Picos d’Europa- Cain

Po przerwie- bardzo intensywnej- najpierw Górnolotni w Tarnowie, potem targi nurkowe w Dusseldorfie -wracam w Picos d’Europa. Pisanie o górach uspokaja. W listopadzie, na samym początku zimy nie było tam żadnych ludzi. Śnieg spadł na złote od jesieni drzewa, zaskoczył zwierzęta, pobielił domy. Udało mi się ominąć szosę. Nawet do niej nie zeszłam. Długo snułam się plątaniną polnych dróżek przecinających pastwiska czy pola przysypane cieniutkim puchem. Tuż obok chmury rwały się na szczytach -skalistych i stromych jak Dolomity, też ośnieżonych. Wczesnym popołudniem doszłam do Posada de Valdeon- troszkę większej, poza sezonem prawie bezludnej miejscowości. Próbowałam tam zasięgnąć języka- na próżno. W biurze Parku Narodowego nikt nie mówił po angielsku. Zrobiłam błąd i nie kupiłam drogich, chyba lepszych od moich map dołączonych do ciężkiego przewodnika- po hiszpańsku więc niezbyt użytecznego. Zajrzałam do siedziby gminy gdzie mówiąca świetnie po angielsku pani powiedziała rozsądnie, ale bezlitośnie- że jedyna droga w dół prowadzi do Cain- reszta wznosi się na góry i wzgórza więc w śnieg. Czym wyżej tym grubszy. Nie byłam gotowa na zimę, więc z żalem zdecydowałam się zejść. Przed tym zajrzałam jeszcze do baru gdzie do piwa podawano kawałki pieczonych żeberek. Pyszne, ale nie umiałam ich zamówić więcej. W Posada nie było sklepu. Zimą miejscowość wyglądała na wymarłą. Zamknięte hotele i kemping, krowy i owce na trawnikach, pusta szosa. Mogłam jeszcze poczekać na autobus, przyjeżdża tu raz w tygodniu, chyba w piątek, ale było to tak absurdalne, że nawet mi nie przyszło do głowy.

Szlak prowadzący do Cain był znakowany. Biegł ciekawie polnymi drogami czasem ścieżką. Czym niżej tym mniej było na nim śniegu i tym więcej błota zdeptanego przez stadka wolno chodzących krów. Nadal byłam w Leon, a tam wolność bez granic, bez płotów. Ścieżka minęła mirador (z rzeczywiście pięknym widokiem), potem na chwilkę wyszła na szosę. Skręciłam wzdłuż jakiś znaków. Wskazywały pustelnię czy kościół, wydawało mi się, że uda mi się potem wrócić na szlak, a asfalt mnie nie interesował. Trafiłam tak na opuszczoną wieś. Kościół był zamknięty, ale miał coś w rodzaju werandy- dużej wiaty. Rozbiłam tam namiot na betonie, pod dachem. Mogłam zaszyć się w jednej ze stodółek, ale nie musiałam, było mi ciepło. To była piękna, gwiaździsta noc. Piękny poranek szeleszczący szronem, kolorowy od jesiennych liści, spokojny.

Wysoko na otaczających wąwóz Cares szczytach wschodziło słońce. Linia światła opadała powoli, gdzieś bardzo daleko. Wąwóz tkwił w cieniu. Chociaż zeszłam już  nisko (na ok 500 m npm) było zimno i bardzo cicho. Moja ścieżka doszła do mostku, potem do szosy. Wąskim asfaltem wbitym w bardzo tu ciasny kanion przejechał tylko jeden samochód- finansowana przez gminę taksówka wioząca do szkoły dziecko- tylko jedno. Ciepło ubrane w szalik i czapkę- jak to zimą. Zdziwione.

Zdziwiony był też starszy pan, którego spotkałam tuż przed wsią.

-Musiałaś spać w górach- perrorował- spałam w dolinie, niedaleko szosy- uspokajałam, ale mi chyba nie wierzył.  Sklepy były jeszcze zamknięte, poczekałam na ich otwarcie w barze. Do kawy podawano tam pieczone, już zimne kasztany- chrupiące i pyszne. To nie był bar dla turystów, zbyt daleko od drogi. Zbyt rozsądny, zwykły i tani. Kiedy w końcu otworzył się sklep (idąc za poradą barmana zapukałam wcześniej do prywatnych drzwi), zobaczyłam też inne bary- ozdobne, obwieszone reklamami i drogie. Jeszcze pozamykane. Turyści zaczęli podjeżdżać koło 9-tej. Cain to znane miejsce, cieszyłam się, że udało mi się wyprzedzić tłum.

Share

Picos d’Europa- zima

Jeszcze przed świtem wiedziałam, że przyszła zima. Światło za oknem było dziwnie blade. Parapet szeleścił. Las ucichł. Para prowadząca schronisko wstała chwilkę później niż ja. Ojciec zwiózł dzieci do szkoły. Śniegu było jeszcze niewiele, kilka centymetrów -Idź na dół- radziła mi sympatyczna pani- Do Soto, gdzie indziej się nie da. Miałam wrażenie, że musi mieć rację, ale nie mogłam się zdecydować. Wypiłam herbatę, potem kawę. Było cichutko. Płatki wielkie i mokre opadały majestatycznie na drzewa, na halę, na pasące się niedaleko konie. Topiły się w rzece, w tym świetle zupełnie czarnej. Wiedziałam, że jeśli wyjdę za dwie najdalej trzy godziny będę mokra. Że pewnie przemiękną mi buty. Że mój namiot przecież bez podłogi, że wczoraj jak na złość pękł mu stelaż…

Siedząc obejrzałam wszystkie schroniskowe mapy. Na jednej z nich jakieś 2-3 godziny stąd był schron. Zapytałam. Do niczego na zimę, bez kominka, ale jest inny, lepszy Refugio Llosa. Odrobinkę dalej. Latem idzie się tam bez żadnych problemów, drogę widać, teraz chyba nie do znalezienia… Wrócę jeśli nie trafię obiecałam i wyszłam, chowając w kieszeni mapę z odręcznym rysunkiem.

Było pięknie. Taka bywa tylko wczesna zima. Wszystko delikatne, pierzaste, nietknięte. Trochę oczywiście podmokłe, trochę zbyt gęste, nieoznakowane, ale bardzo długo, tak długo zanim nie wyszłam na grań szłam w tej bieli jak zaczarowana. Było sporo kopczyków niektóre niezawiane. Wystarczało mi to.

Tuż pod grzbietem skończył się las i zerwał się lodowaty wiatr. Zmieć, śnieg w oczach, w uszach i za kołnierzem. Kopczyki pozawiewane, ale ścieżka ogołocona z żarnowców wciąż widoczna- wciąż płytsza niż ten zasypany gąszcz. Widoki na wszystkie strony te same- biało. Podchodziłam tak kilkadziesiąt minut, potem skręciłam za drogowskazem i wypatrzyłam szczerbę w grani ze strzałką. Niewiele wyżej niż 1900 metrów był już solidny mróz i zlodzone zaspy wysokie na kilka metrów. Przez chwilkę wyglądało to przerażająco, ale szybko osłoniła mnie grań. Długo szłam poniżej skał wypatrując prawie niewidocznych znaków. Nie było tam już wydeptanej ścieżki. Jakieś kamieniste łąki, żleby, uskoki. Gdzieś w dole ciemniejszy bukowy las, w górze skała. Czasem ktoś musiał tędy chodzić. Widziałam resztki szlakowych słupków, kilka kopczyków, przerwy w krzakach. Kiedy łąka opadła troszkę i mogłam odejść od skał, zgubiłam i te liche znaki, więc przez chwilę łaziłam w kółko. Nie było jak wyjąć mapy, ale wydało mi się, że widzę ślad ścieżki spadającej zboczem z samej góry. Nie wiem czym naprawdę była- może resztką kopalni. Tak czy siak odchodząc na bok zobaczyłam, że za skałą jest kamienny mur- nowa, ładna cabana- bardzo malutka. Własność lasów państwowych prowincji Leon. Znów wyszłam z Asturii i znów oznaczało to brak płotów i zamków. Drzwi otwarte, wewnątrz trochę drewna, i typowa, chociaż niezbyt ciepła betonowa ława do spania. Szłam tylko 3 godziny, a wydawało mi się, że to cały dzień. Resztę- długi błękitny wieczór spędziłam ratując stosik drewna zostawiony przez kogoś pod ścianą, łamałam na mniejsze i przenosiłam do środka. Sechł przy moim oszczędnym ogniu, który i tak do nocy poradził sobie z mokrą peleryną, rękawiczkami, spodniami…

Świetnie mi się tam spało. Nocą spadło obiecane pół metra śniegu, więc nie mając innego wyjścia wyszłam w dół.  Schodziło mi się łatwo, leśną drogą- tunelem z przygiętych świeżym puchem drzew. Czym niżej tym było cieplej, tym bardziej mokro. Szlak kluczył i rozwidlał się, ale były znaki. W końcu zeszłam pod chmury i pojawiły się też widoki. Ośnieżony, nadal rudy las, daleka szosa i miejscowość jak z malunku impresjonistów- Caldevilla.

Share