Gruzja, opuszczone wsie

Padało przez całą noc. Rano też, ale wyglądało jakby się miało poprawić. Wyszłam we mgle, już bez dobrej mapy, starając się zrozumieć narysowany na ulotce szkic. W tych zagmatwanych górach trudno mi było nawet ustalić dokąd płyną rzeki, tak czy siak nie martwiłam się, bo ze wsi powinna być jakaś droga do ludzi. Szybko okazało się, że wolę z tej drogi zejść, wielokrotnie przekraczała rzekę, po deszczowej nocy nie do przejścia w butach. Skręciłam w łąki, na przełęcz. Mgła rozwiała się i przede mną pojawiły się rzędy zielonych grzbietów, regularnych, oświetlanych promieniami sączącymi się przez dziurę w chmurach. Po horyzont kwitnące łąki. Mokro, perliście. Pięknie. Kilka kilometrów dalej doszłam do porzuconej drogi. Przeszłam bród. Kiedy wkładałam buty usiadłam i przypadkowo spojrzałam w tył. Na zboczu był tam stary cmentarz. Dziesiątki rzeźbionych kamiennych grobów w trawach. Dopiero teraz zobaczyłam też ruiny domów, fundamenty wrośnięte w kwiaty, w grunt. Budynki musiały być bardzo duże, pewnie piętrowe. Poza nimi totalna dzicz. I jedna kwitnąca śliwa nad rzeką.  Wcześniej słyszałam, że mieszkali tu Osetyńcy. Zostali wygnani, wrócili do siebie. Chyba nie w związku z niedawną wojną, domy nie znikają przecież aż tak szybko. Przyglądając się dokładnie szczegółom zobaczyłam ślad. Nie byłam sama. Kilka godzin wcześniej, pewnie o świcie szedł tędy niedźwiedź.  Drogą, w tę samą stronę co ja. Widziałam ślady jeszcze przez kilka godzin. Dalej natknęłam się na ruinę cerkwi. Rzeźbione, piękne kamienne bloki rozrzucone w morzu tulipanów. Na niektórych były daty- lata dwudzieste dwudziestego wieku.  100 lat. Poza rzeźbami ani śladu ludzi. Bezkres kwiatów, przecięty zeszłorocznym śladem kół.

Ruina leży nad kanionem rzeki Ktsia. Zastanawiałam się czy dałoby się nim zejść, ale pomyślałam, że nie. Niedźwiedź był tego samego zdania. Jego ślad towarzyszył mi na przełęcz, rozdzieliliśmy się dopiero z kilometr niżej. Zmęczona myślami co robi i gdzie się skrył za dnia odbiłam na stok i wdrapałam się na gliniaste zbocze. Na horyzoncie, na skraju deszczowej chmury zobaczyłam domek- cywilizację. Nie poszłam od razu w tamtym kierunku. Tak długo jak się dało szłam górami, pięknymi pomimo deszczu i mgły. Schodząc natknąłem się na stado krów, potem na pasterzy. Niżej za ciągiem zalanych łąk przez rzekę przerzucono deskę. Bardzo wiotką, ale udało się przejść. Droga wznosiła się, zmierzając do Khando. Dobiegłam tylko do kościółka z nadzieją, że może uda się tam schronić, ale był zamknięty. Mokra, ruszyłam szutrową drogą do Rekha.  Byłam na płaskowyżu pociętym prostokątami świeżo oranych pól. Nikt nie jechał, widoki były nadal piękne, ja przemoczona. Rekha jest duża, błotnista i bezładna. Deszcz rozmywał kupy nawozu, grzęzłam w błocie. -Jest tu jakiś sklep?- zapytałam mężczyznę w samochodzie.- Wsiadaj podwiozę. Długo siedziałam w środku czekając na coś. Na kogoś, jak się okazało, dwóch mężczyzn. Zanim dotarliśmy do sklepu- pustych półek w jakimś wielkim magazynie (po kołchozie czy jakiejś fabryce), zanim tam wysiadłam i kupiłam sok (zawsze to jakieś kalorie), zaproponowali, że mnie podwiozą dalej. Padały różne propozycje gdzie. Żadna nic mi nie mówiła. Cieszyłam się, że siedzę, że już nie moknę. Marzył mi się prysznic i hotel gdzie mogłabym się jakoś wysuszyć, ale autobus kursował stamtąd tylko raz dziennie- rano, więc i tak musiałam przeczekać. W międzyczasie przesiedliśmy się na Ziła. Potem wolniutko, bo w bezdennym błocie zjechaliśmy na skraj płaskowyżu do Avranio. -Podwiozę cię do mojej siostry zaproponował znienacka kierowca. Posiedzisz w cieple, wysuszysz się, a potem się coś wymyśli. Przyjadę po ciebie.

Przy rozpalonej kozie siedziała babcia z dziewczynką.  Mała się wystraszyła. Babcia zrobiła miejsce na mokre rzeczy. Trafiłam do domu Greczynek. 4 kobiety, każda z innego pokolenia. Przed dwoma miesiącami pochowały dziadka. Przyjechał w odwiedziny z Cypru- Gruzini nie wyrzucili Greków, ale zasugerowali, że powinni wrócić „do siebie”. Potem to wprawdzie odwołali, ale wiele rodzin wyjechało. Domy w Avranio zostały puste lub poszły na sprzedaż. Na miejsce Greków przyjechali tu Adżarowie. Wyjechała też starsza pani i jej syn. Nie do Grecji, bo tam się im nie podobało. Mieszkają na Cyprze. Ich przodkowie przyszli do Gruzji razem z Ormianami w 1915. Mieszkali na terenach zajętych przez Turcję. Grekom postawiono tam ultimatum, porzućcie język, albo wiarę. Przeszli na turecki. Do dzisiaj to ich rodzinny język- stąd sympatia do Cypru. Dobrze się im tam żyje. Córka wyszła za Gruzina i została w Avranio. Mąż umarł na białaczkę 5 lat temu. Każdy dzień w szpitalu kosztował po 1000 lari. Panie sprzedały wszystko co miały. Został dom, którego mąż nie pozwolił sprzedać, 7 krów i 3 hektary ziemi. Na tym gospodarują. Matka z córką- z wykształcenia prawniczką, matką malutkiej Soni. Ida pracuje też troszkę w gminie- jest kimś w rodzaju naszego sołtysa. Jej siostra kończy medycynę na Ukrainie. Dla prawników nie ma w Gruzji pracy.

– Lubię jak pada- mówi Babcia, smutna, bo przecież w żałobie- Tu jak zacznie to nie przestanie przez tydzień, dziesięć dni. Nie mogę wrócić do siebie, na Cypr. Nie chcę być sama, tu chociaż pomogę Idzie.

-Przed tobą była tu już para Francuzów. Przyszli z Ateni tak jak ty. Powiedzieli, że dlatego, że była mapa. Też u nas nocowali, on skręcił nogę. pojechali potem do Tbilisi. Mama Idy przerabia wieczorny udój na ser. Z jednej krowy powstaje krąg-  odcisk z durszlaka. Do podgrzanego mleka dodaje się podpuszczkę (całą buteleczkę), ścięte białko odcedza na sitku. Chłodzi i topi w solonej wodzie. Powinna być tak słona żeby nie tonęło jajko. Ser może leżeć dowolnie długo, nawet rok. Słucham, bo lubię gruziński ser i może umiałabym go zrobić w domu. Słucham przez cały wieczór, wszystkiego. Jem kartofle i ser. Są pyszne. Czuję się jak w domu.  Chciałabym pomóc, ale nie wiem jak. Zasypiam w pokoju Idy nie doczekawszy się powrotu szwagra jej mamy. Rano dowiaduję się, że przyjechał późno, siedział do północy, przez co Sonia nie wyspała się i marudzi. Odjeżdżam autobusem, o 8 mej rano, Ida dzwoni do kierowcy, żeby było miejsce. Kierowca nie weźmie ode mnie ani grosza za bilet.- Jesteś gościem -powie, a mi będzie głupio.

Share

Gruzja, Levitana

Rano znów zaatakowałam informację turystyczną. Przyszłam przed spodziewanym otwarciem  i przeczekałam godzinę. Zdążyłam odejść kilkadziesiąt metrów, kiedy pan sprzedający jedzenie w samochodzie wyklejonym sztuczną trawą zamachał mi, że jednak ktoś przyszedł. Rzeczywiście wewnątrz zastałam zziajaną panią. -Od której jest czynna informacja- zapytałam zgryźliwie. -Od 10-tej oznajmiła pani triumfalnie chociaż dochodziła już jedenasta. Przez chwilkę trudno nam się było dogadać. Wśród map porozkładanych w ładnym budynku większość dotyczyła Gdańska i Wrocławia. Przegrzebałam stertę szukając czegokolwiek, co by mi mogło pomóc i zdarzył się cud. Pani wyjęła spod lady mapę doliny Ateni. W skali 1;50000 ze szlakami. Był nawet angielski opis tras. Zabrałam, podziękowałam (była za darmo), a czytać zaczęłam w autobusie. Pokonywał tę sama trasę, którą już przejechałam taksówką z tym, że teraz wciśnięta pomiędzy torbę z serem i kurczaki zupełnie nie widziałam co jest za oknem.

Wyruszyłam oglądając się na Ateni Sioni- nadal przy dobrej pogodzie. Po kilku kilometrach, kiedy ta piękna dolina zaczęła mnie już nieco nudzić zabrał mnie jeden z licznych (o dziwo!) samochodów. Sam z siebie, bo nie machałam. Dwóch panów podrzuciło mnie do Bisi. Mijaliśmy opuszczone wsie, jakieś zapadające się ze starości domy wczasowe. -Tu już nie mieszka nikt młody. Zostali staruszkowie. -Dokąd jedziecie? – chciałam wiedzieć- na pogrzeb. Umarł młody człowiek. Pił. To tłumaczyło skąd taki ruch. Za Bisi skończył się asfalt. Pozarastane bzami podwórka, mało ludzi. Błoto na zmianę z sypkim kurzem. Wypatrywałam odejść naniesionych na mapę szlaków, studiowałam każdą literkę opisu. Na próżno. Najprawdopodobniej trasy istniały tylko na mapie. Zdecydowałam się wybrać ostatnią, przechodzącą za główną grań.  Raz jeszcze podrzucił mnie kawałek samochód. Jechał do Levitana, czyli na koniec drogi, ale zatrzymał się niespodziewanie. Ktoś znajomy niósł kłodę drewna. Wiadomo trzeba pomóc, potem pewnie pogadać. Podziękowałam. Wysiadłam. -To dobrzy ludzie- podkreślił ten przypadkowo spotkany znajomy, jakby coś wymagało wyjaśnień. -Tatarzy, ale dobrzy chłopcy- My też znamy jednego dobrego Polaka- mrugnął do mnie kierowa- dobry piłkarz- Lewandowski. Pożegnałam się, ale  musiałam jeszcze  wskoczyć do furgonetki. Lunęło- codzienny popołudniowy deszcz. Ruszyłam w pelerynie, dobrzy chłopcy mokli nie zwracając na to najmniejszej uwagi. Tu, wysoko nie było już wsi tylko pojedyncze domy. Chyba puste, Być może zamieszkane latem. Levitana pojawiła się niespodziewanie, wyjrzała zza zakrętu. Przypominała trochę ormiańskie wsie. Błoto, nawóz, brak drzew czy jakichkolwiek ogrodów. Małe domki.  Na mój widok zrobiło się tam zbiegowisko. Nikt nie mówił po rosyjsku, moje próby dogadania się wywoływały salwy śmiechu, więc też się śmiałam. Jakiś chłopak wyciągnął smartfona, coś przetłumaczył. Ustaliłam, że to nie koniec wsi i poszłam dalej. Rzeczywiście za zakrętem pojawiło się więcej zabudowań. Na końcu spacerowała babcia z dzieckiem. Poszłam za nimi. Mieszkały w schludnym domu z kwiatami, z trawnikiem. Dzień spędzały w wolno stojącej kuchni- z drewnianych bali. Spytałam czy mogę rozbić namiot i natychmiast się w nim schowałam, bo wrócił deszcz. Wieczorem panie zaprosiły mnie na kawę. Pogoda poprawiła się, widziałam jak wracają do domu krowy, z nimi starszy pan i pies. Potem młodzi mężczyźni. Przyjechali samochodem, być może z Gori. Nie chciałam przeszkadzać, więc wyszłam, ale zaraz zawołano mnie na kolację. Ziemniaki i ser. Herbata z konfiturą z melona. Żałowałam, że nie mam nic żeby im zostawić. Nic ciekawego czy użytecznego. Byli dla mnie nienarzucająco mili. Azerbejdżanie. Słuchali tureckiej telewizji. Próbowali mi pomóc w znalezieniu drogi, ostrzegali przed wilkami i niedźwiedziami. Zapraszali na noc. Ktoś pokazał nawet film (na smartfonie) relację z przejechania tej trasy samochodem- widzisz, las. Niedźwiedzie i wilki. Nic ciekawego.

Kiedy wychodziłam rano starszy pan coś robił przy krowach. -To tamta droga, ta prowadzi do lasu – zawrócił mnie. Uważaj, bo to bardzo daleko. Wiedziałam. Miałam mapę.

Droga była zaskakująco dobra. Solidna, ubita, gruntowa. Wdrapywała się skalistym kanionem, potem łąkami. Wyżej kawałek przez las. Na jakimś zakręcie przebiegł przede mną szakal, zbyt szybki, żeby dać się sfotografować. Ślady  samochodów znikły na alpejskich łąkach. Porozmywały się, pozarastały trawą. Kwitły prymulki, miejscami leżały płaty śniegu, wyżej pojawiły się zarośla rododendronów. Było wietrznie, spokojnie i pięknie. Poszłam granią, nie musiałam się spieszyć. Na mapie, na samej krawędzi mapy zaznaczono dwa pasterskie schrony. Jeden widziałam z góry i minęłam, było za wcześnie. Potem żałowałam, bo dopadła mnie lodowata ulewa, padał grad. Kiedy znów wyszło słońce ziemia parowała. Góry pokrywały dywany kwiatów. Prymulek- głownie żółtych, ale były i różowe, i białe, szachownic kostkowatych (nigdy wcześniej nie widziałam żółtych) i psizębów- tu lśniąco niebieskich. Były też łany szafirków, kiełki goryczek, liście tulipanów.

Nie szłam już drogą, ale wiedziałam gdzie jestem. Mapa była dokładna, widoczność niezła. Chmury i zieleń gór wyglądały jak malowane akwarelą. Delikatne, wyblakłe, szybkozmienne. Żałowałam, że już muszę zejść. Mapa kończyła się. Krowia ścieżka opadała do pasterskiego szałasu, który w rzeczywistości okazał się letnią wsią. Szopy z desek, toalety z kołków i plandek, tymczasowe poprzechylane domki, otwarte na oścież . Wiele w ruinie, ale kilka niezłych. Wybrałam najsolidniejszy. Chwilkę potem spadł deszcz. Znów ulewa, oberwanie chmury. Rzeka zamieniła się w potok błota. Stoki w rzeki. Łapałam deszczówkę spływająca z dachu. Gotowałam kolejną herbatę. Patrzyłam na kłęby chmur.  Na złocone filiżanki zostawione tu przez pasterzy. Na noc. To piękne miejsce.

Share