Picos d’Europa Tielve

Noc w Camarmeña minęła bardzo spokojnie, pomijając budzące mnie co jakiś czas orzechy i odgłos wody spuszczanej przez jakiś mechanizm do rurociągu. Camarmeña to górna stacja dużej elektrowni, to tu dopływa woda transportowana kanałami przez cały wąwóz Cares. To tej inwestycji zawdzięczamy wykutą w skałach turystyczną trasę. Rury opadające do błękitnego jeziorka widać ze ścieżynki prowadzącej do Poncebos -mikroskopijnej wsi z zamkniętym hostelem, przemysłowymi budynkami i kolejką liniową do Bulnes. Kiedy tamtędy przeszłam, wcześnie rano wszystko wyglądało na pozamykane.

Na mapie widziałam ścieżkę, którą można by iść dalej na wschód wzdłuż dopływu Cares- Rio Duje. Dnem doliny prowadziła też jakaś droga, ale ścieżka wydawała się być od niej daleka, poprowadzona znacznie wyżej. Widziałam jej ślad na zboczu. Kłopot w tym, że się nigdzie nie zaczynała. Ktoś remontujący drogę zgrabnie obciął kawałek skarpy usuwając wraz z nim początek ścieżki. Jakiekolwiek ślady chodzenia znalazłam dopiero przy pozbawionej dachu ruinie- pozostałości z budowy elektrowni. Dalej ścieżka zrobiła się bardziej widoczna, najwyraźniej była użytkowana przez zwierzęta.

Jeszcze dalej znalazłam na niej jakieś znaki- zielone kropki. To ładna trasa. W tle widać cały kanion Cares, po bokach urwiste, pełne jaskiń skały. Jedyna przykrość to zupełny brak wody, tym bardziej uciążliwy, że słychać płynącą w dole rzekę.

Byłam już wyschnięta na wiór kiedy w końcu wypatrzyłam czarny wąż. Nietrudno było znaleźć dolny koniec. Woda wyciekała i wsiąkała w grunt.

Nawet nie zdążyłam dużo nabrać, kiedy usłyszałam tętent i otoczyło mnie stado młodocianych krów. Przywódczyni- obdarzona rozłożystymi rogami i parą pięknych oczu najpierw uprzejmie chrząknęła. Udałam, że nie rozumiem, ale krowy wiedziały, że oszukuję.- Dawaj co masz- powiedziała Przywódczyni. -Nic z tego- broniłam się- Nic nie mam, same resztki, a to co mi zostało jest (za przeproszeniem) zrobione z krowy…- Nie wierzę- wstrząsnęła porożem krowa, a jej towarzyszki ze zrozumieniem kiwnęły głowami- Każdy tak mówi, a popatrz ile tu papierków. Dawaj cukierki, bułki, słodycze!

Popatrzyłam tam gdzie wskazywała i rzeczywiście ślicznie wystrzyżoną łączkę szpeciły kupki papierków po landrynkach. Pozbierałam. Krowy zamarły. Co za brak poszanowania dla tubylców! Co za tupet! Stado przebierało racicami i jeszcze bardziej się wokół mnie ścieśniło. Przypomniałam sobie, że mam sól. -Chodź spróbuj, może to ci posmakuje -powiedziałam wysypując trochę na kamień. -Alpejskie krowy zawsze to jadły. Odsunęłam się i Przywódczyni przyszła powąchać.

-Skandal! -Usłyszałam za chwilkę. Coś takiego! Chciała nas otruć! Krowy wyglądały na tak wzburzone, że spakowałam się i uciekłam boczkiem.

Niedaleko już było stamtąd do Tielve. Niewielkiej, spokojnej wsi otoczonej przez owcze stada. Z barem, hostelem, wytwórnią sera i tablicą informującą o szlakach. Poszłam w kierunku Sotres. Do nocy udało mi się jeszcze wdrapać na zbocze do wysoko położonej, letniej pasterskiej wsi. Na tej wysokości leżał już śnieg i widoki też były wszędzie białe. Kamienne chatki wyglądały pięknie w wieczornym świetle, a w jednej z obórek udało mi się rozbić na noc namiot. Sądząc z porzuconych gazet ostatnio użytkowano ją w 1997 roku- przed 20-tu laty.

Rano zamiast do Sotres (gdzie już byłam) wyruszyłam bez szlaku do Tresviso. Wydawało mi się, że to się musi udać i rzeczywiście po kilku godzinach brnięcia w coraz miększym śniegu przez kolejne krasowe bezodpływowe kociołki dotarłam do górki skąd było już widać kolejną dolinę. Spotkałam tam dwóch panów przedzierających się dzielnie przez głęboki do pół uda śnieg. Wzajemnie ucieszyliśmy się z naszych śladów, przy czym ja miałam już znacznie bliżej. Pół godziny dalej przecięłam szosę i szybko zeszłam w dolinę, pod śnieg. Mogłam pójść dalej asfaltem, ale nie lubię i miałam jeszcze czas.

Do nocy przeszłam przez kolejne opuszczone wioski i wzdłuż pięknego widoku na Masyw Andara dotarłam do najwyższej w Picos d’Europa zamieszkanej wsi- Tresviso. Na jednym z pierwszych domów wisiał szyld Queseria więc zapukałam w otwarte na oścież drzwi. Długo nie działo się nic. Potem usłyszałam -Moment- dalej sapanie i bardzo powolne kroki.

-Lord Vader- pomyślałam, ale nie mogłam przecież teraz odejść. Po bardzo długim czasie zza kolejnych drzwi wynurzył się starszy pan. Wyglądał na zdziwionego, ale zgodził się sprzedać mi ser. Czekałam na niego bardzo długo, zszedł do piwnicy, coś tam przesuwał, czymś szeleścił, potem znów sapał wchodząc po schodach. Przyniósł krążek pleśniowego sera i nóż. Ser był malutki- widać tak mnie ocenił. Leżał na dłoni- przyjemnie czystej, ze środka sterczał ostry nóż i wydłubany nim biały skrawek. Miałam spróbować. Zrobiłam to oczywiście, nie wiedząc czego się spodziewać. Ser był brązowy, kleisty, dziwny. Bardzo intensywny. Smakował mi więc powiedziałam, że pyszny i że biorę. Pan wyjął nóż zaklepał gładko środek i spakował mi ten skarb w sreberko.

-Skąd jesteś?- Z Polski- przyznałam się.

-A… Niemca to ja już kiedyś widziałem, ale Polaka to pierwszy raz!- powiedział oglądając mnie jak muzealny eksponat.

Share

Picos d’Europa Wąwóz Cares

Kiedy wchodziłam do kanionu Cares słońce sięgało już całkiem blisko. Miejscami nawet trochę je czułam, ale w zakamarkach bielał jeszcze nocny lód. Opuszczony wcześniej południowy odcinek wąwozu był piękny. Ciasny, głęboki otoczony ośnieżonymi świeżo szczytami. Wciąż jeszcze jesienny i złoty. Ta najbardziej znana trasa Picos d’Europa ( Ruta de Cares) pomimo swojej sztuczności zdecydowanie jest warta przejścia, zwłaszcza rano kiedy nikogo tam nie ma. Pierwsi ludzie- idący z naprzeciwka trafili mi się już prawie w miejscu gdzie skręciłam w góry poprzednim razem. Teraz też tam skręciłam- dla odmiany w dół. Kawałek z moim poprzednim obozowiskiem opadała nad rzekę stroma dróżka- jak mi się wydaje stary szlak. Dno doliny było wilgotne i ciemne. Ścieżka sztuczna, podobnie jak ta górna, ale znacznie węższa, wciśnięta w nabrzeżne urwiska. Tuż przed końcem, gdzie ten trakt się rozszerza minął mnie zziajany facet obarczony pokaźnym statywem pytając gdzie tu zejście do rzeki. Tak naprawdę tam chyba nie ma zejścia. W każdym razie nic wygodnego. Powiedziałam, że z godzinę pod górę, ale i tego nie byłam pewna. Tak czy siak światło w tym ciemnym zaułku było nieciekawe, więc nie bardzo wiedziałam czemu się śpieszy. Zachód słońca nie ma szans sięgnąć dna tego kanionu. Jeżeli kiedykolwiek zagląda tu światło to raczej w południe.

Na parkingu minęłam kilka samochodów, wcale nie dużo jak na tak pogodny dzień. Nie miałam pomysłu gdzie iść. Dolny odcinek Cares nadal wyglądał pięknie, chociaż to tylko 200 m nad poziomem morza, a dno doliny szpeciła droga. Szłam tak sobie przyglądając się skałom, kiedy na prawo nad wąwozem Bulnes pojawił się Pico d’Uriellu- nazywany też Naranja de Bulnes, czyli Pomarańczką z Bulnes. Pomarańczka, ogniście pomarańczowa jak przystało na taką nazwę wynurzała się troszkę znad niebieskich od cienia, ośnieżonych skał. Pomyślałam, że gdyby podejść wyżej widziałabym ją znacznie lepiej i jak na zamówienie po lewej pojawił się znak. Ktoś nabazgrał na betonowym mostku- „bar 300 m”. Ktoś pacnął na skałę farbę i do tego zbudował kopczyk. Wiedziałam oczywiście, że bar nie może być blisko i że te 300 m zapewne jest w pionie, ale Pomarańczka wyglądała tak obiecująco, że przez 40 minut drapałam się (dosłownie) przez porośnięte różami urwisko, po którym pewnie od 100 lat chodziły wyłącznie kozy… tak myślałam dopóki nie dotarłam do solidnego łańcucha ubezpieczającego gołą skałę wcale nie łatwą do pokonania. Dalej zarośla, piarżyska… Bar było owszem widać (trochę od spodu), ale jak tam wejść to już nie bardzo.

Kiedy ostatecznie udało mi się otworzyć dwudzielne drzwi przywitały mnie kwaśne miny dwóch panów oglądających mecz. Przeszkadzałam im oczywiście. Przez chwilę podziwiałam blaknącą już Pomarańczkę, potem odważyłam się zamówić piwo (to jedyne co umiem po hiszpańsku, jeszcze kawę, ale na to było już trochę za późno)….- czy może, można by tu gdzieś zanocować- wydukałam wciąż przeszkadzając. Brwi oglądającego mecz pana powędrowały w górę. Nie miałam cienia wątpliwości co myśli.

-Mam namiot- pospieszyłam z wyjaśnieniami mając wrażenie, że mnie zaraz wyrzuci. -Namiot to na miradorze oznajmił ponuro… Jak mogłam się nie domyślić!

Mirador był tuż nad wsią. Taki jak trzeba, ze stolikami, z pomnikiem. Była też pompa z wodą i zziajany fotograf, co to wcześniej szukał rzeki. Teraz z zapałem godnym większej sprawy fotografował z filtrem zbladłą już Pomarańczkę. Potem podeszła jeszcze para, której po chwili pożyczyłam swój statyw. Pogadaliśmy długo o innych miradorach. Okazało się, że to co najlepsze widziałam. Ciekawe, bo trafiałam na punkty widokowe przypadkiem, nie szukając wcale fotograficznie interesujących miejsc.

Wadą tego widokowego lokum były włoskie orzechy bombardujące nocą mój namiot. Odwdzięczyłam się im się jedząc je na śniadanie.

Share