ciepłe góry na zimę

Nie napisałam Wam o tym miejscu w zeszłym roku- nie wyrobiłam się. Teraz piszę, bo nadszedł na nie najlepszy czas. Jeśli kiedykolwiek jechaliście szosą z Lleridy do Vielhy (to trasa popularnych autobusów w Pireneje) musieliście zapamiętać wąski kanion otoczony ścianami urwistych gór (Sierra de Montsec). Jakieś 40 km przed Pont de Suert (to tam zaczyna się GR15). Przez ten sam masyw przejeżdża się też innymi drogami, wszędzie trafiając na piękne skały (np wspinaczkowe rejony w Oliana). Ten kanion zapamiętałam najlepiej. Przez lata przyglądałam mu się zafascynowana i zastanawiałam się czy kiedykolwiek zdarzy mi się obejrzeć go z bliska. I zobaczyłam.

Na początku grudnia zeszłego roku uciekliśmy z zasypanych śniegiem wysokich gór. Mieliśmy jeszcze 2 wolne dni, pani w informacji turystycznej poradziła nam żeby jechać do Congosto de Mont Rebei. Pojechaliśmy nie wiedząc gdzie to. W Pirenejach szalał huragan, sypał śnieg. Zjazd spod tunelu Vielha był zasypany, dla Jose nieprzyzwyczajonego do śniegu, nieznającego zimowych opon- makabra. Przykleiliśmy się do jakiegoś pługu i w ciągu godziny wydostaliśmy z zimy. Przez kolejną, może niecałą padało i nagle wyjechaliśmy z chmur. Świeciły gwiazdy. Stanęliśmy na pierwszym parkingu. Jose padł. Rano okazało się, że jesteśmy już w paśmie nadmorskich gór ciągnącym się równolegle do Pirenejów. Bez wielkich kłopotów znaleźliśmy Congosto. Był tam parking – płatny i to aż 10 Euro. Panienka widząc, że się dziwimy zaznaczyła, że to tylko w weekend, i że jak chcemy możemy sobie zostać na noc. Tak zrobiliśmy. Wychodząc widzieliśmy jak plac się zapełnia. To znane miejsce, ale ludzie chodzą nim tylko kawałek- wzdłuż błękitnego kanionu, w którego ścianie wykuto przejście. Prowadzi nim długodystansowy szlak- GR1- historyczna, kupiecka ścieżka biegnąca przez kilkaset kilometrów równolegle do Pirenejów. Ciekawa, jedna z tych, które odłożyłam na później. My wyszliśmy na inną- jednodniową górską pętelkę (jest kilka możliwości). Nie było tam żywego ducha, były za to piękne widoki i dzicz (rezerwat). Była też wieś- na oko niemal opuszczona- Alsamora. Zrobiliśmy tam wielką głupotę. Widząc drabinę wdrapaliśmy się na skalny balkon pod służącą kiedyś do obrony średniowieczną wieżą. W drugą stronę prowadziły schody- sądziliśmy, że to wygodne zejście, niemniej na końcu znów była drabina schodząca na drewniany podest- dobrze, że go nie obciążyłam całym ciężarem- był zapadką!

Kanion zostawiliśmy na poniedziałkowy poranek. Dzięki temu byliśmy sami, ale góry nakrywał jeszcze cień. Przepiękne miejsce. Łatwo dostępne z Barcelony (z dworca Nord co jakieś dwie godziny jeździ autobus do Vielha, trzeba wysiąść w Montfalco), ciepłe nawet zimą (w słoneczny dzień prawdopodobny jest upał), dzikie, interesujące- w sam raz na ucieczkę od śniegu i pluchy. Widać stamtąd Pireneje, ale pogoda z reguły jest inna. Suchsza, cieplejsza.

Islandia cz12 Hesteyri

Wracałam, nie czułam tego o jeszcze świcie pijąc dziwnie mdłą w smaku herbatę. Jest słona! -zrozumiałam w połowie kubka. Dlatego wczorajszy, gotowany po północy liofil wydawał się przesolony. Ocean musiał wciskać się w rzekę, mieszać się z nią. Stąd pewnie te ruchome piachy, stąd tak głęboko… Wyjrzałam i rzeczywiście teraz chyba już w czasie odpływu ten dziwny, wskazujący głęboką wodę kołek był bardzo daleko od brzegu. Sugerował raczej drogę w dolinę. Tam poszłam. Obejrzana z bliska rzeka wprawdzie była wyraźnie płytsza, woda opadła, ale w samym nurcie i tak było bardzo głęboko. Już po niecałej godzinie (pięknej, spokojnej, wśród gromad ptaków, wśród kwiatów) zobaczyłam ludzi przechodzących przez bród. Pogadałam chwilkę. Prowadził ich strażnik z Hornviku, szli na prom. Bród był płytki, nietrudny. Dalej ciągnęły się łachy piachu, za nimi kupka namiotów- popularne pole biwakowe. Wśród zwijających się ludzi snuł się lis. Ratunkowa kapsuła była ładna i nowa. Nie otwierałam jej. Poszłam dalej dość wyraźną ścieżką, którą i tak udało mi się jakoś zgubić, przez plażę, podmyte trawersy, przez skały i osypujące się zbocza do kolejnej szerokiej doliny, a potem w górę, wzdłuż rzeki. Za moimi plecami malowniczo gromadziła się mgła. Chmury wczoraj okopujące Latravik goniły mnie, ale bez powodzenia. Dotknęły mnie na chwilkę tuż pod skalistą granią, a potem znów na kilka godzin utknęły. Ja zeszłam ośnieżonym trawersem i znów wdrapałam się na kolejną przełęcz.

Tu, bliżej promu nie byłam już zupełnie sama. Wyprzedzili mnie dwaj Francuzi, z przeciwka też przyszły trzy osoby. Pod wieczór w kolejnej dolinie spotkałam jeszcze czterech chłopaków. Spytali mnie o schron, rzeczywiście widziałam jeden trochę na boku, tuż przy sporym, ale niegroźnym brodzie. Wcześniej w czymś podobnym do opuszczonej wsi też chował się jakiś człowiek. Oba miejsca były dobre na nocleg, ale nadal uciekałam chmurom. Latarnik z Latraviku powiedział, że mam tylko dwa pogodne dni. Od Hesteyri dzieliła mnie jeszcze wysoka grań i chciałam ją przejść przed deszczem. W ostatniej po tej stronie dolinie znów spotkałam kilka polarnych lisków mieszkających w wyrzuconym przez ocean drewnie. Tam było jeszcze słonecznie i pięknie. Podchodząc weszłam w końcu w chmurę i nie wyszłam z niej już do końca. Przełączkę jakoś wymacałam, potem kluczyłam w śniegach szukając zejścia i znalazłszy wreszcie jakieś trawki kilkukrotnie próbowałam rozbić namiot, ale albo się nie mieścił, albo było mi tam za mokro. Szłam wysoko nad zamglonym fiordem, na którego końcu co jakiś czas pojawiał się Isafjordur – tak w każdym razie wtedy myślałam. Byłam zmęczona, było późno i zimno. Deszcz lunął kilkanaście minut po rozbiciu namiotu, spałam niewygodnie na drobnych kamykach i mchach.

Rano zwinęłam się tak szybko, że zapomniałam sfotografować biwak. Tylko plecak już gotowy do drogi. Do Hesteyri nie było daleko. Łódź odpływała dopiero o trzeciej, miałam czas. Padało, ale droga i tak wydawała mi się piękna. Kwitły jaskry, po drugiej stronie zatoki pojawiał się czasem cień gór. Gdzieś za mną schodziła kolejna grupa. Jak się potem dowiedziałam Kanadyjczycy. Poszli dołem nad sama wodą, ja górą z rozpędu, bo nadziei na widoki nie miałam. Wkopałam się potem w bardzo strome, zaśnieżone zejście, z którego ostatecznie zjechałam po śladzie poprzednika ryzykownie, głupio, nie bez konsekwencji. Od paru godzin padało, błoto rozmiękło i wyjeżdżając z impetem ze śniegu na grunt wbiłam się w glinę po kolana.

-Nie żartuj- dziwił się potem jeden z Francuzów- Poszedłem po tym śniegu jak idiota, ale żeby zaraz za mną powtarzać! Wiedziałam, że to niemądry pomysł, tylko że do tego czasu przemokłam, było mi zimno, wiał silny wiatr, a na dole widać już było Hesteyri- kupkę jaskrawych domków i port.

Snując się pomiędzy chatkami spotkałam dziewczynę w żeglarskim sztormiaku i od niej dowiedziałam się gdzie zaczekać na prom. W piętrowym białym domku – przed laty należącym do miejscowego doktora jest prowadzona przez dwie Niemki kawiarnia. Nieoznakowana, przyjazna, ciepła, serwująca herbatę.

Byłam pierwsza, ale szybko uzbierał się tłum. Przypłynęła łódź, część ludzi przyszła tu tylko się napić, inni tak jak ja zeszli z gór. Nie zwiedzałam już zabytkowej wioseczki- zbudowanej kiedyś przez szwedzkich wielorybników i po szwedzku drewnianej i kolorowej. Był odpływ więc załoga upakowała nas po kilkoro na ponton i stopniowo przewiozła na prom. Płynęliśmy trochę ponad godzinę. Po lewej ociekał deszczem Drangajokull. Z prawej duło od pełnego morza. Hornstrandir w deszczu stracił wszystkie kolory. Wyglądał nieprzystępnie, bardzo zimno. Obok mnie stała para Amerykanów. Dla nich te surowe zbocza były piękne. Nie widzieli innej Islandii, przylecieli tylko na kilka dni- na swój ślub. Sami, bez rodziny, bez gości. Wyglądali na bardzo szczęśliwych. Wysoka, bardzo szczupła dziewczyna i niższy od niej o głowę krępy chłopak-po amerykańsku bardzo sympatyczni.

Islandia cz11 Horn

Wieczorem planowałam co sfotografuję- jak tylko trochę odpocznę, jak zjem. Latarnia stała na skraju pięknego klifu zawieszona nad wodospadem- tak to wyglądało z daleka, bo z bliska stała na kwiecistej łące. Rano z poszarpanego pięknie wybrzeża została już tylko ta łąka i daleki, abstrakcyjnie niepowiązany z widokiem szum oceanu tłukącego się 100 metrów niżej pod klifem.  Ten dźwięk i tę łąkę oddzielał mokry sznurek rozpostarty na kołkach- granica uskoku. Resztę pożarła mgła. Mżyło. Kwiaty opadły pod ciężarem kropel, podobnie zachował się mój tropik prawie mnie dotykając. Spałam niemal do południa. Potem powlokłam się szukać toalety- schowanej w kilkusetletniej oborze razem z kuchnią- czyli obdartym stołem. Była też druga w samym schronisku, ale nam- tym z biwaku chyba przypisano tą. Gotując wodę poznałam dwoje innych mieszkańców pola namiotowego. Sprytniej rozbili się na skoszonym, nie wiem czemu ja wybrałam kwiaty… wieczorem byłam już zbyt zmęczona żeby poszukać innych miejsc. Para Amerykanów, których spotkałam potem w Reykjaviku i fotograf nadal rozanielony po długim dniu wspaniałej widoczności spali jeszcze dłużej niż ja. Pogadaliśmy chwilę o zdjęciach, o pogodzie, która najprawdopodobniej wyczerpała już swój limit pięknych dni. Tyle już ich było tego lata! -dorzucił nam ktoś z boku, chyba miejscowy -oby jeszcze się nam zdarzyły ze trzy….

Pan z latarni, tak dla mnie uprzejmy wieczorem zarezerwował mi w międzyczasie łódź. Odpływała z Hesteryi za 3 dni. Pierwszy, idąc za radą islandzkiej grupy przeznaczyłam na Horn- najwyższe klify Hornstrandiru. Dwóch potrzebowałam na dojście.

Kiedy wychodziłam Latravik nadal obklejała mgła, ale to się bardzo szybko zmieniło. Klify przedzierały się powoli przez chmury, w gęstym mleku kłębiły się ptaki, w dole pod wieżowcami z gniazd tłukł się ocean. Świergot, łopot i wiatr. Czasem wodospad.

Trudno nawet opisać to miejsce. Nigdy wcześniej w takiej przestrzeni nie byłam. Klif wyglądał jak ostry nóż z jednej strony jadowicie zielony z drugiej skalisty, pionowy, obrośnięty koloniami mew. Ścieżka miejscami nieco akrobatyczna, upiornie stroma, ubezpieczona liną (nie wiem jak umocowaną w błocie), usprawniona wykutymi w glinie stopniami, eksponowana, powietrzna, czasem łatwa- trawiasta, co jakiś czas owiewana zimną mgłą, czasem podmokła, miejscami gęsta od kwiatów. Było też trochę piargów i skał. Spotkałam tam tylko zwierzęta. Chytrego liska, mewy na gniazdach, na oceanie, mewy w locie mewę, z której zostały same skrzydełka, parę kruków. Z daleka widziałam raz moją wczorajszą grupę, ale szłam zbyt wolno, nie dogoniłam ich. Ścieżki na Hornie nie są przystosowane do ciężkiego plecaka więc poruszałam się tam ostrożnie. Obejście półwyspu zajęło mi cały dzień. Wieczorem zeszłam na wybrzeże i podziwiając chmurę wylewającą się znad oddzielających mnie od Latraviku gór (nie udało jej się przedostać na moją stronę), długo wlokłam się wokół pięknej zatoki z widokiem na maleńki schron na drugim brzegu. Obok powinno być pole biwakowe. Nie doszłam tam.

Minęłam plażę, przechodnią tylko przy odpływie, w co gorszych miejscach obwieszoną liną i szczęśliwa, że to już koniec trudności, tuż po północy trafiłam na rozlaną rzekę. Próbowałam ją pokonać kilkukrotnie. Zawsze wydawała mi się łatwa. Była taka idealnie spokojna. Dno łagodne, piaszczyste, do tego niskie światło, pomarańczowo czerwone, bo słońce ocierało się już o horyzont. Cisza, przerywana tylko czasem sprzeczką kaczek, jakąś nieważną gadaniną mew. Wszystko to powolne, wyciszone, bo przecież nocne, chociaż takie jasne.

Po godzinie wycofałam się i rozbiłam namiot na łasze piachu. Rzeka była dla mnie zbyt głęboka. Prędzej czy później trafiałam zawsze na ruchome piachy gdzie noga zapadała się nie napotykając żadnego oporu i bałam się, że się tam utopię, lub że prąd, niewidoczny, ale jednak silny wywlecze mnie na pełne morze. Być może poszukałabym jeszcze innych przejść, ale zmylił mnie kołek. Wskazywał bród. Tak mi się wtedy w każdym razie zdawało…

Islandia cz10 Hornstrandir- droga do Latraviku

Obudziłam się najprawdopodobniej przypadkiem i nie od razu zrozumiałam gdzie jestem i co tu w zasadzie robię. Czekam. Czekam na odpływ. Namiot był lekko zaparowany, na zewnątrz panowała cisza. Wyjrzałam, w sumie nic ciekawego (nic dziwnego skoro skierowałam wyjście w stronę ściany). Schowałam się z powrotem do śpiwora, ale jakoś nie mogłam zasnąć. Odpływ… kiedy to ja go ostatnio widziałam…? Tuż po południu? Przecież nie da się tak długo spać! Tym razem wyjrzałam bardziej świadomie. Plaża wokół mojej wysepki urosła, woda opadła. Był nocny odpływ. Nie wiem czemu wcześniej nie pomyślałam, że są dwa.

Zwinięcie się zajęło mi z pół godziny. Ponad oceanem snuły się mgły, słońce chyba właśnie wstawało. Światło delikatne, różowe. Na wodzie stada kaczek z młodymi. Na plaży łany ociekających wodorostów. I cisza.

Długo szłam w cieniu, wzdłuż ciemnych klifów, pod chmurą. Potem szlak wspiął się na stok omijając piękną zatoczkę i dalej wyszedł wprost na szeroką dolinę. Przez góry przebijały się pasma chmur, rozświetlone jak anielskie włosy, kwitły jaskry, trawa była wysoka i mokra. Ścieżka słabo widoczna. Trochę kluczyłam omijając najbardziej wilgotne miejsca. Nad zatoką stał domek z cienkich desek i plastikowych płyt, chyba schronisko. Musiała w nim nocować spora grupa. Na tarasie zostały porozrzucane kijki, leżały buty. W tym wszystkim buszowała para lisków. Puchatych, jeszcze bardzo młodych. Na mój widok wskoczyły pod podłogę. Trzeci, starszy bez strachu, powoli zjechał na grzbiecie z pokrytej rosą górki i odszedł czasem się na mnie oglądając.

Dziwnie było tak mijać śpiących ludzi. Było pewnie koło czwartej, ale słońce wywędrowało już całkiem wysoko. Jasno, mgliście i ta nieunaturalniana cisza. Nie wiem czego się w sumie spodziewałam… chrapania?

Za domkiem czekało mnie kluczenie w podmokłych łąkach (lepiej było iść bliżej morza), potem stok, stromy, wysoki, jeszcze pokryty mgłą, tuż pod granią kamienisty, potem zaśnieżony. Druga strona jeszcze bardziej stroma, ociekająca podmokła. Znów dolina, niegroźna rzeka, znów stok. Siedząc nad rzeką i gotując zobaczyłam jakieś sylwetki na grani. Malutkie, nie byłam pewna, ale chyba szły w moją stronę.

W kolejnej dolinie zatrzymałam się na chwilkę żeby posiedzieć. Było tam wygodne miejsce- jakby ławeczka. Pozostałość po dawnej farmie. Szłam już od kilkunastu godzin i trochę mi się chciało spać. Chyba z tego powodu zrobiłam poważny błąd i wierząc mojej niedokładnej mapie (i wyraźnie widocznej ścieżce) zeszłam z klifu na wąską plażę i poszłam brzegiem. Mapa pokazywała przejście morzem -podczas odpływu-czyli teraz. Plaża była dzika i wąska, w czasie przypływu chyba cała zalana. Z klifu spadały wodospady, pod nogami uginały się parujące, świeżo odsłonięte wodorosty- czułam się tam dziwnie zwłaszcza, że nie byłoby odwrotu. Nade mną wisiała wymyta, idealnie gładka skała z sufitem. Po godzinie doszłam do cypla, za którym nie dało się już dalej iść. Urwane skały i morze głębokie, turkusowe, falujące. Wystraszyłam się i wróciłam prawie biegiem. Skacząc po odsłoniętych kamieniach, ślizgając w wodorostach i podejrzliwie przypatrując się morzu. Wraca już, czy jeszcze się cofa? Chyba cofało, ale i tak trochę się wystraszyłam.

Wróciłam do „ławeczki” i poszłam górą, chociaż nie widziałam tam żadnej dróżki. Powyżej w jakimś piarżysku wypatrzyłam pojedynczy kopczyk, a wyżej, już na samej grani ścieżkę wydeptaną w kwiatach po pas. Szorstkich, nadal mokrych, upiornie gęstych. W dole parowało jakieś jeziorko. Pomyślałam, że muszę odpocząć, że się tam wykąpię, coś zjem. Woda nie była chyba geotermalna, ale była ciepła. Płytka, może nagrzana od słońca. Kiedy kończyłam herbatę na grań wyszła spora grupa. Pomachałam im entuzjastycznie. Tylu ich, na pewno znają drogę!

Spotkaliśmy się jakąś godzinę później przy brodzie (już kilkanaście metrów dalej opadającym fantastycznym wodospadem do morza). Pogadaliśmy chwilę. Islandczycy. Klubowa grupa z przewodnikiem. Mili ludzie. Szliśmy razem już do wieczora i chociaż kilkukrotnie miałam ochotę gdzieś zostać ostatecznie doszłam z nimi aż do schroniska- latarni morskiej w Latraviku. Dotarłam tam ostatnia, tuż przed północą, byłam na nogach od doby i szłam tylko siłą rozpędu, prawie spiąć.

Bardzo mnie zaskoczyli, kiedy zaproponowali żeby z nimi usiąść i zjeść. Świeżo złowione ryby, kartofle. Ciepłe, ogrzane kominkiem wnętrze. Byłam im ogromnie wdzięczna.

To był wyjątkowy dzień. Napisałam o nim opowiadanie. Będzie opublikowane w wiosennym wydaniu Kontynentów. Zdjęcia dostały wyróżnienie w IPA.

Islandia cz 9 Hornstrandir

To był spokojny dzień zakończony porażką. Wstałam późno. Pogadałam z Czechami, przejęta ich planem powrotu wprost przez Drangajokull (podobno niepotrzebny jest jakikolwiek sprzęt)i zaskoczona ich podziwem dla mojej trasy z Holmaviku. Idąc zapłacić za kemping (którego jak to na Islandii nikt nie pilnował) pogadałam z mieszkającą tu przez lato panią. Miłą, uczynną przejętą wszystkimi pomysłami wędrowców. Kupiłam od niej paczkę mrożonych parówek i kawałek żółtego sera, poprosiłam o pozdrowienie pana, który mnie niedawno przewiózł przez bród. Prosił żeby się tu zameldować, dla pewności czy doszłam, czy nie przepadłam. Już spakowana wypiłam kubek herbaty z „moimi” Islandczykami (zostawali w Reykafjodur na 1 dzień) i leniwie ruszyłam na kolejne zbocze. Pogoda była pochmurna, widoczność nędzna. Pierwsza grań, pierwsza rzeka- podzielona na mnóstwo strumieni, niegłęboka, niegroźna, chociaż płynąca z lodowca. Drugie zbocze wyższe, znów błoto, znów przybrudzony, spękany śnieg. Jakieś bagna, skały, strome zejścia, wciąż w chmurze więc bez entuzjazmu i na deser cudowny widok na pasiaste zbocze opadające nad kolejny fiord. Chmury znikły, a przede mną pojawiła się rzeka. Szeroka. Lodowcowa. Widziałam ją z góry bardzo długo i dopiero podchodząc blisko wypatrzyłam na drugim brzegu dom. Potem ludzi, całkiem nawet sporo. Ucieszyłam się bardzo myśląc, że gdybym miała problemy z brodem ktoś też mnie pewnie zobaczy, uratuje, jednak rzeka znów okazała się płytka. Rozlana, dość szybka, ale przezroczysta, ledwie do pół łydki.

Wciąż pełna entuzjazmu dla nieznanych, widzianych tylko z daleka ludzi wygrzebałam się szybko z koryta nawet nie zakładając butów. Zanim dotarłam na ganek ludzie znikli. Budynek wyglądał jak duże schronisko, zakopiańskie, bogate, odpicowane. Nie bardzo pasujące do skromnej Islandii. Pojęcia nie mam czym naprawdę było. Zajrzałam chcąc spytać o łodzie- musiałam jakoś wrócić na ląd. Z Hornstrandiru- na który właśnie wchodziłam nie ma już żadnego pieszego powrotu. Ostatnia możliwość przejścia lądem była tutaj. Facet, który mi otworzył był nieprzyjemny. Tak naprawdę to mnie stamtąd wygonił. Poradził żeby spytać w Latraviku, że to blisko, dojdę tam w jeden dzień. Byłam zdziwiona, zniesmaczona, rozczarowana. Jak dotąd wszyscy spotykani na Islandii ludzie byli mili. Ten wydawał mi się jakby znajomy. Jakby polski… Nie miałam zamiaru się tym truć. Przeprosiłam za zawracanie głowy, założyłam buty i poszłam dalej wzdłuż pięknej zatoki. Początkowo przez gęste chaszcze. Za kościółkiem (maleńkim, drewnianym, niedawno odmalowanym na biało), za cmentarzem zarośniętym, ale odnowionym ciągnęły się piękne łąki, kiedyś pewnie wypasane, teraz dzikie, kwitnące jak oszalałe. Nic dziwnego był przecież czerwiec. Jeszcze niedawno, kilkadziesiąt lat temu musiała tu być spora wieś. Na krzyżach powtarzało się kilka nazwisk, ostatnie urodziny były z początku wieku- w sumie niedawno. Ryby, trochę owiec. Nie było śladów uprawy ziemi. Jaki to musiał być inny świat…

Budynek za moimi plecami nie znikał (był nienaturalnie wielki i nowy), ale przede mną wyrosło stare schronisko- pomarańczowa kapsuła identyczna jak ta, w której spałam idąc z Holmaviku. Tylko przekrzywiona, zepchnięta z fundamentu przez sztorm. Sprawdziłam czy otwarta z przyzwyczajenia. Było zbyt wcześnie żeby już nocować, zbyt blisko tego nieprzyjaznego domu. Można by ewentualnie wejść i coś ugotować bez wiatru, oszczędzając gaz. Jednak drzwi zakleszczyły się i ani drgnęły. Nie przejęłam się ani tym, ani stojącą przy schronie mapą sugerującą dokładne sprawdzenie wyposażenia i policzenie możliwości i sił. Turysto. Wchodzisz na Hornstrandir na własne ryzyko. Musisz mieć zapas jedzenia i gaz, ciepłe ubranie kompas i mapy. Postaraj się nocować blisko wyznaczonych miejsc. Pogoda jest tu nieprzewidywalna. Powiadom kogoś o tym gdzie idziesz i kiedy wracasz. Sygnał alarmowy… Dalej już nie czytałam. Sieć znikła jakiś czas temu, a telefonu satelitarnego nie miałam. Zarzuciłam teraz już nie ciężki plecak i ruszyłam ochoczo wzdłuż plaży. Kamienistej szumiącej przyjemnie, pachnącej morzem. Po godzinie weszłam w cień, a plaża zrobiła się podejrzanie wąska. Kilkukrotnie pokonałam jakieś skały, wąskie żebra wbite w przezroczysty ocean. Falowały jasnobrązowe wodorosty. Szłam tuż pod klifem, niedostępnym, podmytym i stromym i bardzo późno zrozumiałam, że przecież jest przypływ! Przestraszona spróbowałam przyśpieszyć, ale powstrzymały mnie skały. Plaża znikła dalej nie dało się przejść. Wróciłam kilkanaście minut do miejsca gdzie ze skarpy sączyła się woda i rozbiłam namiot na niewielkim trawiastym wypiętrzeniu, kiedyś dawno odkruszonym z klifu.

Ledwo mi się tam zmieścił. Gotując widziałam płynącą do bogatego domu łódź. Zasnęłam natychmiast, pomimo wczesnej pory i obudziłam się równie niespodziewanie. Wschodziło słońce. Odpływ na powrót odsłonił plaże. Było wpół do drugiej.