Wiosna w Andach cz16 Wulkan Villarica-Pucon

Środkiem parku narodowego prowadzi gruntowa droga. Musimy iść nią 3 czy 4 kilometry. Początkowo w cieniu, w gąszczu drzew, wyżej w plamach słońca. Pylista nawierzchnia nagrzewa się, dopada nas upał. Ostatnie zabudowania to parkowe biuro. Stoją tam wygodne altanki, jest toaleta, usiadłabym, już prawie pora drugiego śniadania, czuję się zmęczona, nie wiem czym. Ale Jose upiera się żeby jak najszybciej przejść, nie zaglądać nie rzucać się w oczy, jeszcze nas stąd ktoś wygoni, czy wlepi mandat. Nie sądzę, zresztą nikogo tu nie ma, ale zgadzam się dla świętego spokoju. Siadamy na kłodach drewna dalej nad rzeką. Najpierw przejeżdża para rowerzystów. Niemcy? Holendrzy? Zastanawiamy się. Nie mija kilkanaście minut i skąpo odziana dziewczyna biegnie w dół. -To ta sama, rowerzystka z sakwami- mówi Jose, ale nie jestem pewna, aż tak dobrze jej się nie przyjrzałam. Zapamiętałam chłopaka, bo jechał bez koszulki, goły w tym słońcu!

Myślę, że robi się tu wielki tłok. Nie ma rady zbliża się grudzień, a z nim lato. Jose nudzi się i wyrusza pierwszy, ja najchętniej trochę bym poleżała. Kiedy go gonię w przedpołudniowym skwarze ostro pod górę wyprzedza mnie ta sama dziewczyna. Staje na moment i pyta jak długo idziemy. Mogłam się pochwalić, spytać o coś, podtrzymać rozmowę, ale byłam tym niespodziewanym kontaktem tak zdziwiona, że tylko coś ogólnikowo wyjąkałam. Od dawna, prawie od 40 dni…

-Wróciła po dokumenty- mówi Jose z miną detektywa- wtedy biegła bez pasa z kieszonkami teraz z pasem, pewnie go zostawiła w toalecie. „Może i tak, gdybym tam zajrzała znaleźlibyśmy go i zmartwili się co mamy zrobić. Pewnie to ich pierwszy dzień” myślę z odrobiną żalu, że nie wypytałam. Jakoś dziwnie się czuję, już od rana, zmęczona, zziajana. A szlak podchodzi, trzeba wrócić na wysokie płaskowyże. Drogą idzie się wygodnie i szybko, w zawiłych labiryntach bambusów, po skałach, wolniej i bardziej stromo. W gąszczu jest duszno. Jose nudzi się i mnie wyprzedza. Wlokę się sama ponad godzinę i zastanawiam czy się gdzieś nie zgubił. Na szczęście nie. Leży na łące, w filcowym kapeluszu, ale bez koszulki, jak rowerzysta. -Ej, ja też chcę usiąść!- Protestuję, kiedy się zbiera. Czeka moment i znów mnie wyprzedza. Ścieżka biegnie teraz łąkami, kwitną łany pomarańczowych kwiatków i kępki białych. Idziemy zygzakiem przylepionym do zbocza aż do ogromnej płaskiej doliny wypełnionej skruszałą lawą. W czymś takim zawsze jestem szybsza niż Jose. Doganiam, nawet wyprzedzam. Zwalniam przy rzece niepewna czy znajdziemy kolejną. Wulkaniczne tereny to pustynie, trudno o wodę. Ta, która teraz spływa z gór to topiony śnieg. Oglądam mapę, decyduję, że jednak znajdziemy coś dalej, choć może to tylko nadmierny optymizm, strasznie mi się nie chce dźwigać. Opadłam z sił. Kolejna zaznaczona na mapie rzeka jest sucha. Do następnej mamy jeszcze 6 kilometrów. Światło staje się coraz cieplejsze, cienie wydłużają, się skomplikowana struktura lawy błyszczy i mieni się. Martwi mnie, że zostaniemy bez wody i wymuszam na Jose nabranie z podejrzanej kałuży, zawsze to coś, choć brązowe i ciepłe, lepsze niż nic.

Rzeka nie wyschła. Wieczorem jest wezbrana, wcale nie tak łatwo ją przejść suchą nogą bez zdejmowania butów. Dalej już nie ma po co iść. Na mapie nie widać już kolejnej wody. W korycie same urwiste skały- wyjdźmy troszeczkę, będzie ładniejszy widok- marudzę, ale Jose już wybrał łachę czarnego piachu- sama wyjdź, zrób zdjęcia, a ja je sobie potem obejrzę.

Wychodzę, mozolnie wdrapuję się na stromy stok. Pomarańczowa łuna zabarwia dalekie wzgórza na czerwono, lodowiec Villarica błyszczy złotem daleki już wulkan Lanin jest różowy. Światło pięknie podświetla las z araukarii, gdzieś daleko, nisko na zboczu. Piarg zjeżdża z chrzęstem kiedy schodzę do naszego biwaku. Jose zmienił zdanie w sprawie łachy piachu. -Chodźmy na tą bliżej wody- mówi – ta nie jest płaska. Zgodnie pomagam przenieść nasze rzeczy. Rozbijamy biwak i długo, jeszcze po ciemku gotujemy przyjemną kolację. Lubię nocować nad wodą. Nie trzeba jej oszczędzać, można się umyć, coś uprać.

Ranek jest pogodny i ciepły. Znów wędrujemy lawowym polem, teraz już nieco skruszałym, łatwiejszym. Przecinamy suche koryta rzek, robi się coraz bardziej zielono. Kępy kwiatów, płożące roślinki. Czym niżej tym ich więcej aż pojawia się nawet trawa, a na niej krowy. Tuż przed bardziej stromym zejściem w las mijamy ostatni potok. Nurt w wyszlifowanym skalnym korycie jest mętny, Jose nabiera w zakolu gdzie woda stoi i wydaje się bardziej przejrzysta. Wykorzystuję ten czas żeby poleżeć. Czuję się źle, słaba, zmęczona, może się czymś strułam, albo za długo byłam na słońcu?

Schodzimy w las, niby w cień, a jest gorąco i duszno. Przez moment mam zamiar zejść do wsi Villarica, choć wiem, że to wymaga długiego marszu pylistą drogą. Widać tę drogę z góry, każdy pojazd ciągnie za sobą tuman pyłu. Jednak zmuszam się i wlokę się dalej. Trawersem wokół krateru, w górę i w dół, przez piarżyska i płaty lawy. Nad rzeczką siadam odpocząć źle, bo na słońcu i robi się jeszcze gorzej. Choć koryto jest suche wyżej wypatruję kałużę z maleńkim niemal niewidocznym dopływem. Woda ledwie kapie, jest ciepła, ale kiedy się zmoczę i ją wyleję na głowę czuję się lepiej. A znów podejście, szlak nie opada. Wędrujemy odkrytym trawersem z widokiem na jezioro Villarica. Na horyzoncie pojawia się wulkan Osorno. Nie mogę uwierzyć, że doszliśmy tak daleko na południe.

Za grzbietem zrywa się lekki wiatr i zmęczenie przechodzi mi jak ręką odjął. Brniemy skałami i kwitnącą łąką do wyciągów. Budynek, który przy nich stoi jest otwarty, ale pusty. To raczej prywatne mieszkanie nie schronisko. Szlak skręca w dół i my też schodzimy. Dopiero z drogi kilkaset metrów niżej widać, że schronisko było troszkę dalej. Teraz jest już za późno na powrót. Idziemy serpentyną wyciętą w rudej glinie. Na mapie są tu rzeczki, ale każda kolejna jest sucha. Mijamy ogromny pusty parking i pozamykane toalety. Nie ma już więcej turystycznych zabudowań. Długa leśna droga. – O domek- mówię. Jose zagląda spytać o wodę. To osada drwali. Kiedy nabieram do wszystkich naszych butelek Jose zamienia z nimi kilka słów. Z lasu wyjeżdża ciężarówka pełna świeżo wyciętych pni. Na drodze ciągnie się za nią lisi ogon. Pył.

Dwa zakręty niżej dogania nas samochód drwali. Podrzucają nas 2 czy 3 kilometry. Stajemy przy zabudowaniach, prowizorycznych i lichych jak poprzednie. Nad dachami bieleje lodowiec. Starszy mężczyzna, do którego inni zwracają się z wielkim szacunkiem, don Camilo tłumaczy coś zawile Jose. Błyska bezzębny uśmiech, zawiłe hiszpańskie formy grzecznościowe powtarzają się jak refren piosenki. Wysiadamy, zabieramy z paki plecaki, na naszych miejscach siadają inni mężczyźni. Samochód zjeżdża do Pucon, my rozbijamy namioty na łączce. Nie ma sensu już dalej schodzić. W tym lesie nie ma innych namiotowych miejsc. Szczyt wulkanu zabarwia lekki pomarańcz, łuna zachodu oświetla doliny zalane mgłą i wysokie bezlistne drzewa nad nami. Don Camilo, oberwany, zaniedbany, jak pracownicy może być właścicielem tej całej ziemi. Jak inaczej wytłumaczyć brak infrastruktury dla narciarzy czy kempingów, barów i wszystkiego co zwykle obrasta wyciągi?

Kiedy stawiamy namioty podchodzą psy, najpierw ostrożnie z jazgotem. Z czasem coraz bardziej przyjaźnie. Jest ich mnóstwo. Wypakowuję resztki jedzenia z plecaków. Zostało nienapoczęte opakowanie owsianki, cała paczka soczewicy i również nieotwarta granulatu sojowego. Nie możemy już na to patrzeć. Otrzepuję torby z okruszków- zanieś drwalom- proszę- powiedz żeby to dali psom.

Jose odchodzi niechętnie, być może myśląc, że nie wypada, ale mi zawsze żal wyrzucać jedzenie. To drwina z Losu, nadużycie zasobów przyrody.

Jose wraca niemal za chwilkę. -I jak?- pytam- pożarły wszystko- na sucho?- niedowierzam- tak, mało się przy tym nie pogryzły- miałeś to zostawić drwalom żeby ugotowali- nikogo nie było.

Kiedy rano zwijamy namioty mija nas korowód autobusów, szkolne dzieciaki jadą na wycieczkę do wulkanu. Czarnowłose dziewczynki w kucykach i szkolnych strojach machają i śmieją się do nas. Kierowcy autobusów jadących w dół nie reagują na nasze machanie. Schodzimy przez kilka godzin, do pierwszej wsi. W chłodnej mgle, która zalała doliny. Niżej mży, chowam się do sklepu i zabiera nas budowlaniec co wpadł na zakupy. W Pucon świeci słońce. Wysiadamy na dworcu autobusowym, kupujemy bilety na nocny kurs i do wieczora snujemy się po ślicznym miasteczku. Pełno tu dobrze wyposażonych sklepów, są restauracje, bary, jest miejski park z plażą, ale bez toalety. Jest rzeczka, w sam raz żeby wyprać skarpety. I tak mija nam ostatni dzień. Leniwie. Jak niedzielnym turystom.

Nocny autobus ma wspaniałe szerokie siedzenia, choć to tylko druga, nie pierwsza klasa. Nie rozgryzamy na czym polega różnica. Nasze miejsca są na piętrze, droższe na dole, kiedy przyszliśmy były już wykupione. Zasypiam i budzę się przed świtem, szosa trzęsie zwalniamy w Santiago. Chilijskie autobusy nie mają sobie równych. Na pokonanie 800 km wystarczyło niecałe 8 godzin.

Share

Wiosna w Andach cz15 Reserva National Villarica

W Maito Centre dna doliny sięga już słoneczne światło. Przejechaliśmy prawie 30 km. Szkoda, że szlaku nie poprowadzono górami. Za bardzo bliską argentyńską granicą ciągnie się park narodowy Lanin. W chilijskich górach po drugiej stronie doliny – rezerwat przyrody Villarica. A nigdzie nie ma do nich dostępu. Tylko ta droga, niemal w całości zabudowana farmami. Szuter i niewielka rzeka Rio Machin. Teraz możemy już odbić w las. Też nie od razu. Zanim ruszymy schludnym asfaltem pod górę w stronę cichutkiej wsi, zaglądamy do sklepiku, który polecił nam Elias. Mocno wije, więc rozwieszamy do suszenia namioty. Sklepik jest malutki, nie ma wielkiego wyboru. Gotuję herbatę, owsiankę. Kupuję drzem. Jest spleśniały. Ekspedientka wymienia go na kolejny, a tam też pleśń.- Oddaj- mówię Jose – trudno zjemy bez dżemu. Nie chcę pieniędzy, niego go po prostu zatrzyma, może za bardzo po europejsku wybrzydzamy?

Odnosi. Mija kwadrans i pojawia się właścicielka sklepu. Opisana nam przez Elaisa pani Rose. Niesie słoik z powidłami wygrzebany w domowej piwnicy, ciemny i gęsty. Odkręca wieczko, nie ma pleśni. Jose dostaje jeszcze dodatkowy chleb. -Chcesz dżemu- pyta, ale już zjadłam, więc mruczę, że może potem, ale po kilku minutach nie ma już ani dżemu ani masła. Jose zjada je pogryzając naprzemiennie. Dżem łyżką, masło wprost z kostki. Chleb pakuje na potem. To dopiero nasze pierwsze śniadanie, choć już tak późno. Rano nie zdążyliśmy, baliśmy się przegapić autobus.

Na podejściu wisi transparent, protest przeciwko budowie kopalni złota. Idąc wśród ślicznych kolorowych domków, zanurzonych w zieleni, wśród pastwisk i spokojnych stad nie mogę sobie nawet wyobrazić zniszczenia jakie wprowadziłaby tu kopalnia. Ale czy ktokolwiek może zaprotestować kiedy złoto leży pod ziemią i zwołuje szumowiny żądne kasy? Czy jakikolwiek farmer ma szansę w starciu z wielkim biznesem? Tyle już widziałam wysiedlonych wsi. Tej też byłoby bardzo żal.

Ostatnim domem jest jak zwykle posterunek strażnika. Jose pogania mnie tak, że nie zdążam nawet nabrać wody (a jest rzeczka). Na podwórku stoją dwa samochody, nie widać ludzi. Droga skończyła się. Ścieżka nurkuje w las i długo wędrujemy wspaniałym gąszczem z rzadkimi widokami na dolinę. Nie ma znaków, ale bardzo nie błądzimy. Za przełęczą szlak opada nad jezioro z piaszczystą plażą. Nic tylko się rozłożyć i pomarzyć. Tak robimy. Wypłasza nas uciekający zbyt szybko cień. Najpierw słońce dopada naszych stóp, potem łydek, kolan… cofamy się, ale to się za moment powtarza. Można by uciec głębiej w las, ale szkoda czasu, ruszamy dalej. Z naprzeciwka nadjeżdża dwóch konnych. Zwalniają. To strażnicy. Jose wyciąga kartkę od Zorro. Młodszy zeskakuje z konia. -To mój przyjaciel!- wykrzykuje. Jose opowiada, że u niego nocowaliśmy. Długo gadają. Patrzę jak wiatr marszczy powierzchnię jeziora. Nic nie rozumiem.

Szlak biegnie brzegiem, wśród starych drzew i w gęstwinie bambusów. Czym dalej tym bardziej dziko, tym więcej zwalonych, spróchniałych pni. Za polanką z ruiną drewnianego domu gubimy się i kiedy znów znajdujemy szlak bardziej przypominała jezdną drogę niż ścieżkę. Docieramy do gruntówki, potwornie stromo opadającej w dolinę. GPT powinien biec trawersem po stoku, ale tam się w ogóle nie da iść. Zbyt gęsto, zdecydowanie zbyt stromo, zbutwiałe liście na luźnym piargu osypują się przy każdym kroku. Ponownie przełażę przez ziemny wał- granicę drogi. Schodzimy stromizną na dno doliny w kierunku altanki, która kończy lokalny szlak. Pełno tam liści, krowich placków, patyków więc rozbijamy namioty na trawce otoczonej rzędami zwalonych pni. Zacisznie, wygodnie i jest na czym usiąść. Można by też rozpalić ognisko, ale już nam się nie chce. Nie wiedzieć czemu czuję się niewyspana, zmęczona. Nocą temperatura nie spada poniżej zera. Namiot jest wewnątrz mokry od rosy nie zmrożony. Uświadamiamy sobie, że to pierwszy raz. Łąki lśnią, są prawie białe. Nad rzeką unosi się lekka mgła. Szosa podchodzi lekko, być może szlak próbował tego uniknąć stąd ten dziwaczny trawers na sypkim zboczu. To niedaleko teraz już tylko parę kilometrów w dół. Staje samochód. Tradycyjny rolnik, uprawiający ekologiczne warzywa, obieżyświat, który nawet mieszkał chwilę w Polsce zabiera nas do Currarehue.

Gadamy o Europie. Po angielsku, lub łamanym niemieckim. Jorge pamięta ją z lat 80-tych. Polskę szarą, zimną z pustymi sklepami. Wspomina jak kumpel ożeniony z Polką wysłuchiwał, że jest z dzikiego kraju, nierozwiniętego końca świata z jakiejś biedy.- A wtedy u was było jeszcze gorzej- śmieje się -To się zmieniło- tłumaczę. -Polska bardzo się rozwinęła. Chile też. Widzę różnice po zaledwie ośmiu latach nieobecności. Trudno porównać gdzie żyje się lepiej. Za mało znam lokalne realia, tu widuję tylko odosobnione wsie, w Polsce, przeciwnie, znam głównie miasta i swoją bańkę, wykształconych, dużo podróżujących ludzi.

Jorge podrzuca nas do sklepu i obiecuje, że jak zrobi zakupy zawiezie nas na ciekawy festiwal, gdzieś niedaleko na jakimś kajakowym kempingu. Ma być muzyka i mnóstwo straganów. Zgadzamy się GPT nadal z uporem biegnie jezdną drogą, dnem doliny Rio Machin, przez wsie. Po imprezie spodziewam się autentycznego folkloru, a okazuje się, że to zwykła komercja, spływ kajakowy, jakieś zawody, pamiątki, gadżety. Dużo namiotów. Ktoś opowiada, że śnieg zszedł z większości trawersu wulkanu Villarica. Liczymy ile jeszcze przed nami dni i wracamy na szosę. Drugim brzegiem biegnie Greater Patagonian Trail, też wcale nie ścieżką, starą drogą, ale nie ma jak się tam dostać. Rio Machin jest zbyt duża zbyt wzburzona idealna na kajakowe zawody. Utykamy na rozgrzanym asfalcie. Wspina się stromo serpentyna za serpentyną. Na którymś z zakrętów wyprzedza nas rowerzysta. Dumny ze swojej wyjątkowej techniki, dzięki której może wjechać tak wysoko, stoi na pedałach i opada na każdą stronę ciężko spływając potem. – Technika…- komentuje Jose, kiedy chłopak nas mija- to tylko siła.

Figurka na rowerze oddala się na pustej szosie. Wyżej widzimy jak rowerzysta prosi przechodniów o nagrywanie fragmentów jego jazdy. Pewnie na instagrama. Nigdy nie przestanę się dziwić po co to robić.

5 km wyżej jest most- szansa żeby uciec z asfaltu na szutrówkę, ale zanim się zdecydujemy staje samochód. Para w średnim wieku z dwoma dorosłymi córkami. Podwożą nas do budynku parku narodowego. Próbujemy się nie wychylać, zostać w samochodzie, udać się dyskretnie do toalety… Nic to nie daje. Pani, która nas zabrała, prawniczka specjalizująca się w prawach rdzennych mieszkańców, upiera się, że w parku trzeba się zameldować. Koniecznie.

-Trawers Villarica- mówię. Strażniczka oznajmia, że szlak zamknięty, żeby przyjechać za miesiąc. Otwarcie dopiero 20 grudnia. Nie może pozwolić nam iść. Zapada cisza. Nie mam już siły. Na tłumaczenia, na wykręty, na nic. -Idziemy od 19 października- mówię- jak dotąd wszystko było zamknięte i żyjemy.

-Możecie iść na własną odpowiedzialność- strażniczka niespodziewanie się uśmiecha. -Nie zarejestrujemy was, oficjalnie nic o tym nie wiemy. Możecie sobie biwakować gdzie chcecie.

-Nie wiedziałam, że to tak wygląda- tłumaczy się prawniczka i wraca do hiszpańskojęzycznej rozmowy z Jose. Z tego co mi potem opowie ziemia prawie nigdzie tu nie należy do ludzi. To wszystko wieczyste dzierżawy. Nikt oficjalnie nie może nam zabronić przejść, ale oczywiście praktyka to inna sprawa.

Wysiadamy przy nowoczesnej kawiarni na przełęczy. Jose zjada ogromne ciastko, ja piję bardzo dobrą kawę i kupuję jeszcze paczkę orzeszków. Smacznych, mieszanych. Przy sąsiednim stoliku przysiada para mężczyzn, chyba ojciec z synem. Spotykamy ich potem na podejściu. Szlak biegnie lasem, jest idealnie oznakowany i dopiero wyżej na mokradłach ginie i pojawia się znów w kępach drzew. Mężczyźni skręcają nad jezioro, wybrali się tylko na jedną noc, na weekend. Mówią, że tu w Parku Narodowym Villarica nikt nigdy się nikogo nie czepia.

Brniemy przez zalane łąki, mokrym lasem na kolejny próg doliny, a potem jeszcze wyżej na kamienistą polanę. Nad strumieniem leżą płaty śniegu. Huczą dwa wysokie wodospady, zza grzbietów wynurza się wulkan Lanin. Wspaniale na nim zachodzi słońce i pięknie wschodzi. Poranek znów jest wilgotny, nie mroźny. Zapowiadano falę ciepła, jak widać przyszła. Świt wstaje blado. Strzelista turnia, pod którą trwa kajakowa impreza stąd jest widoczna w całej okazałości. Jesteśmy w górach we wspaniałej odkrytej przestrzeni. Jest pięknie.

Szlak aż do przełęczy jest wolny od śniegu z jednym tylko, bardzo stromym płatem. Idziemy po śladach poprzedników, europejskiej (sądząc z ubioru) pary z dwoma przewodnikami. Biwakowali niedaleko nas, ukryci w krzakach. Zobaczyliśmy ich dopiero rano. Tak jak oni schodzimy na moment do Argentyny i za płaską skalistą doliną pełną śniegowych pół wracamy do chilijskiej granicy. Tak narysowano szlak na mojej mapie, na tej, która wisiała w biurze parku, ścieżka prowadziła granicą. Teraz leżą tam zwały twardego firnu, kapią nawisy.

Na zejściu idziemy jakąś inną drogą niż wycieczka, być może zajrzeli nad biały staw. Spotykamy ich nad bystrą, troszkę mętną rzeczką gdzie przysiedliśmy zjeść i potem znów za zawiłym lawowym polem nad jeziorem. Tu nie tyle spotykamy co słyszymy. Głosy niosą się daleko po wodzie. Nadchodzi upał i nam też przychodzi na myśl się rozłożyć. Na słońcu, na piachu, nad wodą. Jose nawet się zanurza na moment. Patrzę w niebo. Na tle idealnego błękitu przesuwa się sylwetka drapieżnego ptaka.

Wyżej na zbocze wspina się ślad motoroweru. Gdzieś tutaj, możliwe że niżej, że gdzieś w zakamarkach lawy dociera tutaj polna droga. Zabiera ze sobą szlak GTP. Ten, którym będziemy dalej wędrować to Trawers Villarica. Skręcamy na północ.

Stromo po piarżysku, potem po luźnych wulkanicznych skałach. Ślady deptania giną, rozbiegają, ślad motoroweru wbija się w prawie pionowy śnieg. Idziemy dalej w górę doliny. Żaden inna pomysł nie wydaje się prawdopodobny. Wyżej jednak przecina nam drogę pas skał. Myślę jak by je obejść i odkrywam, że nasz szlak odbił wcześniej. Wracamy pod zaśnieżony stok. Wygląda na to, że musimy brnąć upiornie stromym śladem motoroweru pod wielki skapujący z grani nawis. Jest ciężko. Dziko, nie niebezpiecznie bo szlak jednak mija nawis lekko z boku. Zmęczeni wdrapujemy się na grzbiet, mijamy stację meteorologiczną (może motorower należał do kogoś, kto ją sprawdzał? ) i już na bardziej płaskim tropimy ślady ścieżki i znaki wśród skał, strumyków i śnieżnych pól. Już blisko wieczór, zapominamy nabrać zapasów wody na noc, a ścieżka opada w las. „Idziemy granią nie będzie tu już przecież żadnej wody”, martwię się. Na rozwidleniu szlaków dwie strzałki. Ta w lewo (Trawers Villarica) wskazuje domek strażnika, druga o innej nazwie opada nad rzekę i za grzbietem wraca do bitej drogi, do której doprowadza też nasz szlak. Jest dłuższa tylko o kilka kilometrów, a biwak na grani bez wody jakoś niespecjalnie nas kusi. Do tego strażnik. Zbiegamy lasem. Gdzieś w dole powinien pojawić się strumień. Już widać koryto, widać, że wypełnia się z wodą czy błotem. Schodząc patrzę jak stopniowo staje się porządną rzeczką. Niespodziewanie docieramy do farmy. Cichutko (bo to też może być strażnik) przemykamy się przez ogrodzone pastwiska. Teraz w las wyraźną ubitą drogą z ciągami kałuż. Na mapy.cz zaznaczono tu miejsca biwakowe. Zbaczamy kiedy mijamy jedno z nich. To łąka, nad rzeką. Nurt wprawdzie oddziela kolczasty płot, ale upadło na niego drzewo i da się przejść. Faktycznie dobre miejsce na noc.

Share
Translate »