Irlandia zimą cz10

Zaraz za miastem zgarnęła mnie czwórka Amerykanów w wynajętym samochodzie, ledwo się wcisnęłam z plecakiem. Młodzi farmerzy. Dwie zakochane dziewczyny, planowały prowadzić razem gospodarstwo i dwóch chłopaków z przodu. Co jakiś czas jeden z nich puszczał bąka i dziewczyny krzyczały- Jerry! Szyby zaparowały i niewiele pamiętam z tej trasy. Jechaliśmy w stronę najwyższych w  Irlandii klifów. Wbiliśmy się w jakąś polną drogę, dość wysoko. Chciałam wysiąść, bo stamtąd mogłabym już iść, ale wiatr nie dał nawet otworzyć drzwi. Zjechaliśmy, był też niższy szlak. Pożegnałam się, farmerzy szukali większej grupy, z którą umówili się na wycieczkę. Nie wiem czy doszła do skutku. Szłam wzdłuż wybrzeża przez kilka kilometrów. Równolegle do szlaku biegła droga i czasem ktoś nawet nią jechał. Prowadziła pewnie na punkt widokowy, ale nie udało mi się aż tam dojść. Wiało upiornie, zrywało pióropusze wody z jeziora, czesało posklejane kępy traw, bujało mną i bojąc się, że ścieżka za wąska zeszłam na asfalt. „Byle do skał” myślałam sądząc, że tam się schowam. Ale nie. Wiatr kręcił, tuż przed nosem przetoczył mi się wir wyrwanych traw uzbrojony foliowymi workami. Zatrzymał się samochód,  przecież stałam na środku drogi… Uprzejmy człowiek otworzył drzwi i z siedzenia wyfrunęły chustki do nosa, jakieś papiery… patrzyliśmy jak się wznoszą nad klif. Bezradnie. Wskoczyłam do środka, samochód trochę się bujał, ale prawie się w nim nie czuło wichury. Panowie, ojciec i syn, Anglicy, jechali przez jak najdziksze drogi wspominając czasy kiedy spędzali tu każde lato (a syn, teraz posiadacz eleganckiej rudej brody był mały). Przewieźli mnie wysokimi pagórami, tak sobie wyobrażałam Szkocję. Pusto i wietrznie. Maleńkie farmy, zmarszczone jeziora, i mgła. Krajobraz coraz bardziej górski, wodospady… przegapiliśmy mój skręt! Wróciliśmy i kawałek, kilka kilometrów przeszłam szosą, bo nic się nie chciało zatrzymać. Zgarnęli mnie elegancko ubrani Irlandczycy. Wracali z pogrzebu. Wysiadłam u wylotu doliny prowadzącej do Parku Narodowego Glenveagh. -Już za późno- powiedziała kobieta w informacji, podejrzanie biała blondyna. Ostatni autobus odjechał. To nic, nie chciałam autobusu- zamek też będzie zaraz zamknięty- to nic-powtórzyłam, zobaczę park. Kiedy tam doszłam zbaczając przy okazji na wszystkie potencjalne biwakowe miejsca (bez wyjątku zalane) obsługa pakowała się już do odjazdu. -Mogę jeszcze popatrzyć?- zdążyłam spytać. -Jasne- jak długo mogę tu zostać? -Ile chcesz- a do rana?- zaryzykowałam- mam namiot. -Możesz -uśmiała się rumiana kobieta. Zajrzałam jeszcze do kawiarni, już zamykanej, kupiłam herbatę, ale mi nie pozwolono zapłacić. Już zamknięte. Dołożyli  jeszcze wodę i ciastko. I za moment zostałam w parku sama. Chodziłam po nim aż do ciemnej nocy. Jest podzielony na mniejsze ogrody, włoski, francuski, dalekowschodni, japoński, warzywnik… Oddzielone żywopłotami, pełne bramek i drzwi, które z daleka zawsze wydawały mi się zamknięte, ale otwierały się pokazując kolejne miejsca. W błękitnym świetle zmierzchu park wyglądał magicznie, w ciemności zaczął mnie straszyć. Tyle tam było przerażających rzeźb, tyle szelestów. Na jeziorze wysoka fala. Rumor w koronach starych drzew. Jeszcze przed nocą wybrałam najbardziej osłoniętą altankę- schowaną w bambusowym gąszczu. Rozwiesiłam w niej pałatkę i budząc się nocą słuchałam jak deszcz bombarduje sztywne liście bambusa, jak pluszcze w bardzo bliskim stawku, jak łupie w dach. Tak naprawdę było tam też cieplejsze miejsce- ogrzewana i oświetlona toaleta. Zastanawiałam się czy Agnieszka by jej nie wybrała… Rano jeszcze pochodziłam po parku. Był tylko mój. Chociaż to zima kwitły pierwsze rododendrony, kępy ciemierników. Przestrzenie pomiędzy falującymi bukszpanowymi żywopłotami wypełniały przebiśniegi, bergenie. To pewnie nie był najlepszy czas dla tego ogrodu, ale mi się podobał. Zanim obsługa wypakowała się z pierwszego autobusu ruszyłam szlakiem przez górę Gartan. Biegł ponad lasem- chronionym, bo naturalnym, dębowym (żyje w nim największa w Irlandii populacja jeleni, pewnie to aż kilka sztuk) i szybko pojawiły się piękne widoki, białe góry, kilka wzburzonych jezior. Park narodowy jest maleńki, skończył się za drugą granią. Zeszłam do wsi. Po drodze przeleciał marznący deszcz. Na parkingu stała kobieta w kominiarce. -Bardzo wieje? -Spytała- bardzo.- Jak się nie boisz zawiozę cię do Church Chill- czemu miałabym się bać rowerzystki? Church hill było ładną wsią, biały bar i biały dom pogrzebowy, oba zamknięte. Z kościelnej piwniczki (też bielonej) buchała para- nie wiedziałam co to oznacza, ogrzewanie? Słońce przeświecało na wylot zielone liście, błyszczały wymyte pastwiska. Przeszłam kilka kilometrów zanim zabrały mnie dwie kobiety. Wracały z irlandzkojęzycznego spotkania. Zadowolone. Zrozumiałam, że powstała grupa zainteresowana rodzimym językiem. Jedna z pań wysiadła, ja dojechałam do Letterkenny. Miasteczka z gotycką katedrą, z którego było bardzo trudno wyjść. Już z obrzeża zgarnął mnie mężczyzna w obładowanym samochodzie. Okazał się organizatorem wspomnianego spotkania. Odwiózł mnie aż za granicę do Londonderry. Śpieszył się na demonstrację wspominającą zamordowanych przez policję narodowców, chyba już ze 30 lat temu. Ale może coś źle zrozumiałam. Północna Irlandia wyglądała inaczej, wszystko było tam bogatsze, domy większe, samochody nowsze. Na szosie korek i zapach spalin, już zapomniany. Stanęłam na zakręcie, w ciasnej zatoczce i niemal natychmiast zatrzymała się dziewczyna, jak powiedziała, bo stała policja i myślała, że trzeba mnie przed nią ratować. Była lekarką i starała się mnie odwieść od autostopowania. -Kto to widział, przecież to niebezpieczne! Nie chciałam spędzić moich ostatnich dni w Irlandii z nią i jej chłopakiem na plaży. I chyba było jej z tego powodu przykro.

Share

Irlandia zimą cz9

Rano Greta podwozi nas do miasteczka ze średniowieczną wieżą. Obchodzimy ją wokół, tyle można. Ociekamy, rozdeptujemy kałuże. Zabiera nas Niemka- studentka architektury. Siedzę z tyłu, Agnieszka przedstawia swój plan i dziewczyna jedzie z nami od opactwa do opactwa, obchodzi średniowieczne krzyże. Wdrapuje się na mury,  wchodzi w krużganki.- Widziałaś gdzieś toaletę pyta?- Nie, ale odkryłam krzaki- pokazuję. Ocean tłucze się głucho, pada deszcz pachną wyrzucone na brzeg wodorosty. Jedno z opactw jest nieosiągalne. Ogrodzone, obwieszone zakazami, pogróżkami. Wysiadamy za szeroką zatoką, kilka kilometrów od megalitycznego cmentarza Carrowmore. Z parkingu rusza pieszy szlak. Koralowce- rozpromienia się Agnieszka (geograf) na widok skamieniałości, depczemy je, są na ścieżce. Cmentarz leży na wysokim wzgórzu. Ogromny kopiec z otoczaków, kilka kręgów. Biegają po tym czerwono- niebieskie owce (nie wiadomo czemu znakuje się je tu w ten sposób). Nad zatoką pojawia się tęcza. Chętnie zeszłabym z drugiej strony, schodzę nawet kawałek popatrzyć, ale wieje, miota Agnieszką tak, że nie może ustać. Wracamy realizować nasz plan. Płotek w muzeum, o którym wspomniała Greta jest niski. Droga pusta, nikt na nas nie zwraca uwagi. Szybko jesteśmy po drugiej stronie i pomimo deszczu obchodzimy kolejne kamienne kopce. Wszystkie wydają mi się takie same, ale budzą zachwyt Agnieszki. Kilka identycznych jest też w prywatnych ogródkach. Dowiemy się później, że przestawianie ich przynosi pecha więc stoją nieruszone od tysięcy lat. Jest jeszcze kilka na polu po drugiej stronie drogi. Ogryzają je dwie smutne krowy, doszczętnie mokre. Obawiam się, że wyglądamy podobnie, bo szybciutko zabiera nas stamtąd kobieta, projektant ogrodów. Inaczej niż u nas ma dużo pracy też zimą, samochód jest zapchany narzędziami, ziemią. Odwozi nas na dworzec autobusowy i chociaż być może dałoby się dalej jechać autostopem wsiadamy, bo najtrudniej się wydostać z miasta. Jedziemy do Donegalu. Pada śnieg. 30, może 40 kilometrów, a zajmuje ponad godzinę. Zapada noc, śnieg nie przestaje padać, zamek, gdzie myślałyśmy biwakować otacza mur. Pewnie wyglądamy bezradnie, bo zatrzymuje się mężczyzna z dwójką dzieci. –Wsiadajcie- mówi. Znajdę jakiś nocleg. Dzwoni, wysłuchuje kolejnych odmów. Przypięty do krzesełka trzylatek pokazuje mi język.  Potem coraz odważniej marudzi. W końcu ryczy. Szyby zaparowują. Ruszamy i trafiamy do b&b. Niezłe, nie bardzo drogie, tuż przy zamku. Zwiedzimy go rano. Jest niewielki, średniowieczny, dobrze zachowany. Agnieszka zostanie tam trochę dłużej, ja znudzę się i pojadę dalej. To był nasz ostatni wspólny dzień. Agnieszka zostawiła sobie 2 dni na Dublin i powrót do Cork, ja miałam jeszcze czas i nadzieję, że w wiatr ucichnie i uda mi się trochę pochodzić.

Share