Kuststigen cz10 (ostania) Mjorn

Na wyspę Mjorn szłam ścieżką rowerową. Nie zauważyłam jej początkowo na mapie i nawet myślałam, że szlak poprowadzono szosą, ale nie, biegł równolegle. Nie było tam ani jednego rowerzysty, ale były przeznaczone dla nich wiatki przy przystankach autobusowych i dużo stojaków na rowery. Szosa była zwykle niewidoczna, chociaż bliska. Ścieżka minęła dwie plaże, dwa mosty. I ostatecznie skończyła na jezdnej drodze. Udało mi się z niej kilka razy zejść. Wsią, lasem, po drugiej stronie błotnistego jeziora. Fiordy były wzburzone. Wiatr nieprzyjemny, wilgotny. Szlaki na Mjorn zaczynają się przy zabytkowej farmie Sundsby Slateri. Kiedy tam doszłam kelnerki już zamykały bar. Być może była jeszcze czynna restauracja, widziałam światła kiedy zwabiona znakami zwiedzałam warzywny ogród. Udało mi się tam uszknąć gałązkę mięty, nie miałam już ani odrobiny herbaty. Poza tym park obfitował w stare jabłonki, jabłka pozgarniano na kupki (do wyrzucenia), chyłkiem bo jednak było mi trochę głupio wybrałam kilka mniej potłuczonych. W toalecie nabrałam na zapas czystej wody i ruszyłam lasem do upatrzonej uprzednio wiatki. Był odpływ i fiord wygadał jak bagno. Las szumiał przyjemnie, ale miejsce na piknik było zajęta. Mężczyzna z psem i skórą z renifera, ognisko. Wyjrzałam ze skał. Widok był ładny, ale światło nieciekawe. Słońce już zaszło, niebo było niskie i bure. Pożegnałam się, facet zapraszał, mówił, że nie zostaje na noc, pogadaliśmy chwilkę, ale wolałam być sama. Do drugiej wiatki było tylko 2 kilometry. Stała na zacisznej leśnej polanie, były tam wielkie zapasy drewna. Żar był jeszcze ciepły, na stole leżało czerwone jabłko, typowe ze sklepu, idealne z wyglądu, ale w smaku raczej takie sobie.

Do nocy suszyłam borowiki. Niosłam je już od kliku dni. Wieczorami rozwieszałam w moskitierze. Dopiero teraz miały szansę wyschnąć. Próbowałam i na ruszcie i na patelni. Mąż określił je potem jako wędzone, ale chyba pomimo tego mu smakowały.

Nocą kropiło, ranek był pochmurny i mętny. Przeszłam pozostałą część szlaków. Znów minęłam zabudowania Sundsby Slateri. Autobus pokazany w rozkładzie, nie kursował, więc poszłam do Stenungsund mniej uczęszczaną szosą. Biegł nią też szlak rowerowy, czasem przejechał samochód. Tuż przed mostem łączącym Mjorn z lądem, złapałam autobus jadący główną drogą. W odpowiednim momencie, bo bardzo się wzmagał deszcz. Prognoza zapowiadała ulewę w samo południe i bardzo się nie pomyliła. Lunęło kwadrans po 12.

Nie zwiedzałam miasta. Autobus jechał na dworzec kolejowy. Kasa była zamknięta, więc konduktor puścił mnie bez biletu. W Goteborgu przesiadłam się w autobus na lotnisko. Nie było nawet czasu żeby zjeść.

Po moim powrocie pandemia ruszyła z kopyta. Przyszła jesień. Byłam zadowolona, że zdążyłam, jeszcze długo potem tęskniłam do borówek i grzybów. Do bezludnych jeziorek i czystej wody.

I cieszyły mnie przywiezione zdjęcia. Zajęły mi mniej niż godzinę dziennie, a powstał cykl, o którym będę pamiętać. Jak zawsze nie jest fotoszopowany. Wszystko zrobiłam na miejscu. Zagrałam. Ja, czas i moja moskitiera:).

Share

Kuststigen cz10 Orust

Znów szłam lasami. I chociaż wydawały mi się odwieczne, co chwila trafiałam na ruiny domów, pozostałości kanałów doprowadzających wodę do młynów, czy kamienne murki oddzielające posesje. Wszystko to było omszałe, pozarastane, ale oznakowane, więc nie dało się przegapić. Stawałam, czytałam. To były drobne ludzkie historie.

Koń poniósł, bo wyczuł wodę, a kiedy do niej dotarł stanął gwałtownie i zrzucił pastora na skały. Ten przeżył, ale stracił rozum.

Przy kępie lilaków zachował się tylko fragment fundamentów, już omszały. Mieszkał tu Fin, który miał magiczną moc. Ziemię z jego grobu uznawano za lekarstwo.

Pod koniec 18 wieku osuszono wiele bagien i próbowali tam mieszkać ludzie. Niektórzy utrzymywali się tylko po kilkanaście lat, jedno z gospodarstw upadło dopiero po 100.

Był też ślad po ostatniej egzekucji na Orust. Dwudziestodziewięcioletni marynarz pobił dwóch braci z północy Bohuslan, tak bardzo że jeden z nich zmarł. Dwa lata później publicznie ścięto mu głowę. Był tłum gapiów w tym staruszka z miską. Sądzono, że krew skazańca chroni przed epilepsją.

Las wypełniony tymi historiami wydawał się mroczny i dziki. Drzewa już zżółkły, szła jesień, bagiennymi strumykami płynęły brzozowe liście, próbowałam sfotografować jak opadają, ale nie udawało mi się.

Pomimo dobrego oznakowania szlak wyglądał na mało uczęszczany. Nie spotkałam nikogo, na ścieżce nie było odcisków ludzkich stóp. Wokół ruin, które co i rusz mijałam leżały porzucone rzeczy z dawnych czasów, sprzed ery plastików i folii. Rower, taczka już niemal wrosły w las. Drewniane ściany chyliły się, nie odważyłam się zajrzeć do wnętrz. Na niektórych domach widziałam druty z prądem, były też lampy, klasyczne metalowe klosze, miałam wrażenie, że takie pamiętam z dawnych lat. W tych pewnie mieszkano najdłużej.

Mijając szosę natknęłam się na pastwisko pełne lam. Zaciekawiłam je tak samo jak one mnie. I kiedy się na siebie wzajemnie gapiłyśmy tuż obok przebiegła sarna. Liście brzóz były tam już wspaniale złote. Słońce już niskie. Przyśpieszyłam żeby znaleźć miejsce na nocleg, ale tym razem miałam mniej szczęścia. Nigdzie nie było wody. Szlak znów zbliżył się do wsi, i nie widząc innego wyjścia odważyłam się zaczepić mężczyznę, który z jakiegoś powodu wyjrzał z domu. Był zakłopotany kiedy podawałam butelkę i termos, z okna zerknęła na mnie kobieta, też zaniepokojona i dopiero wtedy zauważyłam na ich stodole kran. -Czy mogę nabrać sama? -spytałam. To ich uspokoiło.

Zadowolona ruszyłam biegiem w kierunku ruiny zamku na Borrefjall. I nie znalazłam jej. Słońce zaszło, zmrok ściemniał do gęstego granatu. Minęłam jakieś płaskie wzgórze, znów weszłam w las. Teren zaczął opadać i było tam coraz bardziej podmokło. Zrezygnowana rozbiłam namiot na ścieżce, tuż przy tabliczce wspominającej Sofię, kelnerkę z parowca relacji Goteborg- Uddevalla, której dom miał wymiary 3 metry na 3, a podłogą była ubita ziemia.

Rano znalazłam obok kolejną ruinę. Tu zachował się tylko fundament. Jak wyczytałam Hilmer, który odziedziczył po ojcu drewniany dom, przez 40 lat płacił po 30 koron rocznie za dzierżawę. Aż właściciel ziemi postanowił podnieść opłatę. Hilmer nie zgodził się, rozebrał dom i przeniósł się razem z nim gdzie indziej.

Kolejne gospodarstwo zachowało się w dobrym stanie. W oknach stały plastikowe kwiaty, na stole widziałam papier toaletowy, znak, że ktoś nadal czasem tu mieszka.

Ostatnim reliktem przeszłości, na który się natknęłam na Orust był kamień runiczny postawiony prawdopodobnie przez Wikingów.

Dalej był kiedyś megalityczny grób, ale właściciel terenu, bardzo zainteresowany historią, rozebrał go i przeniósł skały w inne miejsce. Szukałam ich bezskutecznie na pastwisku pełnym zdziwionych krów. W błocie. Potem wróciłam do szosy. Mój szlak biegł nią dalej na wschód do Svanesund i zawracał do Uddevalla. Ja poszłam na południe w stronę wyspy Mjorn. Był tam jeszcze oddzielny fragment Kuststigen i co mnie najbardziej kusiło była wiatka. Na górce, w sam raz na ostatni biwak.

Share