Armenia pieszo, cz2-Tsghkashat

Zwijamy się szybko. Presja czasu, jesienią dzień jest bardzo krótki. Niebo zachmurzone, więc długo się nie rozjaśnia, chociaż po stoku, gdzieś na gruzińskiej granicy przesuwa się różowa plama. Wstało słońce. Włączam nawigację w telefonie, nie pokazuje zapamiętanej z netu drogi w dół. Hmm… Może zejdziemy przez las? Żałujemy tego już po kilku minutach, stromo, cierniste krzaki, dużo błota. Owszem jest ścieżka, ale jej użytkownicy nie są wyżsi niż 80 cm- metr. Tunele z cierni, piękny widok w dół, błądzimy, ale dochodzimy do dna. Potok łatwo pokonać po kamieniach, dalej już szosa, asfaltowa, więc skręcamy w bok. Podejście zajmuje chyba z godzinę. Monastyr Haghpat widać z bardzo daleka, ale nie wiemy jak do niego dojść. Wieś jest gęsta, pełna wąskich uliczek na stromym. Szara, jakby przykurzona. Kluczymy, podchodzimy, wracamy. -Idźcie do szosy- podpowiada nam ktoś zza płota. Idziemy i zaraz trafiamy. Pusty parking, jeszcze nie ma turystów.  Hotelarka robi nam kawę. Pozwala zostawić plecaki, ale krzywi się kiedy pytam jak podłączyć do ładowania telefon. Przez chwilę jesteśmy w monastyrze sami. Ściany zachowały resztki malowideł. Staramy się wyobrazić je sobie całe. Zrozumieć historie sprzed tysiąca lat i nagle podjeżdża autobus i wokół robi się gwar i tłok. Niemcy, starsi ludzie z przewodnikiem. Za kilka minut podejdą do nas na nagle rozsłonecznionym placu i zafascynowani będą słuchać o pieszej wędrówce.

Pod monastyrem ustawiło się trochę kramów. Robię zdjęcie babci dziergającej serwetkę na szydełku, nawet nie jej, tylko jej dłoniom, serwetce. Druga babcia namawia na kupno orzechów. -Drogie- krzywi się rozsądnie Jose, ale nie umiem odmówić. Szydełkująca babcia patrzy na mnie z wyrzutem. -Ja też przecież mam orzechy, zrobiłaś zdjęcie to i u mnie kup. Wyciągam kolejne 10oo drahm. 2 euro. Siadamy na jedynej ławeczce , na środku placu. Obok ustawił się obwoźny sklep. Warzywa, owoce prosto z wora. Za grosze. Jemy winogrona patrząc jak babcia od szydełka kupuje siaty ziemniaków, maca ogórki, wybiera cukinie. Wszytko to mieści się w tysiącu drahm, więc wraca i bierze jeszcze torbę winogron, uśmiecha się, ale nie patrzy na nas. My też się uśmiechamy. 2 euro, a tyle radości -daj orzecha rozchmurza się nagle Jose.

Pan ze „sklepu” objaśnia nam dalszą drogę. Wodopój, potem mały monastyr. Przez las dalej trzeba skręcić. Za chwilę zapomnimy, w którą stronę… Przy cmentarzu przyłącza się do nas pies. Jose to bawi, mnie martwi. Na szczęście psina zawraca kiedy z lasu niespodziewanie zbiega jakiś człowiek, miejscowy w lekkich butach, zakopany w kupie jesiennych liści. Na podejściu mijamy mężczyznę z koniem, ściąga z góry dwa spore pnie, i drugiego z osiołkiem. Na grani skręcamy w prawo. Dobrze, bo wychodzimy na wieś-Tsghkashat. Na skrzyżowaniu stoi nowoczesny drogowskaz wskazujący drogę do Haghpat… -Co wy tak oglądacie? -odzywa się zza płotu męski głos. -Chodźcie na kawę! Gospodarze suszą wełnę na kołdry dla przyszłych wnucząt. Mieszkają w Alaverdi, a to jest ich letni dom. Kawa, ser, kompot z brzoskwiń, na zagrychę pikantne kiszone ogórki (pyszne) i samogon- pędzony z leśnych jabłek. -Mamy go tu całe beczki- śmieje się mężczyzna w naszym wieku. Przy telewizorze zdjęcie dwóch pięknych dziewczyn i chyba już nieżyjący dziadek. -Córki studiują w Erewaniu- Co?-pytam, ale rodzice nie wiedzą. Wychodzimy obładowani orzechami, jabłkami, od samogonu lekko mi szumi w głowie. W błocie stoi drugi drogowskaz, ale nie wiemy co wskazuje. Nie widzimy takiego miejsca na mapie.

-Wzdłuż rzeki i na południowy zachód, mówi po rosyjsku starszy mężczyzna.-Skąd?- z Polski- odpowiadam, a on recytuje nazwiska sławnych Polaków, bohaterów wojny ojczyźnianej. Nigdy ich nie słyszałam, ale wcale mnie o to nie pyta. Teraz kolej na hiszpańskich poetów. Jose z aprobatą kiwa głową. Dodaje Cervantesa, ale nasz rozmówca nic o nim nie wie. -Czemu to nie rosyjski zrobili międzynarodowym językiem?- pyta. -Angielski jest znacznie prostszy- odpowiadam nie chcąc tłumaczyć, że rosyjskim włada może z ćwierć miliarda ludzi, a angielskim miliard w samych Indiach.

Zostajemy sami, skręcamy w jakąś polną drogę. Słońce opada, krowy wracają z pastwisk. -Nie mamy wody!- uzmysławiamy sobie kiedy robi się szaro. Nawigacja pokazuje w rzece źródło. -„woda mineralna”?- staram się przeczytać malutki napis. Biegniemy w dół, przez błoto i chaszcze. Opuszczamy się stromym wąwozem, trafiamy na zwykłą rzeczkę, bierzemy wodę i wybiegamy z kanionu z drugiej strony. Rozbijamy namiot w ciemności, na skraju lasu. -Jaki niedźwiedź!- denerwuje się nie wiem czemu Jose.- Daj spokój tu nie ma żadnych dzikich zwierząt, widziałaś w lesie małe świnki?- wilki zajmą się najpierw nimi, nie nami… -A ten chłopak, który nas minął i niósł broń?- oj tam, na pewno szedł na przepiórki…

Nocą otula nas mgła i nic nas nie niepokoi.

Share

Armenia pieszo cz1- Alaverdi

Przylot do Kutaisi, Georgian Bus z lotniska do Tbilisi (tak jak poprzednio oprócz biletów kupiliśmy u nich też gaz, nie widziałam go w żadnym innym miejscu), zmierzch, informacja turystyczna na Liberty Square, hotel, pierwszy z brzegu, nie najtańszy, ale byliśmy skonani. Wygodny pokój, obiad w staromiejskiej restauracji. Budzik przed świtem. „Shared Taxi” z dworca Alvabari, płatne tylko w Lari więc musimy zmienić 50 Euro. Jeszcze bar „Old Tbilisi” z pysznym lobio, tak gorącym, że trudno je zjeść w biegu. Bilet do pierwszego miasteczka w Armenii kosztuje prawie tyle co do Erewania. Po drodze kierowca staje kilkukrotnie, kupuje coś na przygranicznych straganach. Zastanawiamy się czy nie wysiąść już na granicy, ale inni podróżni radzą, że nie. Tu tylko szosa, nie ma jak iść, lepiej nie chodzić tak blisko granicy… wiemy, wiemy. Przestudiowałam wszystkie mapy nawet Google Earth. Droga prowadzi wąwozem. Na stokach las. Mijamy jakieś zabudowania i skręcamy. Miasto jest szare. Z wierzchołka góry unosi się dym. Dopiero po chwili rozgryzamy, że doprowadza go tam przyklejona do stoku rura- pokrętny komin jakiejś fabryki. Droga wydaje się gruntowa, ale to zniszczony, przysypany asfalt. Ryneczek, obok szare domy. Nie widzę w nich mozaiki z kamienia. Nauczę się ją dostrzegać później. Szaro- różowe płytki wydają mi się gołym betonem, pustakami, używanymi u nas kiedyś na wsi. Kurz, huk, pracuje pneumatyczny młot. Remont drogi. Robi mi się niedobrze. Jose idzie do baru na kebab, a ja rozpoczynam poszukiwania w aptece. Z gapiostwa nie wzięłam smekty, nifuraksazydu… Długo tłumaczę co jest mi potrzebne. Sympatyczna dziewczyna poleca różne rzeczy. Mija pół godziny zanim pokaże mi też podróbki znanych mi lekarstw. Ból brzucha przejdzie już po jednej tabletce, ale aż do wieczora będzie mi słabo. Nie lubię jeździć autobusem.

Upał. Złoto jesiennych drzew. Wąska dolina. Podchodzimy do wyższej części miasta. Długo. Stare Alaverdi leży na dnie kanionu, a nowe na płaskowyżu. W połowie podejścia mija nas zapchany autobus zwalnia, ale się nie zatrzymuje. Nie ma miejsc. Chwilkę potem zabiera nas taksówka, w której jedzie już jeden pan. Pracuje w kopalni miedzi. Opowiada nam jak był w Hiszpanii. W związku z pracą. Tam też wydobywa się miedź. Wysiadamy przy Monasterze Sanahin.- Tu jest 12 innych monasterów- mówi taksówkarz, a ja nie mam sił nawet na ten jeden.

Klasztor pochodzi z 9-tego wieku. Stoi na górce w cieniu wielkich drzew.  Tu, na płaskowyżu czuć już lekki przewiew. Jesteśmy sami. Monastyr wydaje mi się szary i martwy. Depczemy po nagrobnych płytach. W wypolerowanym kamieniu świecą twarze. Proste narysowane kilkoma kreskami, a idealnie oddające urodę Ormian. Świece, kilka starych krzeseł, siadam i nagle nadlatuje dron. Rosjanie. Urządzenie tłucze się pod sufitem. Brzęczy jak natrętna mucha i znika równie szybko jak się pojawiło. Cisza ma 11 wieków. Najazdy Persów, napady Mongołów. Arabowie, Turcy, rządy Gruzji, carska Rosja i ZSRR. Jak to możliwe, że nadal trwa? Z korytarza pomiędzy kaplicami widać kanion i wysoko zawieszoną wieś. -To tam idziemy- pokazuję Jose-jak pięknie- mówi. To wtedy naprawdę ruszamy. Już spokojnie, bez pośpiechu, bez nerwów.

Najpierw przez wieś. Niby znakowaną ścieżką, ale trochę zagubieni, niepewni. Kury, błoto, zarośnięte ogrody. Złoty las. Nie widzimy już więcej znaków, ale co jakiś czas mijamy miejsce piknikowe. Zadaszony stół z ławkami i wodopój. Cały czas idziemy polną drogą, mija nas autobus (ekologiczny, na gaz), potem pasterz z długą siwą brodą i nagle wszystko się kończy. Przez trawiastą połoninę poznaczoną regularnie poustawianymi rurami ( nawadnianiem z czasów ZSSR?) jedzie lada. Klapie niedomknięty bagażnik. Z rozpędu idziemy za samochodem. Na skraju kanionu jest miejsce piknikowe. Z przedziurawionej rury strzela słup wody. Pan z lady wypełnia baniaki, całe mnóstwo jeden po drugim. Czekamy, potem rozbijamy namiot. Nagle, bez ostrzeżenia zapada zmierzch. Wieś po drugiej stronie kanionu jest dziwnie ciemna. W lesie krzyczą puchacze i sowy. Wydaje mi się, że wyje szakal. Śpię jak kamień. Budzik dzwoni o wpół do szóstej.

Share