Apuane cz8 Vinca

Nocą ociepliło się. Spadł śnieg. Zwykle to nic fajnego, ale tym razem widząc świeży puch ucieszyliśmy się. Skoro śnieg to nie lód. Jeden kłopot z głowy. Mario też gryzł nocą problemem brakujących raków i rano długo opowiadał jakie mamy szczęście. Chyba rzeczywiście mieliśmy. Noc w bezpodłogowym namiotku zapamiętalibyśmy pewnie na długo, a tak wyspaliśmy się wygodnie w suchym i ciepłym. Aż żal było stamtąd odchodzić. Grzebaliśmy się i wyszliśmy późno. Nie wydaje mi się żeby droga z drugiej strony biwaku bezwzględnie wymagała raków, ale Mario miał miękkie, letnie buty, a takie na ewentualnym lodzie trzymałyby jeszcze mniej. Tak czy siak tym razem nam się upiekło i spokojnie szliśmy sobie przez pięknie ośnieżony las. Z K2 jest bardzo blisko do schroniska, zimą zamkniętego. Mijając je odbyliśmy poważną rozmowę. Musiałam kilkukrotnie potwierdzić, że rzeczywiście chcę iść dalej wzdłuż Apuane, i że jeśli znów się gdzieś zakopiemy to nie będzie to już wina Mario. Podzieliwszy się sprawiedliwie odpowiedzialnością ruszyliśmy po kopnym śniegu w górę -Podobna trasa jak nocą- myślałam, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że noc dla Mario- uzbrojonego w bardzo jasne latarki, przyzwyczajonego do ciemności speleologa i dla mnie to dwa różne światy. „Kloszard” od wielu godzin torujący szlak (w na pewno mokrych spodniach i butach) wzruszył mnie. Zrobiłam mu całą serię zdjęć. Śmieciowy worek na trupie plecaka, parasol, woreczki w butach… Po kilku krokach odkryłam, że zgubiłam mapę! Wróciłam szukałam wszędzie, wielokrotnie chodziliśmy w górę i w dół. Mapa znikła, nie było ani śladu, ani ryski w idealnie białym, nietkniętym puchu. Pojęcia nie mieliśmy gdzie mogła się zgubić i jak. Pewnie wypadła z torby, kiedy robiłam zdjęcia… W końcu ze świadomością, że jestem gapą (teraz ja musiałam powiedzieć -mea culpa) ruszyliśmy dalej przez śniegi bez mapy. Mario powiedział, że na tym odcinku nie ma problemu, i że może uda się kupić nową w Vinca. Generalnie bardzo się tą mapa nie przejął. Nie miał też kłopotów z orientacją, chociaż wydawał się bardziej ostrożny na eksponowanych, zawieszonych nad nie wiadomo czym fragmentach. Znów przeszliśmy tuż nad urwiskiem patrząc z lotu ptaka na kamieniołom. Teraz przy śniegu te rozkopane góry nie wyglądały źle, ale latem białe, wyprute z wnętrza ziemi marmury musiały bardzo razić. Nikt tam tym razem nie pracował. Było cicho, trochę bajkowo, bardzo spokojnie.

Trasa na Foce Giovo trawersuje stromy kamienisty stok, tuż poniżej granicy lasu. Zgubiliśmy ją tylko raz. Tym razem bez wahania wróciliśmy do poprzedniego znaku i pokręciliśmy się w kółko aż odkryliśmy gdzie jest kolejny. Wymagał lekkiego odkopania. Poza tym miejscem nie mieliśmy większych problemów. Szło nam się łatwiej i szybciej niż nocą.

Foce Giovo to szerokie siodło. Kiedy na nie wyszliśmy wisiała tam sucha mgła. Mario powiedział, że jest stąd piękny widok, a ponieważ bardzo było mi tego widoku żal zaproponowałam herbatę, mając nadzieję, że może chmura w tym czasie zniknie. Oprócz wina nie mieliśmy nic do picia, zimą nie ma dużych szans na wodę, a też przecież trzeba pić. Siedliśmy, wyjęłam palnik. Zanim stopiłam śnieg pojawiły się jakieś strzępki widoku, który później piękniał i piękniał.

-Fortunata, fortunata- powtarzał z przejęciem Mario ciesząc się, że to zobaczyłam. Szkoda mi było stamtąd odchodzić. Wydawało się, że Vinca jest bardzo blisko. Nie wiedziałam gdzie się zatrzymamy na noc, ale jakoś mnie to nie martwiło. Mając czas schodziliśmy wolniutko, obserwując rwące się na górach chmury. Trasa, którą wybrałam wcześniej obchodziła dolinę, trawersując schowany we mgle stok i zbocza Monte Sagro. Matheo zdecydowanie odradził nam ten odcinek, a ponieważ nie bardzo byłoby gdzie tam przenocować (jest schron, ale zamknięty na klucz), zejście do Vinca wcale mi nie przeszkadzało. To piękna droga. Wcale nie krótka. Szybko skończył się śnieg . Przez chwilę szliśmy przez zielone hale, potem pojawił się las i gąszcz kilkusetletnich kasztanów. Były też kępy iglastych, obcych, niepochodzących stąd drzew. Mario opowiadał mi o roślinach i skałach, szliśmy ostrożnie, bo te ostatnie były tu wyjątkowo śliskie. W zasadzie nie dało się po nich iść. Spróbowałam i wywinęłam salto (głupio, bo Mario mnie ostrzegł). Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam tak upiornych skał. Były jak masło. Tuż przed Vinca minął nas młody chłopak. Jedyna osoba, którą spotkaliśmy w górach od wielu dni. Mario pozdrowił go i pogadał. Chłopak zadzwonił gdzieś i okazało się, że znaleźliśmy nocleg. We wsi nie było ani hotelu ani schroniska, ale była szkoła dla leśników, która w jednej z sal miała wypełnioną piętrowymi łóżkami zbiorówkę. Klucze do niej trzymała mieszkająca tuż przy przystanku autobusowym Sonia. Mili państwo zaprowadzili nas do pustego budynku i zostawili samych. Nocleg kosztował tylko 10 Euro, śniadanie 2 ( ja go nie jadłam, wolałam swoje płatki). Znów mieliśmy bardzo dużo szczęścia. Spotykaliśmy wspaniałych ludzi, pogoda w niczym nam nie przeszkadzała, z nieba spadało nam i spanie, i jedzenie. W Vinca są trzy piekarnie i sklep (tuż przy przystanku). Nigdzie nie było mapy.

Wieczorem, kiedy Mario poszedł spać połaziłam trochę po wyludnionych uliczkach. Chmury znikły. Gwiaździste niebo, trzymał lekki mróz. W nieogrzewanej szkole było upiornie zimno. Nie byłoby pewnie aż tak źle gdybym nie wpadła na pomysł wchodzenia pod lodowaty prysznic. Rano Mario opowiedział, że zrobił ten sam błąd. To był nasz najzimniejszy nocleg.

Share

Apuane cz8 Bivacco K2

Od rana padał deszcz. Matheo nie miał połączenia z netem, a my nie mieliśmy sieci.

– Poprawi się po południu- pocieszał nas lekko protekcjonalnym tonem- zawsze tak jest jak od rana wisi ciężka mgła. Popatrzyliśmy na naszą mapę, nie bardzo wiedząc dokąd iść.

-Najrozsądniej byłoby zejść do Serra i ewentualnie podejść do Biwaku Aronte, skoro chcesz- perorował Matheo, w jego głosie był cień satysfakcji- Monte Tambura w taką pogodę jest bardzo trudny, eksponowany, idzie się nad kamieniołomem. Trawers 183 jest zamknięty, bardzo niebezpieczny, najlepiej zejdźcie… To Serra było 1000 metrów w dół. Jeśli nawet Mario miał zamiar zostawić mnie w górach samą i zejść to teraz ten zamiar mu zanikł.

-Idziemy przez Monte Tambura- zdecydował patrząc na Matheo zaczepnie. Nie protestowałam. Mario wyszedł w deszcz i zrobił kijek z jakiejś gałęzi. To był cały jego zimowy sprzęt. Ubraliśmy się, pochowaliśmy do foliowych worków co się dało, Mario wymienił też worki w butach. W gęstej mgle powtórzyliśmy wczorajszą ścieżkę, tym razem bez żadnych widoków. Na Paso Tambura porzuciliśmy Via Vandelli i zaczęliśmy podchodzić granią. Próbowałam sobie przypomnieć jak wyglądała wczoraj, ale w pamięci został mi tylko Monte Sagro wynurzający się z morza chmur. Szliśmy długo, ja bardzo powoli, znów lepił się do nas mokry śnieg. Widoczność była prawie zerowa. Szlak niewidoczny, ale Mario szedł nim bez zastanowienia. W jakiejś chwili dosłownie spod nóg zaczęły mu wyskakiwać kozy. Było ich chyba 6 wydostawały się w panice z czegoś w rodzaju nory, pewnie głębokiej rozpadliny lub groty. My byśmy się tam nie zmieścili więc tylko popatrzyliśmy. Rogate zwierzaki we mgle wyglądały demonicznie. Zanim wygrzebałam aparat zdążyły odejść, potem przelazły jakoś pod granią i mijając nas ostrożnie znów schowały się w grocie. Pogoda była naprawdę wstrętna. Śnieżyca, bardzo silny wiatr. Tamburo ma kilka przedwierzchołków, albo tak mi się wydawało we mgle. Parę razy widziałam koniec, ale potem znów szłam w górę, nie w dół. Żebro zrobiło się bardzo ostre w obie strony można było stamtąd spaść, ale nie nazwałabym tego ekspozycją, możliwe, że za mało widziałam. Wierzchołek pojawił się znienacka. Na grani stał mały krzyżyk. I na nim, i na nas narastał lód. Trudno było tam dłużej ustać, na zdjęciu, które mi zrobił Mario wyglądam jak upiór. Zejście też było paskudne, strome, zalodzone, nie wiedziałam czy jeszcze szliśmy po śniegu osadzonym na solidnej skale, czy już po nawisie. Schodziliśmy ostrożnie wyrąbując stopnie obcasami. Przydały się moje zimowe buty. Potem zrobiło się bardziej płasko. Zobaczyliśmy słup i obrośnięty soplami drogowskaz. Nie było znaku do biwaku. Nie było też jak rozłożyć mapy. Zeszliśmy zygzakiem, szukając po omacku. Czasem trafialiśmy na jakiś kopczyk, potem znalazły się pojedyncze znaki, jakieś rozgałęzienie…? Nagle przed nami wyrósł samochód. Zeszliśmy na dno kamieniołomu! Nie był czynny, ale stał w nim metalowy barak. Weszliśmy i obejrzeliśmy mapę. Dalej znów zygzakiem, znów błądząc w paskudnej mgle i walcząc z wichurą dotarliśmy do miejsca, które wydało się Mario znajome. Kilkanaście minut później znaleźliśmy biwak Aronte.

Wiało tak, że z trudem udało nam się otworzyć drzwi. W środku też było upiornie zimno. Kominek pusty, kilka dużych szczap, których nie byłoby czym rozpalić. Mario uparł się, że idziemy dalej, rozumiałam jego zdecydowanie (przemoczone ubranie i buty, cienki śpiwór), ale rozsądek mówił żeby jednak zostać. Do kolejnego schronu, biwaku K2 było co najmniej 3 godziny. Do zmroku już trochę mniej. Pomimo tego zgarnęliśmy świecę i jakąś porzuconą puszkę (w Aronte było bardzo dużo jedzenia) i wyszliśmy na ten upiorny wiatr.  Mario wrócił jeszcze po butelkę wina. Szklaną, prawie pełną, pewnie okrutnie ciężką. Zastanawiałam się czy ma jedzenie, mógł nie mieć, przecież był kloszardem…

Po drugiej stronie grani niemal ustał wiatr, ale weszliśmy w głęboki śnieg. Mario odbił z drogi w jakimś sobie tylko znanym kierunku (prosto w zaspy) i o dziwo bardzo długo trafiał na znakowaną ścieżkę. Mozolnie przekopywaliśmy się przez puch trawersując jakieś strome zbocza. Miejscami było niewesoło, luźne skały, stromizny w gęstych krzakach, ale później znów odnajdywaliśmy znak. Doszliśmy tak na Foca di Cardeto. Wiatr rozwiał chmurę i na chwilkę pojawiło się dno doliny. Szliśmy jeszcze przez moment szlakiem. Sfotografowałam nawet drogowskaz. Chwilkę później światło poróżowiało, chmury rozwiały się i nad nimi pojawił się ośnieżony szczyt. Żałuję, że nie zatrzymałam się, nie wyjęłam statywu i nie sfotografowałam tego widoku porządnie. Był olśniewający.

-Monte Cavallo- krzyknął do mnie Mario bardzo zadowolony. Chwilę potem wynurzył się jeszcze Monte Pisanino. Potem się zgubiliśmy.

Światło znikło w ciągu kilkunastu minut. Przez trzy godziny przedzieraliśmy się przez stromy, gęsty las. Mijaliśmy zasypane śniegiem dziury- wejścia do jakiś jaskiń. Balansowaliśmy na ośnieżonych skałkach wspinaliśmy się po paskudnych zboczach. Zapadaliśmy się po kolana w zaspy. Miałam dość. Mario dotąd bardzo spokojny parł do przodu jak muł. Nie dało się z nim porozmawiać. Ani zatrzymać, ani pomyśleć, ani ponegocjować. Zaczęło mi się wydawać, że dostałam się w łapy wariata. Noc, strome coraz bardziej niebezpieczne miejsca i brak reakcji na moje słowa. Chmury znikły, mróz ściął wierzchnią warstewkę śniegu. Ciemno, zimno, byłam strasznie zmęczona…

-Wracam- powiedziałam i naprawdę wróciłam. Od dawna schodziliśmy (chociaż do biwaku powinien prowadzić trawers). Teraz bardzo mozolnie wdrapywałam się z powrotem na stok. Plecak ciągnął mnie jak kotwica. Ślizgałam się. Szłam wolniutko. Mario dogonił mnie w kilka minut.

-Ale co masz w zasadzie zamiar zrobić, zejdziemy na dno i podejdziemy z drugiej strony szlakiem… W dole pod nami szumiała rzeka. Przypomniały mi się wszystkie oberwane kaniony pirenejskich rzek. Przyspieszyłam.

-Rozbiję namiot

-nie będę spał w namiocie

-a ja tak…

gadaliśmy tak wspinając się do góry własnym tropem.  Akademicka dyskusja na upiornie stromym, zadrzewionym zboczu. Zrobiłam to co zrobiłabym zawsze. Wróciłam do punktu, w którym ostatnio widziałam szlakowy znak. Nie minęliśmy ani jednego miejsca gdzie dałoby się postawić namiot. Potem posuwaliśmy się bardzo ostrożnie wypatrując biało czerwonych znaków. Dwukrotnie minęliśmy nasz ślad. Pierwszego nie rozpoznaliśmy. Biegł z metr od właściwej trasy, był pojedynczy, wiec przez chwilkę myśleliśmy, że ktoś tędy szedł, że mamy przewodnika. Hmm… syndrom Kubusia Puchatka.

Dojście do K2 jest trudne zimą. Przekracza dwa bardzo strome żleby. Mario rozpędził się znów, ale teraz bez trudu znajdował drogę. Szedł pierwszy, przecierał szlak. Znalazł też biwak, który ja bym chyba minęła. Stoi kilkadziesiąt metrów od ścieżki. W lesie.

-Mea culpa- usłyszałam zaraz po wejściu, bo Mario akurat włączył się włoski.- Mea culpa, pogubiłem się i wybrałem zbyt trudną trasę. Przepraszam. Nie gniewaj się. Nie powinienem… Czyli jednak nie trafiłam na wariata. Złość, którą w sobie wyhodowałam natychmiast znikła. Mario połamał patyki, rozpalił ogień. Roztopiliśmy śnieg.  Kappa Due- to zacny biwaczek. Szczelny, ciepły. Na półce był kilogram kawy. Na pryczach całe sterty koców. Mario zakopał się w jednej i padł.

Jest mróz, śnieg stwardnieje nocą na kość, jak zejdziemy skoro tylko ja mam raki?- zastanawiałam się zasypiając. Kiedy się obudziłam nadal było całkiem ciemno. Zapomnieliśmy otworzyć okiennice…

 

Share