Kuststigen cz8-Skaftö

Byłam jedyną turystką. Prom był tylko dla pieszych. Wypełniały go dzieciaki wracające ze szkoły do Fiskebäckskil- wsi rozłożonej po obu stronach wąskiego fiordu. Prom zatrzymał się tam dwukrotnie, chociaż przystanki dzieliło tylko kilkaset metrów. Wysiadłam na ostatnim, bo pani z obsługi radziła żeby obejrzeć tę stronę. Z morza wieś wyglądała jak pocztówka. Nabrzeże zabudowane gęsto drewnianymi domkami i górujący nad nimi wiatrak. Prom dobił tam za kilka minut, minął tylko stelaż do suszenia dorszy, teraz pusty i zacumował przy nowoczesnej przystani. Uczniowie rozeszli się szybko, a ja kluczyłam po wąskich uliczkach wśród domków w pastelowych kolorach, obsadzonych różami, czyściutkich. -Kosztują miliony- powiedziała mi chwilkę później dziewczyna w bieli. Maluję je kolejno co 5 lat. Stała na drabinie z wiadrem farby w kolorze tureckiego jogurtu i skupieniem godnym Mona Lizy. Malutkim pędzelkiem głaskała framugę okna. Poradziła mi żeby wrócić i przejść nadbrzeżnym szlakiem w dół Skaftö. -Nie zdążę znaleźć miejsca na namiot- broniłam się- to rozbij u mnie- podała adres- Musisz tamtędy przejść! Już po kilku słowach zorientowałam się, że jest Polką więc rozmowa poszła nam gładko. Zapisałam ulicę i numer i pobiegłam. Ścieżka miała z 8 kilometrów, do zmroku zostały mi dwie godziny. Śpieszyłam się. Wiatrak- z bliska równie ładny jak z daleka, pole golfowe w cieniu starych drzew, żywopłoty z konfiturowych róż, obwieszone owocami już w połowie zjedzonymi przez zwierzęta, klika domków. Tam pierwszy raz widziałam jak ktoś zbiera jabłka, wszędzie wcześniej spadały i gniły. Port w Grundsund poniżej ciemnych chmur i wąska szosa, którą wróciłam do Fiskebäckskil. Pięknie, spokojnie jak to w Szwecji, ale nie zrobiło na mnie wrażenia.

Dom Polki wyróżniał się lekkim chaosem (jakby nie szwedzkim), ale i tak trudno mi go było odszukać. Numery nie były po kolei, a ten wcale nie miał numeru. Dzwonek nie działał, więc uchyliłam drzwi. Przy stole mąż oglądał film, przeszkadzałam, czułam się niezręcznie, ale zależało mi na chwili rozmowy. Dziewczynie nie podobała się Szwecja. -Czemu nie wrócisz?- dziwiłam się – nie mogłabym mieć takiej pracy- w Polsce nikomu nie zależy na precyzji. Szybko i tanio, a tu sobie mogę malować jak lubię.- W sumie to konserwacja zabytków- uśmiechnęłam się. Zapadła cisza. -A ty?- zapytała- Ile ci płacą żeby tak chodzić? I przypomniał mi się pasterz z Kaukazu. On też nie rozumiał, że dla przyjemności. -Dam ci pracę – próbowała mnie uratować.

Dopiłam herbatę, nabrałam do butelki wody i pożegnałam się, nadal miałam z pół godziny światła i wolałam rozbić namiot w dzikim miejscu. W błękitniejącym zmroku, z końca fiordu Fiskebäckskil wyglądał jak reklama z folderu. Tu mamy na pokaz spokój. Nawet woda wcale się nie marszczyła. Wbiegłam w las. Miejsce na namiot znalazłam ze dwa kilometry dalej nad zatoką. Nie było zupełnie płaskie, widok też troszkę mnie rozczarował, ale byłam zadowolona. Szumiały szuwary, z dębów leciały dojrzałe żołędzie. Krzyczały gęsi. Rano nad wodą uniosła się lekka mgła.

Ścieżka wiła się w gąszczu, wzdłuż zatoczek. Przeszłam mostem na ląd i dalej na wyspę Flatön. Minęłam dwa opuszczone domy, na jednej z nadbrzeżnych łączek uzbierałam kilka borowików i ugotowałam sobie grzybową zupę. To by było wspaniałe miejsce na biwak, była tam ławeczka i stół. Dalej spotkałam jeszcze kilka takich. Szlak biegł ładnie głównie chaszczami. Z góry widziałam skalisty fiord. Pod koniec kiedy wyspa zwęziła się, a szlak zbliżył do drogi spotkałam kilku samotnych grzybiarzy. Szukali kurek.

Prom było widać już wcześniej, zza zakrętu. Żółty, z platformą dla samochodów pływał regularnie co pół godziny od 1957 roku. Wcześniej można było się tu dostać tylko parowcem. W 1980 rząd przejął to połączenie i zaczął je finansować. Służy nielicznym mieszkańcom i pewnie trochę liczniejszym turystom. Kiedyś żyło tu więcej ludzi, rybaków i pracowników olejarni, i pewnie nie było tak spokojnie i pięknie. Podobało mi się na Flatön. Nawet bardziej niż na sławnej Skaftö.

Share

Kuststigen cz7 Lysekil

Byłam już blisko Lysekil. I chociaż wydawało mi się, że dojdę tam przed południem szlak kluczył po bagienkach, i laskach, a ja z nim. Góry przecinała linia z prądem, z daleka widziałam kominy. Poza tym, nic. Okolica była wiejska, spokojna. Ścieżka wyszła na moment na szosę i odbiła do rezerwatu przyrody. Koniec fiordu był podmokły, bagnisty. Kręciło się tam mnóstwo ptaków. Robiły harmider, podnosiły się i siadały, i nie wiedziałam czy czasem nie zbierają się już do odlotu, na południe. Dobrze było siedzieć na pomoście zawieszonym na skałach i słuchać ich. Miałam wrażenie, że miasto oddaliło się na jakąś wielką odległość, może znikło. Zdjęłam buty, żeby stopy choć trochę wyschły, i na drewnie zostały mokre odciski skarpet. Nie mogłam sobie nawet przypomnieć kiedy ostatnio miałam suche buty.

Znów szłam lasami, wzdłuż skalistych jeziorek, czasem gąszczem. Pogoda pogorszyła się, niebo zachmurzyło, czasem kropił drobniutki deszcz. Wdrapałam się na jakieś zalesione wzgórza, minęłam białe, cylindryczne budynki…silosy? Jak gdyby nic ustawione w gęstym lesie. I pojawił się widok na wyspy. Ależ tam było pięknie, pomimo wiatraków. Jeszcze piękniej wyglądało Lysekil. Pierwsze co zobaczyłam z góry to port jachtowy. Śliczny, wtopiony w zatoczkę jak z obrazka. Skały były tam kruche, zejście strome. Na końcu zjechałam po śliskiej glinie wprost na molo gdzie dźwig wyciągał w wody kolejne jachty. Panowie myli je i pakowali na wózki. Szła zima.

Port był długi. Nabrzeże zarosły gęsto domki na łodzie, pomalowane w kolorze szwedzkiej czerwieni, z firankami w okienkach. Idealne. Przy każdym ławeczka, gniazdko, niestety bez prądu. Szkoda, bo miałam ochotę tam posiedzieć, pogapić się na wodorosty i meduzy. Woda była idealnie przezroczysta. Nie tak sobie wyobrażałam port.

Droga do miasta biegła skalistą dolinką. Na ścianach wydrapano rysunki. Szłam przyglądając się im, i dopiero w połowie znalazłam informacyjną tablicę. Autorami murali było dwóch piętnastolatków. Był 1914 rok, bieda i beznadzieja. Chłopcy wyrywali się z domu i marzyli o transatlantyckich statkach, o Ameryce, i o Indianach. Po latach zidentyfikował ich jakiś naukowiec, murale oczyszczono i odnowiono. Dalej widziałam jeszcze kilkanaście nietkniętych, nieodnowione wtapiały się już w tło, porastały mchami. Było tam jeszcze więcej Indian, kilka statków. Kilku umundurowanych mężczyzn. Przypominały mi prehistoryczne rysunki, które widziałam wcześniej, być może jedne i drugie powstały z podobnych marzeń.

Nie byłam pewna co wydaje mi się bardziej niesamowite, fakt że chłopcy mieli prawdziwy talent, czy to że ktoś ten talent zauważył po latach i zadbał żeby malunki nie znikły. Szwecja w międzyczasie zmieniła się nie do poznania. Teraz trudno tu sobie nawet wyobrazić biedę.

Minęło jeszcze kilkadziesiąt minut zanim doszłam do miasta. Ścieżka biegła nadbrzeżem, pustym zupełnie. W sklepie zrobiłam duże zakupy, zjadłam w parku. Była tam toaleta i plac zabaw dla dzieci.

Do pierwszego okruszka, który mi spadł podleciał samotny wróbel. Wyciągnęłam resztkę płatków owsianych i sypnęłam mu. Za moment otaczało mnie wróble stado, a chwilę później kiedy znów sypnęłam przyleciały gołębie. Ptactwo kotłowało się na chodniku. Obserwowałam plac zabaw. Syryjski z wyglądu dziadek bawił się z równie ciemnowłosym wnuczkiem. Chłopiec zjeżdżał na tyrolce. Przez kilkanaście minut to mu się nie znudziło. Aż przyszła blond babcia z równie blond dziewczynką. Stanęły, czekały. Wszystko odbyło się bez słowa. Dziadek uprzejmie zajął wnuczka inną zabawą. Chłopiec troszkę się dąsał, ale ustąpił miejsca. Dziewczynka zjechała kilka razy i poszła. Babcia kiwnęła głową dziadkowi. On się promiennie uśmiechnął. Wcześniej czytałam o niepokojach wśród imigrantów. Też w Lysekil. I nawet trochę się tego bałam. Nie wiedzieć czemu.

Siedziałam tam chyba z godzinę. Mój prom odpływał dopiero o czwartej. Zdążyłam jeszcze zajrzeć do zamkniętej kawiarni i kupić gorącą kawę. Kiedy słońce chowało się za chmury było zimno. I siedząc tak długo zmarzłam.

Share