Armenia pieszo cz25

Zeszliśmy drogą, w niedzielny ranek zupełnie pustą. W miejscu gdzie spodziewaliśmy się wsi stały tylko jedne zabudowania, zamek, który pokazywała mapa był na skarpie- kamienna baszta niemal niewidoczna wśród skał. Szosa pusta, pogrążona w cieniu. Autobus też niezatłoczony. Już nas nie dziwiło, że się nie zatrzymał. Ruszyliśmy w górę, w stronę Kajaran. Kapan kojarzyło mi się z wczorajszą imprezą i wolałam je zostawić z tyłu.

Machaliśmy co jakiś czas, ale samochody były tu bardzo szybkie. Minęliśmy wieś jeszcze uśpioną, bez sklepu, kiedy niespodziewanie zatrzymała się ciężarówka. Irański kierowca podwiózł nas do Lernadzor. Tu były sklepy. Długo czekaliśmy na swoją kolej, każdy z miejscowych był obsługiwany wcześniej niż my. Zjedliśmy na poboczu, jeszcze pobielonym przez szron. Ruszyliśmy gruntową drogą, ale znudziła nas, więc przecięliśmy jakieś suche łąki. Trafiliśmy na przemysłowe budynki. Ominęliśmy je, ale i tak wyszło dwóch strażników. Skinęliśmy głowami i ruszyliśmy w kierunku drogi, wcześniej przeciętej szlabanem. Dalej już słońce. Ciepło, resztki jesiennych liści w lasach. Strome podejście.

Pisk hamulców i rozklekotana łada. – Kto, skąd, dokąd, dlaczego… -Jak to możliwe, że ktokolwiek nas tu wypatrzył…? I w czym szkodzimy? To park narodowy? Rezerwat?- odpieram atakiem atak. – Nie, ale tak się składa, że jestem dyrektorem tego lasu i nie lubię jak mi tu chodzą obcy. Dyrektorowi towarzyszy strażnik. – Nie wsiądę-oponuje Jose. Nawet jak bym chciał to się nie zmieszczę. -Dokąd nas chcecie zabrać?- badam- ponad las. -Wsiadaj- decyduję za nas oboje. -Co za różnica, kilka kilometrów. Upychamy w bagażniku plecak Jose, mój ląduje na naszych kolanach. Przez kilka minut pokonujemy zakręt za zakrętem. Wysiadamy w Pukhurt. Łada zakręca i wraca. Czujemy się zdezorientowani. Przypomina nam się, że nie mamy wody.

Kilometry gruntowych dróg. Duże podejście. Buldożer, przy którym należy skręcić, potem coraz więcej błota, więcej śniegu i podmarzniętych kałuż. Góry na azerbejdżańskiej granicy odpierają wał ciemnych chmur. Trzymają się przez kilka godzin, potem poddają. Wał spływa na ormiańską stronę, zasłania Kajaran i wysoką przełęcz, na którą musi się wspiąć szosa do Iranu. Gdybamy gdzie iść.  Drogi nie ma w naszej nawigacji. Wiem to, co zapamiętam z poprzedniego dnia- widok z przełęczy. Dwie długie równoległe granie łączące się nad doliną, do której zeszliśmy rano. Kiedy dochodzimy do przełęczy chmury podchodzą już z każdej strony.  Przez chwilkę idziemy ponad nimi. Droga skręca, nie wiemy gdzie prowadzi. Depczemy ślad niedźwiedzia. Śnieg robi się coraz głębszy. Niedźwiedzia ścieżka schodzi z kamienistego zbocza. Ponad nim widzę ciemny punkcik. Patrzę przez teleobiektyw- to coś ma dach. -Zobaczmy – kuszę Jose. Schodzimy z drogi, trawersujemy wśród skał, zaczyna padać śnieg. Jose wyprzedza mnie, prawie biegnie. Budynek okazuje się toaletą. Kilkaset metrów dalej znajdujemy górniczy ambulans- letni pasterski dom.  Jest otwarty. Kiedy wejdziemy do środka chmura podniesie się i zatopi nas mgła. Śnieg będzie padał przez noc i cały kolejny dzień.

 

Share

Armenia pieszo cz24- Barkushati Range

Więc błoto, trudne do ominięcia w ciemności. Podmarznięte kałuże, świt i widok na Tatev. Stąd piękny. Kilka kilometrów szutrowych dróg, parę zakrętów. -Tu- mówię w pewnej chwili i skręcam po krowim śladzie.  Jose rozgląda się niepewnie- tam w dole, widzisz ścieżkę? Spotkamy ją na progu doliny.

Kiedy tam dojdziemy słońce dosięgnie szronu. Ziemia zacznie parować, zmięknie błoto. Długo nie będziemy wiedzieli gdzie siąść, a jak to w końcu zrobimy grunt rozmarznie zanim zjemy i pogrążymy się w rudej glinie. Według mapki z Info Cafe powinniśmy minąć pasterskie budynki. Widzimy tylko dwa. Zrujnowane. Ostatni już bardzo wysoko, już w śniegu. Musimy przejść przez 2700 metrów. Według nawigacji i map nie ma tu drogi, ale są elektryczne słupy. Ktoś, kto je stawiał rozjeździł ciężkim sprzętem miękkie zbocza, idąc łączymy fragmenty tych dróg. Te, które widzimy, bo wszystko jest już pod śniegiem. Czasem wracamy, trawersujemy przez pobielone zielsko. Przełęcz widać przez wiele godzin, mamy wrażenie, że się wcale nie zbliża. Druga strona jest prawie bez śniegu, nic dziwnego to przecież południe. Tam też trafiamy na drogę. Dziwię się, bo śledziłam to miejsce w Google Earth i cieszę, bo obraz który sobie na tej podstawie stworzyłam ma się nijak do tego co widzę. Stromo, rzeka wpada w kanion. Drogą pójdziemy znacznie szybciej.

Biegniemy, słońce już bardzo nisko. Droga też stoma, skalista, zakręt za zakrętem. Ścinamy któryś, zsuwam się przez krzaki pierwsza, wprost na niedźwiedzią kupę.- Ciepła- decyduje Jose, ma rację z kupy unosi się para. Rozglądamy się, ale niczego nie widać. Skały, stromo, kępy różanych krzaków. Zmierzch.-Ile do wsi?- w linii prostej jakieś 5 km- mówię, bo naszej drogi nie ma w nawigacji. Nie mam jak zmierzyć. Decydujemy, że dojdziemy do ludzi. Mamy latarki, przypomina nam się instrukcja z przewodnika- lepiej nie zaskakiwać niedźwiedzia. Próbujemy rozmawiać (żeby nas słyszał), ale szybko nam brakuje tematów. Więc śpiewam. Okudżawa, stare partyzanckie piosenki, przy innych mi się trudno oddycha. Bo biegniemy, jak umiemy najszybciej. Powtarzam się, zapominam tekstów, w przerwach Jose wygwizduje arie. Po godzinie widzimy z góry wieś. Dwa domy. – To może już nie trzeba śpiewać?- odwracam się do Jose, światło latarki przesuwa się po lesie. -Niedźwiedź! – mówię szeptem- przestań mu świecić po oczach! Miś wstaje, my ruszamy biegiem. Z dołu gapią się na nas zdziwione krowy.

Zabudowania są skromniejsze niż się wydawały z daleka, wybieg z krowami otacza tylko druciany płot. Przy bocznych drzwiach stoi samochód. Zwalniamy -dobry wieczór – mówimy mężczyźnie w skórzanej kurtce, który na chwilkę wychyla się zza drzwi. Nie słyszy nas, więc powtarzamy. -Widzieliśmy niedźwiedzia… Gdzie?! Na górze z 500 metrów stąd. Drugi mężczyzna wylatuje w stronę górki z bronią. -Już on mu pokaże- tłumaczy trzeci, w tym roku zjadł nam 4 krowy.

Wewnątrz jest dużo ludzi, jakaś impreza. Zapraszają żebyśmy siedli więc dokładamy do kolacji nasze rzeczy. Z obórki, która jest tuż za ścianą sączy się zapach. Stężony, fermentujący mocz przedostaje się przez dziurkę od klucza. Kiedy usiądę trafi mi prosto w twarz. Dym z papierosów. Mężczyźni w czarnych skórach, zalotna kobieta, dwóch chłopców. Telewizor. Niewiele rozumiemy, jesteśmy zmęczeni. Pokonaliśmy mnóstwo metrów w górę i w dół. Siedzimy w cieple, pijemy wódkę. Młodszy chłopiec pokazuje nam chorą krowę. Jem jakieś mięso jak odkryję potem z puszki. Jest smaczne. Honory domu pełni jedenastolatek, grzeczny, uroczy władający doskonałym rosyjskim- Arsen. Proszę o herbatę. Arsen opowiada, że chodził do szkoły w Rosji. Mama miała robotę w Soczi, przez 4 lata. Teraz do szkoły jest bardzo daleko, jeździ samochodem. Jak daleko przekonamy się rano schodząc. Tymczasem panowie odjeżdżają, zostajemy z mamą Arsena jego młodszym bratem i milczącym brodatym mężczyzną. Na piecu gotuje się hasz- zupa z kości. -Zatańczysz?-proponuje Jose dziewczyna, ale on nie chce, więc tańczy z synem.

Śpimy w oddzielnym pokoju. Ośmiolatek urzęduje do rana, pali ognisko, piecze szaszłyki, co chwila budzi nas, lub kogoś z rodziny. Zapala światło, szuka czegoś pod naszymi łóżkami. Myślę, że wszystkie dzieci, które dotychczas podejrzewałam o hiperaktywność, były zdrowe. -Widziałem jak wypił wczoraj butelkę piwa- mówi Jose. Wszyscy czworo śpią kiedy wychodzimy. Jest niedziela. Niebo bezchmurne i czyste. Nie wiemy jak podziękować więc zostawiamy mały prezent na stole.

Share