Irlandia

Wybaczcie, że tak znikłam bez słowa. Czułam się skołowana. Przez lata konsekwentnie trzymałam się daleko od podróżniczego świata. Po Nordkapp, po Islandii, po Chile, Lofotach i po Armenii (zrobionych tak naprawdę tak sobie, dla draki) niechcący zderzyłam się z osiągnięciami innych i nieuchronnie zaczęłam je porównywać. To jeszcze nie byłby duży kłopot, można z tym żyć, gorsza jest pokusa ścigania się. Ustalania kto lepszy, kto gorszy. Ryzyko uzależnienia od cudzych opinii, podporządkowania swoich planów oczekiwaniom widzów – a przecież to tak jakby podróże powstawały na sprzedaż, nie dla siebie. Nie mam sportowego zacięcia. Moje wędrówki, większość tego co robię w swojej konstrukcji bardziej przypomina sztukę (nie chodzi mi o wartość, nie mi oceniać). Sztuka jest mi po prostu bliższa. Rozumiem ją.

Lata temu, kiedy jeszcze projektowałam modę na weselu córki jednej z najbardziej znanych polskich modelek z czasów PRL-u Eli Kopniak wdaliśmy się w luźne rozważania o sztuce. Było tam grono znanych artystów, sławni ludzie. Siedzieliśmy w podparyskim ogrodzie w słomkowych kapeluszach nad talerzami francuskich serów, rozleniwieni. Było lato. Niektórzy spali na trawniku. Fotograf Krzysztof Pruszkowski, który przyjechał na tę imprezę spóźniony rowerem, znienacka i chyba nieco zbyt serio, prosto z marszu wyrecytował swoją definicję sztuki. -Czemu nie jesteś bogaty?- przyciął mu ktoś. Duża blond włosa kobieta… Poszłam do kuchni przynieść jedzenie dla Pruszkowskiego. Siedzieliśmy tam przez chwilkę razem. To co powiedział trafiło w jakiś mój czuły punkt. Byłam na rozstaju, decydowałam czy rzucić projektowanie mody. Zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zapisałam co udało się zapamiętać.

Praca powinna być wykonana z miłością, dla innych nie tylko dla siebie z potrzeby dawania i podzielenia się, a nie po to żeby się popisać. Powinna „do nas mrugać” –być niedoskonała, mieć małe wady, jak seplenienie, dysonans, arytmie, potknięcia…Powinna być nowa, oryginalna a nie odtwórcza. Nie powinna być łatwa. Powinna być zrobiona bezinteresownie „ for fun” z radości tworzenia, a nie dla jakichkolwiek korzyści np. majątkowych, po to żeby była. Dla wolności.

Dla wolności… Za nic nie chciałabym jej stracić, wikłać się w pozyskiwanie korzyści. Szukać poklasku czy choćby czyjejś aprobaty. Ulec niechcianym wpływom. Pomyślałam, że zagrażające mojej niezależności myśli trzeba wyrwać jak chwasty z ogrodu. Bez żalu. I tak zrobiłam. Kupiłam bilet w miejsce gdzie nie ma pokus, nie ma nic do zdobycia i nikogo nie można w niczym wyprzedzić. –Sztuka nie jest opowiadaniem o pięknych rzeczach tylko pięknym opowiadaniem o rzeczach... – dorzucił do tego w Poznaniu Darek Fedor.

Kiedy wspomniałam o moim wyjeździe Leśnej, z radością się przyłączyła. I tak wylądowałyśmy w Irlandii w środku zimy. Ja dwa dni wcześniej niż Agnieszka.

Miałam plany, nawet wydrukowałam plik map. Nie przewidziałam, że przyjdą 4 huragany. Że irlandzkie góry są potwornie bagniste, szlaki poprzegradzane kolczatym płotem lub wyasfaltowane. Znalezienie suchego miejsca na biwak było niemal niemożliwe, utrzymanie pałatki przy wietrze dochodzącym w porywach do 120 km na godzinę mało realne- udało mi się rozbić namiot 4 razy. Spałyśmy w szopie i w ogrodowej altance, w wiatkach, w kamiennym schronie, w dwóch zupełnie obcych pań, w domu pogrzebowym (to była wspaniała miejscówka), w b&b, o których milczy internet. Biwakowałam na piętnastowiecznym cmentarzu, podczas huraganu Ciara ukryłyśmy się w świerkowym lesie, Elsę przeczekałyśmy u Eli i Pawła, którzy odpowiedzieli na naszą prośbę o pomoc na facebooku (wielkie dzięki!), Denis dopadł nas na Western Way gdzie wybudowano wiatki, a wcześniej poderwał Agnieszkę z klęczek na klifach Moheru i ponownie rzucił na ziemię- kolanem w kamień. Ellen minęła Irlandię bokiem, i dobrze bo biwakowałam wtedy (już sama) na skraju klifu. Noc wcześniej przespałam w altance w zabytkowym parku… Najbardziej podobało nam się wybrzeże więc posuwałyśmy się autostopem na północ wzdłuż Wild Atlantic Way przechodząc pieszo kawałki nadmorskich szlaków. Widziałyśmy półwysep Beara i Kerry. Byłyśmy w Killarney i w Limericku, na klifach w Mayo i w górach Nephin Beg. Widziałyśmy Downpatrick Head, opactwa i dziewiętnastowieczne parki, megality i neolityczne pola. Byłyśmy na pogrzebie i (przez chwilę) na wieczorze kawalerskim. Jechałyśmy w obwoźnym sklepie. Kiedy dotarłyśmy do zamku w Donegalu spadł śnieg. Agnieszka pojechała zwiedzić Dublin (wracała dzień wcześniej niż ja), mi udało się skończyć Wild Atlantic Way, i jeszcze przejść kawał wybrzeża w Irlandii Północnej od Drogi Gigantów do wiszącego mostku na skalistej wyspie. Wracałam przez Belfast i w ten sposób w ciągu trzech tygodni okrążyłam całą Irlandię. Chciałabym to kiedyś opisać. Teraz nie zdążę, za niecały tydzień jedziemy z Jose do Szwecji.

Tymczasem popatrzcie na zdjęcia. Trudno było je zrobić. Sól osadzała się na obiektywach. Deszcz moczył szkła, filtry porastała para. Aparat drżał nawet położony na kamieniach, nici z długich naświetleń. Nocami lało, widziałyśmy tylko ślady zachodów słońca. Krajobraz nigdzie nie był dziki, zawsze były w nim ślady ludzi. Kable, drogi, obce gatunki krzewów i drzew. A jednak podobało mi się. I chyba czegoś mnie nauczyło. Jeszcze myślę.

PS: Linkuję ciekawy (dość nowy) wywiad z Krzysztofem Pruszkowskim. Może się przyda.

Share