Gruzja jesienią cz26 -Kelitsadi

Rano niebo było nadal bezchmurne, chrupał mróz. Ruszyliśmy wzdłuż rzeki, pomiędzy mineralnymi źródłami, kraterami z których ziało siarką, jak na Islandii, chociaż tu otaczała je bujna roślinność. Kamienie było oblodzone, przemrożony grunt na stromiznach kruszył się i odpadał. Balansowaliśmy na krawędzi nurtu, czasem było bezpieczniej w rzece. Wszystko to w cieniu, z dalekim jaskrawo oświetlonym pasmem czterotysięczników w tle.

Na słońcu było tak przyjemnie, że usiedliśmy. Znalazła się też pitna woda. W zasadzie w tym miejscu- w wysokiej dolince nie było już wulkanicznych tworów i mętnych rzek. Trawy porastały stare głazowiska. Za plecami wynurzyły się lodowce Kazbeku. Nie było ścieżki. Co jakiś czas porównywałam teren z mapą. Głupio by było wejść przez pomyłkę do Osetii. Pańcia z informacji w Kazbegi straszyła, że to się często zdarza i potem siedzi się w osetyńskim więzieniu. Trudno mi było wymyślić jak… ale kto wie? Może po pijaku, czy w gęstej mgle? Tak czy siak to nie było naszym jedynym problemem. Teren był pogmatwany, głazy ruchome, wyżej leżał nadtopiony śnieg. Przełączka, na którą należało się wdrapać wydawała się bardzo stroma, pod granią weszliśmy w cień i pod stopami znów pojawił się przerośnięty igłami lodu kruchy grunt. Poszliśmy po swojemu, tak jak nam się wydawało najłatwiej. Na grzbiecie było absolutnie pięknie. Kolorowe, przyprószone śniegiem wulkany i jezioro-Kelitsadi. Nie staliśmy długo, bo jednak straszyła nas bliskość granicy- najwyżej kilkaset metrów. Stok był rozmiękły. Zanim dotarliśmy na brzeg taflę wody nakrył już cień. Przez jakiś czas goniliśmy resztkę jasności, ale byliśmy zbyt wolni. Kusząca łąka na wschodnim brzegu zbladła, ochłodziło się.

Rozbiliśmy namiot na plaży, łasze wulkanicznego piasku, która wiosną jest na pewno zalana, ale teraz woda opadła o klika metrów i to było najwygodniejsze miejsce. Księżyc, nadal w pełni świecił jak lampa, dopiero nad ranem zasłoniły go kłęby szybkich chmur. Na stawie pojawiła się fala. Przez moment słuchałam jak pada deszcz. Potem zasnęłam.

Share

Gruzja jesienią cz25

To moj malczik– powiedział rano pan od kempingu, mniej skruszony niż można by się spodziewać, raczej bezradny- Czto diełat?… Byłam pewna, że to nie pierwszy raz. -Mógłby nas chociaż przeprosić-oburzył się Jose. Zarwaliśmy przez niego pół nocy. Też miałam wrażenie, że przewracałam się tylko z boku na bok, ale musieliśmy przysnąć, bo nocą znikł cały alkohol.

Wyszliśmy bez żadnej nadziei. Nie mieliśmy przepustki, posterunek w Truso podobno jej nie wydawał, tylko sprawdzał. Idąc w deszczu rozważaliśmy różne sposoby. Skręcić w dolinę jak gdyby nigdy nic…? – mają lornetki. Minąć i odbić w stronę Kazbeku? Nie wiedzieliśmy czy tam też nie wolno. Wąwóz Truso jest wciśnięty pomiędzy granice, rosyjską i tą nową nielegalnie ustanowioną przez Południową Osetię- czyli też Rosję. Było bardzo prawdopodobne, że wrócimy. Tymczasem szliśmy polną drogą, co jakiś czas jechał samochód. Chodziło trochę turystów. Minęliśmy męski klasztor, w połowie doliny mieszkali pasterze. Domy raczej nie były porzucone, przynajmniej nie te, które nadal miały szczelne dachy. Były tylko opuszczone na zimę. Kiedy przeszliśmy rzekę rozpadało się na dobre. Schroniliśmy się w żeńskim monastyrze, zakonnice miały otwartą wiatę, gdzie sprzedawały jakieś swoje wyroby. Spytałam czy zamiast wyrobów moglibyśmy kupić kawę i potem z trudem wcisnęłam zapłatę. Dziewczyna, w cywilnym stroju zmieszana wróciła i przyniosła jeszcze garść cukierków. Wcześniej rozmawiałyśmy po niemiecku (nie znała angielskiego) i kiedy spytałam czy może być rosyjski rozpromieniła się i chwilkę pogadałyśmy. Okazało się, że na zimę zostaną tu trzy kobiety. Gromadziły teraz zapasy. Przez 4 miesiące droga będzie nieprzejezdna. -Nie boją się? – spytałam-czego? Przywieźliśmy mąkę, ziemniaki, mają krowy. Mają psy. Rzeczywiście psiak wielki i włochaty jak niedźwiedź już od dawna łasił się do Jose.

-Nad jezioro idzie się 6 godzin- powiedziała jeszcze jedna z zakonnic. I to nas potem oczywiście gryzło…

Ze 2 kilometry za monastyrem był posterunek. Pogranicznicy nie czuli się tu chyba bezpiecznie, bo ich siedzibę otaczał mur z gabionów. Przywitał nas facet uzbrojony po zęby, ale w klapkach. – Siadajcie -wskazał wiatkę. No i się zaczęło… Uratowała nas nie oddana przez przypadek kopia przepustki z Mutso – Jose spryciarz zwinął ją sobie (na pamiątkę!). Po godzinie dyskutowaliśmy już z oficerem (szeregowy w międzyczasie włożył buty). Opowiedzieliśmy wszystko od początku, wyciągnęliśmy wydruki z netu. Namazany na mapie plan robił wrażenie. Żołnierze dzwonili, pertraktowali z kimś. -To tak zróbmy- idźcie nad Jezioro Kelitsadi. Bez przepustki, możecie przenocować, ale nie schodźcie już ani odrobinę na południe.- Ale chcieliśmy w dół do Gudauri…- Nie idźcie. Tu granica, kręcą się różni ludzie, a tam już wam nie możemy pomóc. Nie upilnujemy wszystkich miejsc. Przemytnicy, typy spod ciemnej gwiazdy… obiecajcie, że tam nie pójdziecie. Obiecałam. Ustaliliśmy, że wrócimy górami do Truso. Oficer wiedział, że jest takie przejście, ale nie wiedział dokładnie gdzie. Pomyśleliśmy, że coś znajdziemy. Mieliśmy kupkę wydruków.

W tył zwrot, przeszliśmy przez kolorową rzekę- pełną rozpuszczonych minerałów. Do wieczora drapaliśmy się stromym trawersem. Biwakowaliśmy na łączce użytkowanej latem przed pasterzy. Został po nich kamienny mur i koliba- malutka, tylko do gotowania. Wieczorem pogoda się poprawiła. Noc była bezchmurna i piękna. Pełnia, na szczytach błyszczał świeży śnieg. Rano znikła woda, którą pobieraliśmy z dopływu, na szczęście zrobiliśmy wieczorem zapas. Wydawało nam się, że jest tylko chwilowa- topiony przez słońce śnieg. Ta z głównej rzeki na pewno się nie nadawała do picia. Pachniała siarką. Wszystko tam pachniało jak piekło. Na łączce był błotnisty krater, na przeciwległym zboczu źródło oblepione jasnym osadem. Według mapy był to”trawertyn” -a wyglądał jak gigantyczny glut.

Share