wspomnienia z Hiszpanii cz1

Cap de Creus- Perthus

Ponieważ pisałam relację na bieżąco, wiecie co się działo. Pomimo tego chciałabym wrócić do tamtych dni, choćby po to żeby pokazać Wam zdjęcia. To też sposób przypominania sobie, a chciałabym tę historię zapisać całą, nie wiem jeszcze co z nią potem zrobię.

Po powrocie zablokowała mi się karta pamięci, przepadło przy tym kilka pierwszych zdjęć. Wietrzny peron na stacji kolejowej w Gironie w lepkiej ciemności. Figueres lśniące świeżo spłukanym brukiem, natręctwo jaskrawych sodowych lamp, błąd w nawigacji. Hostel gdzie zarezerwowałam nocleg, zamknięty i sms, że klucz leży w skrytce w drzwiach i niby można ją otworzyć na hasło, ale ja, zmęczona, spocona, wystraszona nie dałam rady, pomógł mężczyzna z piwem w dłoni. Trzasnął i klapka opadła.

Niefortunna lampa na tarasie, która znienacka oświetliła parę i ich skręty, a chciałam tylko żeby zajaśniało w kuchni. Północ. Arbuz, lepkie dłonie, natrętny zapach z toalety, i potem kurzajka na stopie. Maski. Maski, maski, zwykle jak trzeba na twarzach czasem na przedramieniu, uparcie wymagane w autobusie, a zdejmowane beztrosko w każdej knajpie, w ścisku, hałasach i śmiechach. Maski na twarzach dziewczyn topless, maski policji z jaskrawą katalońską flagą, maski wdeptane w chodniki, porozrzucane wokół koszy na śmieci. Dusiły mnie.

Pierwsze co mi się zachowało na zdjęciach to dom Salvadore Dali. Dwie srebrne głowy na dachu, suche zbocza zarośnięte kolcami, zarys tarasowych pól, Morze Śródziemne granatowe, pełne żaglówek. Straciłam fotografie kamienistych plaż, ludzi pochowanych w cieniu skał, kafejki gdzie na chwilę przysiadłam nad sałatką z rybą, w ten upał niemożliwie tłustą. Pamiętam jak zazdrościłam tym, co się pluskali w wodzie i jak zastanawiałam się czy nie postawić gdzieś bezpiecznie plecaka i nie zmoczyć się chociaż na chwilę dla ochłody. Podejście, pot na policzkach, na brodzie, lepkie ubranie. Zbyt duże buty, w których dopiero uczyłam się chodzić, ulubione buty długodystansowców, dla mnie – górskiego łazika dziwne. I żar, rozgrzane brukowane ulice, rozgrzane mury, rośliny co zamarły byle wytrwać do nocy, pierwsze szlakowe znaki. Wiatr narastał i po południu kiedy stanęłam na końcu cypla było już przyjemnie i chłodno. „Cap de Creus” głosił napis na autobusie. Nie wiedziałam, że tu można podjechać!

Tłum z autobusu ruszył w stronę schroniska, ja przeszłam jeszcze kilka kilometrów i zanocowałam w bardzo starej cabanie. Był 26 czerwca, na szlaku GR11 cudownie pusto. Dziwiło mnie to.

Rano, kiedy znów schodziłam na wybrzeże znad chaszczy poprzerastanych opuncjami podniósł się rój małych jasnych much. Gęsty tuman, jak zimowa zawieja. Wirowały na granicy światła i cienia, może świętując uwolnienie się z więzów rosy.

Wykąpałam się dyskretnie w porcie. Nikt nie zainteresował się moim bagażem, woda była zaskakująco zimna, nie było fali.

Z Port de Selva wyszłam GR11. Podchodził stromo aż do monastyru. I tylko to pamiętam, podejście, ukrop, strumień potu spod okularów. Na mapie pod klasztorem jest źródło. Poszłam tam najpierw, oblałam się wypiłam chyba z litr przez filtr, bo tabliczka jednoznacznie ostrzegała „woda niebadana nie do picia”. Rozłożyłam matę w cieniu drzew. Szumiały, że niemal czułam chłód. Javier był pierwszym wędrowcem, którego spotkałam. Jedynym, który szedł całe Pireneje. Zbagatelizował ostrzeżenie o czystości wody. Chwilę siedzieliśmy razem w cieniu. Młody, sympatyczny. Planował cały GR11. „Do zobaczenia” żegnał się, chociaż szansa, że się ponownie spotkamy była nikła. Nie miałam zamiaru trzymać się szlaku. Chwilę za monasterem GR11 opadł ponownie na wybrzeże ja ruszyłam na wprost skrajem gór od jednego stanowiska archeologicznego do drugiego. Dolmeny, grobowce megalityczne zabytki sprzed 4,5 tysięcy lat ciągnęły się przez kilkanaście kilometrów, łączyły je zawiłe ścieżki, głaskał wiatr z rozpalonego południa i czasem chłodniejszy podmuch od wybrzeża. Z tej wysokości wszystko niżej wydawało się zupełnie płaskie. Plaże ciągnęły się po horyzont nad lądem unosiła się lekka mgła. Na zachodzie piętrzyła się Garotxa. Wsie nie przypominały jeszcze tych z gór, domy płaskie, postawione luźno, z ogrodami. Była woda, nawet umyłam się przy źródełku – dyskretnie, pod ubraniem jak żul, na ulicy. Na powrót znalazłam GR11, rozbiłam namiot przy zbiorniku z wodą, drugim z kolei już po ciemku. Cylindryczny wysoki, ledwo mi się udało sięgnąć i zaczerpnąć. Wokół kręciło się stado dzików, młode były bardzo ciekawskie, ale kiedy je postraszyłam odeszły.

Do Sant Quirze de Colera prowadził asfalt. Przecinały go niezliczone bariery dla krów, metalowe rury położone płasko nad wgłębieniem w szosie. Absurdalnie głębokim. Krowy się ich boją, bo rura się łatwo przekręca, nie wiem jak sobie z tym radzi rowerzysta, pobocze było pełne ostrzegających znaków. Monastyr pusty, drzwi zamknięte, na parkingu biwakował kempingowiec. Źródło suche, restauracja nieczynna, dobrze, że wypatrzyłam ogrodowy wąż.

Monastyr z 8 wieku. Wokół tylko wyschnięte góry. Odchodziłam już kiedy podjechał kolejny samochód. Szłam w górę na grań w rozedrgany upał. Polną drogą, chaszczami na szosę. Asfalt z Col de Banyouls. Wydawał mi się absurdalnie szeroki, czysty jakby nigdy nie używany. Potem widziałam na nim rowerzystów. Dla pieszego był jak wędrówka do piekła. Rozgrzany jak płyta piekarnika. Nieunikniony przez kilka kilometrów. Odetchnęłam z ulgą widząc wieś, tuż za nią powinna być rzeka, ale wyschła. Dno porastały nadwodne rośliny, w kałuży została zawiesina z glonów, jaskrawa zieleń w tym suchym krajobrazie drażniła oczy. I zaraz za mostem jakby dla równowagi przy płocie otaczającym oliwny sad -stolik. Na nim butelki wody i napis w 5 językach też angielskim- woda do picia, self service. Był tam cień i ślad przewiewu położyłam się na macie, na drodze, pod śliwką która już dojrzewała, polałam wodą. Chwila rozczarowania kiedy zobaczyłam suchą rzekę dobiła mnie. Leżałam, patrzyłam na drzewa. Doszłam do siebie.

Szlak biegł wzdłuż rzeki, lasem w lekkim cieniu, ale w duchocie niemal bez przewiewu. Woda w korycie nikła i się pojawiała. Źródło nie wyschło. Polałam się, zmoczyłam ubranie i włosy. Wypiłam z litr. I zapomniałam wszystko aż do wieczora. Las, gęsty dębowy bardzo ciemny. Schronisko z kartką, że zamknięte bo covid, ale drzwi otwarte. Piętrowa prycza, kran zasilany zbiornikiem na deszcz, suchy. Nocą myszy ukradły mi puszkę po sardynce.

Pod schronem był dawny piec do wypalania wapna. Tuż obok zamek w Requesens. Obejrzałam go dopiero rano, w zasadzie obeszłam wokół. Nie było otwartego wejścia, na ogrodzeniu tymczasowym, budowlanym kartka, że prywatne. Mury stoją prawdopodobnie od 9 wieku, ale w 19 przebudowano je w stylu neoromańskim. Zamek robi wrażenie dopiero z dystansu. Z następnego pagórka – rozdroża szlaków. Wybrałam ten biegnący skrajem gór, był tam przewiew i nawet widok na morze, ale to droga, więc kiedy pojawiła się ścieżka do Perthus skręciłam. Z góry widziałam jak szlak do la Jonqera przecina szosę. Zakola autostrady, rozryte głęboko zbocza. Luźną chaotyczną zabudowę. Więc znów skręciłam, znak zapowiadał wodospad. Ścieżka ledwo widoczna, skały, urwisko, łańcuchy. Dość trudno, biegowe buty o nieznanej podeszwie dobrze trzymały, nawet byłam tym trochę zdziwiona. Wodospad… nie wiem czego się spodziewałam, pewnie chłodu. Był suchy. Tylko skała. Wiszący most, drapiące krzaki. Perthus to twierdza. Schodziłam prosto na fort, ale oczywiście wcześniej jest szosa i miasteczko pełne przygranicznych sklepów. Zjadłam tam paellę, spokojnie, powoli, przy zasłoniętym parasolem stoliku. Tylu ludzi szuka biurowej pracy, ale czy ktoś błogosławi urzędnika? Wychodząc błogosławiłam kucharza. Ryż uspokoił zdenerwowany żołądek. Czułam się świetnie.

Share

2300 km przez Hiszpanię- sprzęt

Prosiliście o podsumowanie sprzętowe, więc piszę.

Lato to najmniej mi znana pora roku, najsłabiej reprezentowana na blogu. unikam go, bo drażni mnie tłok i, bo słabo znoszę upały. Ma oczywiście swoje plusy i jednym z najważniejszych jest lekkość.

Plecak (Gregory Octal 55l, o wadze 900g) zwykle był w 1/3 pusty, spokojnie zmieściłabym się w 45 l, nie kupiłam jednak kolejnego plecaka, nie chciałam gromadzić więcej sprzętów, poza tym ten nadmiar miejsca pozwalał mi nosić wafle ryżowe, czy sałatę bez gniecenia ich, co było fajne. Przydał się też w transporcie. Zabrałam karimatę, nie materac i nosiłam ją przypiętą na zewnątrz, w samolocie zmieściłam w środku, podobnie jak kijki.

Namiot DD Hamlock Superlight Pyramid Tent o wadze 650g (ze szpilkami) okazał się denerwujący, ale wystarczająco dobry na lato. Nie zabrałabym go wiosną, czy późną jesienią, kiedy na ścianach zawsze jest kondensacja, a suszenie śpiwora jest utrudnione. Jest zbyt krótki dla mnie (pomimo tego, że niby dwuosobowy), jeśli podłoże jest nachylone (czyli w 99% przypadków) zjeżdżam nocą i śpiwór w nogach dotyka namiotu, przez co często bywa mokry. Latem to jest niewielki kłopot. Suszenie zajmuje chwilę, z tym, że trzeba o nim pamiętać.

Denerwujące jest też zbyt niskie wejście. To namiot bez podłogi i kiedy stawia się go w wysokiej trawie nie daje się wejść żeby postawić kijek nie ocierając się o całą okolicę, pełną zazwyczaj głodnych kleszczy, czasem mokrą. Wystarczyłoby kilkanaście cm zamka więcej.

Kolejną wadą, uzasadnioną, bo ogranicza wagę są tasiemki na szpilki nie gumki, które trochę zamortyzowałyby energię porywów wiatru i szpilki nie wyrywałyby się aż tak łatwo.

Materiał jest bardzo szczelny, kiedyś nałapał mi kilka litrów wody (przydała się akurat nie miałam), ale namiot przecieka na tylnej ścianie. W okolicach uchwytów do mocowania sypialni (której nie mam) zbierają się krople i jeśli namiot łopoce na wietrze są strząsane (często na twarz), jedyny sposób jaki na nie znalazłam to przywiązywanie w tych miejscach sznurków, które jak knoty sprowadzały wodę w inne miejsce. Nie wiem czy to wada klejenia szwów, czy konsekwencja bliskości wywietrznika. Jest to mało uciążliwe przy bezwietrznej pogodzie i mżawce, i przykre w wypadku burzy.

Wentylacja jest taka sobie, zwłaszcza w trawach, więc zwykle zostawiałam nocą otwarty zamek i często całkiem odchyloną połę. Wewnątrz jest tyle miejsca, że można rozwiesić pranie i jeśli namiot jest otwarty ma to sens, bo większość wyschnie.

Tropik nie jest chyba impregnowany niczym hydrofobowym, nie da się z niego strzepnąć wody, schnie za to bardzo szybko.

Po 3 miesiącach nie widzę na namiocie żadnych śladów zużycia, pomimo tego, że nie ma on wzmocnienia w miejscu gdzie kijek dotyka tropiku. Natomiast woreczek na szpilki wykonany z tego samego materiału z powodu wiązania zawsze w tym samym miejscu oblazł z przeciwdeszczowej membrany, wykruszyła się.

Reasumując jest to niezły namiot dla osoby o wzroście poniżej 170 najlepiej z małymi stopami i płaskim czołem :). Jak wszystkie podobne konstrukcje na kijkach stawia się go niezwykle łatwo, wystarczy rozłożyć na ziemi, wbić szpilki i wejść do środka z rozporowym kijkiem. Z tym, że wejście raczej na kolanach. Wewnątrz da się spokojnie usiąść, można ugotować, przebranie się nie stanowi problemu. Spędzałam w środku bardzo mało czasu, rozbijałam o zmierzchu, zwijałam o świcie. Biwakowanie w Hiszpanii nie jest w pełni dozwolone więc najlepiej jak namiotu nikt nie widzi. Ten szczęśliwie raczej nie rzuca się w oczy.

Miałam moskitierę z deca, o wadze 150g, podwieszałam ją do uchwytu kijka trzymającego namiot. Przydawała się, bo bywały i komary i meszki, kiedyś wygryzła mi w niej dziurę mysz.

Miałam też prostokąt wycięty z plastikowej plandeki (kolejne 150g) jako podłogę. Kręcę się i nie chciałam moczyć śpiwora. Ten zestaw był o połowę lżejszy niż sypialnia DD Hamlock występująca w parze z moim namiotem, nie wspominając już o cenie i w zupełności wystarczał, zwłaszcza że peleryna była zwykle sucha więc kładłam ją jako dodatkową izolację.

Moskitiera przydawała się też w schronach i jako prześcieradło w podejrzanych miejscach.

Karimata- zabrałam moją pierwszą Karimorra z 1984 roku o długości 147 cm i wadze 300g. Ta długość wystarcza mi latem, pod głową mam poduszkę (czyli worek na śpiwór wypełniony ubraniem), wystające czasem nogi nie są problemem, tam nie marznę. Praktykowałam siestę, wiec mata przydawała mi się też w dzień.

Śpiwór- zabrałam nowego Robertsa. Uszytego z pertexu quantum, bez kaptura, bez listwy okrywającej zamek i z szerszym miejscem na nogi. To luźny śpiwór, który w upał nie klei się do ciała, można go sprytnie rozpinać w różnych miejscach, bo zamek ma 4 maszynki. Jest też rozpinany na całej długości- otwarty jest jak kołdra. 300g najlepszego puchu waga całkowita 700g, Byłam w 100% zadowolona.

Palnik tytanowy BRS o wadze 24g, z OLX- używałam go sporadycznie, zwykle było zbyt gorąco żeby gotować. Nie widzę wad.

Garnek tytanowy, tani, trafiłam na wyprzedaży. Waży 80 g tyle co mój stary stalowy kubek, ma większą pojemność i korzystniejszy kształt, również mało go używałam. Najcięższym elementem jest uchwyt i gdyby się go pozbyć, lub wymienić byłoby jeszcze lżej.

Łyżka silikonowa 18 g, fajna, da się nią tak wybrać jedzenie z garnka, że prawie nie trzeba go myć, po 3 miesiącach wyszczerbiły się brzegi.

Plastikowe pudełko z przykrywką 36g- to mój talerzyk i kubek, i pojemnik na miękkie jedzenie, zbyt dużą porcje w barze, owoce itp.

Scyzoryk Victorinox Clasic (106g). Myślałam, że go zgubiłam, wpadł za podszewkę torby na aparat, więc teraz dopięłam mu karabinek (3g). Przypinałam go do oczka w torbie i to był bardzo dobry pomysł. Nie jest to prawdziwy nóż, ale wystarcza. Udało mi się przy jego pomocy zjeść pół arbuza. Ma nożyczki, nieco zbyt delikatne do moich paznokci więc dodatkowo wzięłam obcinarkę. Jako mój jedyny twardy solidny przedmiot przydawała się też do podważania plastikowej zatyczki z butli na gaz. Kiedyś wyrzucałam te zatyczki i butla wędrowała ze mną z odkrytym gwintem, teraz podejrzewam że przyśpieszało to zużycie palników, bo w gwint mógł się dostać paproch czy piach i być może dlatego je ukręcałam.

Buty- Altra Lone Peak 5. Przyjęłam że są ok na podstawie doświadczeń Leśnej. Tak jak radziła kupiłam je dużo za duże (44, a mam stopę 41- 42) na początku mnie to denerwowało, zaczepiały mi się o skały, dodatkowo przeszkadzał też wysunięty tył, który jak zrozumiałam ma chronić przed wpadaniem do środka piachu- i to się w moim przypadku sprawdziło. Nigdy mi nic nie wpadło do buta, a nie nosiłam żadnych stoptutów.

But był na tyle duży (ok 2,5 cm luzu), że palce nie wchodziły pod czarny otok na froncie. Całe szczęście, bo jeśli kiedykolwiek zdarzyło im się tam wejść (np przy długich zejściach) odparzały się końcówki dużego i drugiego palca. Te odparzenia były zwykle bezbolesne, najlepiej było ich zupełnie nie ruszać, poczekać aż pęcherze same się wchłoną i nie usuwać podwójnych skór. Kiedy to raz zrobiłam kolejny pęcherz był bolesny. Pod koniec miałam na czubkach palców kilka warstw martwej skóry.

W Navarra spotkałam dwójkę wędrowców w identycznych butach, Hiszpanów, potwierdzili, że w gorącym klimacie potrzebny jest tak wielki luz, im też w mniejszych poodparzały się palce.

Wkładka z pianki Eva zbiła się już po kilku dniach, ale rozpadła dopiero w połowie drogi. Tył się wystrzępił i zrobił mi się bąbel na pięcie. Wymieniłam ją na żelową wkładkę Scholla w rozmiarze 46, nadmiar z przodu przycięłam (nożyczkami ze scyzoryka) uzyskując niemal identyczny kształt jak Altra. To wkładka o lekko podwyższonej pięcie, niwelowała powiększające się z czasem negatywne nachylenie podeszwy (piętą do dołu). Altrowych wkładek nie wyrzuciłam i używałam ich do suszenia. Buty niestety nie schły mi tak szybko jak na Agnieszce. Od końca deszczu czy wyjścia z rzeki lub mokrej trawy mijało kilka godzin zanim przestałam czuć wodę. Natomiast po wymianie wkładki na suchą i zmianie skarpet efekt był w zasadzie natychmiastowy. Druga wkładka wielokrotnie mi się przydała. Na paskudnie kamienistym podłożu pod koniec wkładałam obie na raz.

Od początku nosiłam pod wkładką z pianki żelowe wkładki pod pięty. Altry mają zerowe nachylenie podeszwy (zerowy drop), są płaskie jak trampki czy kapcie i nie czułam się z tym komfortowo. Jestem przyzwyczajona do kilku mm pod piętą. Wkładki kupiłam w Mercadonie za 2,8 i były naprawdę genialne. Nigdy wcześniej nie miałam tak świetnie zamortyzowanych butów. Nie straszny był mi szuter czy asfalt. Niestety „koreczki” były z wierzchu skórzane, po kilku przemoczeniach zesztywniały i to chyba ich ostre brzegi były winne bardzo szybkiemu przetarciu się wyściółki buta. Pierwsza dziura pojawiła się już po 500km. Leśna radziła przykleić taśmą, powtarzałam to co kilka dni, niewiele to dawało. Odklejało się po każdym zmoczeniu, zwijało pod piętą. Na koniec wyściółka przetarła się również na górze buta i w zasadzie wisiała luzem.

Miałam też wkładki ortopedyczne, ale założyłam je tylko raz zanim zdobyłam Scholla (w aptece).

Altra Lone Peak ma nieźle wentylowany przód (poza czubkiem), ale tył całkiem plastikowy. Nie przeszkadzało mi to dopóki szłam, ale na każdym choćby krótkim postoju musiałam natychmiast zdjąć buty. Wyciągałam przy tym wkładki na słońce, dzięki temu chyba nie pojawił się żaden przykry zapach.

Podeszwa jest miękka, za duży czubek rzeczywiście zgina się w skałach (jak napisała Agnieszka) i rzeczywiście jakoś straszliwie to nie przeszkadza, bardziej niezwykle szeroki przód, dla mojej stopy z ogromnym luzem z boku, przydeptywałam to sobie w każdym trudniejszym skalnym miejscu. Przeszkadzał też wystający tył. Nie miałam natomiast uwag do przyczepności. trafiłam w kilka miejsc gdzie szłam tylko na tarcie, stopami po pionowej płycie (była lina) buty trzymały wystarczająco, nawet mokre.

Podeszwa zaczęła się przecierać pod piętą po ok 1500km, ale nie spowodowało to problemów aż do końca.

W ostatnich dniach, w Galicji zrobiła mi się dziura z przodu, tam gdzie kończył się duży palec (z wystrzępionym paznokciem po uderzeniu schodzi mi już od 2 lat, już się to poprawia). Trochę mi się przez to sypał piach, próbowałam zaszyć, ale wyszło jeszcze gorzej.

Mam wąską stopę i but bardzo mi się kręcił, przy zejściach stopa zjeżdżała ok 1,5 cm, może i 2, ale nigdy nie dotykałam palcami czubka buta. Idąc w Picos de Europa gdzie jest dużo wspinaczki kupiłam bardzo grube skarpety (takie dziergane z wełny) pomogły mi trochę i stopa lepiej się trzymała buta. Były ciężkie więc potem je wyrzuciłam.

Skarpety ( Powerstretch, Kwark), zabrałam 2 pary, plus jedną już prawie przezroczystą za starości, którą miałam zamiar zużyć i wyrzucić (i tak zrobiłam). Do końca wytrwała tylko jedna para. W drugiej po ok 1600km wytarły się dziury na piętach. Nie wiem na ile były w to zamieszane podklejane srebrną taśmą buty.

Spodnie- Portki Podróżne Kwark. Bardzo wygodne, pozwalały się podciągnąć za łydkę (i tak je zwykle nosiłam), i opuścić jednym ruchem w pokrzywach. Są tak elastyczne że prawie się ich nie czuje i luźne więc lepsze na upał. Byłyby jeszcze lepsze gdyby nie były czarne, brudu nie było nigdy widać, niemniej byłoby mi chłodniej w jasnych. Zaletą też była wybitna nieśmierdliwość. Mało je prałam, były wstępnie popryskane permetryną. Wytrzymały, nie zmieniły koloru. ich rozmiar troszkę się powiększył, tak jak w Pustynnej, natomiast jeżyny, przez które się przedzierałam niemal codziennie pozaciągały powierzchnię w wielu miejscach i to chyba jedyna wada dzianin w porównaniu z tkaninami. Poza tym sama przyjemność.

Koszulka Pustynna Kwark, grafitowa, z długim rękawem. Miałam ją na sobie codziennie, chroniła przed upałem, zasłaniała przed upiornym słońcem. Powiększyła się nieco- rękawy zrobiły się o 5 cm za długie, kolor spłowiał, nie dorobiłam się żadnych dziur, tylko kilku zaciągnięć od jeżyn.

Poza tym nic się nie zużyło, kwarki: wiatrówka Laponia, legginsy z powerstretchu, bluza jak bluza Retro z wełny, dwie cienkie wełniane koszulki z krótkim rękawem (spałam w nich, czasem w obu na raz, kiedy zgubiłam czapkę jedna służyła za ciepłą chustkę na głowę),zgubiłam Barana z Bipolaru i kapelusz Rondo, zastąpiłam je kapeluszem i włóczkową czapką ze sklepów z pamiątkami. Jak zawsze miałam też chustkę z jedwabiu używaną jako szalik i ręcznik- z ciuchbudy.

Pomimo tego, że bywało zimno ta ilość ubrań mi wystarczyła, dwukrotnie musiałam założyć na siebie wszystko, łącznie z przeciwdeszczowymi. Miałam moskitierę na kapelusz, używaną zwykle jako worek na ubranie (lekki, przewiewny), kilka razy bardzo się przydała.

Od deszczu zabrałam pelerynę na plecak z deca (650g ) – nie przemakała, ale ze względu na piękną pogodę służyła głównie za dodatkową izolację na ziemi, przeciwdeszczowe spodnie za 29 zł (200g) przydały się tylko w Kraju Basków. Peleryna ma słaby kaptur, daszek opada na oczy, dlatego nosiłam ją razem z kapeluszem, wodę z ronda trzeba było regularnie wylewać, ale działało to bardzo dobrze. W zimne dni pod kapeluszem była czapka lub jeśli padało kaptur wiatrówki- w czapce spałam, a miałam jedną więc wolałam jej nie moczyć, kaptur od Laponii wystarczał.

Rękawiczki z Powerstretch Pro przydały się kilka razy w Pirenejach i w Kraju Basków.

Od lat mam stare kije Black Diamond, bez amortyzatorów, najprostsze, długie na 145cm, teraz paski na dłonie oblazły mi do gołej taśmy, nie przeszkadzało mi to. Kilkunastoletnia wodoodporna latarka Black Diamonta zaczyna padać, coś tam nie kontaktuje i się wyłącza, sparciała gumka.

Stare okulary Julbo Sherpa wytrzymały jeszcze i ten marsz, lubię je za długi, zakręcony uchwyt na ucho- nie uciskają głowy jak te typowe.

Majtki 2x kwark, stanik- od kostiumu (zabrałam dwa, ale wyrzuciłam jeden, był ciężki, a wszystko schło tak szybko, że nie martwiłam się zmianą do prania). Szorty do pływania- dziewczyny mi uszyły.

Maska uszyta przez panią Olgę z Kwarka, bardzo lekka, bez niej w Hiszpanii nie weszłabym do baru czy sklepu. Na podróż samolotem zabrałam maskę z apteki i wracając kupiłam 2 nowe.

Nie używałam kosmetyków, poza pastą do zębów (Ajona, koncentrat) i czarną maścią kupioną w Torli- pomagała na oparzenia. Krem z filtrem, który zabrałam z Polski spływał i nic nie dawał, wrzuciłam go, wystarczył cień kapelusza. Miałam kawałek mydła i żel do dezynfekcji rąk.

Miałam filtr do wody, Life Straw, luzem, nie przykręcony do butelki (jak ten który nosiłam w Armenii czy Gruzji). Zrezygnowałam z butelki ze względu na wagę, sam (suchy) filtr waży tylko 47 g i zajmuje mało miejsca. Używany, czyli wilgotny pewnie jest cięższy o kilkanaście gramów, bo wody nie da się całkiem usunąć. Tak czy siak to znacznie mniej niż inne filtry. Używałam filtrów life straw w sumie przez 6 miesięcy, słyszałam opinię, że ciągle się zapychają, mi nie sprawiły żadnych kłopotów. Używanie słomki luzem jest mniej komfortowe niż filtra zintegrowanego z butelką, wodę trzeba przelać do kubka czy garnka i tak pić. Mi to nie przeszkadzało, i nie jest wystarczającym powodem do dźwigania cięższego filtra.

Po wypiciu trzeba dokładnie wydmuchać resztki wody z filtra, to ok 20-30 ml, używałam jej do spłukiwania potu z twarzy, a jeśli nie było szans na szybkie uzupełnienie butelki, wlewałam z powrotem i filtrowałam kolejny raz.

Leśną (pełną drobin ściółki), czy zamuloną wodę zostawiałam na chwilę w garnku żeby osad opadł i piłam tylko czystą z wierzchu, raz przelałam przez jedwabną chustkę- pomogło. Jeśli filtr się czymkolwiek oblepił z zewnątrz opłukiwałam go w strumieniu. Jak dotąd nigdy mi się nie zapchał, w przypadku kiedy woda płynęła słabo wystarczyło przedmuchać.

Share