Szwecja (16)- koniec

Noc była pochmurna i ciepła, poranek mętny. Termometr pokazywał trochę powyżej zera, drogowskaz 45 km do Hede. Na mapach wypatrzyliśmy skrót, gdyby zamiast szlakiem skuterowym iść drogą wciąż mielibyśmy jakieś szanse. Dystans (wyliczony na oko) był bliski 40 km. Najwyżej zarwalibyśmy noc. Ruszyliśmy w dół lasem, po jeziorze i znów w las. To nie był typowy szlak skuterowy, owszem ktoś na pewno nim jechał, ubił śnieg, powyrywał w nim spore dziury, kluczył w gąszczu. Stromizna, zygzak za zygzakiem szybko musiałam zdjąć narty, a i tak było mi trudno. Mozolnie, krok za krokiem opuszczaliśmy się w stronę tafli lodu. Tunelem w gąszczu. Po drugiej stronie majaczyły dachy domków, był ślad i tylko trochę wody pod koniec. Nie tak źle. Przy ujściu potoku wdrapaliśmy się na lesisty brzeg i znaleźliśmy szlak skuterowy. Było przy nim źródło, czy raczej rura wbita w stok opisana jako pitna woda. W roztopach, w błocie wyglądało to abstrakcyjnie. Z kilometr dalej stały ośnieżone leśne maszyny, szlak poszerzył się, zobaczyliśmy pierwszy dom. Był żółty, i niemal świecił we mgle. Wydawał się opuszczony, podobnie jak kilka kolejnych. I wtedy zaczęło coś zgrzytać… Cholera piach! Nie wiedzieliśmy jeszcze, że katastrofalna odwilż sparaliżowała tej nocy całą Szwecję. Deszcz spadł na zamarznięty grunt, narosła szklanka, zdarzyło się mnóstwo wypadków. Na potęgę odśnieżano wszystkie drogi i wysypano na nie obficie piach. Powiedział nam o tym mężczyzna w odblaskowym kombinezonie, ładował na przyczepę skutery przy starym pięknym drewnianym gospodarstwie. Było w rodzinie już od dziewięciu pokoleń i i tak byśmy się przy nim zatrzymali, obejrzeć. Z tyłu na podwórzu kobieta karmiła renifery. Podeszłabym sfotografować, ale mężczyzna był naszą jedyną szansą. 19 km po piachu… bez szans. -Może moglibyśmy się zabrać do szosy?- spróbowałam- Nie mam miejsca- to może na przyczepie?- walczyłam- Za zimno- mamy kurtki puchowe- nie poddawałam się, chociaż Edek mrugał, że się narzucam. Wiem, to było bardzo nieskandynawskie, ale co miałam zrobić? Schodząc widzieliśmy drogowskaz przy skuterowym szlaku, teraz pokazał 60 km, wiedziałam już, że odległości są losowe, ale ta odarła nas z resztki złudzeń. Za daleko. Już nie dojdziemy.

Ostatecznie pojechaliśmy w samochodzie w towarzystwie 3 towarzyskich psów i pani, która karmiła renifery. Nasz kierowca był właścicielem niemal całej doliny (dzielił ją z siostrą) i oboje z żoną z dumą opowiedzieli o lasach i reniferach. Jechaliśmy bardzo powoli, drogę porastał szklisty lód i pomimo piachu było ślisko. W miarę jak opowiadaliśmy o sobie atmosfera robiła się coraz przyjemniejsza i kiedy się żegnaliśmy na szlaku prowadzącym na nasz kemping, tuż za Hede, trudno mi było pojąć, że ta para bardzo bogatych ludzi była dla nas tak niezwykle miła. Szwecja jest wyjątkowa, też pod tym względem.

Szlak, na który nas podwieźli biegł wzdłuż Ljusnan. Rzeka była miejscami pod lodem, ale było też mnóstwo odkrytej wody, inaczej niż to zapamiętałam sprzed 2 tygodni. W rozlewiskach pływały łabędzie i kaczki. Luty, a prawie czuło się wiosnę. Dotarliśmy na kemping przed zmrokiem i zostaliśmy na noc. W ten sposób staliśmy się pierwszymi gośćmi. Nowi właściciele (już spokojni, że jednak wróciliśmy z gór) pokazali nam wygodną kuchnię i rozpalili dla nas w saunie. Chyba ich rozczarowaliśmy, bo nie skorzystaliśmy z wyrąbanej w jeziorze przerębli… To był przyjemny kemping, byliśmy wdzięczni za przechowanie nam samochodu. Brzmi jak nic, ale to Laponia… gdyby przyszły śnieżyce i wichury mieliby kłopot.

Wyjechaliśmy rano, jak obiecaliśmy panu który nas zwiózł z gór, bardzo ostrożnie. Droga wciąż była zalodzona, temperatura nadal dodatnia, ta sama mgła. Jadąc ze zdziwieniem oglądaliśmy miejsca, które tak nam się podobały pod świeżym śniegiem. Teraz wilgotne, przybrudzone nie robiły już takiego wrażenia. Hamra niczym się nie wyróżniała, las jak las, Mora wyglądała na brudną i smutną, jezioro po którym wtedy śmigali łyżwiarze było bez lodu, podobnie jak wiele innych po drodze. Pogoda zmieniła się pod wieczór. W południowej Szwecji było słonecznie i zimno. Bezśnieżnie. Zatrzymaliśmy się w tym samym miejscu co z Leśną popatrzeć na jezioro Vanen. Było piękne, chociaż już bez wspaniałych sopli.

Na promie wróciła polska rzeczywistość. Maseczki… jakiś automat, który naliczył nam za pobrane dane z internetu, chociaż nie używaliśmy telefonów.

Dziwnie było wracać do domu ze świadomością, że powrót do Szwecji będzie niemożliwy lub trudny. Zamykał się ostatni wolny kraj. Czułam, że nic nie będzie już takie jak kiedyś. I ja też będę musiała się zmienić i dopasować… hmm

Share

Szwecja (15)

Noc była ciepła i wietrzna, rano padało. Śnieg ciężki, mokry, było jasne, że nie pójdziemy szybko. Widoki za to nadal piękne. Oblepione świeżą bielą drzewa, zamglone wzgórza. Mogłoby nie ciąć po oczach, zwłaszcza Edka, ja miałam gogle. Namiot był mokry jak ścierka, ledwo udało mi się go wcisnąć do wora. My też szybko obkleiliśmy się jak bałwany. Krajobraz podobny jak wczoraj, rzadki las, duże połacie bieli. Monotonnie, spokojnie, kojąco. Ciepło. Wiedziałam, że jeśli przyjdzie nam spać w namiocie, tym razem nie będzie już komfortowo. Będziemy mokrzy. Tymczasem wlekliśmy się pod wiatr. Co jakiś czas stawałam smarować narty. Niewiele to dawało, za moment musiałam wszystko powtarzać. Tuż przed Hogvalen teren zaczął troszkę opadać, las zgęstniał. Czekając na Edka znów przesmarowałam narty, coś zjadłam i oczywiście zmarzłam siedząc. Myślałam, że może będzie miał dość, jak dotąd pogoda nas rozpieszczała, a tu taka drastyczna zmiana, ale nie. -Lubię kiedy pada- powiedział i ruszył przodem. Przekroczyliśmy szosę. Nadal szliśmy w dół. Robiło się coraz cieplej, śnieg kleił się już do wszystkiego. Nad jeziorem Lill Karsjon zobaczyłam ostatni szlakowy krzyż. Nie było witek. Taflę lodu cięły liczne skuterowe ślady, kluczyły, kręciły i każdy z nich prędzej czy później trafiał na rozmiękłą breję, śniegowe błoto. Poszłam pierwsza bardzo ostrożnie. Podejrzewałam, że pod breją jest mocny lód, ale oczywiście nie byłam pewna. Po nartach zostawał ciemny ślad. Edek zapadał się jeszcze bardziej i czekając nie mogłam się oprzeć myślom jak mogłabym mu pomóc gdyby wpadł. Miałam krótkie kawałki liny, coś ciężkiego żeby zrobić rzutkę, tylko to by trwało wieki… Na szczęście jezioro nie było duże. Dalej znów szliśmy w dół, czasem spod śniegu przebijał jakiś zakręt rzeczki, bez lodu. Kolejne jezioro było ogromne. Część skuterów skręciła w lewo w ciemną breję, te, które pojechały wzdłuż początkowo jakby się nie zapadały. Odeszłam kilkaset metrów zanim zaczęło się robić grząsko. Kluczyłam zmieniałam ślady, ten dalszy zawsze wydawał mi się solidniejszy, ale chyba były wszystkie takie same. Co jakiś czas dźgałam wodę kijem, pod spodem zawsze był lód. Edek szedł jeszcze bardziej ostrożnie, pomimo tego wpadł po kostki w wodę. Już zeszłam z lodu kiedy nadjechało kilka skuterów. Pierwszy ugrzązł już na początku jeziora. Zastanawiałam się co teraz zrobią… a oni zeszli w butach na lód, w śniegowe błoto i wypchnęli kolegę. Czyli chyba nie było się czego bać…

Koło trzeciej wyszliśmy z sieci szlaków utrzymywanych przez klub skuterowy z Lofsdalen. Teren Hede był słabo oznakowany, nierównany i chyba dużo mniej popularny. Szliśmy lasem, wąską dróżką pełną dziur i muld. Opadała stromo do leśnego jeziora. Pod drugim brzegiem pasło się stado reniferów. Grzebały w śniegu z zapamiętaniem i nawet nie spojrzały w naszą stronę. Byliśmy za daleko. Wiedziałam, że przed kolejnym jeziorem jest chatka. Było za wcześnie dopiero dochodziła czwarta, ale kiedy ją zobaczyłam nie mogłam się opanować… Zostańmy, jesteśmy mokrzy… -No dobrze- Edek zgodził się z ociąganiem. To oczywiście psuło nasz plan.

Do nocy wysuszyliśmy większość rzeczy. Kurtki, spodnie, czapki i rękawice, namiot. Śpiwory też były wilgotne, w zasadzie nie mieliśmy nic naprawdę suchego, pulki wielokrotnie tonęły w brei, worki już dawno nie były całkiem szczelne. Nie sądziłam, że sią aż tak ociepli, pewnie trzeba było lepiej pakować, bo chociaż wszystko było poowijane w foliowe torby zamokła mi nawet część jedzenia.

To nie był problem, chatka była wspaniała, z drewutnią kuchnią i stołem. Widok też ładny, a nocą miała być zorza. Udało mi się tylko zobaczyć jak znika. Chmury przyleciały znikąd, czyste dotąd niebo zmętniało, na zdjęciu został tylko cień zieleni. Czekaliśmy jeszcze przez jakiś czas, ale jedyne co widzieliśmy to chatka.

Share