Wiosna w Andach cz14 Nevado de Sollipulli

Droga biegnie wspaniałym liściastym lasem. Ogromne pnie często o średnicy pond dwa metry oplatają sploty białego porostu. Jose nazywa go barba de capucino, na tablicy informacyjnej widnieje nazwa barba de viejo. Broda kapucyna, czy broda staruszka zwisa z gałęzi tworząc bajkowe kurtyny. Nie mogę się na nią napatrzeć, nie umiem sfotografować. Lekko mży. Z przeciwległego zbocza opada ogromny wodospad. Już z daleka widać luksusowe domki kempingowe z oknami zajmującymi całą ścianę i inne mniejsze – kapsuły z pojedynczym okienkiem. W kafeterii czwórka starszych ludzi, na ich stoliku desery i wino. Cieplutko. Jose napada jakaś nieznana mi wcześniej rozrzutność, pyta o cenę większego domku, chce tu zjeść.

-Spokojnie, dopiero co nie chciałeś wydusić 100 euro- nie mogę mu zapomnieć Malacahuello. -Spytaj co jest najtańsze- upieram się, bo duży domek kosztuje 180 000 (180euro) za noc. – Schronisko- odpowiada kobieta- po 30000 za osobę. Mówię że ok, chętnie zanocuję w schronisku- mogliśmy mieć cały domek dla siebie- mruczy Jose, ale schronisko też okazuje się całe dla nas. Czwórka gości mieszka pewnie w jednym z domków. Jose wraca do kafeterii na kawę, ale przychodzi z całą torbą (mielonej) i ciastkiem. -Zrobimy sobie na miejscu- oznajmia teraz już zadowolony.

Ktoś zagląda i włącza nam ogrzewanie. Jest kuchnia, jest ciepła woda i internet. Gotuję zupę, herbatę, biorę prysznic i robię duże pranie. Za oknem deszcz, ciemność i mgła. W środku wspaniale, choć pomimo ogrzewania nieco zimno. Prognoza pogody zapowiada ciągłe opady aż do 13 następnego dnia.- Do której możemy tu zostać? -Upewniam się- do południa.

Sprawdzam mapy, przeglądam pocztę, czytam wiadomości ze świata. Szybko mnie nudzą. To tak daleko, tak mało ma związku z nami tu i teraz. Na ścianie wisi wielkie zdjęcie śnieżnego krateru. Żałuję, że tam nie wejdziemy. Nie zobaczymy wulkanu Sollipulli z bliska. Szlak wiedzie lasem, przez przełęcz. Rozsądek radzi nigdzie nie zbaczać.

Na piętrze jest chłodno. Wybieram jedno z dwóch pojedynczych łóżek w wielkiej sypialni. Reszta jest piętrowa, nie chcę sufitu tuż nad głową, zbyt mocno mi przypomina namiot. Leżę w ciemności słuchając mlasków i plusków. Materac jest gruby i miękki, koce puchate. Ale zasypiam dopiero kiedy otworzę okno. Uzależnienie od świeżego powietrza? Może.

Jose przez całą noc siedzi w internecie. Nie ma powodu żeby wcześnie wstawać. Leje jak z cebra.

Tuż przed południem czujemy się zmuszeni wyjść. Nikt nie przychodzi, nic nie wygania nas i nie popędza, ale kończy się doba hotelowa, ktoś dyskretnie wyłączył ogrzewanie.

Ubieram się, wystawiam plecak pod wiatę i wracam, bo jednak muszę się ubrać lepiej. Temperatura wynosi 1,5 stopnia na plus. Nadal pada, a niebo jest tak zasnute, tak ciemne, że szanse jakoby miało przestać za godzinę są marne. Na mapie wypatrzyłam obejście pierwszego brodu. Nie wiem czy lepsze. Zamiast maszerować drogą utykamy na podmokłych łąkach. To jest jakiś lokalny szlak, ktoś tu chodził, ale najwięcej widać śladów krów. Rozdeptały śliskie gliniaste zbocze, wyryły w stromiźnie trawers- błotnisty rów. Brniemy nim wolniutko starając się nie pogrążać całych butów. To i tak ratuje nas tylko na chwilę. Rzekę trzeba przejść. Przejść wiele razy. Zwykle można przed brodem usiąść, ściągnąć buty, podwinąć spodnie, teraz nie ma nawet gdzie zdjąć plecaka. Nurt jest szybki, ale niegroźny, woda do kolan, lodowata. Po wyjściu nie ma jak i w co wytrzeć stóp. A brodów do pokonania jeszcze kilka. Na mapie, 4 ale niestety jest ich więcej.

W południe deszcz zamienia się w lekką mżawkę. Stajemy na moment przy piknikowym stole nad stawem otoczonym araukariami. W gładkiej powierzchni odbija się drugi brzeg, do szczytów poprzyklejały się strzępy chmur. Deszcz ustaje, ale nadal ocieka z gałęzi. Idziemy drogą, zarośniętym lekko śladem kół.

Za przełęczą gruntówka jest nowsza, świeżo wyryta. Szeroka, nie mam pojęcia po co. Już nie pada i żal mi, że szlak nie okazał się wcale pieszą ścieżką. Jest mi zimno, więc gnam, w dół potrafię się bardzo rozpędzić, Jose zostaje z tyłu. Spotykamy się przy brodach, lub na rozgałęzieniach. Rzadko kiedy z lasu wyziera fragment nieba, ale to, co widzimy jest coraz lepsze. Szare chmury odleciały, pojawiają się plamy błękitu, do dna lasu dociera czasem promień światła. Z rozległej polany na stoku widać Nevado de Sollipulli. Ogromna zaśnieżona ściana krateru wynurza się ponad zieleń. Żal mi, że nie widziałam tych gór z bliska, dobrze, że chociaż tak się nam pokazały. Ostatni bród jest nieprzyjemny. Zwaliska skał, nurt porozgałęziany przeryty buldożerem, droga ubita w glinie, potwornie stroma. Podjazd ma chyba ze 45 stopni. Na końcu szlaku parking z tablicą. „Owoce araukarii mogą zbierać tylko członkowie lokalnej społeczności Mapuchów”. Ostatnie słowo jest wykreślone.

Tuż obok domek, przyśpieszamy pewni, że mieszka tu parkowy strażnik. Z komina dymi, oszczekuje nas pies. Schodzimy z kilometr i szukamy miejsca na biwak nad rzeką. Nic nie ma. Wracamy na drogę i słyszymy samochód. Macham nieroztropnie, przecież nikogo nie widzieliśmy wyżej. Mężczyzna w zielonym polarze zatrzymuje się. To strażnik! Patrzę wystraszona. Niepotrzebnie Jose zamienia z nim parę słów, mówi że idziemy ze schroniska i mężczyzna nas zaprasza na noc. -Postawcie sobie namiot na podwórku- mówi -jak chcecie to nawet pod dachem. Ja jadę zadzwonić tu nie ma zasięgu. Wrócę za 40 minut- a psy?- niepokoi się Jose- bardzo szczekały- z psem trzeba porozmawiać- strażnik uśmiecha się znacząco i zamyka okienko, silnik charczy na koleinach.

Stawiamy namioty na równej trawce przy szopie. Elias wraca przed zmierzchem i zaprasza nad do siebie. Zabieramy wielką puszkę z jurelem w sosie własnym smakuje nam bardziej niż tuńczyk, kosztuje połowę i jest 3 razy większy. Ja biorę składniki na swoją zupę.

-Najlepiej jak ona trzyma swoją dietę- tłumaczy Jose, więc gotuję sobie spokojnie na palniku, kiedy oni przygotowują rybę. Elias doprawia jurela sokiem z cytryny, soli i pieprzy, wyciąga własnego wypieku chleb, cebulkę. Siadamy przy świecach, w piecyku płonie. Jose opowiada o tym jak szliśmy. Przy wzmiance o protestach i kradzieży krów Elias upewnia się gdzie to było. – W Alto Bio Bio kipi przez cały czas- tłumaczy.- To czerwona strefa, nigdy tam nie ma spokoju.

Przy herbacie on opowiada o swoim życiu. Jose tłumaczy mi niestety tylko strzępki, składam je sobie nieporadnie z żalem, że nie mogę brać udziału w rozmowie.

-Kiedy miałem 4 lata straciłem rodziców- Umarli? – pyta Jose- nie, rozwiedli się i nas porzucili- Kiedy miałem 8 straciłem rodzeństwo, kiedy 9 lat chodziłem po kilkanaście kilometrów dziennie piechotą- do szkoły?- pytam- nie, do pracy. Kiedy miałem 17 ożeniłem się z moją obecną żoną i mamy 4 dzieci. Najstarsza córka studiuje w wyższej szkole policyjnej.

Elias z dumą pokazuje nam zdjęcie pięknej dziewczyny w mundurze.- 24 lata temu CONAF zaproponował mi pracę tutaj. Sam zbudowałem ten dom- gestykuluje – stary był lichy i wcale mi się nie podobał. -Na czym polega twoja praca?- chcę wiedzieć- jestem strażakiem- mówi- mam konie i psy i codziennie jeżdżę po swoim rewirze i szukam pożarów, sam wyryłem buldożerem tę piękną drogę, tę którą przyszliście- zaznacza widząc moje niedowierzanie. -A co jeśli znajdziesz pożar- pytam- sam chyba nie zgasisz, to zbyt niebezpieczne?- Skąd- śmieje się- wysyłam sygnał z pozycją i przylatują helikoptery.-Często są pożary?- pyta Jose- często, wystarczy piorun- myśleliśmy, że pilnujesz takich jak my- mówię, a on się śmieje. Jose opowiada gdzie chcemy dalej. Elias poleca autobus, który jedzie aż do Pucon, możecie przejechać naszą dolinę, to nic ciekawego sama droga. A w kolejnym rezerwacie dajcie tą kartkę” Pozdrowienia od Zorro” czyta Jose, a Elias się śmieje- tam pracuje mój przyjaciel, pozdrówcie go.

Pijemy yerbę, grzejemy się przy piecyku. To ładne, bardzo wysprzątane wnętrze. Jak dopytaliśmy nie wymagało projektu, nie ma takiego obowiązku w Chile, więc Elais wybudował domek jak sam chciał. Żona przyjeżdża tu na weekendy, zimę Elais ma wolną. Może tu trzymać latem kilka krów. -To niesprawiedliwe- mówi na pożegnanie- sam muszę kupować jedzenie dla zwierząt, nawet dla koni, półtorej tony ziarna co roku, a Mapuche tylko narzekają, a całą paszę, każdej zimy dostają od rządu.

-Jak smakują owoce araukarii- pytam- pyszne są.

Wychodzimy za wcześnie. Doliną pokrywa lekki szron. Schodzimy 4 km do wsi i z rozpędu przechodzimy kilka przystanków. Do budek pobudowanych na każdej posesji schodzą się dzieci. My stajemy kiedy wiejska droga przechodzi w pylisty szuter. Czekamy chwilkę i siadamy z przodu. Jeszcze są miejsca. Autobus staje co krok, kierowcy towarzyszy konduktor, zwykle zabieramy pojedyncze dzieci, pojedynczych ludzi poustawianych w szeregu co kilkaset, czasem kilkadziesiąt metrów, jakby nie mogli się umówić i stanąć razem. Raz zatrzymujemy się przy strumyku i konduktor wychodzi z kubkiem po wodę dla kierowcy. Teraz ludzie wsiadają i wysiadają. Konduktor odbiera od kobiet dzieci. Przytula rozśmiesza, wystawia na schodki kiedy mamy wychodzą z wózkami. Ludzie się zagadują i pozdrawiają- lokalny klub- mruga do mnie Jose z garbu silnika, już wcześniej ustąpił miejsca mężczyźnie z laską. Ma rację. Gdybyśmy nie wsiedli do autobusu, gdybyśmy szli, zobaczylibyśmy tylko zagrody, domy. Ludzi możemy spotkać tylko tu. Wszyscy mają charakterystyczne „rdzenne” rysy, są niscy, ciemnowłosi i ciemnoocy, choć biali, krępi. Ubrani identycznie jak my, jak wszędzie w Europie czy w Stanach w końcówce zimy. W dżinsy, legginsy, puchówki.

Share

Wiosna w Andach cz13 Icalma

Wiatr jest lodowaty, cień czarny, na błękitnym niebie zawiesiła się potężna chmura. Szosa pusta. Drogowskaz przypomina, że jesteśmy w stanie Araucania Andina, dawnym królestwie Araucanii, zamieszkałym przez plemiona Pehuenche, które wraz z Patagonią (zamieszkałą przez plemiona Mapuche) przez 400 lat opierały się hiszpańskiej konkwiście.

Utykamy na przystanku. Autobus, o który Jose dopytał w sklepie nie przyjeżdża. Oprócz nas w żółtej wiatce czeka też długowłosa kobieta, ale spytana o rozkład jazdy, mówi, że nie wie. Na przeciwko jest śliczna nowa szkoła. Busiki zwożą do niej dzieci z okolicy i z dalszych wsi. Eleganckie mamusie w legginsach podwożą swoje pociechy pod same drzwi. Lekcje muszą zaczynać się później niż u nas, bo choć minęła już ósma ruch nie ustaje. – Za kwadrans dziewiąta- mówi do mnie bardzo powoli, gestykulując kobieta w puchatym sweterku, kierowca szkolnego autobusu. Widujemy ją regularnie, zdążyła już obrócić z sześć razy odkąd stoimy.- Kwadrans po dziewiątej?- powtarza za nią Jose. Kobieta odjeżdża, macha przepraszająco, że się śpieszy. Upieram się, że zrozumiałam ją lepiej, choć nie znam hiszpańskiego. Nie wiem skąd ta pewność. Mam rację, autobus przyjeżdża kwadrans przed dziewiątą. -Oni tu mówią zupełnie inaczej- tłumaczy się Jose. Dopiero po powrocie doczytam, że chilijska wersja hiszpańskiego rzeczywiście bywa złudnie inna, choć muzyka i brzmienie języka są doskonałe, czysty kastylijski.

Idąc wzdłuż wulkanu Lonquimay odeszliśmy daleko na wschód od innych możliwych pieszych szlaków. Wybraliśmy ciekawy wulkaniczny krajobraz i piesze ścieżki zamiast szutrówek i podejrzanych brodów, ale teraz nie zostało nam nic innego jak wrócić w stronę argentyńskiej granicy autobusem. To 20 km. Po drodze jest kilka tuneli, góry nad nami pokrywa bielutki śnieg. Na trasę, którą biegnie GPT jest jak mi się wydaje za wcześnie, to też miejsce gdzie chciałabym wrócić kiedyś latem.

Autobus zostawia nas na rozwidleniu dróg, kierowca jest bardzo zdziwiony, że tu wysiadamy. Szybko rozumiem dlaczego. To lodowaty wygwizdów. Nie wiadomo kiedy przyjedzie kolejny autobus, lepiej byłoby poczekać na niego w Lonquimay.

Nie wytrzymujemy długo, ubieramy się cieplej i ruszamy w górę pylistej szosy. Do Jeziora Icalma jest trochę ponad 30 km. Droga jest nudna. Kilka domków przy których rosną irysy, stara odmiana, mam ją też w swoim ogrodzie, rzeka Lonquimay otulona w pastwiska z pasami wystrzyżonych przez owce krzewów, rząd ogławianych wierzb. Staję żeby popatrzeć na mapę, może da się stąd jakoś zejść? Przecież nic nie każe nam iść do Icalma. Znajduję skrót przez rezerwat China Muerte. To prawie na pewno też drogi, ale może gruntówki nie szuter? Jose mówi, że możemy iść do Melipeuco, co za różnica. Jednak nasz dylemat rozwiązuje się sam. Pierwszy przejeżdżający samochód, jedyny jaki tu zobaczymy zwalnia. Kierowca zagaduje, zabieramy się z nim do Icalma. Szkoda czasu na łatwe drogi. To możemy zostawić na starość.

Jedziemy chyba z godzinę, choć to blisko. Samochód trzęsie niemiłosiernie, chce mi się siusiu. W Icalma rozglądam się przez moment bezradnie, biegnę do informacji turystycznej, obsługująca ją pani właśnie wychodzi. -W urzędzie gminnym- wskazuje palcem. To czysty nowoczesny budynek, wspaniała toaleta z ciepłą wodą. Ktoś uśmiecha się do mnie kiedy wychodzę. I myślę, żeby tu jeszcze trochę zostać. We wsi prawie bez białych ludzi, zielonej, czystej.- Może jest tu jakaś restauracja?- zagaduję. Jose jest wyjątkowo zgodny. Zasiadamy w ładnym wnętrzu z widokiem na zieleń. Uciekinier z Wenezueli ożeniony z córką właścicielki lokalu mówi po angielsku. Jedzenie jest smaczne, długo jesteśmy sami, aż przychodzi para w ludowych strojach. Dziewczyna w chuście zapiętej broszką (podobną do tych, które widywałam u Samów), chłopak w poncho i kapeluszu. Spod dżinsów wyzierają sportowe buty. Są nieco teatralni, zbyt wystylizowani. Chciałabym ich sfotografować, proszę kelnera żeby zapytał, ale nie dostaję zgody. Wychodząc opieram się pokusie dyskretnego złapania ich w kadrze przez okno.

Zaglądamy do każdego sklepu. Jak dotąd nie udało nam się zdobyć kapelusza. Tu też trudno, są wprawdzie bejsbolówki, ale całe w amerykańskie flagi i Jose ich nie chce. W końcu znajduję sklepik z pamiątkami. Tu są różne nakrycia głowy, ale zrobione z papieru i Jose mówi, że rozmiękną jak się spoci. Że już kiedyś jakiś taki miał i to na nic.-Wróć do tego amerykańskiego sklepu -nalegam zmęczona wybrzydzaniem. Wyciągnięta z błota dziecinna czapeczka zginęła gdzieś na trawersie wulkanu Lonquimay. To będzie już czwarty kapelusz…

Kiedy czekam właściciele sklepiku wypytują skąd i dokąd idziemy i czy to nasz pierwszy raz w Patagonii. Ze zdziwieniem odkrywam, że to już tu. Patagonia wydawała się tak daleka. Na mapach Chile zaczyna się dużo niżej, ale widać zwyczajowo już tu jest. I tak bardzo różni się od centralnego Chile. Jest chłodno, zielono. Góry łagodne i niskie. Skały omszałe. Podwórka czyste i niezagracone.

Przed cmentarzem rozległym i pełnym solarnych baterii (nie wiem po co?) zasnęło na siedząco trzech panów. Nad drogą, którą będziemy musieli pójść unoszą się potężne kłęby pyłu. Jose wraca roześmiany. Na głowie ma wielkie filcowe sombrero.- 4 dolary- mówi- w sklepie z pamiątkami.

Wśród miejscowych wydaje się w tym stroju bardzo blady. Kupuję jeszcze dwie paczki rodzynek, wcześniej nie było. To musi być bardzo turystyczne miejsce. Pełno tu kempingów i barów, jeszcze pozamykanych, bo wiosna, pełno sklepików.

Tumany na drodze wznieca buldożer. Krępa dziewczyna odkurza pobieżnie różową koszulkę- zebraliśmy na 1,5 kilometra- tłumaczy nam- ale wykonawca nas okradł i uda się wyasfaltować tylko kawałek, we wsi.

Przez godzinę brniemy w paskudnym kurzu. W jednej ze wsi zaglądamy do sklepiku ze swetrami, są śliczne, wydziergane z grubych włóczek, kolorowe. Nie martwi mnie wcale ich waga, czy cena. Kupiłabym jakiś, ale mój plecak jest już wypełniony po brzeg. Nie mam miejsca. GPT, którym teraz idziemy skręca w lewo. Liczyłam, że to koniec szutru, ale nie. Też droga, choć tym razem ślepa i po kilku kilometrach coraz cieńsza. Ostatecznie rozpływa się na trawiastej polanie. Konie wydeptały tam własne ścieżki. Jest słonecznie, bulgoce czyściutka rzeczka, kusi żeby tu sobie posiedzieć zostać na noc. Ale dopiero jest piąta, niewiele dzisiaj przeszliśmy. Ruszamy i natychmiast za brodem się gubimy. Podchodzimy, wracamy, i jeszcze raz i znów. Już mam wrażenie, że nic tu po nas, kiedy trafia się fragment krowiej ścieżki. Stromo, w gęstwinie bambusów, w ciemny las. Trakt jest tak cienki, że szybko musimy „pływać” w chaszczach. Krowy zakręcały, wracały, błądziły, a my powtarzamy to samo, jak dziki taniec z puszczą. W jaśniejszych miejscach jaskrawo kwitną berberysy, ich kolce odzierają nas z kapeluszy, wyrywają dziury w koszulkach, szarpią plecakiem. Przedzieramy się przez zwały spróchniałych pni, przez sterty gałęzi i skałki. W górę i w dół. Szansa, że dojdziemy do jeziorka, gdzie planowałam biwak przepada. Zapada zmierzch, nie mamy zapasu wody, tylko po łyku. Kiedy trafi się bardziej puste miejsce, świadek upadku dwóch potężnych drzew rozbijamy namioty i idziemy spać bez kolacji.

Ruszamy bez śniadania i po godzinie docieramy do miejsca gdzie dałoby się zejść nad jeziorko. To nie po drodze, ale niedaleko. Zbaczamy. W lesie rysuje się delikatna ścieżka. Błotnisty staw otula liściasta las. Siadam nad brzegiem zmęczona i głodna, ale Jose gna dalej i znajduje piknikowe stoły. Tu w środku dziczy!

To bardzo długie śniadanie, bardzo wystawne. Ruszamy objedzeni jak bąki i szybko znajduje się jezdna droga. Jezdna kiedyś, być może w czasie zbudowania stołów, teraz pozarastana. Przez cały dzień wędrujemy plątaniną leśnych gruntówek, w górę i w dół często tuż pod granią lub na grani. Las jest gęsty i tylko parę razy pojawia się daleki widok. Na zejściu trafiamy na kilka pasterskich domków. Jeden otacza tak wspaniała łączka, że nie opieramy się i robimy postój na drugie śniadanie. To zwykłe mlecze, być może przywleczone z Europy, ale ich ilość robi wrażenie. Na ścianie tuż ponad kłódką, napisano „Nie kradnij!” Kilka niższych domków jest w ruinie. Droga opada w stronę dna doliny. Otwieramy kolejne bramki, wystrugane z egzotycznych dla nas drzew. Połączenia krzyżujących się belek są wyrzeźbione misternie i precyzyjnie. Nie ma kolczastych potów i kłódek.

W dolinie zaczyna się szutrowa droga, przybywa zabudowań, narasta szum coraz większej rzeki. Na szczęście przekraczamy ją mostem, pod którym kusi dogodna do wypoczynku plaża. Z niedowierzaniem oglądam fuksje, u nas doniczkowe kwiatki, tu krzaki sięgające mi do pasa. Przed nami mniej ciekawy kawałek, szeroki, rozjeżdżany znak przystanku sugeruje, że tu jeździ autobus i za moment jeden nawet nas mija. Jose czyta napis na pojeździe „transport specjalny dla odizolowanych wsi”. Jestem pod wrażeniem. Autobusy w Chile nie mają sobie równych. Są wszędzie.

Na wzgórzu mijamy zamknięty kemping, jest numer telefonu, ale nie mamy jak zadzwonić, z żalem idziemy dalej, teraz w dół. -Zaraz jest drugi- informuje nas mężczyzna w samochodzie. Tłumaczy tak zawile i długo, że się gubimy. W końcu go widzę, przekraczamy kolejny most wędrujemy kilkaset metrów w górę potoku pokonujemy zamkniętą bramę, automatycznie, z rozpędu, przecież robimy to co chwila od miesiąca. W domku nie ma nikogo, sam kemping jakoś specjalnie nie zachęca. Wracamy znów się gramoląc przez płot. Mężczyzna na motorowerze mówi, że dalej, nad jeziorkiem, nad którym myślałam biwakować są domki kempingowe i hotel. Rzeka huczy niemiłosiernie, jej nurt jest nieprzezroczysty, biało szary tak szybki, że nie ma się ochoty nawet podejść. A mapa widzi na niej wyżej z 10 przejść. „Będziemy się tym martwić jutro” myślę zmęczona. Półtora kilometra stromizny daje w kość. Przed nami piętrzy się ozdobna brama. Rezerwat przyrody, obszar chroniony Villarica. -O jest kasa”- mówi Jose więc podchodzę.- co napisali?- że jeśli ich nie ma tu, to są w kafeterii. „Trzeba tę kafeterie ominąć szerokim łukiem” myślę, a Jose zaczyna marzyć o ciastkach i kawie.

Share
Translate »