Myvatn

Od podnóża wulkanu Leirhnjúkur do Myvatn jest kilkanaście kilometrów. Trasa wyznakowana, po ścieżce, przyjemna, urozmaicona, chociaż już nie tak ciekawa jak sam wulkan. Początkowo prowadzi przez lawowe pola, potem teren robi się bardziej piaszczysty, pojedyncze kwiaty ustępują miejsca wierzbowym chaszczom (karłowatym, więc najwyżej do kolan), a na horyzoncie poniżej dwóch samotnych gór Blafjall i Sellandafjall wyrasta jezioro Myvatn. Najpiękniejszy widok na nie jest z – Hlíðarfjall, wysokiego i wietrznego stożka, na który prowadzi stroma ścieżka, ale jezioro widać z każdego wzgórza. W pewnym momencie ścieżka się rozwidla i ja się tam pogubiłam- chyba przez śnieg. W rezultacie zamiast bezpośrednio do Reykjahlíð zeszłam na kemping w Elda. Objuczona workiem ze śmieciami, których na tej bliskiej cywilizacji ścieżce uzbierałam więcej niż wcześniej trafiłam na równie objuczoną starszą panią. Szukała mającej zaraz urodzić owcy i przy okazji zbierała plastiki i strzępy folii rozrzuconej po górach przez wiatr. Wymieniłyśmy kilka uwag na ten temat po czym zostałam pokierowana na skrót przez jej prywatną ziemię. Na łąkach pasły się owce w towarzystwie świeżo urodzonych jagniąt- zabawnie wystrzyżone tylko do połowy, podobno żeby nie zmarzły, nadal było wyjątkowo zimno. Przeszłam kawałek szosą, zajrzałam do wypożyczalni rowerów (nie mieli map), potem biegiem do informacji turystycznej, tuż przed zamknięciem. Urzędują tylko do czwartej. Pozbyłam się tam worka ze śmieciami. -Jak dużo!- bardzo dziękujemy- usłyszałam od miłej dziewczyny- zaraz zadzwonię do człowieka, który się na wszystkim zna. Ja ci nie doradzę, wiem tylko o miejscach przy drogach. Po chwili, może 5-ciu minutach do informacji wpadł ten sam strażnik, który już mi doradzał w Dettifoss, zziajany z kanapką w ręku. Oboje się uśmialiśmy. Padał deszcz, było bardzo wietrznie, czułam się dziwnie wypytując o dojście do Askji. Już tyle razy słyszałam, że niebezpiecznie, śnieg, drogi zamknięte. Strażnik z Dettifoss był dla mnie bardzo cierpliwy- masz GPS-a? SPOT-a? Telefon satelitarny? – nie mam -kiwałam głową jak pozytywka.

-Kompas i mapa- uśmiechnął się jednocześnie z naganą i z pochwałą, więc też się uśmiechnęłam- Zarejestrowałaś swoją trasę w SAR?- nie, bo nie mam smartfona- …hmm…chodź- pokażę ci coś na mapie. Na ścianie wisiała wspaniała, bardzo szczegółowa mapa Ódáðahraun. Przez kila minut słuchałam gdzie nie iść, bo szczeliny. Potem o trasie, którą Strażnik przeszedł sam zeszłego lata. -Nie odchodź bardzo daleko od ludzi, inaczej nigdy cię nie znajdziemy. Zawsze kiedy będzie sieć sprawdzaj prognozę. Taką dla wyżyn, nie dla miejscowości. Poczekaj sprawdzimy teraz…

Po chwili informację zamknięto, a ja pod sklepem spożywczym (niezłym chociaż nieco drogim) wystukałam sms do Wieśka: Jutro deszcz, pojutrze deszcz, w sobotę i niedzielę śnieg i marznący deszcz, potem jeden pochmurny dzień i znów deszcz, i deszcz ze śniegiem – Wiem – odpisał Wiesiek, a ja poszłam wzdłuż brzegu na kemping w Vogar- przyjazny, cieplutki. Trafiłam tam na Sylwię i Mikołaja, wykąpałam się, objadłam, wszystko wyprałam i wysuszyłam, naładowałam baterie. Ruszyłam późno, tuż przed południem. Zła prognoza była nieprawdziwa. Nie padało, nie wiało. Czasem nawet świeciło słońce.

z Dettifoss do wulkanu Krafla

Ta trasa jest nieznakowana, ale wszyscy idący przez Islandię z północy na południe lub odwrotnie muszą jakoś tamtędy przejść. To niemal pozbawiony roślin piaszczysto kamienisty teren, pofałdowany i poprzecinany korytami okresowych rzek- w piękną pogodę suchych, lub błotnistych. Przy dobrej widoczności nie ma orientacyjnych kłopotów. Wystarczy kierować się trochę na południe od zgrabnej trójkątnej góry Eilifur- bardzo wyraźnej na tle podobnych do siebie wzgórz. Idąc za radą strażnika zeszłam najpierw na południe-około 2 km wzdłuż drogi, ścinając tylko zakręty, a potem skręciłam wprost na zachód. Ominęłam w ten sposób pokryte śniegiem najwyższe górki, ale wkopałam się w labirynt wejść i zejść- gubiąc mój drogowskaz w każdej dolince. Z tego chyba powodu wyszłam troszkę zbyt blisko góry na północnym brzegu jeziora Eilifsvotn. Wydało mi się ogromne. Znacznie większe niż to co widziałam na mapie, być może dlatego, że musiałam je obejść po męczącym, miękkim, piaszczystym lub zarośniętym karłowatymi brzozami podłożu. Przez kilka godzin szłam wolniutko przez obszar gdzie szalała erozja. Porośnięte roślinami kępy wystawały ponad wywiany grunt. Wysokie na nawet 2 metry, na obrzeżach dramatycznie pokryte plątaniną walczących z wichurami korzonków. W miejscach gdzie nie było roślin wędrował z wiatrem rudy piach. Na jeziorze łabędzie celebrowały swój godowy taniec. Po drugiej stronie, na paśmie wysokich gór leżał śnieg. Gdzieś tam jest podobno chałupka, prywatna, niekoniecznie otwarta, nie wiedziałam dokładnie gdzie więc wpatrywałam się w każdy podejrzany punkt. Wiało okrutnie i pomimo słońca było lodowato zimno. Szukając domku obeszłam wschodni skraj jeziora i nie widząc ani budynku, ani miejsca na biwak weszłam w suche koryto płynącej z południa rzeki. Po kilkuset metrach pojawiła się woda. Rzeka była czysta i wartka, trudno uwierzyć, że wsiąkała w piach tak bez śladu i na tak krótkim odcinku. Kilkaset metrów dalej rozbiłam namiot na skarpie porośniętej karłowatymi krzakami. Nieźle się na nich spało, nieźle suszyło pranie. Wbrew moim obawom rzeka nie znikła nocą. Rano odważyłam się nawet wykąpać- szybciutko, bo wcale nie było ciepło.

Do Myvatn można pójść stamtąd na dwa sposoby. Wzdłuż południowego brzegu jeziora do drogi prowadzącej do Krafla, lub wzdłuż gór do przełączy przed Jorundur (to wysoka dobrze widoczna góra). Strażnik polecał mi tę drugą drogę (ze względu na śnieg) nie wiedząc o istnieniu rzeczki. Możliwe, że jest okresowa. Była piękna, szemrała, błyszczała w słońcu więc szłam jej korytem aż do końca, wdrapałam się nad wodospady (po stromym śniegu) przeszłam wzdłuż jednego z zasilających ją strumyków przez zaśnieżony balkon, trochę wyżej niż polecana mi przełęcz. Dalej trafiłam na owcze ścieżki przecinające lawowe pola i wraz z nimi na przełęcz za Krafla (jest tam kilka stawków i rzeczka, dalej nie ma już pitnej wody). Po drugiej stronie gór zaczęła się cywilizacja. Szłam gruntowymi drogami przez teren elektrowni, wśród kosmicznych kapsuł otaczających gorące źródła. Przy głównych budynkach- wywalających kłęby pary z kominów, otoczonych parującymi strumieniami i stawkami, wyszłam na asfalt i podeszłam nim do krateru Viti. To trochę w kółko, ale nigdy nie widziałam geotermalnej elektrowni więc nie żałowałam. Ponieważ było wietrznie i późno nad Viti nie było tłoku. Kilka osób obchodziło krater w kółko, więc ja też ruszyłam do góry. To piękne miejsce. Jezioro było jeszcze pod lodem, ale cienkim więc przeświecał błękit. Z góry widziałam ośnieżony Blafjall ponad niekończącymi się polami lawy. Zeszłam, i na przełaj przez zarośnięte lawowe pola doszłam do wulkanu Leirhnjúkur jeszcze ciekawszego niż Krafla. Było już bardzo późno, cicho, spokojnie, bez ludzi. Ze świeżych, przerażających zwałów lawy sączyła się para, pachniało siarkowodorem. Z trudem znalazłam tam miejsce na namiot. Niby odeszłam kilka kilometrów, ale nadal czuło się bliskość piekła. Z rozsypanych po okolicy kraterków, co jakiś czas wydobywały się cuchnące „bąki”, w ażurowych lawowych skałach wiatr huczał jak zatłoczona autostrada. Wieczorem zdobyłam trochę wody z kałuży przy śniegowym płacie. Rano niestety to „źródło” wyschło.

park narodowy Jökulsárgljúfur

Do Asbyrgi dojechałam autostopem z wieloma przesiadkami i jednym noclegiem -w Akureyri. Zatrzymałam się tam, bo chciałam się spotkać z Wieśkiem, który potem przez wiele dni szedł równolegle do mnie, w odległości 50-100 km, na tyle blisko, że czasem miałam wrażenie, że idziemy razem. Spałam już kiedy Wiesiek dotarł na umówiony kemping. Padał deszcz, byłam zmęczona, niedaleko hałasowała (polskojęzyczna niestety) impreza. W związku z tym przegapiłam soczystą wiąchę w namiocie rozbitym tuż obok. Potrącona butla upadła, wrzątek trafił w nogę, palnik wypalił dziurę w podłodze, ale namiot na szczęście nie spłonął. Wiesiek przytomnie ponad godzinę schładzał oparzenie pod prysznicem w związku z czym rano bąbel wyglądał nie najgorzej poza tym, że był duży i na zgięciu.

To oczywiście nie był powód do zaniechania czy opóźnienia marszu. Wiesiek ruszył dzień po mnie. Jak mi potem napisał w sms-ie dzięki oparzonej nodze szedł wolno i wszystkim się cieszył, inaczej pewnie leciałby i połowa wrażeń by go ominęła.

Ja ruszyłam spod informacji parku narodowego w Asbyrgi w deszczu, czasem przetykanym śniegiem, wyposażona dodatkowo w dwa sklejone śmieciowe worki, które miały mi zastąpić podłogę- zabrałam tylko tropik- samą pałatkę.  Pomimo tego pani w informacji wątpiła czy gdziekolwiek dojdę. Ja też czasem powątpiewałam. To był straszliwie mokry dzień. Ulewa, temperatura koło zera, wszystko podmokłe zlane, bagniste, do tego mgła i brak widoczności. Wyciągając buty z mlaszczącego błocka marzyłam o opisanej mi przez Wieśka toalecie, w której on tu kiedyś nocował. Dojście na kemping zajęło mi kilka godzin, przez które niemal nic nie widziałam. Słynny kanion tylko majaczył we mgle, widziałam wydmy porośnięte trzciną i już pod koniec rozmyty przez rzekę krater wulkanu złożony z pięknych bazaltowych kolumn, poza tym nic. Marząc o toalecie (czyli miejscu pod dachem) skręciłam na bezludny kemping i niestety się rozczarowałam. WC na zimę zamknięto i przywalono paletami tak ciężkimi, że nie umiałam ich ruszyć. Rozbiłam namiot na zlanej łączce i do rana kisiłam w nim przemoczone rzeczy bez szans na rozwieszenie. Przestało padać dopiero przed południem. Wtedy ruszyłam, wracając jeszcze do pięknych bazaltów (teraz znacznie lepiej widocznych) i potem już w dobrą pogodę zbaczając wszędzie gdzie odchodziły jakieś boczne szlaki. Zdecydowanie warto. Z wrażenia zapomniałam przy tym nabrać wody i pod wieczór już niedaleko Dettifoss zaczęłam się tym poważnie martwić. Z opisów wynikało, że dalej już nic nie znajdę. Pole biwakowe przy wodospadzie gdzie latem stoi baniak było jeszcze nieczynne, a tu słońce i prawie upał. Trafiały się wprawdzie płaty wczorajszego (czy nocnego) śniegu, ale niewielkie i już tylko w cieniu. W związku z tym ucieszył mnie szlak zbiegający nad rzekę. Prowadził do Hafragilsfoss i jak się potem okazało był zamknięty. Nie zdecydowałabym się tam iść, ale widziałam na zejściu ślady, stare więc nie wiadomo, w którą stronę- teraz wiem, że były w obie.

Piękną stromą ścieżką zeszłam w zachwycające miejsce, ale dalej zrobiłam w tył zwrot widząc obsunięte urwisko. Gdyby stok nie był aż tak mokry przeszłabym, ale po nocnej ulewie dosłownie ociekał. Skalne bloki trzymały się tylko na miękkim błocie wywieszonym nad wartką rzeką. Jakoś nie miałam nastroju do walki. Generalnie byłam zmęczona więc niezgodnie z przepisami, rozbiłam pałatkę nad rzeczką i wyszłam stamtąd dopiero rano. Po drodze uzbierałam worek śmieci, które parkowy strażnik pozwolił mi zostawić w koszu w Dettifoss. To był bardzo sympatyczny człowiek, a ja chyba byłam pierwsza w tym roku, przynajmniej pierwsza, którą on spotkał więc pogadaliśmy trochę. Widziałam go potem ponownie idąc opisaną przez niego trasą (w tym kawałek drogą). Podwiózł mnie kilkaset metrów i pokazał miejsce gdzie skręcić. Opisał też dokładnie jak iść. Spytałam dlaczego nie wyznakowano szlaków. Trasa z Asbyrgi do Myvatn na pewno interesuje wiele osób. Okazało się, że to teren prywatny, a znaki można stawiać tylko na obszarze parków narodowych.

To był piękny dzień. Słońce i 3 wspaniałe wodospady. Harfagilsfoss, Dettifoss i Selfoss. Ten pierwszy chyba najpiękniejszy- bo byłam sama, w dzikim miejscu, bez dojazdu samochodem.

Snaefellness

Na półwysep Snaefellness trafiłam przypadkiem. Człowiek, który mnie zabrał na stopa z Borganes jechał do Grundarfjordur. Przez kilka minut, po których powinnam wysiąść na rozstajach tak ciekawie opowiadał o swoich ulubionych miejscach, że nie wysiadłam. Pojechałam z nim już do końca, pod drzwi informacji turystycznej w Grundarfjordur. Tuż za miejscowością leży bardzo znana góra Kirkjufell- do znudzenia pokazywana w kalendarzach i na wszystkich fotograficznych konkursach. To niedaleko, poszłam szosą. Padało i widoczność była nędzna. Pomimo tego pod górą kłębiło się sporo ludzi, próbując uzyskać ikoniczne ujęcie- trójkątny szczyt ponad wodospadem. Dopiero na miejscu widać, że ta sławna fota jest zupełnie niepodobna do rzeczywistości, żeby powiększyć malutki wodospad należy wejść w dziurę pod nim i użyć bardzo szerokiego obiektywu. Przy tym nieuchronnie zamoknąć. Poszłam dalej, skąd zabrały mnie dwie Chinki i przez kilka kilometrów (tyle z nimi jechałam) wypytywały po co chodzę piechotą. Nie masz na wynajęcie samochodu? Rozbijasz sobie namiot gdzie chcesz? Możesz nie pracować przez miesiąc? Nic z tego co powiedziałam nie mogło im się pomieścić w głowach.

W Olafsvik zaczynają się piesze szlaki. Wszystkie prowadzą po pięknych lawowych polach porośniętych oliwkowozielonym mchem- w suche dni szarzejącym, w deszcz niemal zielonym. Wybierałam drogę na chybił trafił, trzymając się jak najbliżej wybrzeża- gdzie jak mi się wydawało w maju jest najciekawiej. Wysoko w górach było biało, śnieg, chmury i silny wiatr. Nad oceanem przyjemnie, przynajmniej dopóki mi nie zabrakło wody. Widziałam wprawdzie źródło- nawet ciekawe, schowane w głębokim wykopie- kilkusetletniej piwnicy, zwieńczone kręgiem wieloryba, ale niestety suche. Żeby znaleźć wodę trzeba iść bliżej gór, płynące z nich rzeczki wsiąkają przy samym wybrzeżu. Do wieczora dotarłam do wulkanu Saxholar. Z góry wypatrzyłam mokradła- bajorka i tam rozbiłam namiot na noc. Woda oczywiście deszczowa, do długiego gotowania.

Rano padało więc znów odeszłam w stronę oceanu, częściowo bez szlaku, wzdłuż kopczyków, które doprowadziły mnie do lawowych kanałów. Miałam latarkę więc trochę tam pomyszkowałam. To tunele o wysokości ok 1,5 m, szerokie na 2,5m-czasem 3. Pokręcone i w niektórych miejscach otwarte z góry. Ciekawe.

Podobały mi się też ptaki, których pełno na wybrzeżu i biwak w Dritviku, na który trafiłam po południu. Było wcześnie, ale padało, a to piękne miejsce i zdecydowałam się zostać na noc. Biwak jest stary, świeżo odnowiony. Jest tam stół i dwa składane łóżka. Jedyny kłopot, to że źródło i pobliski stawek są słone. Najbliższa słodka woda jest dopiero w Djupalonssandur-  pół godziny dalej. Wieczorem i rano połaziłam po pięknej zatoce. Widziałam fokę i polarnego liska, nie było ludzi.

W Djupalonssandur też jest piękna zatoka i zanim nadjechali turyści (tam jest niestety parking), zdążyłam się już wykąpać- wcale nie specjalnie. Tak naprawdę to chciałam tylko pobrodzić na czarnej plaży. Ostrzeżona wcześniej przez Pawła zdjęłam spodnie i już pierwsza fala trafiła mnie rykoszetem i zmoczyła do piersi. Polarna zachowała się przy tym wspaniale większość wody nawet nie wsiąkła, reszta szybko spłynęła.

Świeciło słońce więc nie było problemu. Powyżej tej plaży, pod skałami jest śliczne (i słodkie) jeziorko, potem skalny łuk, wcześniej rdzewiejące resztki wraku, który rozbił się tu w zeszłym stuleciu, rozrzucone na kilkuset metrach. Nadbrzeżny szlak biegnie dalej ciekawie aż do kolejnego kontaktu z szosą tuż przed Hellanes. Jest tam informacja parku narodowego (z mapami, elektrycznością i toaletą). Wyrzuciłam worek uzbieranych po drodze śmieci i dowiedziałam się, że zakaz rozbijania namiotów ( wypisany na stojących tam mapach) nie obowiązuje rowerzystów i pieszych- jest dla turystów samochodowych.

Dalej było troszkę ludzi. Zwłaszcza na pięknym klifie zamieszkałym przez setki ptaków. Potem znów spokój, ale już mniej ciekawie aż do Arnarstapi.

Idąc tam dostałam sms od Wieśka. Przyleciał już. Umówiliśmy się za dwa dni w Akureyri, więc myśląc, że mam mało czasu nie poszłam już do znanego (bo ciasnego) wąwozu -widziałam w życiu tyle kanionów- tylko złapałam stopa do głównej szosy i znad jezior Baundallavatn wyruszyłam obejrzeć starą drogę, która kiedyś jeździło się na Snaefellness. Na mojej mapie był przy niej ratunkowy schron, byłam ciekawa jak też wygląda, ciekawa tej drogi porzuconej 10 lat temu, i otaczających ją gór, którymi być może dałoby się kiedyś pójść. Kilkaset metrów nad poziomem morza było bardzo wietrznie i zimno. W górach leżały jeszcze płaty śniegu. Nie było żadnych śladów ludzi. Biwak zamknięty. Przeszłam jeszcze kilkanaście kilometrów, bo nigdzie nie było pitnej wody. To suche wulkaniczne miejsca. Prawie bez roślin. Droga miejscami jeszcze dobrze widoczna miejscami rozmyta, czy rozwiana. Tuż przed północą zeszłam prawie do poziomu morza i nawet bym tam rozbiła namiot, gdyby nie to ze na rozstajach stanął jakiś mały samochód i jakby czekał. Francuz, którego tam zastałam mówił, że zobaczył mnie dopiero przed chwilą, a stanął obejrzeć zachód słońca. Zagadałam się z nim i zamiast wysiąść przy rozstajach z drogą do Akyreyri, znalazłam się w Sykkisholmur. Zastałam tam tam niezły kemping i wspaniały zachód słońca.

Islandia wiosną- jak się przygotować?

Ten wyjazd był nieco nietypowy więc starałam się jak najlepiej przygotować. Czytałam, pytałam, śledziłam historyczne dane o pogodzie. W necie są relacje z wiosennego samochodowego zwiedzania Islandii, trekking wiosną był niespodzianką obarczoną sporym ryzykiem. Wszyscy zapytani Islandczycy stanowczo to odradzali. Podobnie było kiedyś z norweską wiosną, więc nie zraziłam się, spróbowałam.

Jak było? Zaskakująco zimno. Temperatury zwykle dodatnie, ze statystyk tylko o 4 stopnie niższe niż te znane mi z czerwca, ale ze względu na wilgoć i wiatr, jak również odpromieniowanie w kierunku zmarzniętej, wychłodzonej zimą ziemi odczuwalne zimno porównywalne chyba tylko z Arktyką. Często chodziłam ubrana identycznie jak w Laponii w marcu i wcale nie było mi zbyt ciepło. Polarna, którą na szczęście zabrałam bywała wilgotna lub mokra (poziomy deszcz przemaczał wszystkie deszczochronne warstwy), niemal przez cały czas miałam ją na grzbiecie i tylko sporadycznie robiło mi się za ciepło. Upiornie wiało więc często przydawała się wiatrówka. Na nogach wystarczały legginsy z powerstretchu założone pod niby nieprzemakalne spodnie. W butach- skarpetki Walonki.  Miałam dwie pary. Cieńsze nie dałyby rady- buty przemakały regularnie od deszczu, błota, bagien i mokrego śniegu. Miałam goreteksowe „skarpetki” (Wiesiu obiecałam Ci już nie dziękować, ale czemu tego nie macie w sprzedaży!), więc czasem miewałam w butach sucho. Zabrałam dwie wełniane koszulki z długim i krótkim rękawem (często nosiłam jedną na drugą), bluzę z kapturem i łapkami, maskę, gatki na zmianę i prezent niespodziankę od Romana Werdona– puchową sukienkę. Dostałam ją tuż przed odlotem, w Gdańsku, przez kilka dni myślałam się jak to założyć, a potem codziennie wieczorem i jeszcze (dla pewności) rano wysyłałam Romanowi błogosławieństwo. Gdyby nie to ubranko musiałabym tak jak w zeszłym roku sypiać w mokrych powerstretchach molestując mój ulubiony śpiwór. Teraz sypiałam i łaziłam na biwakach w luksusie- otulona puchem od stóp do głów.

To wszystko, co zabrałam z ubrania. Poza tym w moim tym razem bardzo lekkim plecaku oprócz śpiwora (Roberts 700 g puchu, ten co zwykle) znalazła się jeszcze pałatka Faroe out (Fjorda), znana Wam już z moich poprzednich wyjazdów- kupiłam sobie w tym roku nową- oliwkowo zieloną. Długo myślałam jak wytrzyma wichury, jak ją postawię na wydmach, na dziwacznym pumeksowym piasku lawowych pól, czy na podmokłym- nie miałam przecież podłogi. Sprawdziła się idealnie, do mocowania wystarczyły zwyczajne szpilki (czasem przykryte kamieniami). Podłogę zastąpiły dwa sklejone taśmą śmieciowe worki, które dała mi pani w informacji w Asbyrgi (wielkie dzięki!). Rozkładałam je na mokrym piachu, na pumeksach, na kamieniach, zroszonej trawie, na zwałach błota. Wszystko przetrwały, a w dzień służyły za worek do wypełnienia wnętrza plecaka. Spałam na karimacie- tej co zawsze z-line, w cieniutkim worku biwakowym, który sobie na tę okoliczność uszyłam (chcąc nieco oddalić śpiwór od błota). Wszystko to razem z namiotem ważyło 1200 g, a dawało wielkie, bardzo wygodne wnętrze gdzie mogłam gotować, rozkładać rzeczy, usiąść i przeczekać deszcz. Rozbicie pałatki (co pewnie wiecie) zajmuje ok. 3 minut, strząśnięta pozbywa się większości wody, można ją postawić nisko, tak, że dotyka ziemi (kijki 125 cm lekko przechylone żeby na środku było więcej miejsca). Nie potrzebuję więcej.

Ponieważ padł mój stary plecak, kupiłam nowy- Cholatse Lowe Alpine. Jest dość lekki (1500g), raczej miękki, więc trzeba go dobrze spakować, ale pozwala nosić wygodnie ładunek do 20 kg. Myślałam o bardzo lekkim plecaku Pajaka (tym półkilogramowym), ale Andrzej Pająk mi go odradził- nie jest przeznaczony na długi trekking i 20 kg bagażu. Może kiedyś.

Miałam jeszcze kapcie do przechodzenia rzek, skarpetki z neoprenu- które przydały się głownie do przechowywania obiektywów (świetnie chronią prze wodą i ewentualnym obiciem), pelerynę na plecak i 2 mm neoprenowe żeglarskie rękawiczki- te nosiłam w każdy długotrwały deszcz. Nie są tak ciepłe jak nasze np windblockowe, ale woda ściekająca z peleryny nie robi im większej różnicy więc pomyślałam, że tak wyjdzie lepiej. I chyba było, ale jeszcze lepiej byłoby chyba założyć gumowe na powerstretcha- wypróbuję kolejnym razem. Przez większość czasu miałam na sobie rękawiczki z Powerstetcha– prawie ich nie zdejmowałam.

Wszystko to razem ważyło troszkę ponad 6 kg. Do tego doszło ok 7 kg jedzenia, 0,5 kg gazu, 1,5 kg wody plus 3,5 kg moich fotograficznych zabawek. Nie najgorzej. Nie miałam wrażenia, że jest mi za ciężko.

Przed wyjazdem wydrukowałam sporo map znalezionych w necie- przydały się, nie wszystko można kupić na miejscu. Podobnie jak w zeszłym roku wypytywałam w każdej informacji i wszędzie gdzie mogłam się czegokolwiek dowiedzieć. Warto, bo poleganie wiosną na letniej mapie i letnich opisach tras może się skończyć wpadką- nie wszystkie drogi dadzą się bezpiecznie przejść przy śniegu, błocie czy wezbranych rzekach, chociaż te paradoksalnie w zimne dni są łatwiejsze niż w ciepłe wczesnym latem. Tradycyjnie nie zabierałam niczego poza telefonem i kompasem.

Czy warto- tak. Myślę, że tak. Wczesna wiosna (w połowie maja) jest mniej kolorowa niż lato. Trawy są jeszcze zaschnięte, drzewa bezlistne, jedyne kwiaty to wierzbowe bazie. Górskie drogi są bez wyjątku zamknięte więc dojazd w niektóre miejsca jest trudny. Za to chodzenie – sama przyjemność. W górach nie ma dosłownie nikogo. Śnieg pozwala na przejście pustynnych lawowych pól, ośnieżone góry są piękne. Pod koniec maja na poziomie morza zaczyna się już zielenić trawa, wyłażą łubiny, zakwitają lepnice. Tydzień później pojawiają się też zawciągi, a po nich inne letnie kwiatki. W połowie czerwca Islandia jest już zielona, łubiny kwitną na całego, po górach łażą stada owiec, a w turystycznych miejscach narasta tok. Na bezludnych wcześniej kempingach coraz trudniej o nieobwieszony ciuchami grzejnik czy miejsce przy zadaszonym stole. Na szosach można spotkać innego autostopowicza, na górskich drogach wypatrzyć pierwsze ślady kół.

Islandzka wiosna to okazja pobycia samemu dziesiątki, nawet setki kilometrów od cywilizacji- czyli coś niezwykłego, niemożliwego w żadnym innym miejscu. Mnie to bardzo cieszyło.