Noc była lodowata. Musiało być kilkanaście stopni mrozu, bo pierwszy raz podczas tej wędrówki mój mały letni palniczek nie odpalił i byłam zmuszona użyć zimowego. Zamarzł też gwint termosu, a że mam słabe dłonie (zawsze to odkręcał Jose lub Edward) stukałam wokół nakrętki drewnianą szczapką aż lód skruszał i udało mi się dostać do wody. Niepotrzebnie nabrałam jej wieczorem, rano szybciej bym przyniosła nową niż uporała się z mrożonym termosem. Rzeka płynęła wartko i zamarzła tylko troszeczkę w zakolach. Długo się grzebałam ze śniadaniem. Długo walczyłam z namiotem, który choć był pod dachem obrósł szronem i zesztywniał.
Zimowa trasa prowadząca do parku Narodowego Femundsmarka biegła inaczej niż letnia. Nie była wyznakowana, ale widziałam ślad skutera i wraz z nim skręciłam na bagna z widokiem na ogromne jezioro Feragen. Do najbliższej chatki było blisko doszłam po dwóch godzinach żałując nieco, że mi ich wieczorem zabrakło. Już kiedyś nocowałam w Langtjonbua. Jesienią pod koniec wędrówki ze Stavanger. Wtedy też wnętrze było wietrzne i nie do nagrzania. Zimą musiało być z tym jeszcze gorzej. Nie zamierzałam tu zostawać na noc. Chciałam posiedzieć, powspominać, wypić gorącą herbatę, wysuszyć oblodzony namiot, z którego teraz, kiedy się ociepliło zaczęła się sączyć woda. Rozwiesiłam go na ciepłej brązowej ścianie chatki, oparłam się o nią plecami. Słońce cudownie grzało mnie w twarz. Siedziałam, patrzyłam na połać jeziora, po której kilka razy przesunęły się malutkie sylwetki. Para ludzi, potem człowiek i pies. Renifer, stado reniferów. „Niedziela. Park się za kilka godzin wyludni” pomyślałam i odechciało mi się daleko odchodzić.
Kiedy namiot wysechł przeszłam tylko kilka kilometrów, do najbliższej nieznanej mi chatki (też Statskogu). To była jedna z zabytkowych, chronionych prawem, w których nie można niczego zmieniać. Stajnia na 4 konie (w remoncie) i duży pokój z piecem (na szczęście nowym) i czterema starymi łóżkami. Kiedyś służyła woźnicom zwożącym do Roros pnie drzew. Spodobała mi się na tyle, że zostałam.
Femundsmarka jest obstawiona chatkami, większość jest darmowa, lasy państwowe (Statskog) dostarczają drewna i pozwalają zostać na jedną noc. „Może kiedyś wykorzystam każdą?”- pomyślałam rozkładając swoje rzeczy. To by była czwarta, w której nocowałam, a zostanie jeszcze ze 20, chyba, że któraś jest na klucz, bo było tu też kilka płatnych. Wieczór zszedł mi na rąbaniu drewna. Wszystko robiłam wolno, jak mucha w smole, czułam się zmęczona, już od dawna dręczył mnie paskudny kaszel, najchętniej nie robiłabym nic. Rąbanie też szło mi nie najlepiej, szału nie było, tylko tyle że miałam czym grzać. Rozgrzałam pokój do jakiś 10 stopni, przysunęłam jedno z łóżek bliżej pieca, stopiłam trochę śniegu i poszłam spać. Po zmierzchu za oknem przesunęło się stado reniferów. Przed świtem widziałam zwierzęta jeszcze raz. Szły przed samymi oknami, myśląc pewnie, że wnętrze jest puste, choć może nie, musiały przecież czuć dym.
Nocą wyszłam sfotografować zorzę, słabą i ledwo widoczną wśród drzew.
Nie ruszyłam się nigdzie tego dnia. Ta chatka była już w miarę ciepła, miałam dość drewna na bardzo oszczędne palenie i nadal czułam się bardzo źle. Zresztą nie miałam już pomysłu gdzie iść. Mój pierwotny plan się wysypał, zostało mi kilka ostatnich dni, tak czy siak musiałam jakoś wrócić do Roros. Tylko jak, żeby nie tą samą drogą? Leżałam, czasem wychodziłam na spacer, na nartach, bo wszędzie głęboki śnieg. W południe usłyszałam skuter, wyjrzałam i machnęłam przyjaźnie. Mężczyzna spytał czy może wejść i przez godzinę siedzieliśmy i gadaliśmy. O chatkach, turystach, rąbaniu drewna, i trochę o mapach i szlakach. Człowiek, który mnie odwiedził był opiekunem wszystkich 26 leśnych chatek. Teraz zimą zwoził do nich zapasy drewna na rok, długie, niepocięte kłody. -Są strasznie trudne dla kogoś takiego jak ja- wspomniałam, a on powiedział, że mi pokaże jak rąbać i faktycznie pokazał, przy czym odkrył, że mała siekiera (dużą bym nie machnęła) jest strasznie tępa, a kłody ważą więcej niż dźwignie kobieta. Nie wiem czy weźmie to pod uwagę na przyszłość. Może stają się lżejsze jak wyschną…
Już dwukrotnie uratowała mnie solidarność, która podpowiada silniejszym narąbanie zapasu dla następców. Po mnie też zawsze trochę zostaje, ale niestety mniej. Tu nastrugałam cienkich wiórów na rozpałkę, mogłam, bo miałam ostry nóż. Liczyłam, że ktoś się ucieszy.
Nie rozmawialiśmy długo, bo leśnik się śpieszył. Zajrzał do mnie tylko dlatego, że poczuł dym. Wyjaśniłam, że zostaję na drugą noc, bo źle się czuję, nie protestował.
Obijałam się do wieczora. O zmroku wyszłam popatrzeć na renifery, znów szły. Wiedziałam teraz, że żyją tu w Femundsmarce dwa stada, po 10000 sztuk każde. Nocą wyszłam sprawdzić czy nie ma zorzy, ale było tylko gwiaździste niebo.
Wróciłam tak samo jak tu przyszłam, minęłam Longtjonnę i wiatkę, w której biwakowałam wcześniej. Za mostem skręciłam w szlak DNT i zajrzałam do chatki Fjolburosta. Już ją widziałam jesienią 2 lata temu, ale przelotnie i został mi lekki niedosyt. To zabytkowe gospodarstwo, zachowane w idealnym stanie jak muzeum, pełne ciekawych przedmiotów, być może zebranych z innych farm. Początkowo miałam zamiar tylko podładować baterię, i o ile bym coś znalazła zrobić zakupy. Sklepik jak pamiętałam leży w szopie, i wszystko jest pozamykane w metalowych skrzyniach. Nic dziwnego musi tu być pełno myszy. Na podłodze w sklepiku leżał śnieg, deski w kuchni pokrywał cieniutki lód, taki sam błyszczał na blatach. Rozpaliłam wobec tego w pokoju. Zaparzyłam herbatę i za oknem zobaczyłam parę starszych ludzi z pulką i psem. Zamachałam, wyjrzałam, nie chcieli wejść, mężczyzna zajrzał tylko na moment i miałam wrażenie, że czuje się jakby siadł na rozżarzonych węglach. Już myślałam, że to dlatego, że kaszlę, ale nie. -Wiesz, że Fjorburosta jest zimą zamknięta?- Spytała kobieta. Niby skąd miałabym wiedzieć? Przyszłam, otworzyłam kłódkę jak zawsze w DNT…-To widać w aplikacji dodała- nie mam, zawiesiła się- wyjaśniłam.
Zamieniliśmy jeszcze parę słów na zewnątrz, szli do Ljosnavollen (a myślałam, że jest zamknięte), chwalili Marivollen, które kiedyś ominęłam idąc z Roros. Odchodząc spytali gdzie będę spać i szczerze, naprawdę w to wierzyłam oznajmiłam, że wrócę do Statskogu.
Kiedy telefon był naładowany, a bateria do aparatu zamigała zielenią na zewnątrz zerwał się silny wiatr. Niebo, choć pochmurne zróżowiało, a mój zapał do zjazdu w stronę leśnych chatek osłabł.
Wychodząc zrozumiałam skąd wzięły się cienkie warstwy lodu na kuchennej podłodze i blatach. Rozgrzany komin ciekł i choćby użyć wszystkich schroniskowych ścierek, nie dało się tego wytrzeć do sucha. To pewnie powód zamknięcia na zimę. Trochę było mi wstyd, ale nie bardzo, bo przecież można było wywiesić kartkę. Aplikacja nie jest obowiązkowa, tylko zalecana. Mogłam się też sama zorientować że coś nie tak. Wpisując się beztrosko do książki widziałam, że ostatni gość był tu w listopadzie, a przed nim od września nikogo.





















































































