Snaefellness

Na półwysep Snaefellness trafiłam przypadkiem. Człowiek, który mnie zabrał na stopa z Borganes jechał do Grundarfjordur. Przez kilka minut, po których powinnam wysiąść na rozstajach tak ciekawie opowiadał o swoich ulubionych miejscach, że nie wysiadłam. Pojechałam z nim już do końca, pod drzwi informacji turystycznej w Grundarfjordur. Tuż za miejscowością leży bardzo znana góra Kirkjufell- do znudzenia pokazywana w kalendarzach i na wszystkich fotograficznych konkursach. To niedaleko, poszłam szosą. Padało i widoczność była nędzna. Pomimo tego pod górą kłębiło się sporo ludzi, próbując uzyskać ikoniczne ujęcie- trójkątny szczyt ponad wodospadem. Dopiero na miejscu widać, że ta sławna fota jest zupełnie niepodobna do rzeczywistości, żeby powiększyć malutki wodospad należy wejść w dziurę pod nim i użyć bardzo szerokiego obiektywu. Przy tym nieuchronnie zamoknąć. Poszłam dalej, skąd zabrały mnie dwie Chinki i przez kilka kilometrów (tyle z nimi jechałam) wypytywały po co chodzę piechotą. Nie masz na wynajęcie samochodu? Rozbijasz sobie namiot gdzie chcesz? Możesz nie pracować przez miesiąc? Nic z tego co powiedziałam nie mogło im się pomieścić w głowach.

W Olafsvik zaczynają się piesze szlaki. Wszystkie prowadzą po pięknych lawowych polach porośniętych oliwkowozielonym mchem- w suche dni szarzejącym, w deszcz niemal zielonym. Wybierałam drogę na chybił trafił, trzymając się jak najbliżej wybrzeża- gdzie jak mi się wydawało w maju jest najciekawiej. Wysoko w górach było biało, śnieg, chmury i silny wiatr. Nad oceanem przyjemnie, przynajmniej dopóki mi nie zabrakło wody. Widziałam wprawdzie źródło- nawet ciekawe, schowane w głębokim wykopie- kilkusetletniej piwnicy, zwieńczone kręgiem wieloryba, ale niestety suche. Żeby znaleźć wodę trzeba iść bliżej gór, płynące z nich rzeczki wsiąkają przy samym wybrzeżu. Do wieczora dotarłam do wulkanu Saxholar. Z góry wypatrzyłam mokradła- bajorka i tam rozbiłam namiot na noc. Woda oczywiście deszczowa, do długiego gotowania.

Rano padało więc znów odeszłam w stronę oceanu, częściowo bez szlaku, wzdłuż kopczyków, które doprowadziły mnie do lawowych kanałów. Miałam latarkę więc trochę tam pomyszkowałam. To tunele o wysokości ok 1,5 m, szerokie na 2,5m-czasem 3. Pokręcone i w niektórych miejscach otwarte z góry. Ciekawe.

Podobały mi się też ptaki, których pełno na wybrzeżu i biwak w Dritviku, na który trafiłam po południu. Było wcześnie, ale padało, a to piękne miejsce i zdecydowałam się zostać na noc. Biwak jest stary, świeżo odnowiony. Jest tam stół i dwa składane łóżka. Jedyny kłopot, to że źródło i pobliski stawek są słone. Najbliższa słodka woda jest dopiero w Djupalonssandur-  pół godziny dalej. Wieczorem i rano połaziłam po pięknej zatoce. Widziałam fokę i polarnego liska, nie było ludzi.

W Djupalonssandur też jest piękna zatoka i zanim nadjechali turyści (tam jest niestety parking), zdążyłam się już wykąpać- wcale nie specjalnie. Tak naprawdę to chciałam tylko pobrodzić na czarnej plaży. Ostrzeżona wcześniej przez Pawła zdjęłam spodnie i już pierwsza fala trafiła mnie rykoszetem i zmoczyła do piersi. Polarna zachowała się przy tym wspaniale większość wody nawet nie wsiąkła, reszta szybko spłynęła.

Świeciło słońce więc nie było problemu. Powyżej tej plaży, pod skałami jest śliczne (i słodkie) jeziorko, potem skalny łuk, wcześniej rdzewiejące resztki wraku, który rozbił się tu w zeszłym stuleciu, rozrzucone na kilkuset metrach. Nadbrzeżny szlak biegnie dalej ciekawie aż do kolejnego kontaktu z szosą tuż przed Hellanes. Jest tam informacja parku narodowego (z mapami, elektrycznością i toaletą). Wyrzuciłam worek uzbieranych po drodze śmieci i dowiedziałam się, że zakaz rozbijania namiotów ( wypisany na stojących tam mapach) nie obowiązuje rowerzystów i pieszych- jest dla turystów samochodowych.

Dalej było troszkę ludzi. Zwłaszcza na pięknym klifie zamieszkałym przez setki ptaków. Potem znów spokój, ale już mniej ciekawie aż do Arnarstapi.

Idąc tam dostałam sms od Wieśka. Przyleciał już. Umówiliśmy się za dwa dni w Akureyri, więc myśląc, że mam mało czasu nie poszłam już do znanego (bo ciasnego) wąwozu -widziałam w życiu tyle kanionów- tylko złapałam stopa do głównej szosy i znad jezior Baundallavatn wyruszyłam obejrzeć starą drogę, która kiedyś jeździło się na Snaefellness. Na mojej mapie był przy niej ratunkowy schron, byłam ciekawa jak też wygląda, ciekawa tej drogi porzuconej 10 lat temu, i otaczających ją gór, którymi być może dałoby się kiedyś pójść. Kilkaset metrów nad poziomem morza było bardzo wietrznie i zimno. W górach leżały jeszcze płaty śniegu. Nie było żadnych śladów ludzi. Biwak zamknięty. Przeszłam jeszcze kilkanaście kilometrów, bo nigdzie nie było pitnej wody. To suche wulkaniczne miejsca. Prawie bez roślin. Droga miejscami jeszcze dobrze widoczna miejscami rozmyta, czy rozwiana. Tuż przed północą zeszłam prawie do poziomu morza i nawet bym tam rozbiła namiot, gdyby nie to ze na rozstajach stanął jakiś mały samochód i jakby czekał. Francuz, którego tam zastałam mówił, że zobaczył mnie dopiero przed chwilą, a stanął obejrzeć zachód słońca. Zagadałam się z nim i zamiast wysiąść przy rozstajach z drogą do Akyreyri, znalazłam się w Sykkisholmur. Zastałam tam tam niezły kemping i wspaniały zachód słońca.

Share

Islandia wiosną- jak się przygotować?

Ten wyjazd był nieco nietypowy więc starałam się jak najlepiej przygotować. Czytałam, pytałam, śledziłam historyczne dane o pogodzie. W necie są relacje z wiosennego samochodowego zwiedzania Islandii, trekking w połowie maja był niespodzianką obarczoną sporym ryzykiem. Wszyscy zapytani Islandczycy stanowczo to odradzali. Podobnie było kiedyś z norweską wiosną, więc nie zraziłam się, spróbowałam.

Jak było? Zaskakująco zimno. Temperatury zwykle dodatnie, ze statystyk tylko o 4 stopnie niższe niż te znane mi z czerwca, ale ze względu na wilgoć i wiatr, jak również odpromieniowanie w kierunku zmarzniętej, wychłodzonej zimą ziemi odczuwalne zimno porównywalne chyba tylko z Arktyką. Często chodziłam ubrana identycznie jak w Laponii w marcu i wcale nie było mi zbyt ciepło. Polarna, którą na szczęście zabrałam bywała wilgotna lub mokra (poziomy deszcz przemaczał wszystkie deszczochronne warstwy), niemal przez cały czas miałam ją na grzbiecie i tylko sporadycznie robiło mi się za ciepło. Upiornie wiało więc często przydawała się wiatrówka. Na nogach wystarczały legginsy z powerstretchu założone pod niby nieprzemakalne spodnie. W butach- skarpetki Walonki.  Miałam dwie pary. Cieńsze nie dałyby rady- buty przemakały regularnie od deszczu, błota, bagien i mokrego śniegu. Miałam goreteksowe „skarpetki” (Wiesiu obiecałam Ci już nie dziękować, ale czemu tego nie macie w sprzedaży!), więc czasem miewałam w butach sucho. Zabrałam dwie wełniane koszulki z długim i krótkim rękawem (często nosiłam jedną na drugą), bluzę z kapturem i łapkami, maskę, gatki na zmianę i prezent niespodziankę od Romana Werdona– puchową sukienkę. Dostałam ją tuż przed odlotem, w Gdańsku, przez kilka dni myślałam się jak to założyć, a potem codziennie wieczorem i jeszcze (dla pewności) rano wysyłałam Romanowi błogosławieństwo. Gdyby nie to ubranko musiałabym tak jak w zeszłym roku sypiać w mokrych powerstretchach molestując mój ulubiony śpiwór. Teraz sypiałam i łaziłam na biwakach w luksusie- otulona puchem od stóp do głów.

To wszystko, co zabrałam z ubrania. Poza tym w moim tym razem bardzo lekkim plecaku oprócz śpiwora (Roberts 700 g puchu, ten co zwykle) znalazła się jeszcze pałatka Faroe out (Fjorda), znana Wam już z moich poprzednich wyjazdów- kupiłam sobie w tym roku nową- oliwkowo zieloną. Długo myślałam jak wytrzyma wichury, jak ją postawię na wydmach, na dziwacznym pumeksowym piasku lawowych pól, czy na podmokłym- nie miałam przecież podłogi. Sprawdziła się idealnie, do mocowania wystarczyły zwyczajne szpilki (czasem przykryte kamieniami). Podłogę zastąpiły dwa sklejone taśmą śmieciowe worki, które dała mi pani w informacji w Asbyrgi (wielkie dzięki!). Rozkładałam je na mokrym piachu, na pumeksach, na kamieniach, zroszonej trawie, na zwałach błota. Wszystko przetrwały, a w dzień służyły za worek do wypełnienia wnętrza plecaka. Spałam na karimacie- tej co zawsze z-line, w cieniutkim worku biwakowym, który sobie na tę okoliczność uszyłam (chcąc nieco oddalić śpiwór od błota). Wszystko to razem z namiotem ważyło 1200 g, a dawało wielkie, bardzo wygodne wnętrze gdzie mogłam gotować, rozkładać rzeczy, usiąść i przeczekać deszcz. Rozbicie pałatki (co pewnie wiecie) zajmuje ok. 3 minut, strząśnięta pozbywa się większości wody, można ją postawić nisko, tak, że dotyka ziemi (kijki 125 cm lekko przechylone żeby na środku było więcej miejsca). Nie potrzebuję więcej.

Ponieważ padł mój stary plecak, kupiłam nowy- Cholatse Lowe Alpine. Jest dość lekki (1500g), raczej miękki, więc trzeba go dobrze spakować, ale pozwala nosić wygodnie ładunek do 20 kg. Myślałam o bardzo lekkim plecaku Pajaka (tym półkilogramowym), ale Andrzej Pająk mi go odradził- nie jest przeznaczony na długi trekking i 20 kg bagażu. Może kiedyś.

Miałam jeszcze kapcie do przechodzenia rzek, skarpetki z neoprenu- które przydały się głownie do przechowywania obiektywów (świetnie chronią prze wodą i ewentualnym obiciem), pelerynę na plecak i 2 mm neoprenowe żeglarskie rękawiczki- te nosiłam w każdy długotrwały deszcz. Nie są tak ciepłe jak nasze np windblockowe, ale woda ściekająca z peleryny nie robi im większej różnicy więc pomyślałam, że tak wyjdzie lepiej. I chyba było, ale jeszcze lepiej byłoby chyba założyć gumowe na powerstretcha- wypróbuję kolejnym razem. Przez większość czasu miałam na sobie rękawiczki z Powerstetcha– prawie ich nie zdejmowałam.

Wszystko to razem ważyło troszkę ponad 6 kg. Do tego doszło ok 7 kg jedzenia, 0,5 kg gazu, 1,5 kg wody plus 3,5 kg moich fotograficznych zabawek. Nie najgorzej. Nie miałam wrażenia, że jest mi za ciężko.

Przed wyjazdem wydrukowałam sporo map znalezionych w necie- przydały się, nie wszystko można kupić na miejscu. Podobnie jak w zeszłym roku wypytywałam w każdej informacji i wszędzie gdzie mogłam się czegokolwiek dowiedzieć. Warto, bo poleganie wiosną na letniej mapie i letnich opisach tras może się skończyć wpadką- nie wszystkie drogi dadzą się bezpiecznie przejść przy śniegu, błocie czy wezbranych rzekach, chociaż te paradoksalnie w zimne dni są łatwiejsze niż w ciepłe wczesnym latem. Tradycyjnie nie zabierałam niczego poza telefonem i kompasem.

Czy warto- tak. Myślę, że tak. Wczesna wiosna (w połowie maja) jest mniej kolorowa niż lato. Trawy są jeszcze zaschnięte, drzewa bezlistne, jedyne kwiaty to wierzbowe bazie. Górskie drogi są bez wyjątku zamknięte więc dojazd w niektóre miejsca jest trudny. Za to chodzenie – sama przyjemność. W górach nie ma dosłownie nikogo. Śnieg pozwala na przejście pustynnych lawowych pól, ośnieżone góry są piękne. Pod koniec maja na poziomie morza zaczyna się już zielenić trawa, wyłażą łubiny, zakwitają lepnice. Tydzień później pojawiają się też zawciągi, a po nich inne letnie kwiatki. W połowie czerwca Islandia jest już zielona, łubiny kwitną na całego, po górach łażą stada owiec, a w turystycznych miejscach narasta tok. Na bezludnych wcześniej kempingach coraz trudniej o nieobwieszony ciuchami grzejnik czy miejsce przy zadaszonym stole. Na szosach można spotkać innego autostopowicza, na górskich drogach wypatrzyć pierwsze ślady kół.

Islandzka wiosna to okazja pobycia samemu dziesiątki, nawet setki kilometrów od cywilizacji- czyli coś niezwykłego, niemożliwego w żadnym innym miejscu. Mnie to bardzo cieszyło.

 

 

Share