Laponia, Kafjord

Roy przyjechał punktualnie co do minuty. Byliśmy już gotowi, spakowani uzbrojeni w pełne termosy. Wstaliśmy wcześnie, ja jeszcze przed świtem, Jose też o dziwo na czas. Kilkanaście kilometrów szlaku zajęło nam może z godzinę. Skuter jechał wolniej ciągnąc przyczepę, do której znów zapakowany został Jose nie ja. Wkurzało go to, ale nie protestowaliśmy. Byliśmy gośćmi. Cieszyliśmy się z tej jazdy i tak. Spadła nam przecież z nieba. Po drodze kilkukrotnie stawaliśmy. Płozy grzały się na bardzo twardym lodzie. Nocą znów był duży mróz, a ubity dziesiątkami skuterów szlak skamieniał. Przez cały czas jechaliśmy wzdłuż ośnieżonego grzbietu opadającego aż od Gardevarri. Kiedy teraz patrzę na mapę wydaje mi się, że pokonaliśmy 10 km, wtedy myślałam, że znacznie więcej. Być może zimowy szlak nie pasuje do tego z lata.

Roy zostawił nas w miejscu gdzie ślad skręcał na grzbiet. Pogadaliśmy jeszcze chwilkę, dopiero teraz wyjaśniając kim jesteśmy i co robimy w zwykłym życiu. Roy wypytawszy nas opowiedział, że jest rybakiem. Ma 11-to metrowy kuter, łowi dorsze i królewskie kraby i pracuje tylko przez 3 miesiące zimą i dwa krótkie tygodnie w sierpniu. Resztę czasu ma wolną. Robi co chce. -Przyjedź- powiedział znów głównie do mnie co od razu najeżyło Jose- tu jest fajnie, kobiety też mogą być rybakami, mamy maszyny, gps-y to już od dawna nie jest ciężka praca, mogłabyś potem podróżować przez cały rok.

Gdyby poprzednio spotkany chłopak, też rybak nie opowiedział nam jak trudno jest na kutrze zimą, jak lodowato, jak ciemno, jak wietrznie, pomyślałabym, że Roy trafił na raj. Jose poczuł się zrównany z ziemią- jego marne dwa miesiące wolności… Jego pensja, przy tych dochodach zerowa… Ja widziałam to jeszcze inaczej. Przecież ten raj musi mieć też i drugie dno- samotność? Finnmark to kraj dla prawdziwych twardzieli. Nie każdemu się pewnie podoba. Mi też trudno sobie wyobrazić ciemną polarną zimę, czy gęste od komarów lato, chociaż teraz, wiosną było tu naprawdę pięknie.

Pożegnaliśmy się, pomachaliśmy. Szybki skuter znikł za garbem jeziora, a my ruszyliśmy pod górę wzdłuż tyczek. Myślałam, że skoro nadrobiliśmy tak wielki kawał nie pójdziemy na skróty wprost do szosy tylko dojdziemy do tunelu przez góry. Nordkapp to wyspa, siedmiokilometrowy tunel troszkę nas przerażał, ale liczyliśmy, że złapiemy stopa. Z naszych mapek wynikało, że musimy przejść przez dwie granie. Pierwsza poszła nam bardzo łatwo. Dopadły nas dwie szybkie śnieżyce, ale na wprost pojawił się piękny widok na fiord. Teren opadał, za pasem błękitnego morza piętrzyły się skały Honninsvag. Naprawdę byliśmy blisko!

To piękne miejsce. Nie żałowaliśmy ani przez chwilę, chociaż robiło się coraz trudniej. Na stoku na wprost niemal całkiem znikł śnieg. Trasa była miejscami goła, z trudem przeciągaliśmy pulki po kępach zmrożonych traw. Niżej trafiliśmy na rzekę niby zamarzniętą, ale po lodzie, już niebezpiecznie miękkim płynęły całe potoki. Zbyt wartkie i zbyt głębokie. Obeszliśmy kawał trafiając na śnieżny most. Wytrzymał. Potem kilkaset metrów w górę na stok. Stromy, ogołocony, smagany śnieżnymi burzami bardzo fotogenicznymi, ale raczej nieprzyjemnymi w dotyku. Na przełęczy dogonił nas zachód słońca. Zjeżdżaliśmy w granatowym półmroku, długim, trudnym stokiem pociętym pasami skał. Prawdziwy labirynt wypełniony twardym lodem. Miałam ochotę pogratulować instruktorowi, który w tydzień nauczył narciarstwa Jose. Radził sobie bardzo dobrze, upadł tylko kilka razy, przy żadnej wywrotce nic mu się nie stało. Góra wyglądała imponująco, nie wierzyliśmy, że naprawdę zjechaliśmy z niej na nartach. Z pulkami.

Na dole znów trafiliśmy na otyczkowany szlak. Zsuwaliśmy się nim ostrożnie aż do pierwszej wody. Wypatrzyłam ją w zakolu rzeczki, tuż obok pasa gołych traw. Fajnie było po nich pochodzić. Nie zapadały się. Czuliśmy się jak marynarze schodzący na ląd. To była ziemia!

Namiot musieliśmy postawić na śniegu, jak zwykle. Po pierwsze, bo tam jest równo i miękko, po drugie, bo do rozbijania używaliśmy kijków i nart. Nie mieliśmy śledzi czy szpilek.

 

Laponia- Stohpojohka

Ten dzień był krótki i szybki. Nie wiem czemu, bo przecież zajął tyle samo czasu co inne. Rano, korzystając z pomocy pani z hotelu (naprawdę niezwykle uprzejmej dziewczyny) kupiliśmy bilety na prom do Tromso i wydrukowaliśmy resztę map. Od Honnisvag, skąd wypływał statek dzieliło nas ok 100 km. Byliśmy pewni, że zdążymy. Nordkapp odłożyliśmy na przyszły raz. Trudno, żadne z nas nie miało zamiaru się ścigać, nie obiecywaliśmy, że tam dojdziemy, nie zależało nam. Dla nas zawsze liczyła się droga nie cel, więc nawet nad tym długo nie myśleliśmy. Wyszliśmy wyposażeni w mapę skuterowych szlaków- dokładny i użyteczny wydruk, i w radę żeby zejść do Kafjord tak jak skutery, nie jak letnia, piesza ścieżka. Szlak był wyjeżdżony, oznakowany, szybki. Pogoda wspaniała, niemal bezwietrznie i ciepło. Lód na niektórych stawach nieprzyjemnie zmiękł, trafiały się bezśnieżne wyspy, ale otaczały nas piękne widoki na fiord. Szło nam się przyjemnie i łatwo, tak łatwo, że w końcu zdecydowaliśmy się opuścić ten tak oczywisty szlak. Skręciliśmy w boczną dolinkę kierując się wystającymi co jakiś czas szlakowymi kamieniami DNT. Oprócz nich towarzyszyła nam linia z prądem. Kiedy oglądałam ją na mapach przed wyjazdem bałam się, że będzie ponura i brzydka. Była inna. Drewniana, regularna, nawet ładna.

Po południu, kiedy światło już czerwieniało zatrzymaliśmy się na chwilkę i zrobiłam jej serię zdjęć. Posiedzieliśmy, zjedliśmy. Pakując się usłyszeliśmy ryk i po chwili podjechały do nas dwa (ścigające się chyba) skutery. Panowie stanęli, pogadali z nami, podrzucili nas do już bliskiej chatki, a potem wwieźli na wysoką, najwyższą w okolicy górę. To była piękna jazda. Facet z którym jechałam, i z którym zamieniłam wcześniej może dwa słowa (bo ten bardziej rozmowny zabrał na swoją maszynę Jose) prowadził skuter jak w tańcu. Precyzyjnie, bardzo sprawnie, trochę ryzykownie. Kiedy czuł, że się boję zwalniał, ale potem zaraz przyspieszał, chyba chcąc żebym się trochę bała. Frunęliśmy nad ciemniejącym już krajobrazem. Długie granatowe cienie, złoty blask. Z Gardevarri był piękny, niesamowicie daleki widok. Od Lakselv, po Honningsvag, od Hammerfest po niezamieszkałe góry na drugim brzegu Porsangerfjord. Kilkaset kilometrów białych pofalowanych wzgórz oświetlonych ostatnim błyskiem zachodu. Gdyby nie zimno pewnie chciałabym tam dłużej siedzieć. Zjechaliśmy w gęstniejącym zmierzchu. Lekko, płynnie dla narciarza niesamowicie szybko. Roy i Tom podarowali nam paczkę drewna i opakowanie grillowych kiełbasek. Chciałam ich poczęstować herbatą, ale odmówili, wracali do domów. Żegnając się spytali czy idziemy na Nordkapp, a my zgodnie z prawdą powiedzieliśmy, że nie zdążymy. Zamienili ze sobą kilka słów. Naprawdę kilka. Decyzja zajęła im sekundy. Prawie nic -Roy po was przyjedzie rano- powiedział Tom -Podrzuci was kilkanaście km na północ i wtedy już na pewno zdążycie. To w zasadzie nie było pytanie, ale powiedziałam, że tak. Czemu nie. Lubię niespodzianki, lubię ludzi, którzy mają gest. Podobała mi się jazda z Royem, pomyślałam, że fajnie jednak zobaczyć Nordkapp. Uśmiech, skinienie głową. Ryk odjeżdżających skuterów. Niesamowite jak mało trzeba słów. Potem piękna gwiaździsta noc i zorza.

Domek był prywatny, należał do Samów, hodowców reniferów. Nie zamykali go. Udostępnili wędrowcom. Miał pełną błogosławieństw książkę, wygodne łóżka. Dobry piec. Świetnie nam się w nim spało. Cieplutko.