Na początku prowadził mnie świeży ślad pary z psem, niestety znikł po kilkuset metrach, a ja wbiłam się w puszyste zaspy w brzózkach na stoku. Starałam się nie tracić wysokości, z różnym skutkiem. Teren był pofałdowany, las przecinały doliny strumieni, łatwiej mi było na gołych zboczach, choć tam nieco doskwierał wiatr. To był piękny dzień z tym rażącym jaskrawym błękitem nieba, który chciałoby się mieć zawsze na zdjęciach, z paradą wysokich chmur. Zmienne niebo rekompensowało monotonię płaskowyżu. Czasem przesuwał się po nim cień, czasem trafiałam na jakiś stary ślad. A to skutera, a to narciarza. Wołały ” idź za mną, idź za mną” i niektóre wyprowadzały mnie na manowce, w zaspy czy na wywiany lód.
Za pasmem gór, w którym utknęłam kilka dni wcześniej znalazłam wyraźny skuterowy szlak. Biegł dnem łagodnej doliny na pólnoc. Zbocza osłaniały od wiatru i było tam spokojnie i pięknie. Minęłam miejsce gdzie przecięłam ten szlak jesienią dwa lata temu, znaki z czerwoną literką T wystawały nieco spod śniegu i gdyby nie one chyba bym tego nie rozpoznała. W pamięci zostały mi ogniste kolory brzóz i jagodzin i skalista stromizna, teraz równiutko biała.
Kilka kilometrów za przełączką szlak skręcił do malutkiej pasterskiej wsi skąd latem musiała prowadzić gruntowa droga, a teraz widziałam tylko szeregi tyczek. Skutery rozjeżdżały się stąd na wszystkie strony, trudno było się zorientować jak iść i straciłam tam troszkę czasu. Pomógł mi blady i stary ślad narciarza. Wydawał się pojedynczy, nie skojarzyłam go ze spotkaną wcześniej parą. Nigdzie nie było śladu pulki czy psich łap. Wyobrażałam sobie samotnego mężczyznę, może myśliwego i jak zawsze w takich sytuacjach uznałam, że wiedział jak iść. A szedł dziwnie, może jakąś ścieżką zapamiętaną z lata, która teraz zwłaszcza w korytach strumieni niebezpiecznie się obsuwała na trawersach i tonęła w witkach wierzb czy przygiętych śniegiem młodych brzóz. Przechodząc grzbiet zastanawiałam się czy nie zboczyć w stronę szlaku do Roros. Po drodze była tam jakaś licha chatynka, nawet podeszłam troszkę w jej stronę, ale grzbiet był wywiany mieszanina lodu i skał, więc chyba bym do niej nie zdążyła. Zjechałam i poszłam do Marivollen.
Powoli, bo ślady zawiało, a stok był stromy i zagmatwany, pozarastany drzewkami. Chatkę było widać z daleka, rzeczywiście była bardzo ładna. W ciepłe marcowe popołudnie nadtopione zaspy na stolikach przed wejściem malały w oczach, a rzeczy wywieszone na drewnianej ścianie natychmiast wyschły.
W jadalni wisiała mapa. Wyczytałam na niej, że gdybym poszła prosto na północ powinnam po kilkunastu kilometrach dotrzeć do szosy łączącej Roros i Brekken.
Wprawdzie nie było tam szlaku, ale na fragmentach podobnie jak wcześniej znajdywałam ślady skuterów i choć potem się rozjeżdżały bardzo mnie podnosiły na duchu. Zwłaszcza na jeziorze.
Ostatni ze śladów doprowadził mnie do gospodarstwa na stoku. Byłam już bardzo blisko szosy, ale musiałam zjechać na polną drogę, bo trasę na wprost przecinał płot. Na szczęście nikt jej nie odśnieżył. Wypięłam narty i już pieszo doczłapałam do lśniącego asfaltu.
Po lewej stał przystanek autobusowy. Wydał mi się znajomy i faktycznie już przecież tu byłam! Zaledwie kilka dni wcześniej. Zdziwiona odkryłam, że przypadkiem domknęłam moje trasy zimową i letnią sprzed dwóch lat. Nie w Roros jak chciałam, ale wczoraj na łysym grzbiecie. Pokrętnie, bo szłam w różne strony… Tak czy siak zostały połączone. Czyli osiągnęłam swój cel.
Rozejrzałam się wokół. Było tak cicho. Tak ciepło, słonecznie, tak inaczej niż kilka dni wcześniej zanim odwodnienie zmusiło mnie do odpoczynku w Roros.
Szosą, którą przed chwilką tu przyszłam staczał się powoli samochód. -Gdzie jest przystanek w drugą stronę? -spytałam kobiety za kierownicą- Chcesz jechać do Roros?- spytała -Nie wiem czy tu w ogóle jeździ jakiś autobus!
Ja też nie wiedziałam, choć coś wyszukałam w internecie. – Chodź podwiozę cię- kobieta już parkowała samochód- widziałam cię jak zjeżdżałaś drogą.
Była farmerką, miała kilkadziesiąt krów i przez kilka czy kilkanaście minut rozmawiałyśmy o rolnictwie w Norwegii i w Polsce. Miło. Wysadziła mnie na stacji kolejowej i utknęłam aż do wieczora. Połączeń do Trondheim było mniej niż myślałam. Zjadłam ogrzałam się, umyłam włosy i siedzenie w tym czyściutkim wnętrzu mi się znudziło. Zostawiłam bagaże pod opieką dwóch panów z sześciopakiem piwa i poszłam po zakupy i zwiedzać Roros. W roztopy, z łatami starego śniegu i błotem nie przypominało zabytkowej perełki, którą zapamiętałam z lata.
Kiedy wróciłam sześciopaczek już się wykończył, jeden z mężczyzn wręczył mi ostatnią puszką, i wyszedł po kolejne zakupy. Poczekalnia w Roros najwyraźniej jest też miejscową świetlicą. Jak wiele dworców też u nas. Nie wiem czy odważyłabym się tak zostawić swój bagaż w Polsce. Jeden z mężczyzn chyba wyczuł moje myśli, bo radośnie wręczył mi kolejne pół litra, choć protestowałam, bo nie chciałam się upić.
Jadąc pociągiem ponownie oglądałam góry, którymi szłam i te którymi chciałam iść i o których czytałam, ale musiałam je odłożyć na potem. Obserwowałam wiatki nad rzeką, wyobrażając sobie, że można by je wykorzystać, kiedyś za innym razem. Nurt pokrywała mozaika lodu i spienionych bystrz. Woda miała typowy tu odcień słabej herbaty, potężne świerki porastały skaliste zbocza. I nagle dolina się poszerzyła i zobaczyłam wybrzeże.
Musiałam się przesiąść w centrum Trondheim. W międzyczasie zapadła noc i zakryła wybrzeże w Homelvicku skąd wyruszyłyśmy miesiąc wcześniej z Agnieszką. Wiedziałam, że już dojechała do Gdyni, że ma dużo roboty w jury. Pogadałyśmy o tym następnego dnia.
Po powrocie do cywilizacji nie doszłam wcale do siebie. Kaszlałam i traciłam głos. Bałam się nawet, że moje prelekcja na Kolosach nie wypali, bo po pierwszych kilku słowach zaniemówiłam. Dałam sobie radę, choć wyszło to niestety tak sobie.
Od powrotu, czyli od końca marca staram się jakoś dojść do siebie. Pomaga bardzo restrykcyjna dieta, niemożliwa do realizacji w górach. Nie wiem jak sobie poradzę w drodze i gdzie uda mi się teraz wyjechać.
Przez lata, przez kilkadziesiąt lat wierzyłam, że góry wystarczą, że tam zawsze będzie lepiej i wyciszą się wszystkie alergie. I to się sprawdzało. Jeszcze w Chile było idealnie i teraz wszystko się wysypało. Trudno mi się z tym pogodzić, źle mi się pisze, ale powoli wraca mi czucie w kciuku przeciętym przy krojeniu marcepana.
No i to by było na tyle.



















































































