsce. Widać to choćby zimą z popularnych wyciągów w Madonna di Campiglio.

Spałam w schroniskach. Oprócz mnie podobną trasą, tylko skróconą wędrowała obwieszona sprzętem (raki, czekany, nie wiem co tam jeszcze mieli, wyglądali jakby to wszystko było zupełnie nowe) grupa Niemców z przewodnikiem. Zwykle widziałam ich jak jedli i pili. Lubili schroniskowe życie. Wbrew radom ich przewodnika przeszłam wszystkie możliwe trasy, też te po lodowcach. Deszcz wymył lód i szczeliny były świetnie widoczne.

Lód wcale nie był bardzo śliski. Wystawały z niego tysiące małych ostrych kamyczków wmarzniętych głęboko, a pięknie wymytych przez deszcz. Coś w rodzaju papieru ściernego dla olbrzymów. Do rękawów wlewała mi się czasem spływająca po skale i linach woda, ale aż do ostatniego dnia było dość ciepło. Już kiedy wracałam, zaledwie kilka godzin od położonego nisko schroniska deszcz zaczął marznąć i na długich, eksponowanych drabinach, które mi się tam trafiły zaczęłam się troszkę bać. Rękawiczki były mokre, marznący deszcz siekł po twarzy, a wszystkie stopnie i chwyty zrobiły się bardzo śliskie. Nie miałam aparatu,  żałuję. Wtedy nie wiedziałam, że zdjęcia zrobione w deszczu też czasem bywają bardzo piękne.

mgła osiadająca na jałowcu, Pireneje

Kiedy wszystkie widoki ukrywa mgła widać szczegóły. To co jest blisko, ale zwykle umyka uwadze, nie mogąc konkurować z dalekim krajobrazem. We mgle zawsze, od lat wydaje mi się, że góry mnie przytulają, że ta okropna, odstraszająca innych pogoda jest dziwnym prezentem dla mnie.

Jeszcze nie nauczyłam się nim cieszyć, ale przyjmuję go. Kocham góry. :)

Share

Rok 2010- podsumowanie

Jaki był ten rok? Chyba niezły. Dopiero zbieram zestawienia wyników, ale pewne fakty już widać.

Nigdy nie liczyłam krajów, w których sprzedaje się Kwark, będę musiała to kiedyś dla zabawy zrobić. Sama jestem ciekawa, chociaż nie ma to przecież wielkiego znaczenia. Niektóre kraje jak Izrael generują małą sprzedaż i tak naprawdę są tylko egzotycznym dodatkiem do miejsc, w których jesteśmy naprawdę obecni.

Patrząc z tego punktu widzenia rok 2010 przyniósł istotny sukces. Udało nam się rozwiązać kwadraturę koła, jaką jest Francja. Nasze rzeczy na początek pojawiły się w jednym z najbardziej wyrazistych i opiniotwórczych alpejskich sklepów kajakowych. To sukces, bo mało jest krajów tak bardzo zdominowanych przez wielkie sieci jak Francja.

Poza tym eksport ( teraz chyba nazywany sprzedażą wewnątrz unijną ) zanotował istotny wzrost… a zaraz za nim uplasował się wzrost na rynku outdorowym w Polsce. Oczywiście eksport nadal stanowi ogromną część naszej produkcji. ( ok. ¾) Rynki, na których jesteśmy obecni od kilkunastu lat mają się dobrze, stale, pomimo kryzysu notując wzrost. To cieszy, bo oznacza, że klienci wracają po kolejne produkty, małej i pewnie dla nich bardzo egzotycznej polskiej marki. Nie wiem czy taki sukces udał się jakiejkolwiek innej polskiej firmie w naszej branży, ale z całego serca wszystkim tego życzę. Teraz w dobie taniej produkcji gdzieś na krańcach świata, na naszą korzyść działa chyba też fakt, że od zawsze produkujemy w Polsce.

( napisałam o tym w czasopiśmie Moda Forum w artykule „ Zrób to Sam” mam nadzieję, że udało mi się zmotywować innych do działania )

Z miłych rzeczy podobała mi się „kolejka społeczna”, która zawiązała się w jednym z warszawskich sklepów, kiedy skończyły się nasze legginsy. Lubię klientów, którzy dzwonią, bo zgubili ulubioną dziesięcioletnią czapkę i potrzebna im identyczna. W tym roku było ich rekordowo dużo, zaczęliśmy podejrzewać, że gdzieś grasuje kolekcjoner… zwłaszcza, że przy włamaniu na strych znajomych  zginęły wyłącznie suszące się kwarkowe legginsy.

Sukcesem, chociaż trochę innego rodzaju było też ustawienie produkcji powerstretchowych wewnętrznych rękawiczek. To trudne, bo rękawiczki wewnętrzne powinny być dobrze dopasowane i przylegać do dłoni. Nawet mokre, a takie czepiają się przy ściąganiu, nie powinny się rwać. Udało się, zrobiliśmy dobre formy, kupiliśmy całkiem nowe maszyny i dziewczyny nauczyły się na nich szyć.

Z zabawnych historii, które bardzo cieszyły. Marek Kolbowicz startował w wyborach do samorządu (wygrał). W czasie wyborów z bilbordów na całym mieście uśmiechał się Marek w koszulce z logo Kwarka na szyi. Marku, dzięki za ten prezent. Takie rzeczy powoduję, że chce się żyć.

Dziękuję też wszystkim, którzy tak dobrze pisali o nas na forach.  Przeglądając je ostatnio, a nie wiem czemu nigdy wcześniej tego nie robiłam,  odkryłam dużo interesujących tematów i grup. Nie wiedziałam, że piszecie też o nas.

Z niektórymi osobami chętnie bym, podyskutowała… i nie zrobiłam tego, bo nie wiedziałam, czy przyznanie się do tego, kim jestem nie wyglądałoby jak reklama. A z drugiej strony udawanie kogoś innego… też głupio.

W tej kwestii nie okazałam się odważna i razem z ,jak zwykle nie sprzątniętym  biurkiem dokładam ją do wciąż nierozwiązanych problemów roku 2011.

ogród przed firmą, czerwiec

To też sukces, chociaż chyba odniosła go przyroda. Nasz ogród to kupa suchego piachu. Zbyt jałowa dla ogrodowych kwiatów, za to dla dzikich, przynajmniej tych które mało wymagają… chyba raj.

Nie wiem jak będzie to wyglądało w tym roku,  na trawce obok zadomowił się kret. Obserwujemy go, jesteśmy na terenie chronionym, kret robi co chce… nie wiemy do czego zmierza, ale fantazję zwierzak ma!

Share