Zimowy trawers Lofotów- Nesland

Zejście do szosy było bardzo zalodzone. Skaliste, strome, raczej powolne. Pogoda coraz bardziej mętna. Wieś wyludniona, pierwszy samochód zobaczyliśmy dopiero przed mostem. Mocno wiało więc machnęliśmy i któryś kolejny się zatrzymał. Mosty są wąskie, bez miejsca dla pieszych, zimą oblodzone i wystawione na wiatr. Nie wiem nawet czy wolno tamtędy chodzić, na pewno byłoby to stresujące, bo to główna szosa, pełna ciężarówek. Podwiozły nas dwie Francuzki. Wysiedliśmy w Rambergu- zbaczając trochę z zaplanowanej trasy. Po tygodniu nasze śpiwory wymagały już odmrażania. Mieliśmy nadzieję na kemping.

Pierwsze co zobaczyliśmy to informacja turystyczne. Wspaniała. Duża, ciepła z darmowa kawą i panem, który po nieudanej próbie znalezienia nam jakiegoś noclegu zaproponował swój dom- Skoro tylko na jedną noc, żeby wyschnąć, to ok, zostawcie otwarty wychodząc. Zapłaciliśmy za to jak za tani kemping, a dom był absolutnie wspaniały. To był bardzo udany dzień. Śpiwory urosły, namiot schudł, my objedliśmy się jak bąki, opiliśmy do rozpuku i pokleiliśmy wszystkie rozczłonkowane mapy.

Wiedzieliśmy, że pogoda ma być zła, ale i tak trochę nas to zaskoczyło. Wichura. Tumany pędzącego śniegu. Lodowate chmury przeciskające się przez grań. Szosa, którą musieliśmy wrócić do mostów pusta, dalej wiejska droga odśnieżona tylko pobieżnie, na końcu biała, ale ubita, bo co jakiś czas ktoś jechał. Ładna. Nie przeszkadzało nam tych kilkanaście kilometrów po łatwym. Poszło szybko. Nesland okazało się piękną wioseczką, o tej porze roku bez ludzi. Był tam piknikowy stół, więc zjedliśmy. W międzyczasie chmurska znikły, wyszło słońce. Idąc wąską, depnietą tylko jednym śladem ścieżką mieliśmy za plecami wspaniały widok. Aż do końca Lofotów.

Przed nami też pięknie. Góry i morze. Początkowo ścieżka była łatwa, chociaż pokryta płatami twardego lodu. Szliśmy trawersem, dość wysoko nad wybrzeżem. To stara droga łącząca rybackie wioski. Nie spodziewamy się, że okaże się trudna. Lód, stromizna, na zmianę z kopnym śniegiem. Ekspozycja i na koniec najgorsze- oblodzone skalne bloki tuż nad morzem. Jose pokonał to miejsce z godnością- włożył raki. Ja wdrapywałam się na skały bez plecaka przerzucałam go kawałek dalej, spełzałam, wpełzałam… Okrutnie mnie to wymęczyło. Nie wiem czy poszliśmy dobrze, bo prowadzący nas ślad na chwilę znikł. Znikał nam wielokrotnie, błądził i wracał, my też sporo kluczyliśmy. Kiedy w końcu wyszliśmy na łatwe z radością rozbiliśmy namiot. Uff… Płasko (jak się okazało zamarznięta kałuża), obok szybka rzeczka, osłaniający nas od wiatru las. Wieczorem połaziliśmy troszkę po okolicznych skałach. Świecił księżyc i było bardzo pięknie.

Share

Zimowy trawers Lofotów- Kvalvika

Brzozowy lasek nie zawiódł naszych oczekiwań- błąkaliśmy się po nim do południa chociaż na mapie to tylko krótki kawałek. Skały, lód, kilka potoków, gałęzie. Odetchnęliśmy w brzydkiej kępie świerków szpecącej krajobraz z bardzo daleka- ciemnej, prostokątnej, odpychająco sztucznej. Mapa zapowiadała, że kryje prymitywny schron. Nie robiliśmy sobie wielkich nadziei więc uczucie, które wywołał trudno nazwać rozczarowaniem. Przyznam byliśmy zdziwieni. Platforma na namiot- z solidnych desek. Stół piknikowy i toaleta. Zdaniem Jose niezła na nocleg, bo przenośna- plastikowy kontener z sedesem jak do mieszkalnych samochodów, wnętrze przestronne… Cieszyłam się, że pogoda nie zmusiła nas do noclegu w tym przybytku.

Dalej zamknięte schronisko, droga ubita kołami samochodów, biała długa z pięknymi widokami na fiord. W ślicznej wioseczce Marka skręciliśmy w łąki i trochę błądziliśmy obchodząc jezioro, chyba lepiej iść północną stroną.   Dalej cień i skromny kamienny schronik, wewnątrz zawiany śniegiem, ale nadal użyteczny jako kuchnia. Powyżej domku było niezłe miejsce na namiot.  Noc gwiaździsta, lodowata bez zorzy. Poranek mętny, pochmurny. Wokół masy lodu. Wyszłam pierwsza z zamiarem złapania porannego światła nad morzem, ale nie zdążyłam. Czekając na Jose patrzyłam jak narasta przypływ. Przejście na drugą stronę Kvalviki zwężało się. Fale lizały skały urwiska. Szlak biegnie zboczem. Początkowo wygodną ścieżką, dalej ciągiem łańcuchów obrośniętych lodem. Zbyt trudnych dla mnie (z tak dużym plecakiem). Uciekłam i zdążyłam przebiec plażą, odczekując aż cofnie się fala. Wspięłam się po oblodzonych skałach do Jose żeby za chwilkę znów musieć zejść i znów skakać pomiędzy falami. Tym razem poszło gorzej, skakaliśmy razem, niezbyt synchronicznie, w efekcie woda liznęła mi but. Jak się potem okazało bez strat, był mocno zawiązany, a Walonki nie moczą się przy tak krótkim kontakcie z wodą. To jednak sprawdziłam dopiero na końcu. W obleganym przez turystów schronie, ślicznym przytulnym i świetnym do spania. Tylko nieosiągalnym przez tłok. Weszliśmy tam na chwilkę, ustępując miejsca francuskiej wycieczce, która z kolei minęła się z hordą fotografów mających zamiar spędzić tam noc. Była dopiero druga, Jose naliczył 8 osób, kto wie ile ich jeszcze doszło do nocy. W schronie są tylko trzy prycze. Współczuliśmy im wdrapując się na zbocze Ryten. Tam też zdążało kilka osób z małymi plecaczkami, ale wielkimi statywami. Im też współczuliśmy. Wiało coraz mocniej. Na grani tak mocno, że zamiast schodzić lodowata stromizną zostaliśmy na noc przy schronisku Strandbu- zamkniętym, ale trochę zasłaniającym wiatr. Prawdopodobnie nie byliśmy pierwsi. Nasz namiot pięknie wpasował się w wykopaną przez kogoś dziurę w zaspie. Kryła nas niemal po dach. Nocą był stamtąd fantastyczny widok. Pasma zorzy ponad ciągiem oświetlonych wsi. Wichura targała moim małym statywem, ale kilka zdjęć wyszło.

Wstałam przed świtem. Góry były błękitne, niebo różowe. Pomyślałam, że jest bardzo pięknie, wróciłam po aparat i przez godzinę nie mogłam się oderwać od widoku. Róż zmienił się w czerwień i pomarańcz. Wichura zdmuchiwała śnieg z gór, słońce wschodziło nisko rysując nad górami pasy cieni. -Wstawaj- namawiałam co jakiś czas Jose- wystaw  chociaż nos nigdy nie  widziałam tak jaskrawego wschodu… Wszystko na nic, Jose miał tylko jedną odpowiedź- Wewnątrz jest ciepło, a na zewnątrz wieje jak na Finnmarksvidda. Robisz zdjęcia, pokażesz mi. No to robiłam…

 

Share