zimowa Laponia- podsumowanie sprzętu

Ponieważ kilkoro z Was myśli o powtórzeniu tego wyskoku, spisuję na bieżąco wady i zalety zabranego do Laponii sprzętu.

narty- moje Atomic Rainier (ze Sklepu Podróżnika) spisały się doskonale. Na łusce można podejść na tak stromą górę, że wcale niełatwo z niej zjechać (sprawdzone na lodzie). Zjazd (zwykle pługiem, inaczej nie umiałam, muszę poćwiczyć) da się wykonać nawet w najgorszych warunkach, na lodzie czy zboczu o zmiennej miękkości,  pojeżdżonym przez skutery, usianym skałami. Narty mają solidne krawędzie, łatwo nad nimi zapanować, można się spokojnie rozpędzić. Zjazd z pulką wymaga sporo miejsca. Trzeba o niej pamiętać i zakręcać płynnie szerokimi łukami. Inaczej ładunek, albo rozpędza się (na lodzie) i mocno szarpie (nic dziwnego, działa siła odśrodkowa), albo przechyla i wbija w śnieg lub od razu wywraca. Dla ludzi lubiących ostre zjazdy przydałaby się walcowata pulka niewrażliwa na wywracanie… pomyślę chyba z czego by tu ją zrobić :)

Długość nart- 192 cm, która wydawała mi się początkowo zbyt duża była w sam raz. Mam długie nogi i nie miałam problemu w podchodzeniu jodełką, a duża powierzchnia powodowała, że mało się zapadałam.

Wiązania X-Trace spisały się świetnie. Nie zamarzały, działały na każdym mrozie, da się w nich wygodnie jeździć. Nie pozwalają na wysokie podniesienie pięty, ale to nie przeszkadza w odbiciu i dobrze się w nich idzie i jedzie.

Foki Contour miały dobry klej i mocowania, jedyny problem z nimi wystąpił kiedy zrobiło się ciepło. Piły wodę jak smoki i przymarzałam do podłoża. Na szczęście miałam drugie na zapas. Jednym z kłopotów przy mieszkaniu zimą w namiocie jest brak możliwości wysuszenia fok. Trochę pomaga smarowanie woskiem (suchych fok oczywiście), ale problem wraca.

Pulki z wędkarskich sanek sprawdziły się nieźle. Ja byłam ze swojej zadowolona, Jose marudził, że ma zbyt mało miejsca. Wadą (ale ma ją ogromna większość pulek) jest brak możliwości bezstratnego ciągania ich po asfalcie. Niestety nawet srogą zimą ludzie odśnieżają drogi i każde zejście do miasta kaleczy płozy przez co stają się coraz mniej śliskie.

Na pulki ładowaliśmy nieprzemakalne torby- Jose wielkiego Ortlieba, ja osiemdziesięciolitrowego Kwarka. Przy suchym śniegu to niepotrzebne wystarczy zwykła tkaninowa torba (jak żółta na pierwszym zdjęciu- moja torba podróżna przewiozłam w niej samolotem w jednym bagażu pulki i plecak), kiedy jest mokro te nieprzemakalne rzeczy się przydają. Mieliśmy jeszcze plecaki- te same co zwykle (Khumbu Mileta, bardzo już stare) Jose wpinał pulkę w pas biodrowy ja w szelki- tak mi było wygodniej ciągnęłam pasem piersiowym jak hmm… pies czy koń :)

Jak już pisałam Jose zabrał zupełnie inny sprzęt narciarski. Skiturowe lekkie narty i skiturowe wiązania. Na szczęście wziął górskie buty nie skorupy. Narty okazały się lepsze od moich w głębokim, sypkim śniegu (są twarde, a moje się gięły pod stopą), ale we wszystkich innych sytuacjach były wolniejsze i sprawiały znacznie więcej kłopotów.

Wcale nie zjeżdżało się w nich lepiej niż w moich z wolną piętą (możliwe że to trochę wina braku narciarskiego doświadczenia Jose), nie dało się w nich jechać, tylko chodzić (nie ma możliwości odbicia), wymagały stałego używania fok, a z tymi mieliśmy sporo kłopotów. Jeden zestaw od razu stracił klej, w drugim padł przedni zaczep. Ponieważ foki są na nic na lodzie kilka ostatnich dni było trudnych i były fragmenty, na których Jose szedł bez nart. Lód był na szczęście wystarczająco twardy. Górskie sztywne buty (model z wyjmowanym botkiem Bestarda) wymagały obklejania stóp kupą plastrów, a i tak nie udało się uniknąć obtarć. Były natomiast idealnie suche i bardzo ciepłe. Jose wkładał do nich dwie pary Walonek na raz. Nie wilgotniały.

Moje kaloszki (śniegowce Sorela) spisywały się nieźle, ale filcowy botek wymagał codziennego suszenia (nie wkładałam woreczków foliowych do butów, spróbowałam i jakoś mi nie pasowały). W ciepłe dni nie było to wielkim kłopotem, chociaż jedyne suszenie w warunkach namiotowych to wkładanie do śpiwora (którego też przecież się nie da wysuszyć). Gorzej było przy wielkim mrozie. Filcowy botek przymarzał mi wtedy do wierzchniego buta i bardzo trudno go było wydobyć. Pomagało trochę włożenie na botki moich cieniutkich kapci- są śliskie i było je łatwiej wyciągnąć. W celu suszenia, i bo było mi zimno sypiałam w zamarzniętych botkach. Nie wiem czy przez to całkiem schły, ale rano wyglądały lepiej. Buty były bardzo ciepłe i bardzo wygodne. Znacznie bardziej praktyczne w arktycznych warunkach niż górskie. Nie sypał się do nich górą śnieg. Nie wymagały stoptutów. Miękka podeszwa i cholewka nie krępowały stóp i krew mogła w nich krążyć swobodnie. Jedyne co w nich zmieniłam to dodatkowa gruba wkładka (bez niej były za luźne i za zimne od spodu). Teraz na tak długą trasę zabrałabym wkładkę ortopedyczną. Tak płaska podeszwa mocno wymęczyła mi uszkodzoną już wcześniej stopę. Kłopoty zaczęły się dopiero pod koniec, więc prawie nie przeszkadzały mi w drodze, ale teraz muszę się z tym jakoś uporać.

Zabraliśmy zapasowe talerzyki do moich (trekkingowych) kijków, ale nie były potrzebne padł za to wypasiony metalowy talerzyk z narciarskiego kijka Jose.

Sprzęt biwakowy:

Namiot (Tolima II Fjorda Nansena) przeżył dzielnie wichury i mróz, ale ponieważ był mały i letni po kilku kolejnych namiotowych nocach mocno dawał nam w kość.  Nie tyle winien był ten konkretnie namiot, ile samo spanie w namiocie. W warunkach polarnych to trudne i wymaga wielu wyrzeczeń. W sypialni Tolimy jest zbyt mało miejsca na dwoje ubranych w grube puchy ludzi. Nawet nie to, że się nie mieściliśmy, bo ustawieni głowa- nogi spaliśmy tam całkiem wygodnie, tylko o nieuniknione dotykanie do szroniących się nocą ścian. Lodu przy takich temperaturach na pewno nie da się uniknąć, ale gdyby namiot był większy szron nie sypałby się aż tak bardzo na nas. Na pocieszenie- przy dużym mrozie ten szron był suchy więc można go było zwyczajnie wysypać. Lodziły się też śpiwory- wszędzie tam gdzie na nie chuchaliśmy. Obawiam się, że zimą trzeba by zabrać namiot 4-osobowy, a ten z kolei jest ciężki. Reasumując malutka dwójka pozwala nie najgorzej przeżyć, ale jest raczej rozwiązaniem dla twardzieli.

Brak fartuchów śniegowych wymagał okopywania namiotu co nie było problemem, zajmowało tylko chwilę (mieliśmy łopatkę pożyczoną od Pima). Pomimo tego na przyszły raz wolałabym jednak te fartuchy mieć. Obsypany namiot jeszcze bardziej się zmniejszał, a tak nie ubywałoby nam przestrzeni wewnątrz. Na dużym mrozie wszystko upiornie sztywniało i stelaże były odrobinę za długie- moja wina to ja zmierzyłam o ile je skrócić, przydałby się jeszcze z 1 cm mniej. Przedsionki są na tyle duże, że da się tam wstawić małą pulkę i jeszcze położyć na niej plecak- zostaje tylko tyle miejsca żeby wejść. Duża, typowa pulka by się tam nie zmieściła.

Zaletą Tolimy II jest niska waga, po pozbyciu się torby i szpilek to tylko 2,5 kg i niewielka objętość. Materiał jest śliski i łatwo oczyścić go rano ze szronu- po prostu trzepiąc.

Przy bardzo silnych wiatrach na Finnmarksvidda, wiatr ciągnie po ziemi zmrożony śnieg. Wygląda to jak przemieszczający się puch czy delikatna mgiełka. Napotykając jakąkolwiek przeszkodę strumień podnosi się i płynie dalej nawet całkiem pod górę, jak trzeba. Części z tego śniegu udawało się pokonać zamknięte wywietrzniki Tolimy. Nie wpadał do wnętrza sypialni, zawieszał się na siatce, ale ponieważ siatka jest przezroczysta był pierwsza rzeczą, którą widziało się po otwarciu oczu nad ranem- zaspa nad głową.

Do śniegu dostającego się wszędzie trzeba się niestety przyzwyczaić. Nie jest tak szkodliwy jak mogłoby się wydawać. Na mrozie jest suchy, a ubrany grubo człowiek może na nim spokojnie siadać. Nic się nie topi nawet na rękawiczkach.

Poza trudnością z mocowaniem przydługich rurek (co w normalnych temperaturach było niekłopotliwe) namiot dawał się łatwo i szybko postawić nawet na kopnym śniegu. Nie były potrzebne żadne odciągi. Wielokrotnie mocowaliśmy go tylko w 4 punktach na wbitych w śnieg nartach. Śnieg jest miękki i jako materac sprawdza się całkiem nieźle. Moje dwie karimaty plus odblaskowa folia, którą wkładaliśmy pod namiot wystarczały i nocą było mi w zwykle ciepło.

Zestaw złożony z letniego śpiwora (Roberts 700g puchu) puchowych spodni (250g) i puchowej kurtki (400 g puchu)- też Robertsa sprawdził się doskonale. Wychodziłam ze śpiwora od razu ubrana i rozbierałam się dopiero po zwinięciu biwaku. W najgorsze zimno nakrywałam się na to wszystko cienkim śpiworem Jose. Jose kupił Everesta Robertsa w wersji combi- czyli dwa zsuwane śpiwory i nigdy nie potrzebował ich aż tak dużo. Wewnętrzny gruby zupełnie mu wystarczał w namiocie, w cienkim sypiał w chatkach. Ja sypiałam w chatkach w cienkiej bieliźnie i też było mi w miarę dobrze. Czasem jak nam się zbyt mocno napaliło było mi za gorąco.

Gotowanie:

Zabraliśmy dwa spore garnki. Tytanowy Pima i nasz, stary sprawdzony z grubym dnem. Stalowy z Intersoprtu. Ten nasz pękł już drugiego dnia. W dnie zrobiła się mała dziurka i gar zaczął przeciekać. Porzuciliśmy go w jednej z fińskich chatek. Zostaliśmy z jednym garnuszkiem, martwiąc się czy też go nie uszkodzimy. Troszkę się niestety przypiekł (na niebiesko). Przy rozmrażaniu śniegu schłodzonego poniżej -20 tu stopni trzeba uważać. Najlepiej wlać troszkę wody na dno i stopniowo dorzucać śnieg. Jeśli to niemożliwe najlepiej delikatnie ogrzać małą ilość śniegu i dopiero do tego dosypywać resztę, też stopniowo, bo inaczej to co już roztopione zamarznie. Gotowanie na mrozie i wietrze jest trudne. Próbowaliśmy w przedsionku (da się, ale jest ciasno nawet jeśli wcześniej wyrzucić pulkę) i w namiocie (po uprzednim wyciągnięciu sypialni), ale najlepsze rezultaty udało się uzyskać kopiąc głęboki dołek na palnik, garnek i gaz i nakrywając to z wierzchu pulką. Przy niskich temperaturach nawet tak nie udawało się nam doprowadzić wody do wrzenia, chłodzenie było zbyt duże. Gotowaliśmy na zimowym gazie Primusa, i palniku MSR-a pożyczonym od Pima. To model pobierający płynny gaz i ogrzewający go wstępnie w rurce otaczającej palnik. Działał w każdych warunkach i nie było z nim żadnych problemów. Jedyny kłopot to zamarzanie podstawki (składanej w kształcie motylka- czasem długo walczyliśmy żeby nam się ten motylek rozłożył). Pim pożyczył nam też genialną osłonkę na palnik z grubej aluminiowej folii. Bardzo przydatną.

Mieliśmy 4 duże termosy Primusa (po 1,5l), Jeden z nich padł przedostatniego dnia. Poza tym były bardzo dobre, trzymały ciepło przez kilkanaście godzin (okręcaliśmy je dla pewności ciepłymi rzeczami).

Pasowały do wywierconych przez wędkarzy dziur- trzeba było je tam opuszczać na lince, lód miał grubość ok 80 cm – 1m i do wody bywało daleko (chociaż nie zawsze czasem ciśnienie wyrzucało ją aż na powierzchnię). Przeręble niestety spotykaliśmy tylko sporadycznie. Teraz wiemy już, że rzeczą, której nam brakowało jest długie wiertło do lodu. Jeziora i rzeki są w Laponii dosłownie wszędzie. Wiercenie jest szybkie, a woda ciepła i zmineralizowana. Gdybyśmy jechali na północ jeszcze raz spróbujemy zdobyć lekkie wiertło.

 

 

6858 Razem 6 Dzisiaj

24 myśli na temat “zimowa Laponia- podsumowanie sprzętu”

  1. Co do tego gotowania, to nieprawdopodobne jak wygląda topienie śniegu i jak bardzo jest czasochłonne. Tej zimy wybrałem się do podmiejskiego lasu i zamiast brać termos wziąłem palnik, gaz i garnek. Chciałem w plenerze zrobić sobie kawę do drugiego śniadania. Miałem także wodę pamiętając o wszystkim co czytałem na temat topienia śniegu i, że właśnie to jest mozolny proces. Jednak na miejscu postanowiłem spróbować jak smakuje kawa na wodzie destylowanej. Czekałem, czekałem, czekałem i nie udało mi się doczekać do wrzenia. Miałem co prawda zwykły letni i nieco zużyty kartusz, ale nie było mniej niż -5 stopni i pod koniec ratowałem się dolewką zabranej z domu wody. Nawet starałem się ogrzewać kartusz dłońmi i pewno po jakichś 20 min odpuściłem i wypiłem kawę na gorącej lecz nieugotowanej wodzie. A jak to musiało być trudne przy -20 stopniach?

    1. zajmowało mnóstwo czasu. Wstawaliśmy o 5-tej w wyjść udawało się nam dopiero po 8-mej, czasem koło 9-tej. Przez cały ten czas wytapiała się woda. Wieczorem nie zawsze mieliśmy siłę gotować, czasem padaliśmy i wypijaliśmy tylko resztkę z termosu. W chatkach szło lepiej, bo na piecu, ale i tam schodziły na to całe godziny. Ani razu nie ugotowaliśmy sobie nic do jedzenia. Nie było już siły. Suche warzywa do termosu do tego wrzątek (lub to co się udało)- i po jakimś czasie była z tego zupa. Zalewałam sobie owsiankę (Jose budyń- on go bardzo lubi zawsze przywożę z Polski), a z reszty robiliśmy herbatę i wypijaliśmy w ciągu dnia. Woda destylowana jest niestety niesmaczna i mało skuteczna, bo organizm ją zaraz wyrzuca. Próbowaliśmy się ratować jedząc Aspargin, ale to chyba niewiele dawało.

  2. To oczywiście, są przypadki kiedy i tak jest natłok informacji do przekazania + czas na realizację:
    Foki da się impregnować, są nawet o tego odpowiednie szuwaxy. Natomiast sposób prymitywny i skuteczny: parafina narciarska + żelazko. Ogrzewamy, wcieramy i jedziemy żelazkiem „pod włos”.
    Rzecz jasna po jakimś czasie śnieg i lód wydrą tę warstwę, ale to jest stosunkowo trwałe. W warunkach naszych problemu takiego nie ma: nawet przy jednym biwaku, foki nie robią takich problemów. U was na tym dystansie już tak.
    Jedno pytanie: widzę kartusz ustawiony pionowo – odwracaliście by zassał gaz „ciekły”?

    1. My je próbowaliśmy zaimpregnować mieliśmy wosk do fok i dostaliśmy jeszcze jeden po drodze. To nam pomogło, chociaż głaskaliśmy rękami z braku żelazka. Potem mocno zlodziło więc pojawiły się inne problemy. Na szczęście wtedy mieliśmy pod rząd kilka chatek. Ja po prostu zdjęłam swoje foki i już. Jose suszył i woskował codziennie.
      Przy pierwszym odpalaniu zastanawiałam się jak ten kartusz właściwie powinien stać, ale nie widziałam żadnej różnicy. Palnik działał doskonale (i od razu) w każdej pozycji, nie zużywał dużo gazu, wszystkiemu winna była temperatura otoczenia. Jak nalewaliśmy sobie herbaty do kubka nie można było wlać więcej niż 70-100 mml, bo zanim się wypiło była już kompletnie zimna. Jeśli nie zgięło się rączki garnka zaraz po zdjęciu go z gazu przymarzała i trudno było taki garnek ze sterczącym uchwytem spakować. Zdejmowanie motylka (podstawki) z palnika zawsze trwało za długo i podstawka zamarzała w pozycji- otwarta. Kilka razy nie mogliśmy odkręcić termosów, bo zamarzły nam gwinty.
      W dołku łatwiej mi było sięgnąć do zaworu kartusza jak stał i wolałam jak najmniej manipulować przy ogniu więc nie odwracałam. Wydawało mi się, że w butli jest tak duże ciśnienie, że pozycja nie powinna mieć znaczenia. To jest świetny palnik. Dzięki wielkie, że nam go pożyczyłeś. Tak czy siak na przyszły raz trzeba zabrać wiertło do lodu i problem topienia śniegu odpadnie.

          1. Nie działałoby….
            Kartusz wymagał by podgrzewania, stawiania na garze, rozmaitych manewrów by jego „treść” podgrzać.

          2. ciekawa jestem czy w miarę jak ten zimowy gaz spowszednieje uda mu się zastąpić benzynę w takich bardzo trudnych warunkach. Jest drogi, ale znacznie bezpieczniejszy. Nawet my (a przecież prawie nie spotykaliśmy ludzi) usłyszeliśmy po drodze o pożarach namiotów związanych z gotowaniem wewnątrz na benzynie. Poznaliśmy też pana, który przeżył pożar namiotu. Długo wracał bardzo poparzony, chłodząc się śniegiem.
            Paradoksalnie ogień jest jednym z największych niebezpieczeństw na dalekiej północy, a bez niego nie ma tam życia.

  3. Kasiu!
    http://www.primus.eu/knowhow/primus-gas
    Wygląda na to, że działaliście w warunkach granicznych granicznych dla gazu zimowego Primusa…;-) „Surowszych warunków” producent nie przewidział….
    Jakiś czas temu znalazłem zestawienie gazów na blogu adventurestoving. Kolejność w dziedzinie odporności na warunki była taka: MSR, Jetboil, i Primus. Wtedy jednak Primus nie miał wersji dedykowanej zimie.
    Na pewno gaz jest bezpieczniejszy, ryzyko pożaru mniejsze, ryzyka zalania zapasów żywności jak w przypadku benzyny nie ma.
    Z kolei Chantal Maudit zginąła na Dhalaugiri (tak pamiętam) zatruta gazem. Namiot został przysypany lawiną, natomiast nastąpiło rozszczelnienie gazu i przeżywszy lawinę zatruła się gazem. (Ale to są wpadki losowe).
    Postęp też nastąpił z chwilą wpadnięcia na pomysł, że można go podać w formie ciekłej do palnika i z chwilą opracowania mieszanek zimowych. Mój pierwszy gaz: campingaz, z kartuszami butanowymi, gdzieś w 1991 roku, wymagał trzymania w rękach, by tak ogrzany chciał się palić. A my wtedy nie byliśmy kilka dni z rzędu w temperaturach około -20 st.C.
    Pozostaje koszt. Litr benzyny ekstrakcyjnej jest tańczy…

    1. Pewnie nawet nieco poniżej, bo gotowaliśmy rano i wieczorem. Bardzo nam pomógł pomysł z kopaniem dołka i nakrywaniem go pulką. W takiej ciasnej piwniczce na pewno szybko robiło się cieplej. Cena ma oczywiście znaczenie i dostępność, bo ten gaz przywiozłam sobie z Polski, a to nie zawsze możliwe.

  4. Kasiu!
    Innym rozwiązaniem na które nie było czasu to garnek z radiatorem.
    Np. Esbit ma gar 2,4l który ma wbudowany radiator. To poprawia efektywność naczynia, zmniejsza straty. Natomiast zwiększa masę.
    Ten MSR jest wożony na narciarskie wyrypy i nieco większe zużycie na takim dwu dniowym wypadzie, gdzie się tankuje w ciągu dnia tylko termosy ( bo śniadanie i kolacja pod dachem) nie gra roli. W waszym przypadku to i temperatura i ilość paliwa i efektywność jego zużycia – ma.
    Drugi patent – do tego gara dodajesz takie coś:
    http://www.cascadedesigns.com/msr/stoves/stove-accessories/heat-exchanger/product
    Można zabrać, można nie. Piszą, że pasuje do garów 2L, ale są informacje, że 2,4 też się łapie.
    Wtedy i dołek, i przykrycie pulką i wiatrochron w sumie dają poprawę efektywności

    1. fajne, muszę pomyśleć o takich gadżetach. Z tym, że Twoja prosta osłonka też była niezła, a do tego lekka, mała i niezawodna, nawet jak zalodzona.

  5. Widze ze mieliscie nieco inne podejscie do sprzetu w prawie kazdej kategorii :-).
    Co do gazu to jednak sprobujcie najstepnym razem odwracac kartusz, moc zwieksza sie wielokrotnie i topienie sniegu nie zajmuje az tyle czasu. Temperatura noca schodzila do -18 – -20 stopni, rano roznie, ale wiecej topilismy wieczorem. Podgrzewalismy na zmiane w dwoch kubkach 0,9l (tez jeden na drugim) i nie schodzilo nam raczej wiecej niz godzine za jednym razem, no moze dwie. Uzywalismy jeszcze tego uniwersalnego Primusa, bo zimowy nie byl jeszcze dostepny w sklepach. Zachowywal sie jak to uniwersalny gaz – po wykonczeniu propanu trzeba bylo kartusz ogrzewac przed odpaleniem (pakowalam go pod kurtke na czas rozbijania obozu). Odpala sie w pionie, palnik sie po chwili rozgrzewa, po czym kartusz sie odwraca a ogien bucha (zawsze przed odwroceniem zmniejszam ogien, bo gotujac w przedsionku nie chce ryzykowac nieprzewidzianych fajerwerkow).

    1. OK, spróbuję. Chociaż i tak mam zamiar zabrać na przyszły raz wiertło, bo ze śniegu powstaje woda destylowana i teraz mnie męczą skurcze mięśni.
      Moim największym odkryciem było gotowanie w przykrytym dołku. Przynajmniej można było jednocześnie zwijać namiot i nie trzeba było tej kuchenki pilnować. Temperatura wewnątrz też znacznie rosła, bo często po zakończeniu widzieliśmy na dnie czysty mech. To bardzo skróciło czas topienia, a przede wszystkim nie musieliśmy się już tym traconym czasem przejmować. Robiliśmy sobie coś innego. Możliwe, że mieliśmy za dużo termosów i co za tym idzie za dużo wody- topiliśmy na raz 6 l i wieczorem często nam zostawało na kolację.
      Topienie śniegu na chatkowych piecach też było wolne i też nie zawsze do wrzątku, a tam była przecież gigantyczna moc (używaliśmy do tego chatkowych garnków po doświadczeniu z garnkiem Jose, piece są bardzo gorące)

  6. Kasiu!

    Z tej naszej wymiany uwag odnośnie gazu wynika jeden wniosek: jest to rozwiązanie które się sprawdziło w warunkach kilkudniowego przebywania w temperaturach około -20 st. C.
    Warunek: mocny palnik z pracą na paliwie ciekłym i mieszanki z isobutanem (gaz zimowy).
    To ważne bo jeszcze 5-7 lat temu rozwiązaniem „oczywistym” była benzyna z jej wadami i zaletami.

  7. przeczytałem całość. fajny wypad :)
    kilka moich uwag. po pierwsze pulki, zdecydowanie za małe. powinien ci się do nich zmieścić cały bagaż. nic na plecach. idzie się zdecydowanie lepiej, no i najważniejsze, nie masz mokrych pleców po całym dniu chodzenia. worek transportowy się nie sprawdza. wyciągnięcie z niego czegokolwiek jest upierdliwe i prawie zawsze to czego szukasz jest na dnie… duża, szeroko otwierana, z wieloma kieszeniami torba robi robotę :)
    następnie namiot. większy, na 2 osoby najlepsza jest trójka. fartuch przeciw śnieżny to podstawa. wystarczy go przysypać i to doskonale zabezpiecza środek przed wciskającym się wszędzie tym „wędrującym” śniegiem. dodatkowo stabilizuje namiot przy większym wietrze. większa waga ale można go podzielić między współspaczy :)
    gotowanie. gaz jest najpraktyczniejszy, ale muszą być to kartusze z czystym propanem. jedyny gaz jaki się sprawdza w temp -20-30 C. minusem jest to, że są nie do dostania… pozostaje samodzielne napełnianie, dodatkowo to duża oszczędność. jeden 500gr kartusz wyszedł mnie ok 3zł :) bardzo dobrze sprawdzają się kuchenki zintegrowane typu jetboil. wydajne i oszczędzające paliwo. topienie śniegu zawsze przebiegało szybko i bezproblemowo. nie potrzeba nosić ze sobą świdra no i nie musisz się trzymać rzek czy jezior.
    szkoda że pim dopiero teraz zapodał na forum biegówek że taka wyprawa się się odbyła. mógłbym wam polecić rozwiązań ułatwiających wędrówki zimą za kołem polarnym. :)

    1. Hej, dzięki za rady.
      W plecaku były puchowe rzeczy, nie był ciężki, a dzięki niemu mogłam ciągnąć pasem piersiowym, próba ciągnięcia pulki z pasa biodrowego (talii) spowodowała ból kręgosłupa. Plecy mi się pod tym plecakiem wcale nie pocą, jest dystans.
      Worek był ok. Ja wiem czego będę szukać i zostawiam to na wierzchu, poza tym wiele drobiazgów było w plecaku. Zaletą worka jest to, że jest gładki, wywrócona pulka dalej jedzie, tylko wolniej. Mi jej długość (a raczej jej brak) nie przeszkadzała, ale możliwe, że mogłoby być jeszcze lepiej.
      Większy namiot rzeczywiście byłby bardziej komfortowy. Śnieg wciskał się nam głównie przez wywietrzniki, więc to przede wszytskim bym się starała zmienić.
      Gaz- nie wiedziałam, że można sobie samemu nabić. Podeślesz jakieś szczegóły?
      Co do świdra- to pomysł miejscowych. W Laponii rzeki i jeziora są wszędzie.
      Co do szybkiego topienia śniegu- równie wolno topił się nam na piecach w fińskich chatkach. Chociaż chałupy rozgrzewały się przy tym do 30-tu stopni, czekaliśmy na każdy garnek z pół godziny- na oko, bo nie mierzyłam. Gorsze jest to, że po miesiącu picia topionej, więc pozbawionej minerałów wody łapały mnie skurcze pomimo jedzenia asparginu. Taka woda jest po prostu niezdrowa.
      Rozumiem, że masz większe doświadczenie, jak sobie z tym radziłeś?

      1. do ciągnięcia miałem zmotany pas z szelkami. coś na kształt oryginalnego. lepiej mi się tak ciągło niż z plecakiem. pulkę po wywrotce cza postawić a nie targać na chama… ;)
        naprawdę polecam torbę. plus drugą, mniejszą na jedzenie i garnki, palnik. można ją trzymać w tej większej. na biwaku jednym ruchem ją wyciągasz i kuchnia gotowa. tu masz całą encyklopedię na temat nabijania. ja kupiłem 10kg butlę z propanem i przelewałem do kartuszy.
        http://www.forum.outdoor.org.pl/kuchnia/(kuchnia)-napelnianie-kartuszy/
        namiot mam model K2 marabuta. wywietrzniki są w nim wysoko, więc śnieg się do nich nie dostawał. otwarte w miarę możliwości na maxa by zapobiec oszranianiu. teraz wiem że następny będzie jednak namiot tunelowy, z większym przedsionkiem.
        ja jeździłęm w góry, sarek, akka więc nawet nie myślałem o świdrowaniu by szukać wody :)
        nigdy nie mierzyłem czasu ale stopienie i zagotowanie 0,9l wody nigdy nie zajęło mi więcej niż kilka min. w górach spędzałem nie więcej niż kilkanaście dni więc nie zauważyłem u siebie problemów z wodą ze śniegu.
        większe doświadczenie? chyba nie, spędziliśmy pod namiotem na północy pewnie tyle samo czasu. tylko po pierwszym wyjeździe dokonałem dużej rewolucji w sprzęcie i wyposażeniu. na drugim już wsio idealnie zagrało :)

        1. co do worka- Nie namawiam, ja nigdzie nie piszę, że coś zrobiłam najlepiej na świecie, piszę jak zrobiłam i jaki był efekt. Zabrałam też torbę więc miałam okazje sprawdzić co i kiedy wolę. Ja naprawdę pakuję się tak, że mam wszystko pod ręką. Lata doświadczeń.
          Że trzeba pulkę postawić to prawda, z tym że po pierwsze wolę jak mi się wlecze niż wbija- bo mam czas i możliwość się zatrzymać sama i tam gdzie chcę, a nie paść z powodu uziemienia przez pulkę. Po drugie przy wywrotce śnieg się takiego gładkiego ładunku mniej czepia i łatwiej mi się otrząsnąć z upadku. W łatwym terenie to nie ma znaczenia więc można pakować jak się chce.
          Wywietrzniki w moim namiocie są bardzo wysoko, podobnie jak tuman śniegu na Finnmarkvidda- sięga to tak do ok 1,5 m. Oszranianie nie miało związku z wietrzeniem Jose był cały oszroniony nawet idąc na zewnątrz. Pot, oddech zamarzają w takich temperaturach natychmiast, nic się nie poradzi. Zresztą pusty namiot też nam się szronił. Co wieczór osiadała na wszystkim szadź. Z każdej strony.
          My gotowaliśmy na raz 6l- do 4 termosów. W kilka minut to gotuje mi się woda w lecie- ciepła ze strumienia i do tego w chatce. Widocznie kiepska ze mnie kucharka, tak czy siak od czasu jak wymyśliłam kopanie dołka na kuchenkę i nakrywanie go pulką, czas gotowania przestał mi bardzo przeszkadzać.

          1. mogę ci jakoś podesłać zdjęcia pulek? zobaczysz jak to wygląda. nic się nie haczy itp. ja na pierwszym wyjeździe miałem worek taki jak twój. mam więc porównanie :)
            kiepski sprzęt nie kucharka ;) jak gotowaliście do termosu to szybciej wyjdzie małych ilościach. garczek z radiotorem od spodu maksymalnie odbiera ciepło z ognia. do tego propan i sama zobaczysz różnice :)

          2. podesłać oczywiście możesz, widziałam już kilka pulek w tym też profesjonalne, to nie zmienia mojego zadowolenia z kupionych za 132 zł sanek i starego nieprzemakalnego worka- jestem minimalistką, do spakowania moich rzeczy niewiele trzeba. A propos kilku minut na 0,9 l wody gotowanej w warunkach polarnych- gratuluję! Pokonałeś mój elektryczny czajnik. Z ciekawości zmierzyłam parząc sobie przed chwilką herbatę. 3,5 minuty, woda o temperaturze pokojowej, atmosfera w kuchni całkiem przyjemna ok 20 stopni, wiatr slaby, za oknem śpiewał ptak.

  8. Kasiu,
    woda destylowana jak wiadomo pozbawiona jest wszelkich minerałów. Chyba najlepszym sposobem na zmineralizowanie wody jest dodanie do niej soli himalajskiej lub kłodawskiej. Ja stosuję w ilości ok. 0,5 małej łyżeczki na 4l wody. Nie wolno używać zwykłej, białej soli oczyszczonej!

    1. Hej, próbowałam, paskudnie smakuje w herbacie… zupy soliliśmy, sól była kamienna więc chyba nie najgorsza. Wydaje mi się, że to brak potasu i magnezu- bo to chyba one mają wpływ na skurcze. Niby łykaliśmy tabletki, ale nie zawsze i prawdopodobnie za mało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *