Islandia cz12 Hesteyri

Wracałam, nie czułam tego o jeszcze świcie pijąc dziwnie mdłą w smaku herbatę. Jest słona! -zrozumiałam w połowie kubka. Dlatego wczorajszy, gotowany po północy liofil wydawał się przesolony. Ocean musiał wciskać się w rzekę, mieszać się z nią. Stąd pewnie te ruchome piachy, stąd tak głęboko… Wyjrzałam i rzeczywiście teraz chyba już w czasie odpływu ten dziwny, wskazujący głęboką wodę kołek był bardzo daleko od brzegu. Sugerował raczej drogę w dolinę. Tam poszłam. Obejrzana z bliska rzeka wprawdzie była wyraźnie płytsza, woda opadła, ale w samym nurcie i tak było bardzo głęboko. Już po niecałej godzinie (pięknej, spokojnej, wśród gromad ptaków, wśród kwiatów) zobaczyłam ludzi przechodzących przez bród. Pogadałam chwilkę. Prowadził ich strażnik z Hornviku, szli na prom. Bród był płytki, nietrudny. Dalej ciągnęły się łachy piachu, za nimi kupka namiotów- popularne pole biwakowe. Wśród zwijających się ludzi snuł się lis. Ratunkowa kapsuła była ładna i nowa. Nie otwierałam jej. Poszłam dalej dość wyraźną ścieżką, którą i tak udało mi się jakoś zgubić, przez plażę, podmyte trawersy, przez skały i osypujące się zbocza do kolejnej szerokiej doliny, a potem w górę, wzdłuż rzeki. Za moimi plecami malowniczo gromadziła się mgła. Chmury wczoraj okopujące Latravik goniły mnie, ale bez powodzenia. Dotknęły mnie na chwilkę tuż pod skalistą granią, a potem znów na kilka godzin utknęły. Ja zeszłam ośnieżonym trawersem i znów wdrapałam się na kolejną przełęcz.

Tu, bliżej promu nie byłam już zupełnie sama. Wyprzedzili mnie dwaj Francuzi, z przeciwka też przyszły trzy osoby. Pod wieczór w kolejnej dolinie spotkałam jeszcze czterech chłopaków. Spytali mnie o schron, rzeczywiście widziałam jeden trochę na boku, tuż przy sporym, ale niegroźnym brodzie. Wcześniej w czymś podobnym do opuszczonej wsi też chował się jakiś człowiek. Oba miejsca były dobre na nocleg, ale nadal uciekałam chmurom. Latarnik z Latraviku powiedział, że mam tylko dwa pogodne dni. Od Hesteyri dzieliła mnie jeszcze wysoka grań i chciałam ją przejść przed deszczem. W ostatniej po tej stronie dolinie znów spotkałam kilka polarnych lisków mieszkających w wyrzuconym przez ocean drewnie. Tam było jeszcze słonecznie i pięknie. Podchodząc weszłam w końcu w chmurę i nie wyszłam z niej już do końca. Przełączkę jakoś wymacałam, potem kluczyłam w śniegach szukając zejścia i znalazłszy wreszcie jakieś trawki kilkukrotnie próbowałam rozbić namiot, ale albo się nie mieścił, albo było mi tam za mokro. Szłam wysoko nad zamglonym fiordem, na którego końcu co jakiś czas pojawiał się Isafjordur – tak w każdym razie wtedy myślałam. Byłam zmęczona, było późno i zimno. Deszcz lunął kilkanaście minut po rozbiciu namiotu, spałam niewygodnie na drobnych kamykach i mchach.

Rano zwinęłam się tak szybko, że zapomniałam sfotografować biwak. Tylko plecak już gotowy do drogi. Do Hesteyri nie było daleko. Łódź odpływała dopiero o trzeciej, miałam czas. Padało, ale droga i tak wydawała mi się piękna. Kwitły jaskry, po drugiej stronie zatoki pojawiał się czasem cień gór. Gdzieś za mną schodziła kolejna grupa. Jak się potem dowiedziałam Kanadyjczycy. Poszli dołem nad sama wodą, ja górą z rozpędu, bo nadziei na widoki nie miałam. Wkopałam się potem w bardzo strome, zaśnieżone zejście, z którego ostatecznie zjechałam po śladzie poprzednika ryzykownie, głupio, nie bez konsekwencji. Od paru godzin padało, błoto rozmiękło i wyjeżdżając z impetem ze śniegu na grunt wbiłam się w glinę po kolana.

-Nie żartuj- dziwił się potem jeden z Francuzów- Poszedłem po tym śniegu jak idiota, ale żeby zaraz za mną powtarzać! Wiedziałam, że to niemądry pomysł, tylko że do tego czasu przemokłam, było mi zimno, wiał silny wiatr, a na dole widać już było Hesteyri- kupkę jaskrawych domków i port.

Snując się pomiędzy chatkami spotkałam dziewczynę w żeglarskim sztormiaku i od niej dowiedziałam się gdzie zaczekać na prom. W piętrowym białym domku – przed laty należącym do miejscowego doktora jest prowadzona przez dwie Niemki kawiarnia. Nieoznakowana, przyjazna, ciepła, serwująca herbatę.

Byłam pierwsza, ale szybko uzbierał się tłum. Przypłynęła łódź, część ludzi przyszła tu tylko się napić, inni tak jak ja zeszli z gór. Nie zwiedzałam już zabytkowej wioseczki- zbudowanej kiedyś przez szwedzkich wielorybników i po szwedzku drewnianej i kolorowej. Był odpływ więc załoga upakowała nas po kilkoro na ponton i stopniowo przewiozła na prom. Płynęliśmy trochę ponad godzinę. Po lewej ociekał deszczem Drangajokull. Z prawej duło od pełnego morza. Hornstrandir w deszczu stracił wszystkie kolory. Wyglądał nieprzystępnie, bardzo zimno. Obok mnie stała para Amerykanów. Dla nich te surowe zbocza były piękne. Nie widzieli innej Islandii, przylecieli tylko na kilka dni- na swój ślub. Sami, bez rodziny, bez gości. Wyglądali na bardzo szczęśliwych. Wysoka, bardzo szczupła dziewczyna i niższy od niej o głowę krępy chłopak-po amerykańsku bardzo sympatyczni.

Share

Islandia cz11 Horn

Wieczorem planowałam co sfotografuję- jak tylko trochę odpocznę, jak zjem. Latarnia stała na skraju pięknego klifu zawieszona nad wodospadem- tak to wyglądało z daleka, bo z bliska stała na kwiecistej łące. Rano z poszarpanego pięknie wybrzeża została już tylko ta łąka i daleki, abstrakcyjnie niepowiązany z widokiem szum oceanu tłukącego się 100 metrów niżej pod klifem.  Ten dźwięk i tę łąkę oddzielał mokry sznurek rozpostarty na kołkach- granica uskoku. Resztę pożarła mgła. Mżyło. Kwiaty opadły pod ciężarem kropel, podobnie zachował się mój tropik prawie mnie dotykając. Spałam niemal do południa. Potem powlokłam się szukać toalety- schowanej w kilkusetletniej oborze razem z kuchnią- czyli obdartym stołem. Była też druga w samym schronisku, ale nam- tym z biwaku chyba przypisano tą. Gotując wodę poznałam dwoje innych mieszkańców pola namiotowego. Sprytniej rozbili się na skoszonym, nie wiem czemu ja wybrałam kwiaty… wieczorem byłam już zbyt zmęczona żeby poszukać innych miejsc. Para Amerykanów, których spotkałam potem w Reykjaviku i fotograf nadal rozanielony po długim dniu wspaniałej widoczności spali jeszcze dłużej niż ja. Pogadaliśmy chwilę o zdjęciach, o pogodzie, która najprawdopodobniej wyczerpała już swój limit pięknych dni. Tyle już ich było tego lata! -dorzucił nam ktoś z boku, chyba miejscowy -oby jeszcze się nam zdarzyły ze trzy….

Pan z latarni, tak dla mnie uprzejmy wieczorem zarezerwował mi w międzyczasie łódź. Odpływała z Hesteryi za 3 dni. Pierwszy, idąc za radą islandzkiej grupy przeznaczyłam na Horn- najwyższe klify Hornstrandiru. Dwóch potrzebowałam na dojście.

Kiedy wychodziłam Latravik nadal obklejała mgła, ale to się bardzo szybko zmieniło. Klify przedzierały się powoli przez chmury, w gęstym mleku kłębiły się ptaki, w dole pod wieżowcami z gniazd tłukł się ocean. Świergot, łopot i wiatr. Czasem wodospad.

Trudno nawet opisać to miejsce. Nigdy wcześniej w takiej przestrzeni nie byłam. Klif wyglądał jak ostry nóż z jednej strony jadowicie zielony z drugiej skalisty, pionowy, obrośnięty koloniami mew. Ścieżka miejscami nieco akrobatyczna, upiornie stroma, ubezpieczona liną (nie wiem jak umocowaną w błocie), usprawniona wykutymi w glinie stopniami, eksponowana, powietrzna, czasem łatwa- trawiasta, co jakiś czas owiewana zimną mgłą, czasem podmokła, miejscami gęsta od kwiatów. Było też trochę piargów i skał. Spotkałam tam tylko zwierzęta. Chytrego liska, mewy na gniazdach, na oceanie, mewy w locie mewę, z której zostały same skrzydełka, parę kruków. Z daleka widziałam raz moją wczorajszą grupę, ale szłam zbyt wolno, nie dogoniłam ich. Ścieżki na Hornie nie są przystosowane do ciężkiego plecaka więc poruszałam się tam ostrożnie. Obejście półwyspu zajęło mi cały dzień. Wieczorem zeszłam na wybrzeże i podziwiając chmurę wylewającą się znad oddzielających mnie od Latraviku gór (nie udało jej się przedostać na moją stronę), długo wlokłam się wokół pięknej zatoki z widokiem na maleńki schron na drugim brzegu. Obok powinno być pole biwakowe. Nie doszłam tam.

Minęłam plażę, przechodnią tylko przy odpływie, w co gorszych miejscach obwieszoną liną i szczęśliwa, że to już koniec trudności, tuż po północy trafiłam na rozlaną rzekę. Próbowałam ją pokonać kilkukrotnie. Zawsze wydawała mi się łatwa. Była taka idealnie spokojna. Dno łagodne, piaszczyste, do tego niskie światło, pomarańczowo czerwone, bo słońce ocierało się już o horyzont. Cisza, przerywana tylko czasem sprzeczką kaczek, jakąś nieważną gadaniną mew. Wszystko to powolne, wyciszone, bo przecież nocne, chociaż takie jasne.

Po godzinie wycofałam się i rozbiłam namiot na łasze piachu. Rzeka była dla mnie zbyt głęboka. Prędzej czy później trafiałam zawsze na ruchome piachy gdzie noga zapadała się nie napotykając żadnego oporu i bałam się, że się tam utopię, lub że prąd, niewidoczny, ale jednak silny wywlecze mnie na pełne morze. Być może poszukałabym jeszcze innych przejść, ale zmylił mnie kołek. Wskazywał bród. Tak mi się wtedy w każdym razie zdawało…

Share