Środkiem parku narodowego prowadzi gruntowa droga. Musimy iść nią 3 czy 4 kilometry. Początkowo w cieniu, w gąszczu drzew, wyżej w plamach słońca. Pylista nawierzchnia nagrzewa się, dopada nas upał. Ostatnie zabudowania to parkowe biuro. Stoją tam wygodne altanki, jest toaleta, usiadłabym, już prawie pora drugiego śniadania, czuję się zmęczona, nie wiem czym. Ale Jose upiera się żeby jak najszybciej przejść, nie zaglądać nie rzucać się w oczy, jeszcze nas stąd ktoś wygoni, czy wlepi mandat. Nie sądzę, zresztą nikogo tu nie ma, ale zgadzam się dla świętego spokoju. Siadamy na kłodach drewna dalej nad rzeką. Najpierw przejeżdża para rowerzystów. Niemcy? Holendrzy? Zastanawiamy się. Nie mija kilkanaście minut i skąpo odziana dziewczyna biegnie w dół. -To ta sama, rowerzystka z sakwami- mówi Jose, ale nie jestem pewna, aż tak dobrze jej się nie przyjrzałam. Zapamiętałam chłopaka, bo jechał bez koszulki, goły w tym słońcu!
Myślę, że robi się tu wielki tłok. Nie ma rady zbliża się grudzień, a z nim lato. Jose nudzi się i wyrusza pierwszy, ja najchętniej trochę bym poleżała. Kiedy go gonię w przedpołudniowym skwarze ostro pod górę wyprzedza mnie ta sama dziewczyna. Staje na moment i pyta jak długo idziemy. Mogłam się pochwalić, spytać o coś, podtrzymać rozmowę, ale byłam tym niespodziewanym kontaktem tak zdziwiona, że tylko coś ogólnikowo wyjąkałam. Od dawna, prawie od 40 dni…
-Wróciła po dokumenty- mówi Jose z miną detektywa- wtedy biegła bez pasa z kieszonkami teraz z pasem, pewnie go zostawiła w toalecie. „Może i tak, gdybym tam zajrzała znaleźlibyśmy go i zmartwili się co mamy zrobić. Pewnie to ich pierwszy dzień” myślę z odrobiną żalu, że nie wypytałam. Jakoś dziwnie się czuję, już od rana, zmęczona, zziajana. A szlak podchodzi, trzeba wrócić na wysokie płaskowyże. Drogą idzie się wygodnie i szybko, w zawiłych labiryntach bambusów, po skałach, wolniej i bardziej stromo. W gąszczu jest duszno. Jose nudzi się i mnie wyprzedza. Wlokę się sama ponad godzinę i zastanawiam czy się gdzieś nie zgubił. Na szczęście nie. Leży na łące, w filcowym kapeluszu, ale bez koszulki, jak rowerzysta. -Ej, ja też chcę usiąść!- Protestuję, kiedy się zbiera. Czeka moment i znów mnie wyprzedza. Ścieżka biegnie teraz łąkami, kwitną łany pomarańczowych kwiatków i kępki białych. Idziemy zygzakiem przylepionym do zbocza aż do ogromnej płaskiej doliny wypełnionej skruszałą lawą. W czymś takim zawsze jestem szybsza niż Jose. Doganiam, nawet wyprzedzam. Zwalniam przy rzece niepewna czy znajdziemy kolejną. Wulkaniczne tereny to pustynie, trudno o wodę. Ta, która teraz spływa z gór to topiony śnieg. Oglądam mapę, decyduję, że jednak znajdziemy coś dalej, choć może to tylko nadmierny optymizm, strasznie mi się nie chce dźwigać. Opadłam z sił. Kolejna zaznaczona na mapie rzeka jest sucha. Do następnej mamy jeszcze 6 kilometrów. Światło staje się coraz cieplejsze, cienie wydłużają, się skomplikowana struktura lawy błyszczy i mieni się. Martwi mnie, że zostaniemy bez wody i wymuszam na Jose nabranie z podejrzanej kałuży, zawsze to coś, choć brązowe i ciepłe, lepsze niż nic.
Rzeka nie wyschła. Wieczorem jest wezbrana, wcale nie tak łatwo ją przejść suchą nogą bez zdejmowania butów. Dalej już nie ma po co iść. Na mapie nie widać już kolejnej wody. W korycie same urwiste skały- wyjdźmy troszeczkę, będzie ładniejszy widok- marudzę, ale Jose już wybrał łachę czarnego piachu- sama wyjdź, zrób zdjęcia, a ja je sobie potem obejrzę.
Wychodzę, mozolnie wdrapuję się na stromy stok. Pomarańczowa łuna zabarwia dalekie wzgórza na czerwono, lodowiec Villarica błyszczy złotem daleki już wulkan Lanin jest różowy. Światło pięknie podświetla las z araukarii, gdzieś daleko, nisko na zboczu. Piarg zjeżdża z chrzęstem kiedy schodzę do naszego biwaku. Jose zmienił zdanie w sprawie łachy piachu. -Chodźmy na tą bliżej wody- mówi – ta nie jest płaska. Zgodnie pomagam przenieść nasze rzeczy. Rozbijamy biwak i długo, jeszcze po ciemku gotujemy przyjemną kolację. Lubię nocować nad wodą. Nie trzeba jej oszczędzać, można się umyć, coś uprać.
Ranek jest pogodny i ciepły. Znów wędrujemy lawowym polem, teraz już nieco skruszałym, łatwiejszym. Przecinamy suche koryta rzek, robi się coraz bardziej zielono. Kępy kwiatów, płożące roślinki. Czym niżej tym ich więcej aż pojawia się nawet trawa, a na niej krowy. Tuż przed bardziej stromym zejściem w las mijamy ostatni potok. Nurt w wyszlifowanym skalnym korycie jest mętny, Jose nabiera w zakolu gdzie woda stoi i wydaje się bardziej przejrzysta. Wykorzystuję ten czas żeby poleżeć. Czuję się źle, słaba, zmęczona, może się czymś strułam, albo za długo byłam na słońcu?
Schodzimy w las, niby w cień, a jest gorąco i duszno. Przez moment mam zamiar zejść do wsi Villarica, choć wiem, że to wymaga długiego marszu pylistą drogą. Widać tę drogę z góry, każdy pojazd ciągnie za sobą tuman pyłu. Jednak zmuszam się i wlokę się dalej. Trawersem wokół krateru, w górę i w dół, przez piarżyska i płaty lawy. Nad rzeczką siadam odpocząć źle, bo na słońcu i robi się jeszcze gorzej. Choć koryto jest suche wyżej wypatruję kałużę z maleńkim niemal niewidocznym dopływem. Woda ledwie kapie, jest ciepła, ale kiedy się zmoczę i ją wyleję na głowę czuję się lepiej. A znów podejście, szlak nie opada. Wędrujemy odkrytym trawersem z widokiem na jezioro Villarica. Na horyzoncie pojawia się wulkan Osorno. Nie mogę uwierzyć, że doszliśmy tak daleko na południe.
Za grzbietem zrywa się lekki wiatr i zmęczenie przechodzi mi jak ręką odjął. Brniemy skałami i kwitnącą łąką do wyciągów. Budynek, który przy nich stoi jest otwarty, ale pusty. To raczej prywatne mieszkanie nie schronisko. Szlak skręca w dół i my też schodzimy. Dopiero z drogi kilkaset metrów niżej widać, że schronisko było troszkę dalej. Teraz jest już za późno na powrót. Idziemy serpentyną wyciętą w rudej glinie. Na mapie są tu rzeczki, ale każda kolejna jest sucha. Mijamy ogromny pusty parking i pozamykane toalety. Nie ma już więcej turystycznych zabudowań. Długa leśna droga. – O domek- mówię. Jose zagląda spytać o wodę. To osada drwali. Kiedy nabieram do wszystkich naszych butelek Jose zamienia z nimi kilka słów. Z lasu wyjeżdża ciężarówka pełna świeżo wyciętych pni. Na drodze ciągnie się za nią lisi ogon. Pył.
Dwa zakręty niżej dogania nas samochód drwali. Podrzucają nas 2 czy 3 kilometry. Stajemy przy zabudowaniach, prowizorycznych i lichych jak poprzednie. Nad dachami bieleje lodowiec. Starszy mężczyzna, do którego inni zwracają się z wielkim szacunkiem, don Camilo tłumaczy coś zawile Jose. Błyska bezzębny uśmiech, zawiłe hiszpańskie formy grzecznościowe powtarzają się jak refren piosenki. Wysiadamy, zabieramy z paki plecaki, na naszych miejscach siadają inni mężczyźni. Samochód zjeżdża do Pucon, my rozbijamy namioty na łączce. Nie ma sensu już dalej schodzić. W tym lesie nie ma innych namiotowych miejsc. Szczyt wulkanu zabarwia lekki pomarańcz, łuna zachodu oświetla doliny zalane mgłą i wysokie bezlistne drzewa nad nami. Don Camilo, oberwany, zaniedbany, jak pracownicy może być właścicielem tej całej ziemi. Jak inaczej wytłumaczyć brak infrastruktury dla narciarzy czy kempingów, barów i wszystkiego co zwykle obrasta wyciągi?
Kiedy stawiamy namioty podchodzą psy, najpierw ostrożnie z jazgotem. Z czasem coraz bardziej przyjaźnie. Jest ich mnóstwo. Wypakowuję resztki jedzenia z plecaków. Zostało nienapoczęte opakowanie owsianki, cała paczka soczewicy i również nieotwarta granulatu sojowego. Nie możemy już na to patrzeć. Otrzepuję torby z okruszków- zanieś drwalom- proszę- powiedz żeby to dali psom.
Jose odchodzi niechętnie, być może myśląc, że nie wypada, ale mi zawsze żal wyrzucać jedzenie. To drwina z Losu, nadużycie zasobów przyrody.
Jose wraca niemal za chwilkę. -I jak?- pytam- pożarły wszystko- na sucho?- niedowierzam- tak, mało się przy tym nie pogryzły- miałeś to zostawić drwalom żeby ugotowali- nikogo nie było.
Kiedy rano zwijamy namioty mija nas korowód autobusów, szkolne dzieciaki jadą na wycieczkę do wulkanu. Czarnowłose dziewczynki w kucykach i szkolnych strojach machają i śmieją się do nas. Kierowcy autobusów jadących w dół nie reagują na nasze machanie. Schodzimy przez kilka godzin, do pierwszej wsi. W chłodnej mgle, która zalała doliny. Niżej mży, chowam się do sklepu i zabiera nas budowlaniec co wpadł na zakupy. W Pucon świeci słońce. Wysiadamy na dworcu autobusowym, kupujemy bilety na nocny kurs i do wieczora snujemy się po ślicznym miasteczku. Pełno tu dobrze wyposażonych sklepów, są restauracje, bary, jest miejski park z plażą, ale bez toalety. Jest rzeczka, w sam raz żeby wyprać skarpety. I tak mija nam ostatni dzień. Leniwie. Jak niedzielnym turystom.
Nocny autobus ma wspaniałe szerokie siedzenia, choć to tylko druga, nie pierwsza klasa. Nie rozgryzamy na czym polega różnica. Nasze miejsca są na piętrze, droższe na dole, kiedy przyszliśmy były już wykupione. Zasypiam i budzę się przed świtem, szosa trzęsie zwalniamy w Santiago. Chilijskie autobusy nie mają sobie równych. Na pokonanie 800 km wystarczyło niecałe 8 godzin.





























































































































