Norwegia w poprzek cz11- Roros

Na początku prowadził mnie świeży ślad pary z psem, niestety znikł po kilkuset metrach, a ja wbiłam się w puszyste zaspy w brzózkach na stoku. Starałam się nie tracić wysokości, z różnym skutkiem. Teren był pofałdowany, las przecinały doliny strumieni, łatwiej mi było na gołych zboczach, choć tam nieco doskwierał wiatr. To był piękny dzień z tym rażącym jaskrawym błękitem nieba, który chciałoby się mieć zawsze na zdjęciach, z paradą wysokich chmur. Zmienne niebo rekompensowało monotonię płaskowyżu. Czasem przesuwał się po nim cień, czasem trafiałam na jakiś stary ślad. A to skutera, a to narciarza. Wołały ” idź za mną, idź za mną” i niektóre wyprowadzały mnie na manowce, w zaspy czy na wywiany lód.

Za pasmem gór, w którym utknęłam kilka dni wcześniej znalazłam wyraźny skuterowy szlak. Biegł dnem łagodnej doliny na pólnoc. Zbocza osłaniały od wiatru i było tam spokojnie i pięknie. Minęłam miejsce gdzie przecięłam ten szlak jesienią dwa lata temu, znaki z czerwoną literką T wystawały nieco spod śniegu i gdyby nie one chyba bym tego nie rozpoznała. W pamięci zostały mi ogniste kolory brzóz i jagodzin i skalista stromizna, teraz równiutko biała.

Kilka kilometrów za przełączką szlak skręcił do malutkiej pasterskiej wsi skąd latem musiała prowadzić gruntowa droga, a teraz widziałam tylko szeregi tyczek. Skutery rozjeżdżały się stąd na wszystkie strony, trudno było się zorientować jak iść i straciłam tam troszkę czasu. Pomógł mi blady i stary ślad narciarza. Wydawał się pojedynczy, nie skojarzyłam go ze spotkaną wcześniej parą. Nigdzie nie było śladu pulki czy psich łap. Wyobrażałam sobie samotnego mężczyznę, może myśliwego i jak zawsze w takich sytuacjach uznałam, że wiedział jak iść. A szedł dziwnie, może jakąś ścieżką zapamiętaną z lata, która teraz zwłaszcza w korytach strumieni niebezpiecznie się obsuwała na trawersach i tonęła w witkach wierzb czy przygiętych śniegiem młodych brzóz. Przechodząc grzbiet zastanawiałam się czy nie zboczyć w stronę szlaku do Roros. Po drodze była tam jakaś licha chatynka, nawet podeszłam troszkę w jej stronę, ale grzbiet był wywiany mieszanina lodu i skał, więc chyba bym do niej nie zdążyła. Zjechałam i poszłam do Marivollen.

Powoli, bo ślady zawiało, a stok był stromy i zagmatwany, pozarastany drzewkami. Chatkę było widać z daleka, rzeczywiście była bardzo ładna. W ciepłe marcowe popołudnie nadtopione zaspy na stolikach przed wejściem malały w oczach, a rzeczy wywieszone na drewnianej ścianie natychmiast wyschły.

W jadalni wisiała mapa. Wyczytałam na niej, że gdybym poszła prosto na północ powinnam po kilkunastu kilometrach dotrzeć do szosy łączącej Roros i Brekken.

Wprawdzie nie było tam szlaku, ale na fragmentach podobnie jak wcześniej znajdywałam ślady skuterów i choć potem się rozjeżdżały bardzo mnie podnosiły na duchu. Zwłaszcza na jeziorze.

Ostatni ze śladów doprowadził mnie do gospodarstwa na stoku. Byłam już bardzo blisko szosy, ale musiałam zjechać na polną drogę, bo trasę na wprost przecinał płot. Na szczęście nikt jej nie odśnieżył. Wypięłam narty i już pieszo doczłapałam do lśniącego asfaltu.

Po lewej stał przystanek autobusowy. Wydał mi się znajomy i faktycznie już przecież tu byłam! Zaledwie kilka dni wcześniej. Zdziwiona odkryłam, że przypadkiem domknęłam moje trasy zimową i letnią sprzed dwóch lat. Nie w Roros jak chciałam, ale wczoraj na łysym grzbiecie. Pokrętnie, bo szłam w różne strony… Tak czy siak zostały połączone. Czyli osiągnęłam swój cel.

Rozejrzałam się wokół. Było tak cicho. Tak ciepło, słonecznie, tak inaczej niż kilka dni wcześniej zanim odwodnienie zmusiło mnie do odpoczynku w Roros.

Szosą, którą przed chwilką tu przyszłam staczał się powoli samochód. -Gdzie jest przystanek w drugą stronę? -spytałam kobiety za kierownicą- Chcesz jechać do Roros?- spytała -Nie wiem czy tu w ogóle jeździ jakiś autobus!

Ja też nie wiedziałam, choć coś wyszukałam w internecie. – Chodź podwiozę cię- kobieta już parkowała samochód- widziałam cię jak zjeżdżałaś drogą.

Była farmerką, miała kilkadziesiąt krów i przez kilka czy kilkanaście minut rozmawiałyśmy o rolnictwie w Norwegii i w Polsce. Miło. Wysadziła mnie na stacji kolejowej i utknęłam aż do wieczora. Połączeń do Trondheim było mniej niż myślałam. Zjadłam ogrzałam się, umyłam włosy i siedzenie w tym czyściutkim wnętrzu mi się znudziło. Zostawiłam bagaże pod opieką dwóch panów z sześciopakiem piwa i poszłam po zakupy i zwiedzać Roros. W roztopy, z łatami starego śniegu i błotem nie przypominało zabytkowej perełki, którą zapamiętałam z lata.

Kiedy wróciłam sześciopaczek już się wykończył, jeden z mężczyzn wręczył mi ostatnią puszką, i wyszedł po kolejne zakupy. Poczekalnia w Roros najwyraźniej jest też miejscową świetlicą. Jak wiele dworców też u nas. Nie wiem czy odważyłabym się tak zostawić swój bagaż w Polsce. Jeden z mężczyzn chyba wyczuł moje myśli, bo radośnie wręczył mi kolejne pół litra, choć protestowałam, bo nie chciałam się upić.

Jadąc pociągiem ponownie oglądałam góry, którymi szłam i te którymi chciałam iść i o których czytałam, ale musiałam je odłożyć na potem. Obserwowałam wiatki nad rzeką, wyobrażając sobie, że można by je wykorzystać, kiedyś za innym razem. Nurt pokrywała mozaika lodu i spienionych bystrz. Woda miała typowy tu odcień słabej herbaty, potężne świerki porastały skaliste zbocza. I nagle dolina się poszerzyła i zobaczyłam wybrzeże.

Musiałam się przesiąść w centrum Trondheim. W międzyczasie zapadła noc i zakryła wybrzeże w Homelvicku skąd wyruszyłyśmy miesiąc wcześniej z Agnieszką. Wiedziałam, że już dojechała do Gdyni, że ma dużo roboty w jury. Pogadałyśmy o tym następnego dnia.

Po powrocie do cywilizacji nie doszłam wcale do siebie. Kaszlałam i traciłam głos. Bałam się nawet, że moje prelekcja na Kolosach nie wypali, bo po pierwszych kilku słowach zaniemówiłam. Dałam sobie radę, choć wyszło to niestety tak sobie.

Od powrotu, czyli od końca marca staram się jakoś dojść do siebie. Pomaga bardzo restrykcyjna dieta, niemożliwa do realizacji w górach. Nie wiem jak sobie poradzę w drodze i gdzie uda mi się teraz wyjechać.

Przez lata, przez kilkadziesiąt lat wierzyłam, że góry wystarczą, że tam zawsze będzie lepiej i wyciszą się wszystkie alergie. I to się sprawdzało. Jeszcze w Chile było idealnie i teraz wszystko się wysypało. Trudno mi się z tym pogodzić, źle mi się pisze, ale powoli wraca mi czucie w kciuku przeciętym przy krojeniu marcepana.

No i to by było na tyle.

Share

Norwegia w poprzek cz10- Femundsmarka

Noc była lodowata. Musiało być kilkanaście stopni mrozu, bo pierwszy raz podczas tej wędrówki mój mały letni palniczek nie odpalił i byłam zmuszona użyć zimowego. Zamarzł też gwint termosu, a że mam słabe dłonie (zawsze to odkręcał Jose lub Edward) stukałam wokół nakrętki drewnianą szczapką aż lód skruszał i udało mi się dostać do wody. Niepotrzebnie nabrałam jej wieczorem, rano szybciej bym przyniosła nową niż uporała się z mrożonym termosem. Rzeka płynęła wartko i zamarzła tylko troszeczkę w zakolach. Długo się grzebałam ze śniadaniem. Długo walczyłam z namiotem, który choć był pod dachem obrósł szronem i zesztywniał.

Zimowa trasa prowadząca do parku Narodowego Femundsmarka biegła inaczej niż letnia. Nie była wyznakowana, ale widziałam ślad skutera i wraz z nim skręciłam na bagna z widokiem na ogromne jezioro Feragen. Do najbliższej chatki było blisko doszłam po dwóch godzinach żałując nieco, że mi ich wieczorem zabrakło. Już kiedyś nocowałam w Langtjonbua. Jesienią pod koniec wędrówki ze Stavanger. Wtedy też wnętrze było wietrzne i nie do nagrzania. Zimą musiało być z tym jeszcze gorzej. Nie zamierzałam tu zostawać na noc. Chciałam posiedzieć, powspominać, wypić gorącą herbatę, wysuszyć oblodzony namiot, z którego teraz, kiedy się ociepliło zaczęła się sączyć woda. Rozwiesiłam go na ciepłej brązowej ścianie chatki, oparłam się o nią plecami. Słońce cudownie grzało mnie w twarz. Siedziałam, patrzyłam na połać jeziora, po której kilka razy przesunęły się malutkie sylwetki. Para ludzi, potem człowiek i pies. Renifer, stado reniferów. „Niedziela. Park się za kilka godzin wyludni” pomyślałam i odechciało mi się daleko odchodzić.

Kiedy namiot wysechł przeszłam tylko kilka kilometrów, do najbliższej nieznanej mi chatki (też Statskogu). To była jedna z zabytkowych, chronionych prawem, w których nie można niczego zmieniać. Stajnia na 4 konie (w remoncie) i duży pokój z piecem (na szczęście nowym) i czterema starymi łóżkami. Kiedyś służyła woźnicom zwożącym do Roros pnie drzew. Spodobała mi się na tyle, że zostałam.

Femundsmarka jest obstawiona chatkami, większość jest darmowa, lasy państwowe (Statskog) dostarczają drewna i pozwalają zostać na jedną noc. „Może kiedyś wykorzystam każdą?”- pomyślałam rozkładając swoje rzeczy. To by była czwarta, w której nocowałam, a zostanie jeszcze ze 20, chyba, że któraś jest na klucz, bo było tu też kilka płatnych. Wieczór zszedł mi na rąbaniu drewna. Wszystko robiłam wolno, jak mucha w smole, czułam się zmęczona, już od dawna dręczył mnie paskudny kaszel, najchętniej nie robiłabym nic. Rąbanie też szło mi nie najlepiej, szału nie było, tylko tyle że miałam czym grzać. Rozgrzałam pokój do jakiś 10 stopni, przysunęłam jedno z łóżek bliżej pieca, stopiłam trochę śniegu i poszłam spać. Po zmierzchu za oknem przesunęło się stado reniferów. Przed świtem widziałam zwierzęta jeszcze raz. Szły przed samymi oknami, myśląc pewnie, że wnętrze jest puste, choć może nie, musiały przecież czuć dym.

Nocą wyszłam sfotografować zorzę, słabą i ledwo widoczną wśród drzew.

Nie ruszyłam się nigdzie tego dnia. Ta chatka była już w miarę ciepła, miałam dość drewna na bardzo oszczędne palenie i nadal czułam się bardzo źle. Zresztą nie miałam już pomysłu gdzie iść. Mój pierwotny plan się wysypał, zostało mi kilka ostatnich dni, tak czy siak musiałam jakoś wrócić do Roros. Tylko jak, żeby nie tą samą drogą? Leżałam, czasem wychodziłam na spacer, na nartach, bo wszędzie głęboki śnieg. W południe usłyszałam skuter, wyjrzałam i machnęłam przyjaźnie. Mężczyzna spytał czy może wejść i przez godzinę siedzieliśmy i gadaliśmy. O chatkach, turystach, rąbaniu drewna, i trochę o mapach i szlakach. Człowiek, który mnie odwiedził był opiekunem wszystkich 26 leśnych chatek. Teraz zimą zwoził do nich zapasy drewna na rok, długie, niepocięte kłody. -Są strasznie trudne dla kogoś takiego jak ja- wspomniałam, a on powiedział, że mi pokaże jak rąbać i faktycznie pokazał, przy czym odkrył, że mała siekiera (dużą bym nie machnęła) jest strasznie tępa, a kłody ważą więcej niż dźwignie kobieta. Nie wiem czy weźmie to pod uwagę na przyszłość. Może stają się lżejsze jak wyschną…

Już dwukrotnie uratowała mnie solidarność, która podpowiada silniejszym narąbanie zapasu dla następców. Po mnie też zawsze trochę zostaje, ale niestety mniej. Tu nastrugałam cienkich wiórów na rozpałkę, mogłam, bo miałam ostry nóż. Liczyłam, że ktoś się ucieszy.

Nie rozmawialiśmy długo, bo leśnik się śpieszył. Zajrzał do mnie tylko dlatego, że poczuł dym. Wyjaśniłam, że zostaję na drugą noc, bo źle się czuję, nie protestował.

Obijałam się do wieczora. O zmroku wyszłam popatrzeć na renifery, znów szły. Wiedziałam teraz, że żyją tu w Femundsmarce dwa stada, po 10000 sztuk każde. Nocą wyszłam sprawdzić czy nie ma zorzy, ale było tylko gwiaździste niebo.

Wróciłam tak samo jak tu przyszłam, minęłam Longtjonnę i wiatkę, w której biwakowałam wcześniej. Za mostem skręciłam w szlak DNT i zajrzałam do chatki Fjolburosta. Już ją widziałam jesienią 2 lata temu, ale przelotnie i został mi lekki niedosyt. To zabytkowe gospodarstwo, zachowane w idealnym stanie jak muzeum, pełne ciekawych przedmiotów, być może zebranych z innych farm. Początkowo miałam zamiar tylko podładować baterię, i o ile bym coś znalazła zrobić zakupy. Sklepik jak pamiętałam leży w szopie, i wszystko jest pozamykane w metalowych skrzyniach. Nic dziwnego musi tu być pełno myszy. Na podłodze w sklepiku leżał śnieg, deski w kuchni pokrywał cieniutki lód, taki sam błyszczał na blatach. Rozpaliłam wobec tego w pokoju. Zaparzyłam herbatę i za oknem zobaczyłam parę starszych ludzi z pulką i psem. Zamachałam, wyjrzałam, nie chcieli wejść, mężczyzna zajrzał tylko na moment i miałam wrażenie, że czuje się jakby siadł na rozżarzonych węglach. Już myślałam, że to dlatego, że kaszlę, ale nie. -Wiesz, że Fjorburosta jest zimą zamknięta?- Spytała kobieta. Niby skąd miałabym wiedzieć? Przyszłam, otworzyłam kłódkę jak zawsze w DNT…-To widać w aplikacji dodała- nie mam, zawiesiła się- wyjaśniłam.

Zamieniliśmy jeszcze parę słów na zewnątrz, szli do Ljosnavollen (a myślałam, że jest zamknięte), chwalili Marivollen, które kiedyś ominęłam idąc z Roros. Odchodząc spytali gdzie będę spać i szczerze, naprawdę w to wierzyłam oznajmiłam, że wrócę do Statskogu.

Kiedy telefon był naładowany, a bateria do aparatu zamigała zielenią na zewnątrz zerwał się silny wiatr. Niebo, choć pochmurne zróżowiało, a mój zapał do zjazdu w stronę leśnych chatek osłabł.

Wychodząc zrozumiałam skąd wzięły się cienkie warstwy lodu na kuchennej podłodze i blatach. Rozgrzany komin ciekł i choćby użyć wszystkich schroniskowych ścierek, nie dało się tego wytrzeć do sucha. To pewnie powód zamknięcia na zimę. Trochę było mi wstyd, ale nie bardzo, bo przecież można było wywiesić kartkę. Aplikacja nie jest obowiązkowa, tylko zalecana. Mogłam się też sama zorientować że coś nie tak. Wpisując się beztrosko do książki widziałam, że ostatni gość był tu w listopadzie, a przed nim od września nikogo.

Share
Translate »