Norwegia w poprzek cz8- Brekken

Wschód słońca był piękny. Wyszłam z wiadrem po śnieg i szybciutko wróciłam z aparatem. Nad dolinami wisiało morze chmur. Pięknie było patrzyć jak pochłania je słoneczne światło i rozlewają się dzienne kolory, złoto, biel. Spodziewałam się kolejnego pięknego dnia, jednak zanim się uporałam ze śniadaniem mgły podniosły się i nakryły Kjolifjellet. Trasa, którą sobie upatrzyłam była nieprzejechana, ani jednego śladu. Podobnie ta, która prowadziła na stację kolejową Rejtan, na wprost płaskowyżem. Moja opadała w dolinę i przynajmniej na początku była otyczkowana. Z mapy wiem, że latem jest tam droga, zimą wszystko było pod śniegiem i nie rysował się ani ślad poboczy, zakrętów czy wyrównanej nawierzchni. Nigdzie. Pierwsze podejście do zjazdu mi się nie udało. Mgła była tak gęsta, że z trudem widziałam kolejny słup. Raz nie wypatrzyłam niczego i kiedy próbowałam iść na wprost zgubiłam wszystkie znaki. Wróciłam po własnym śladzie. Niemcy zdążyli się już pozbierać i planowali ruszyć z powrotem, tak samo jak przyszli. Zapisali ślad gps.

Posiedziałam chwilkę, ale pogoda ani myślała się zmienić. Wiedziałam już, że trasa z mapy.cz nie pokrywa się z rzeczywistością, a droga mija brzeg jeziora (niewidocznego zupełnie) i opada prosto w dół. Spróbowałam jeszcze raz. Tam gdzie się zgubiłam brakowało jednego słupa, ze śniegu wystawał tylko jego kikut, gdybym poszła jeszcze dalej w dół trafiłabym na niego za pierwszym razem. Schodziłam uważnie. Tropiłam słupy, omijałam uskoki, zwłaszcza te na wywianych skałach, wpadałam w zaspy i rozjeżdżały mi się narty na lodzie. Nic nie widziałam. Każda zmiana podłoża była niespodzianką. Nie nadążałam balansować przód-tył wjeżdżając w twarde lub w miękkie, zjeżdżałam z nie wiedzieć jak stromych progów, nie wiedząc gdzie i czy aby nie za szybko. Strasznie to było męczące. Raz chmury troszkę się przerzedziły i zobaczyłam chatkę. Niedaleko, jakieś 100 metrów w bok. Ruszyłam w jej stronę z nadzieją, ale mgła zgęstniała i już nie wiedziałam gdzie jest. Wywróciłam się i chyba wtedy zginął mój mały termosik. Choć możliwe, że przy jakiejś wcześniejszej wywrotce. Był czarny, powinno być go widać na śniegu, a przegapiłam. Zorientowałam się dopiero niżej jak zgłodniałam. Przepadło pół litra gorącej herbaty. Szkoda.

Teraz byłam już w niższych warstwach chmury. Wiatr rwał mgłę w strzępy i czasem przesuwał się przede mną widok. Powietrze pachniało inaczej, wiem że nie powinno pachnieć niczym, ale gęstość, wilgotność, sama nie wiem co jeszcze się zmieniło, i ja to czułam. Jakoś mnie to podniosło na duchu.

Stawałam za każdym razem, kiedy pojawiał się strzępek widoku, zwykle znikał zbyt szybko żeby go sfotografować i choćby spróbować porównać go z mapą, ale i tak niósł nadzieję. Było pięknie i groźnie. Jasno, a równie niepewnie jak nocą. Dolina wynurzyła się dopiero kiedy wyjechałam pod chmurę. Tuż przede mną zaczynał się zawiany kanion, i musiałam zdecydować z lewej czy z prawej. Słupy prowadziły w prawo i potem musiałabym długo wracać dnem doliny. Wprawdzie biegł nią skuterowy szlak, przekraczałam go poprzedniego dnia, ale i tak nie chciało mi się zbaczać aż tak daleko. Niepewna czy dam radę i czy nie natknę się na jakieś przeszkody poszusowałam po lewej prosto w dół. To była pierwsza możliwość sprawdzenia nowych nart w stromym puchu. Nie wiedziałam nawet czy skręcą jak chciałam. Skręcały! Na gładkim zboczu zarysował się przyzwoity, prawie sinusoidalny ślad. Ciągły, bez przerw i skaz. Jechałam szeroko, zakosami, dość szybko i u podstawy stoku poczułam się mocno zmęczona. Dawno nie jeździłam na nartach, chodziłam, ale to co innego. Bolały mnie mięśnie na udach, ciągnęły łydki. Kiedy o tym pomyślałam zawahałam się i się wywróciłam. Trudno się wstaje na miękkim, trudno strzepuje ciepły śnieg.

Niżej, z brzozowego lasku wynurzył się dom. Niezły cel, na pewno leżał blisko drogi. Ostrożnie przecisnęłam się między krzakami i dwie wywrotki później stałam na twardym.

Ślad skuterów przekraczał rzekę za drogowym mostem i rozdzielał się na dwa, potem na trzy. Powinnam była zostać na dnie bocznej doliny, a poszłam po śladach, zwykle tak jest, kuszą tylko dlatego, że są. W efekcie minęłam kilka skupisk letnich domków, w poniedziałek już opuszczonych, bez ludzi (a chciałam spytać) i wpakowałam się w letni szlak. Biegł zboczem, trawersem, po skałach. Bardzo trudno się po nim szło. Planowałam dojść do kolejnej chatki. Nie wiedziałam jaka jest i czy na pewno zastanę otwarte drzwi. Tu nie było już tras DNT, nie było schronisk. Musiałam sobie jakoś radzić sama. Wcześniej wypatrzyłam w necie dwie chatki. Jedna leżała blisko, nad jeziorem, do drugiej miałam jeszcze 4 km. Pogoda znów się zamgliła, świat zmętniał. Próbowałam sięgnąć teleobiektywem do stromizny z moim porannym pięknym śladem, ale bez słońca było za mało kontrastów i wszystkie szczegóły zniknęły w bieli. Jakby wcale mnie tam nie było.

Teraz szło mi upiornie powoli. Trawers był wywiany, śnieg wytopiony. Na skałach musiałam ściągać narty, na lodzie wycinałam piruet za piruetem, aż w dolinie, kilkaset metrów niżej, za laskiem widziałam pierwszą z chatek. Kusząco blisko. Przyglądałam jej się przez jakiś czas tropiąc zawiłości letniej ścieżki, aż w końcu, kiedy się pojawiła możliwość zjechałam. Zadziwiająco szybko znalazłam się znów na miękkim, na puchu. Chatkę otaczała wywiana zaspa, zlodzona i wysoka na metr. Trudno było się z niej zsunąć i potem wyrąbałam stopnie. Drzwi były otwarte, wnętrze przypominało szwedzkie chatki na południu Laponii. Stół, prycze na 4 osoby, piec i skrzynia na drewno. Pełna. Były też świece. Schronik należał do gminy Alen, na ścianie wisiał cennik. 100 koron. Sfotografowałam numer konta na potem. To był miły wieczór, choć wnętrze rozgrzewało się z trudem. Daleko do luksusów w DNT, pomimo tego bardzo mi się podobało i nie żałowałam, że tutaj zjechałam. Zwłaszcza, że letni szlak przy tak słabym śniegu był na nic.

Rano poszłam na wprost, dnem doliny, łagodnie w górę. Teraz już nie tropiłam czerwonych znaków, wypatrywałam zarysów strumieni, krzywizn stoków czy kęp drzew. To było bardziej naturalne, wręcz kojące. Nawet kiedy mój świat znów nakryła mgła. Zagapiłam się i nie zauważyłam, że idę ponad strumieniem. Śniegowy most zarwał się znienacka, bezdźwięcznie i wpadłam do wody. To była szybka rzeczka, bez lodu na nurcie leżała zbita zaspa, głęboka na metr, a jednak zbyt słaba żeby mnie utrzymać. Nie umiałam tak po prostu wyjść. W pierwszym odruchu wyszarpałam z koryta pulkę i wyrzuciłam ją wyżej na śnieg. Jeszcze nie zatonęła. Nadal nie dawałam rady się wydostać. Śnieg się osuwał. Zostało mi tylko włożyć rękę do wody i wypiąć narty. Wyrzuciłam je na brzeg kolejno. Buty nie zapadły się, stałam na dnie. Teraz się wygramoliłam.

Rzut oka na mapę- 1,5 km. Rzut oka na pulkę- nie zalana, a przynajmniej nie wypełniona wodą. Przelotna myśl jak mokre są buty -nie bardzo, wydawało się że przeciekło tylko odrobinę, gdzieś pod językiem. 1,5 km to jakieś pół godziny. Pognałam. O tej chatce wiedziałam jeszcze mniej i biegnąc w stronę niewyraźnego zarysu dachu modliłam się żeby była otwarta. Była zawiana. Musiałam odkopać drzwi. Z trudem udało mi się je otworzyć, wewnątrz też leżała zaspa i ją też musiałam usunąć. Drugie drzwi otworzyły się już bez problemu. Wewnątrz stał duży piękny stół i wygodne skórzane fotele. Na ścianie dwie piętrowe prycze, w kącie piec. Wróciłam do przedsionka po drewno, naskrobałam nożem drobnych szczapek, wsunęłam w palenisko zwitek brzozowej kory. Zapaliło się od jednej zapałki. Teraz mogłam spokojnie zajrzeć do butów. Botki były wilgotne, nie bardzo mokre. Wysokie cholewki nie zanurzyły się powyżej brzegu i choć nie są gumowe, to skóra, nie przeciekły. Nalało się gdzieś powyżej otoku z gumy, w szwie od języka.

Rozpakowałam torbę z pulki, było troszkę wody na dnie, też niedużo. Porozkładałam do suszenia rzeczy, mokre jak flak linki, mokre foki, torbę.

Przez dwie godziny odczytywałam napisy wyryte w stole. Rzeźbiły je całe pokolenia, przez 100 lat. Wyświecony od brudu blat w całości pokryty był nacięciami, wystrzępione , ale wygładzone do połysku były też brzegi. Wyglądało to jak drogocenna rzeźba, jak eksponat z muzeum. Wpisując podziękowania do książki gości napisałam jak bardzo mi się podoba stół. Chatka należała do klubu myśliwych. Byłam im wdzięczna.

Ze dwa kilometry dalej trafiłam na narciarski ślad, który przybiegł z drugiej strony, skrajem jeziora Busjoen, a potem na witki znaczące drogę przez przełęcz. Doprowadziły mnie blisko nartostrady opadającej do szosy w Krokkvollen. Przez moment wahałam się czy nią nie zjechać. Wcześniej myślałam, że da się przejść przez jezioro Arusunden i iść prosto do Roros przez góry, teraz bałam się takiego długiego lodu (ponad 10km). Zdecydowałam, że wolę to ogromne jezioro obejść, więc zostałam na szlaku z witkami. Prowadził po wzgórzach w kierunku Brekken. Wysoko, ładnie. Porzuciłam go przy reniferowych płotach, prawie o zmierzchu. Już po zachodzie zgubiłam się w galimatiasie leśnych dróg, pewnie dojazdów do letnich domków, wyszłam na szosę, odbiłam na coś co miało być nartostradą (może tam byłoby miejsce na biwak) i wróciłam, bo był tylko rozjechany strumień, w który wbił się jakiś entuzjasta skuterów. Dalszą część rzekomej nartostrady przegradzał płot. Zdjęłam narty i pomaszerowałam szosą. Była biała, nieposypana, pulka mknęła za mną prawie bez oporu. Zapadał zmrok, skręciłam do wsi, którą powinna przeciąć zagrodzona wcześniej nartostrada, ale tu też nie udało mi się znaleźć wyjścia. Było już ciemno, musiałam rozbić gdzieś namiot. Gospodarstwo wyglądało na opuszczone, pomyślałam że śnieg jest tu ubity, więc może wcisnę gdzieś namiot. Dla pewności zapukałam do domku. Nie wiem co mnie skusiło żeby spróbować ruszyć klamkę. Drzwi były otwarte. Wewnątrz remont. Pachniało klejem i świeżym drewnem. Było ciepło, był prąd. Podłączyłam telefon, usiadłam, byłam skonana. I tak nakrył mnie budowlaniec. Młody chłopak. Przyjechał coś zmierzyć i na mój widok na szczęście nie padł trupem. Odważny człowiek. Zapytany czy mogę zostać na noc powiedział, że mogę, do szóstej, bo potem przyjedzie ekipa. Pokazał mi jeszcze wygodniejsze gniazdko i miotłę, żebym odgarnęła wiórki z podłogi, powiedział jak wyglądają nartostrady (słabo) i odjechał. Padłam. To był trudny dzień.

Kiedy wychodziłam przed szóstą słońce jeszcze nie wstało. Do nartostrady, którą w tym roku wyratrakowano było jeszcze ze 2 km szosą i też ok 2 km po krzakach. Z ulgą skręciłam w narciarski ślad i już bardzo szybko zjechałam 6 km do parkingu. Na mapie do wsi prowadziła nartostrada, w rzeczywistości pług zawrócił przy szosie. Wzdłuż asfaltu zostały nędzne resztki śniegu zmieszane z błotem. Rzeka Glama płynęła niezamarzniętym korytem i podobnie niezamarznięte wydawało się jezioro Aursunden. Przynajmniej na tym końcu. Utknęłam. Zupełnie nie wiedziałam co robić.

Share

Wiosna w Andach cz16 Wulkan Villarica-Pucon

Środkiem parku narodowego prowadzi gruntowa droga. Musimy iść nią 3 czy 4 kilometry. Początkowo w cieniu, w gąszczu drzew, wyżej w plamach słońca. Pylista nawierzchnia nagrzewa się, dopada nas upał. Ostatnie zabudowania to parkowe biuro. Stoją tam wygodne altanki, jest toaleta, usiadłabym, już prawie pora drugiego śniadania, czuję się zmęczona, nie wiem czym. Ale Jose upiera się żeby jak najszybciej przejść, nie zaglądać nie rzucać się w oczy, jeszcze nas stąd ktoś wygoni, czy wlepi mandat. Nie sądzę, zresztą nikogo tu nie ma, ale zgadzam się dla świętego spokoju. Siadamy na kłodach drewna dalej nad rzeką. Najpierw przejeżdża para rowerzystów. Niemcy? Holendrzy? Zastanawiamy się. Nie mija kilkanaście minut i skąpo odziana dziewczyna biegnie w dół. -To ta sama, rowerzystka z sakwami- mówi Jose, ale nie jestem pewna, aż tak dobrze jej się nie przyjrzałam. Zapamiętałam chłopaka, bo jechał bez koszulki, goły w tym słońcu!

Myślę, że robi się tu wielki tłok. Nie ma rady zbliża się grudzień, a z nim lato. Jose nudzi się i wyrusza pierwszy, ja najchętniej trochę bym poleżała. Kiedy go gonię w przedpołudniowym skwarze ostro pod górę wyprzedza mnie ta sama dziewczyna. Staje na moment i pyta jak długo idziemy. Mogłam się pochwalić, spytać o coś, podtrzymać rozmowę, ale byłam tym niespodziewanym kontaktem tak zdziwiona, że tylko coś ogólnikowo wyjąkałam. Od dawna, prawie od 40 dni…

-Wróciła po dokumenty- mówi Jose z miną detektywa- wtedy biegła bez pasa z kieszonkami teraz z pasem, pewnie go zostawiła w toalecie. „Może i tak, gdybym tam zajrzała znaleźlibyśmy go i zmartwili się co mamy zrobić. Pewnie to ich pierwszy dzień” myślę z odrobiną żalu, że nie wypytałam. Jakoś dziwnie się czuję, już od rana, zmęczona, zziajana. A szlak podchodzi, trzeba wrócić na wysokie płaskowyże. Drogą idzie się wygodnie i szybko, w zawiłych labiryntach bambusów, po skałach, wolniej i bardziej stromo. W gąszczu jest duszno. Jose nudzi się i mnie wyprzedza. Wlokę się sama ponad godzinę i zastanawiam czy się gdzieś nie zgubił. Na szczęście nie. Leży na łące, w filcowym kapeluszu, ale bez koszulki, jak rowerzysta. -Ej, ja też chcę usiąść!- Protestuję, kiedy się zbiera. Czeka moment i znów mnie wyprzedza. Ścieżka biegnie teraz łąkami, kwitną łany pomarańczowych kwiatków i kępki białych. Idziemy zygzakiem przylepionym do zbocza aż do ogromnej płaskiej doliny wypełnionej skruszałą lawą. W czymś takim zawsze jestem szybsza niż Jose. Doganiam, nawet wyprzedzam. Zwalniam przy rzece niepewna czy znajdziemy kolejną. Wulkaniczne tereny to pustynie, trudno o wodę. Ta, która teraz spływa z gór to topiony śnieg. Oglądam mapę, decyduję, że jednak znajdziemy coś dalej, choć może to tylko nadmierny optymizm, strasznie mi się nie chce dźwigać. Opadłam z sił. Kolejna zaznaczona na mapie rzeka jest sucha. Do następnej mamy jeszcze 6 kilometrów. Światło staje się coraz cieplejsze, cienie wydłużają, się skomplikowana struktura lawy błyszczy i mieni się. Martwi mnie, że zostaniemy bez wody i wymuszam na Jose nabranie z podejrzanej kałuży, zawsze to coś, choć brązowe i ciepłe, lepsze niż nic.

Rzeka nie wyschła. Wieczorem jest wezbrana, wcale nie tak łatwo ją przejść suchą nogą bez zdejmowania butów. Dalej już nie ma po co iść. Na mapie nie widać już kolejnej wody. W korycie same urwiste skały- wyjdźmy troszeczkę, będzie ładniejszy widok- marudzę, ale Jose już wybrał łachę czarnego piachu- sama wyjdź, zrób zdjęcia, a ja je sobie potem obejrzę.

Wychodzę, mozolnie wdrapuję się na stromy stok. Pomarańczowa łuna zabarwia dalekie wzgórza na czerwono, lodowiec Villarica błyszczy złotem daleki już wulkan Lanin jest różowy. Światło pięknie podświetla las z araukarii, gdzieś daleko, nisko na zboczu. Piarg zjeżdża z chrzęstem kiedy schodzę do naszego biwaku. Jose zmienił zdanie w sprawie łachy piachu. -Chodźmy na tą bliżej wody- mówi – ta nie jest płaska. Zgodnie pomagam przenieść nasze rzeczy. Rozbijamy biwak i długo, jeszcze po ciemku gotujemy przyjemną kolację. Lubię nocować nad wodą. Nie trzeba jej oszczędzać, można się umyć, coś uprać.

Ranek jest pogodny i ciepły. Znów wędrujemy lawowym polem, teraz już nieco skruszałym, łatwiejszym. Przecinamy suche koryta rzek, robi się coraz bardziej zielono. Kępy kwiatów, płożące roślinki. Czym niżej tym ich więcej aż pojawia się nawet trawa, a na niej krowy. Tuż przed bardziej stromym zejściem w las mijamy ostatni potok. Nurt w wyszlifowanym skalnym korycie jest mętny, Jose nabiera w zakolu gdzie woda stoi i wydaje się bardziej przejrzysta. Wykorzystuję ten czas żeby poleżeć. Czuję się źle, słaba, zmęczona, może się czymś strułam, albo za długo byłam na słońcu?

Schodzimy w las, niby w cień, a jest gorąco i duszno. Przez moment mam zamiar zejść do wsi Villarica, choć wiem, że to wymaga długiego marszu pylistą drogą. Widać tę drogę z góry, każdy pojazd ciągnie za sobą tuman pyłu. Jednak zmuszam się i wlokę się dalej. Trawersem wokół krateru, w górę i w dół, przez piarżyska i płaty lawy. Nad rzeczką siadam odpocząć źle, bo na słońcu i robi się jeszcze gorzej. Choć koryto jest suche wyżej wypatruję kałużę z maleńkim niemal niewidocznym dopływem. Woda ledwie kapie, jest ciepła, ale kiedy się zmoczę i ją wyleję na głowę czuję się lepiej. A znów podejście, szlak nie opada. Wędrujemy odkrytym trawersem z widokiem na jezioro Villarica. Na horyzoncie pojawia się wulkan Osorno. Nie mogę uwierzyć, że doszliśmy tak daleko na południe.

Za grzbietem zrywa się lekki wiatr i zmęczenie przechodzi mi jak ręką odjął. Brniemy skałami i kwitnącą łąką do wyciągów. Budynek, który przy nich stoi jest otwarty, ale pusty. To raczej prywatne mieszkanie nie schronisko. Szlak skręca w dół i my też schodzimy. Dopiero z drogi kilkaset metrów niżej widać, że schronisko było troszkę dalej. Teraz jest już za późno na powrót. Idziemy serpentyną wyciętą w rudej glinie. Na mapie są tu rzeczki, ale każda kolejna jest sucha. Mijamy ogromny pusty parking i pozamykane toalety. Nie ma już więcej turystycznych zabudowań. Długa leśna droga. – O domek- mówię. Jose zagląda spytać o wodę. To osada drwali. Kiedy nabieram do wszystkich naszych butelek Jose zamienia z nimi kilka słów. Z lasu wyjeżdża ciężarówka pełna świeżo wyciętych pni. Na drodze ciągnie się za nią lisi ogon. Pył.

Dwa zakręty niżej dogania nas samochód drwali. Podrzucają nas 2 czy 3 kilometry. Stajemy przy zabudowaniach, prowizorycznych i lichych jak poprzednie. Nad dachami bieleje lodowiec. Starszy mężczyzna, do którego inni zwracają się z wielkim szacunkiem, don Camilo tłumaczy coś zawile Jose. Błyska bezzębny uśmiech, zawiłe hiszpańskie formy grzecznościowe powtarzają się jak refren piosenki. Wysiadamy, zabieramy z paki plecaki, na naszych miejscach siadają inni mężczyźni. Samochód zjeżdża do Pucon, my rozbijamy namioty na łączce. Nie ma sensu już dalej schodzić. W tym lesie nie ma innych namiotowych miejsc. Szczyt wulkanu zabarwia lekki pomarańcz, łuna zachodu oświetla doliny zalane mgłą i wysokie bezlistne drzewa nad nami. Don Camilo, oberwany, zaniedbany, jak pracownicy może być właścicielem tej całej ziemi. Jak inaczej wytłumaczyć brak infrastruktury dla narciarzy czy kempingów, barów i wszystkiego co zwykle obrasta wyciągi?

Kiedy stawiamy namioty podchodzą psy, najpierw ostrożnie z jazgotem. Z czasem coraz bardziej przyjaźnie. Jest ich mnóstwo. Wypakowuję resztki jedzenia z plecaków. Zostało nienapoczęte opakowanie owsianki, cała paczka soczewicy i również nieotwarta granulatu sojowego. Nie możemy już na to patrzeć. Otrzepuję torby z okruszków- zanieś drwalom- proszę- powiedz żeby to dali psom.

Jose odchodzi niechętnie, być może myśląc, że nie wypada, ale mi zawsze żal wyrzucać jedzenie. To drwina z Losu, nadużycie zasobów przyrody.

Jose wraca niemal za chwilkę. -I jak?- pytam- pożarły wszystko- na sucho?- niedowierzam- tak, mało się przy tym nie pogryzły- miałeś to zostawić drwalom żeby ugotowali- nikogo nie było.

Kiedy rano zwijamy namioty mija nas korowód autobusów, szkolne dzieciaki jadą na wycieczkę do wulkanu. Czarnowłose dziewczynki w kucykach i szkolnych strojach machają i śmieją się do nas. Kierowcy autobusów jadących w dół nie reagują na nasze machanie. Schodzimy przez kilka godzin, do pierwszej wsi. W chłodnej mgle, która zalała doliny. Niżej mży, chowam się do sklepu i zabiera nas budowlaniec co wpadł na zakupy. W Pucon świeci słońce. Wysiadamy na dworcu autobusowym, kupujemy bilety na nocny kurs i do wieczora snujemy się po ślicznym miasteczku. Pełno tu dobrze wyposażonych sklepów, są restauracje, bary, jest miejski park z plażą, ale bez toalety. Jest rzeczka, w sam raz żeby wyprać skarpety. I tak mija nam ostatni dzień. Leniwie. Jak niedzielnym turystom.

Nocny autobus ma wspaniałe szerokie siedzenia, choć to tylko druga, nie pierwsza klasa. Nie rozgryzamy na czym polega różnica. Nasze miejsca są na piętrze, droższe na dole, kiedy przyszliśmy były już wykupione. Zasypiam i budzę się przed świtem, szosa trzęsie zwalniamy w Santiago. Chilijskie autobusy nie mają sobie równych. Na pokonanie 800 km wystarczyło niecałe 8 godzin.

Share
Translate »