Picos d’Europa Covadonga

Nocą halę pokrył szron, a na dalekich górkach usiadła mgła. Nie zauważyłam tego od razu, bo żeby rzucić okiem w dolinę trzeba było kawałek odejść. Pięknie to wyglądało. Mgła topniała w pierwszych promieniach słońca i wzgórza wynurzały się z niej jak z morza. Szlak schodził w ich kierunku ładnie, przez skaliste hale. Po drodze widziałam wielkie stado i pilnujących je pasterzy biegających nerwowo po skałach. Chyba myśleli, że jestem złodziejem, bo coś tam do mnie krzyczeli wymachując kijami raczej nieprzyjaźnie i uspokoili się dopiero śledząc mnie przez lornetkę. Po wyjściu na słońce nagle zrobiło mi się gorąco (jak to w Hiszpanii), a kiedy się postanowiłam przebrać zza zbocza wyszła grupka panów z widłami i piłami. Najwyraźniej zbliżałam się do cywilizacji. Na końcu drogi znalazłam potem samochód tych panów podpisany Ministerstwo Rolnictwa Hiszpanii (nie Asturii- czyli ważna sprawa) wydaje mi się, że szli wycinać z hal żółto kwitnące kolczaste krzewy- widziałam potem takie ostrzyżone łąki.

We wsi (Belbin) zabytkowej i opisanej na informacyjnych tablicach wraz z całym procesem produkcji sera, porzuciłam znakowany szlak i zboczyłam zobaczyć Lagos de Covadonga. Jeziorka są w tych górach rzadkie więc to atrakcja- obrosła je cywilizacja- był dojazd, parking, informacja, restauracja… i całkiem spory tłok. Odeszłam w górę wzdłuż pierwszego stawu, przez ładny bezludny, skalisty teren (skutecznie broniący się przed tłumem przy pomocy błota) wyszłam na szutrową drogę, minęłam prywatne schronisko (z parkingiem) i kolejne jeziorko. Nie podobało mi się tam. Teraz żałuję. Stawy same w sobie są piękne, tylko ten asfalt, te parkingi- giganty, ci ludzie…Uciekłam stamtąd szosą i tuż za zakrętem zeszłam wprost w dół ze stromego urwiska do kilku dalekich domków i stad- owiec i krów. Myślałam żeby iść dalej doliną, ale z zabudowań wyszedł pasterz z psem i mnie zawołał. Najpierw się wystraszyłam (po porannych doświadczeniach nie wiedziałam już czy mój mocno zużyty plecak nie wygląda czasem z daleka na niesionego na plecach barana…), mężczyzna widząc, że się waham zawołał kobietę i oboje machali do mnie z zapałem wołając żebym do nich przyszła. Podeszłam. Okazało się, że pomyliłam doliny. Ta, którą wybrałam opadała niebezpiecznie i stromo, a szlak do Covadongi poprowadzono granią i dalej sąsiednią dolinką- balkonem. Rozmawialiśmy na migi używając pojedynczych hiszpańskich i angielskich słów. Para mieszkała na hali przez 8 miesięcy w roku ze stadami. Na zimę wracali do wioski kilka kilometrów niżej. Ostrzegli mnie, że do nocy nie dojdę, ale powiedziałam, że nie szkodzi, że mam namiot. To było bardzo piękne miejsce. Zieleń, drzewa (złote) i wspaniały widok na skaliste góry pokryte świeżym śniegiem. Ten piękny widok pokazał mi się jeszcze raz – z górki. Potem weszłam w rodzaj szerokiego żlebu-czy głębokiego balkonu i ostatecznie zanocowałam przy betonowym zbiorniku na wodę – dla krów. Dziewczyna powiedziałam mi, że go tam znajdę więc szłam chociaż już było po zmroku.

W przeciwieństwie do wyższych partii tu było sporo wody, ale w większości w postaci błota. Spałam wygodnie, ukryta w ciernistych chaszczach i rano znów wyruszyłam w dół. Pogoda psuła się. Trochę siąpiło, czasem pojawiała się mgła. Ścieżka prowadziła pięknie, halami, wśród zrudziałych pojedynczych drzew, małych lasków. Minęłam jedną całkiem pustą wieś (może letnią), zboczyłam odrobinkę do drugiej. Wysoko nade mną kłębiło się stado orłów. Po hali biegały konie, szlak słabo widoczny i nie najlepiej oznakowany zszedł wzdłuż rzeki wprost na kolczaste ogrodzenie. Komuś się widać Ruta de la Reconquista nie spodobała. Ogrodził, niżej poobsadzał jeżynami. To trudny fragment. Idąc po śladach łamanych gałązek, zdeptanego błota znalazłam trochę mniej odrutowany i niższy fragment ogrodzenia i przelazłam na drugą stronę.

Zeszłam w ten sposób do groty, gdzie wpadała cała spora rzeka. Jej drugi koniec cudownie pojawia się w Covadonga, w grocie z figurką Matki Boskiej.

GR 202 schodzi dalej gęstym lasem, przez chaszcze. Katedrę w Covadonga widać z daleka, ale zawsze tylko fragmenty, za krzakami. To wielki bogaty budynek- zaskakujący w tym dzikim lesie. Obrosły go spore parkingi- teraz puste, bo deszcz, hotele- teraz zamknięte, bo zima i sklepy z pamiątkami, w których nie było informacji i map. Teoretycznie jakiś szlak powinien biec dalej aż do Cangas de Onis. Nie udało mi się jednak dowiedzieć jaki i gdzie. Nikt o nim nawet nie słyszał, nie było znaków. Padał deszcz, a przed katedrą stał suchutki autobus… Ustaliłam, że odjeżdża za kwadrans, obejrzałam katedrę i wsiadłam. Już za chwilkę było mi oczywiście żal…

 

 

Share

ciepłe góry na zimę

Nie napisałam Wam o tym miejscu w zeszłym roku- nie wyrobiłam się. Teraz piszę, bo nadszedł na nie najlepszy czas. Jeśli kiedykolwiek jechaliście szosą z Lleridy do Vielhy (to trasa popularnych autobusów w Pireneje) musieliście zapamiętać wąski kanion otoczony ścianami urwistych gór (Sierra de Montsec). Jakieś 40 km przed Pont de Suert (to tam zaczyna się GR15). Przez ten sam masyw przejeżdża się też innymi drogami, wszędzie trafiając na piękne skały (np wspinaczkowe rejony w Oliana). Ten kanion zapamiętałam najlepiej. Przez lata przyglądałam mu się zafascynowana i zastanawiałam się czy kiedykolwiek zdarzy mi się obejrzeć go z bliska. I zobaczyłam.

Na początku grudnia zeszłego roku uciekliśmy z zasypanych śniegiem wysokich gór. Mieliśmy jeszcze 2 wolne dni, pani w informacji turystycznej poradziła nam żeby jechać do Congosto de Mont Rebei. Pojechaliśmy nie wiedząc gdzie to. W Pirenejach szalał huragan, sypał śnieg. Zjazd spod tunelu Vielha był zasypany, dla Jose nieprzyzwyczajonego do śniegu, nieznającego zimowych opon- makabra. Przykleiliśmy się do jakiegoś pługu i w ciągu godziny wydostaliśmy z zimy. Przez kolejną, może niecałą padało i nagle wyjechaliśmy z chmur. Świeciły gwiazdy. Stanęliśmy na pierwszym parkingu. Jose padł. Rano okazało się, że jesteśmy już w paśmie nadmorskich gór ciągnącym się równolegle do Pirenejów. Bez wielkich kłopotów znaleźliśmy Congosto. Był tam parking – płatny i to aż 10 Euro. Panienka widząc, że się dziwimy zaznaczyła, że to tylko w weekend, i że jak chcemy możemy sobie zostać na noc. Tak zrobiliśmy. Wychodząc widzieliśmy jak plac się zapełnia. To znane miejsce, ale ludzie chodzą nim tylko kawałek- wzdłuż błękitnego kanionu, w którego ścianie wykuto przejście. Prowadzi nim długodystansowy szlak- GR1- historyczna, kupiecka ścieżka biegnąca przez kilkaset kilometrów równolegle do Pirenejów. Ciekawa, jedna z tych, które odłożyłam na później. My wyszliśmy na inną- jednodniową górską pętelkę (jest kilka możliwości). Nie było tam żywego ducha, były za to piękne widoki i dzicz (rezerwat). Była też wieś- na oko niemal opuszczona- Alsamora. Zrobiliśmy tam wielką głupotę. Widząc drabinę wdrapaliśmy się na skalny balkon pod służącą kiedyś do obrony średniowieczną wieżą. W drugą stronę prowadziły schody- sądziliśmy, że to wygodne zejście, niemniej na końcu znów była drabina schodząca na drewniany podest- dobrze, że go nie obciążyłam całym ciężarem- był zapadką!

Kanion zostawiliśmy na poniedziałkowy poranek. Dzięki temu byliśmy sami, ale góry nakrywał jeszcze cień. Przepiękne miejsce. Łatwo dostępne z Barcelony (z dworca Nord co jakieś dwie godziny jeździ autobus do Vielha, trzeba wysiąść w Montfalco), ciepłe nawet zimą (w słoneczny dzień prawdopodobny jest upał), dzikie, interesujące- w sam raz na ucieczkę od śniegu i pluchy. Widać stamtąd Pireneje, ale pogoda z reguły jest inna. Suchsza, cieplejsza.

Share