Wiosna w Andach cz16 Wulkan Villarica-Pucon

Środkiem parku narodowego prowadzi gruntowa droga. Musimy iść nią 3 czy 4 kilometry. Początkowo w cieniu, w gąszczu drzew, wyżej w plamach słońca. Pylista nawierzchnia nagrzewa się, dopada nas upał. Ostatnie zabudowania to parkowe biuro. Stoją tam wygodne altanki, jest toaleta, usiadłabym, już prawie pora drugiego śniadania, czuję się zmęczona, nie wiem czym. Ale Jose upiera się żeby jak najszybciej przejść, nie zaglądać nie rzucać się w oczy, jeszcze nas stąd ktoś wygoni, czy wlepi mandat. Nie sądzę, zresztą nikogo tu nie ma, ale zgadzam się dla świętego spokoju. Siadamy na kłodach drewna dalej nad rzeką. Najpierw przejeżdża para rowerzystów. Niemcy? Holendrzy? Zastanawiamy się. Nie mija kilkanaście minut i skąpo odziana dziewczyna biegnie w dół. -To ta sama, rowerzystka z sakwami- mówi Jose, ale nie jestem pewna, aż tak dobrze jej się nie przyjrzałam. Zapamiętałam chłopaka, bo jechał bez koszulki, goły w tym słońcu!

Myślę, że robi się tu wielki tłok. Nie ma rady zbliża się grudzień, a z nim lato. Jose nudzi się i wyrusza pierwszy, ja najchętniej trochę bym poleżała. Kiedy go gonię w przedpołudniowym skwarze ostro pod górę wyprzedza mnie ta sama dziewczyna. Staje na moment i pyta jak długo idziemy. Mogłam się pochwalić, spytać o coś, podtrzymać rozmowę, ale byłam tym niespodziewanym kontaktem tak zdziwiona, że tylko coś ogólnikowo wyjąkałam. Od dawna, prawie od 40 dni…

-Wróciła po dokumenty- mówi Jose z miną detektywa- wtedy biegła bez pasa z kieszonkami teraz z pasem, pewnie go zostawiła w toalecie. „Może i tak, gdybym tam zajrzała znaleźlibyśmy go i zmartwili się co mamy zrobić. Pewnie to ich pierwszy dzień” myślę z odrobiną żalu, że nie wypytałam. Jakoś dziwnie się czuję, już od rana, zmęczona, zziajana. A szlak podchodzi, trzeba wrócić na wysokie płaskowyże. Drogą idzie się wygodnie i szybko, w zawiłych labiryntach bambusów, po skałach, wolniej i bardziej stromo. W gąszczu jest duszno. Jose nudzi się i mnie wyprzedza. Wlokę się sama ponad godzinę i zastanawiam czy się gdzieś nie zgubił. Na szczęście nie. Leży na łące, w filcowym kapeluszu, ale bez koszulki, jak rowerzysta. -Ej, ja też chcę usiąść!- Protestuję, kiedy się zbiera. Czeka moment i znów mnie wyprzedza. Ścieżka biegnie teraz łąkami, kwitną łany pomarańczowych kwiatków i kępki białych. Idziemy zygzakiem przylepionym do zbocza aż do ogromnej płaskiej doliny wypełnionej skruszałą lawą. W czymś takim zawsze jestem szybsza niż Jose. Doganiam, nawet wyprzedzam. Zwalniam przy rzece niepewna czy znajdziemy kolejną. Wulkaniczne tereny to pustynie, trudno o wodę. Ta, która teraz spływa z gór to topiony śnieg. Oglądam mapę, decyduję, że jednak znajdziemy coś dalej, choć może to tylko nadmierny optymizm, strasznie mi się nie chce dźwigać. Opadłam z sił. Kolejna zaznaczona na mapie rzeka jest sucha. Do następnej mamy jeszcze 6 kilometrów. Światło staje się coraz cieplejsze, cienie wydłużają, się skomplikowana struktura lawy błyszczy i mieni się. Martwi mnie, że zostaniemy bez wody i wymuszam na Jose nabranie z podejrzanej kałuży, zawsze to coś, choć brązowe i ciepłe, lepsze niż nic.

Rzeka nie wyschła. Wieczorem jest wezbrana, wcale nie tak łatwo ją przejść suchą nogą bez zdejmowania butów. Dalej już nie ma po co iść. Na mapie nie widać już kolejnej wody. W korycie same urwiste skały- wyjdźmy troszeczkę, będzie ładniejszy widok- marudzę, ale Jose już wybrał łachę czarnego piachu- sama wyjdź, zrób zdjęcia, a ja je sobie potem obejrzę.

Wychodzę, mozolnie wdrapuję się na stromy stok. Pomarańczowa łuna zabarwia dalekie wzgórza na czerwono, lodowiec Villarica błyszczy złotem daleki już wulkan Lanin jest różowy. Światło pięknie podświetla las z araukarii, gdzieś daleko, nisko na zboczu. Piarg zjeżdża z chrzęstem kiedy schodzę do naszego biwaku. Jose zmienił zdanie w sprawie łachy piachu. -Chodźmy na tą bliżej wody- mówi – ta nie jest płaska. Zgodnie pomagam przenieść nasze rzeczy. Rozbijamy biwak i długo, jeszcze po ciemku gotujemy przyjemną kolację. Lubię nocować nad wodą. Nie trzeba jej oszczędzać, można się umyć, coś uprać.

Ranek jest pogodny i ciepły. Znów wędrujemy lawowym polem, teraz już nieco skruszałym, łatwiejszym. Przecinamy suche koryta rzek, robi się coraz bardziej zielono. Kępy kwiatów, płożące roślinki. Czym niżej tym ich więcej aż pojawia się nawet trawa, a na niej krowy. Tuż przed bardziej stromym zejściem w las mijamy ostatni potok. Nurt w wyszlifowanym skalnym korycie jest mętny, Jose nabiera w zakolu gdzie woda stoi i wydaje się bardziej przejrzysta. Wykorzystuję ten czas żeby poleżeć. Czuję się źle, słaba, zmęczona, może się czymś strułam, albo za długo byłam na słońcu?

Schodzimy w las, niby w cień, a jest gorąco i duszno. Przez moment mam zamiar zejść do wsi Villarica, choć wiem, że to wymaga długiego marszu pylistą drogą. Widać tę drogę z góry, każdy pojazd ciągnie za sobą tuman pyłu. Jednak zmuszam się i wlokę się dalej. Trawersem wokół krateru, w górę i w dół, przez piarżyska i płaty lawy. Nad rzeczką siadam odpocząć źle, bo na słońcu i robi się jeszcze gorzej. Choć koryto jest suche wyżej wypatruję kałużę z maleńkim niemal niewidocznym dopływem. Woda ledwie kapie, jest ciepła, ale kiedy się zmoczę i ją wyleję na głowę czuję się lepiej. A znów podejście, szlak nie opada. Wędrujemy odkrytym trawersem z widokiem na jezioro Villarica. Na horyzoncie pojawia się wulkan Osorno. Nie mogę uwierzyć, że doszliśmy tak daleko na południe.

Za grzbietem zrywa się lekki wiatr i zmęczenie przechodzi mi jak ręką odjął. Brniemy skałami i kwitnącą łąką do wyciągów. Budynek, który przy nich stoi jest otwarty, ale pusty. To raczej prywatne mieszkanie nie schronisko. Szlak skręca w dół i my też schodzimy. Dopiero z drogi kilkaset metrów niżej widać, że schronisko było troszkę dalej. Teraz jest już za późno na powrót. Idziemy serpentyną wyciętą w rudej glinie. Na mapie są tu rzeczki, ale każda kolejna jest sucha. Mijamy ogromny pusty parking i pozamykane toalety. Nie ma już więcej turystycznych zabudowań. Długa leśna droga. – O domek- mówię. Jose zagląda spytać o wodę. To osada drwali. Kiedy nabieram do wszystkich naszych butelek Jose zamienia z nimi kilka słów. Z lasu wyjeżdża ciężarówka pełna świeżo wyciętych pni. Na drodze ciągnie się za nią lisi ogon. Pył.

Dwa zakręty niżej dogania nas samochód drwali. Podrzucają nas 2 czy 3 kilometry. Stajemy przy zabudowaniach, prowizorycznych i lichych jak poprzednie. Nad dachami bieleje lodowiec. Starszy mężczyzna, do którego inni zwracają się z wielkim szacunkiem, don Camilo tłumaczy coś zawile Jose. Błyska bezzębny uśmiech, zawiłe hiszpańskie formy grzecznościowe powtarzają się jak refren piosenki. Wysiadamy, zabieramy z paki plecaki, na naszych miejscach siadają inni mężczyźni. Samochód zjeżdża do Pucon, my rozbijamy namioty na łączce. Nie ma sensu już dalej schodzić. W tym lesie nie ma innych namiotowych miejsc. Szczyt wulkanu zabarwia lekki pomarańcz, łuna zachodu oświetla doliny zalane mgłą i wysokie bezlistne drzewa nad nami. Don Camilo, oberwany, zaniedbany, jak pracownicy może być właścicielem tej całej ziemi. Jak inaczej wytłumaczyć brak infrastruktury dla narciarzy czy kempingów, barów i wszystkiego co zwykle obrasta wyciągi?

Kiedy stawiamy namioty podchodzą psy, najpierw ostrożnie z jazgotem. Z czasem coraz bardziej przyjaźnie. Jest ich mnóstwo. Wypakowuję resztki jedzenia z plecaków. Zostało nienapoczęte opakowanie owsianki, cała paczka soczewicy i również nieotwarta granulatu sojowego. Nie możemy już na to patrzeć. Otrzepuję torby z okruszków- zanieś drwalom- proszę- powiedz żeby to dali psom.

Jose odchodzi niechętnie, być może myśląc, że nie wypada, ale mi zawsze żal wyrzucać jedzenie. To drwina z Losu, nadużycie zasobów przyrody.

Jose wraca niemal za chwilkę. -I jak?- pytam- pożarły wszystko- na sucho?- niedowierzam- tak, mało się przy tym nie pogryzły- miałeś to zostawić drwalom żeby ugotowali- nikogo nie było.

Kiedy rano zwijamy namioty mija nas korowód autobusów, szkolne dzieciaki jadą na wycieczkę do wulkanu. Czarnowłose dziewczynki w kucykach i szkolnych strojach machają i śmieją się do nas. Kierowcy autobusów jadących w dół nie reagują na nasze machanie. Schodzimy przez kilka godzin, do pierwszej wsi. W chłodnej mgle, która zalała doliny. Niżej mży, chowam się do sklepu i zabiera nas budowlaniec co wpadł na zakupy. W Pucon świeci słońce. Wysiadamy na dworcu autobusowym, kupujemy bilety na nocny kurs i do wieczora snujemy się po ślicznym miasteczku. Pełno tu dobrze wyposażonych sklepów, są restauracje, bary, jest miejski park z plażą, ale bez toalety. Jest rzeczka, w sam raz żeby wyprać skarpety. I tak mija nam ostatni dzień. Leniwie. Jak niedzielnym turystom.

Nocny autobus ma wspaniałe szerokie siedzenia, choć to tylko druga, nie pierwsza klasa. Nie rozgryzamy na czym polega różnica. Nasze miejsca są na piętrze, droższe na dole, kiedy przyszliśmy były już wykupione. Zasypiam i budzę się przed świtem, szosa trzęsie zwalniamy w Santiago. Chilijskie autobusy nie mają sobie równych. Na pokonanie 800 km wystarczyło niecałe 8 godzin.

Share

Wiosna w Andach cz14 Nevado de Sollipulli

Droga biegnie wspaniałym liściastym lasem. Ogromne pnie często o średnicy pond dwa metry oplatają sploty białego porostu. Jose nazywa go barba de capucino, na tablicy informacyjnej widnieje nazwa barba de viejo. Broda kapucyna, czy broda staruszka zwisa z gałęzi tworząc bajkowe kurtyny. Nie mogę się na nią napatrzeć, nie umiem sfotografować. Lekko mży. Z przeciwległego zbocza opada ogromny wodospad. Już z daleka widać luksusowe domki kempingowe z oknami zajmującymi całą ścianę i inne mniejsze – kapsuły z pojedynczym okienkiem. W kafeterii czwórka starszych ludzi, na ich stoliku desery i wino. Cieplutko. Jose napada jakaś nieznana mi wcześniej rozrzutność, pyta o cenę większego domku, chce tu zjeść.

-Spokojnie, dopiero co nie chciałeś wydusić 100 euro- nie mogę mu zapomnieć Malacahuello. -Spytaj co jest najtańsze- upieram się, bo duży domek kosztuje 180 000 (180euro) za noc. – Schronisko- odpowiada kobieta- po 30000 za osobę. Mówię że ok, chętnie zanocuję w schronisku- mogliśmy mieć cały domek dla siebie- mruczy Jose, ale schronisko też okazuje się całe dla nas. Czwórka gości mieszka pewnie w jednym z domków. Jose wraca do kafeterii na kawę, ale przychodzi z całą torbą (mielonej) i ciastkiem. -Zrobimy sobie na miejscu- oznajmia teraz już zadowolony.

Ktoś zagląda i włącza nam ogrzewanie. Jest kuchnia, jest ciepła woda i internet. Gotuję zupę, herbatę, biorę prysznic i robię duże pranie. Za oknem deszcz, ciemność i mgła. W środku wspaniale, choć pomimo ogrzewania nieco zimno. Prognoza pogody zapowiada ciągłe opady aż do 13 następnego dnia.- Do której możemy tu zostać? -Upewniam się- do południa.

Sprawdzam mapy, przeglądam pocztę, czytam wiadomości ze świata. Szybko mnie nudzą. To tak daleko, tak mało ma związku z nami tu i teraz. Na ścianie wisi wielkie zdjęcie śnieżnego krateru. Żałuję, że tam nie wejdziemy. Nie zobaczymy wulkanu Sollipulli z bliska. Szlak wiedzie lasem, przez przełęcz. Rozsądek radzi nigdzie nie zbaczać.

Na piętrze jest chłodno. Wybieram jedno z dwóch pojedynczych łóżek w wielkiej sypialni. Reszta jest piętrowa, nie chcę sufitu tuż nad głową, zbyt mocno mi przypomina namiot. Leżę w ciemności słuchając mlasków i plusków. Materac jest gruby i miękki, koce puchate. Ale zasypiam dopiero kiedy otworzę okno. Uzależnienie od świeżego powietrza? Może.

Jose przez całą noc siedzi w internecie. Nie ma powodu żeby wcześnie wstawać. Leje jak z cebra.

Tuż przed południem czujemy się zmuszeni wyjść. Nikt nie przychodzi, nic nie wygania nas i nie popędza, ale kończy się doba hotelowa, ktoś dyskretnie wyłączył ogrzewanie.

Ubieram się, wystawiam plecak pod wiatę i wracam, bo jednak muszę się ubrać lepiej. Temperatura wynosi 1,5 stopnia na plus. Nadal pada, a niebo jest tak zasnute, tak ciemne, że szanse jakoby miało przestać za godzinę są marne. Na mapie wypatrzyłam obejście pierwszego brodu. Nie wiem czy lepsze. Zamiast maszerować drogą utykamy na podmokłych łąkach. To jest jakiś lokalny szlak, ktoś tu chodził, ale najwięcej widać śladów krów. Rozdeptały śliskie gliniaste zbocze, wyryły w stromiźnie trawers- błotnisty rów. Brniemy nim wolniutko starając się nie pogrążać całych butów. To i tak ratuje nas tylko na chwilę. Rzekę trzeba przejść. Przejść wiele razy. Zwykle można przed brodem usiąść, ściągnąć buty, podwinąć spodnie, teraz nie ma nawet gdzie zdjąć plecaka. Nurt jest szybki, ale niegroźny, woda do kolan, lodowata. Po wyjściu nie ma jak i w co wytrzeć stóp. A brodów do pokonania jeszcze kilka. Na mapie, 4 ale niestety jest ich więcej.

W południe deszcz zamienia się w lekką mżawkę. Stajemy na moment przy piknikowym stole nad stawem otoczonym araukariami. W gładkiej powierzchni odbija się drugi brzeg, do szczytów poprzyklejały się strzępy chmur. Deszcz ustaje, ale nadal ocieka z gałęzi. Idziemy drogą, zarośniętym lekko śladem kół.

Za przełęczą gruntówka jest nowsza, świeżo wyryta. Szeroka, nie mam pojęcia po co. Już nie pada i żal mi, że szlak nie okazał się wcale pieszą ścieżką. Jest mi zimno, więc gnam, w dół potrafię się bardzo rozpędzić, Jose zostaje z tyłu. Spotykamy się przy brodach, lub na rozgałęzieniach. Rzadko kiedy z lasu wyziera fragment nieba, ale to, co widzimy jest coraz lepsze. Szare chmury odleciały, pojawiają się plamy błękitu, do dna lasu dociera czasem promień światła. Z rozległej polany na stoku widać Nevado de Sollipulli. Ogromna zaśnieżona ściana krateru wynurza się ponad zieleń. Żal mi, że nie widziałam tych gór z bliska, dobrze, że chociaż tak się nam pokazały. Ostatni bród jest nieprzyjemny. Zwaliska skał, nurt porozgałęziany przeryty buldożerem, droga ubita w glinie, potwornie stroma. Podjazd ma chyba ze 45 stopni. Na końcu szlaku parking z tablicą. „Owoce araukarii mogą zbierać tylko członkowie lokalnej społeczności Mapuchów”. Ostatnie słowo jest wykreślone.

Tuż obok domek, przyśpieszamy pewni, że mieszka tu parkowy strażnik. Z komina dymi, oszczekuje nas pies. Schodzimy z kilometr i szukamy miejsca na biwak nad rzeką. Nic nie ma. Wracamy na drogę i słyszymy samochód. Macham nieroztropnie, przecież nikogo nie widzieliśmy wyżej. Mężczyzna w zielonym polarze zatrzymuje się. To strażnik! Patrzę wystraszona. Niepotrzebnie Jose zamienia z nim parę słów, mówi że idziemy ze schroniska i mężczyzna nas zaprasza na noc. -Postawcie sobie namiot na podwórku- mówi -jak chcecie to nawet pod dachem. Ja jadę zadzwonić tu nie ma zasięgu. Wrócę za 40 minut- a psy?- niepokoi się Jose- bardzo szczekały- z psem trzeba porozmawiać- strażnik uśmiecha się znacząco i zamyka okienko, silnik charczy na koleinach.

Stawiamy namioty na równej trawce przy szopie. Elias wraca przed zmierzchem i zaprasza nad do siebie. Zabieramy wielką puszkę z jurelem w sosie własnym smakuje nam bardziej niż tuńczyk, kosztuje połowę i jest 3 razy większy. Ja biorę składniki na swoją zupę.

-Najlepiej jak ona trzyma swoją dietę- tłumaczy Jose, więc gotuję sobie spokojnie na palniku, kiedy oni przygotowują rybę. Elias doprawia jurela sokiem z cytryny, soli i pieprzy, wyciąga własnego wypieku chleb, cebulkę. Siadamy przy świecach, w piecyku płonie. Jose opowiada o tym jak szliśmy. Przy wzmiance o protestach i kradzieży krów Elias upewnia się gdzie to było. – W Alto Bio Bio kipi przez cały czas- tłumaczy.- To czerwona strefa, nigdy tam nie ma spokoju.

Przy herbacie on opowiada o swoim życiu. Jose tłumaczy mi niestety tylko strzępki, składam je sobie nieporadnie z żalem, że nie mogę brać udziału w rozmowie.

-Kiedy miałem 4 lata straciłem rodziców- Umarli? – pyta Jose- nie, rozwiedli się i nas porzucili- Kiedy miałem 8 straciłem rodzeństwo, kiedy 9 lat chodziłem po kilkanaście kilometrów dziennie piechotą- do szkoły?- pytam- nie, do pracy. Kiedy miałem 17 ożeniłem się z moją obecną żoną i mamy 4 dzieci. Najstarsza córka studiuje w wyższej szkole policyjnej.

Elias z dumą pokazuje nam zdjęcie pięknej dziewczyny w mundurze.- 24 lata temu CONAF zaproponował mi pracę tutaj. Sam zbudowałem ten dom- gestykuluje – stary był lichy i wcale mi się nie podobał. -Na czym polega twoja praca?- chcę wiedzieć- jestem strażakiem- mówi- mam konie i psy i codziennie jeżdżę po swoim rewirze i szukam pożarów, sam wyryłem buldożerem tę piękną drogę, tę którą przyszliście- zaznacza widząc moje niedowierzanie. -A co jeśli znajdziesz pożar- pytam- sam chyba nie zgasisz, to zbyt niebezpieczne?- Skąd- śmieje się- wysyłam sygnał z pozycją i przylatują helikoptery.-Często są pożary?- pyta Jose- często, wystarczy piorun- myśleliśmy, że pilnujesz takich jak my- mówię, a on się śmieje. Jose opowiada gdzie chcemy dalej. Elias poleca autobus, który jedzie aż do Pucon, możecie przejechać naszą dolinę, to nic ciekawego sama droga. A w kolejnym rezerwacie dajcie tą kartkę” Pozdrowienia od Zorro” czyta Jose, a Elias się śmieje- tam pracuje mój przyjaciel, pozdrówcie go.

Pijemy yerbę, grzejemy się przy piecyku. To ładne, bardzo wysprzątane wnętrze. Jak dopytaliśmy nie wymagało projektu, nie ma takiego obowiązku w Chile, więc Elais wybudował domek jak sam chciał. Żona przyjeżdża tu na weekendy, zimę Elais ma wolną. Może tu trzymać latem kilka krów. -To niesprawiedliwe- mówi na pożegnanie- sam muszę kupować jedzenie dla zwierząt, nawet dla koni, półtorej tony ziarna co roku, a Mapuche tylko narzekają, a całą paszę, każdej zimy dostają od rządu.

-Jak smakują owoce araukarii- pytam- pyszne są.

Wychodzimy za wcześnie. Doliną pokrywa lekki szron. Schodzimy 4 km do wsi i z rozpędu przechodzimy kilka przystanków. Do budek pobudowanych na każdej posesji schodzą się dzieci. My stajemy kiedy wiejska droga przechodzi w pylisty szuter. Czekamy chwilkę i siadamy z przodu. Jeszcze są miejsca. Autobus staje co krok, kierowcy towarzyszy konduktor, zwykle zabieramy pojedyncze dzieci, pojedynczych ludzi poustawianych w szeregu co kilkaset, czasem kilkadziesiąt metrów, jakby nie mogli się umówić i stanąć razem. Raz zatrzymujemy się przy strumyku i konduktor wychodzi z kubkiem po wodę dla kierowcy. Teraz ludzie wsiadają i wysiadają. Konduktor odbiera od kobiet dzieci. Przytula rozśmiesza, wystawia na schodki kiedy mamy wychodzą z wózkami. Ludzie się zagadują i pozdrawiają- lokalny klub- mruga do mnie Jose z garbu silnika, już wcześniej ustąpił miejsca mężczyźnie z laską. Ma rację. Gdybyśmy nie wsiedli do autobusu, gdybyśmy szli, zobaczylibyśmy tylko zagrody, domy. Ludzi możemy spotkać tylko tu. Wszyscy mają charakterystyczne „rdzenne” rysy, są niscy, ciemnowłosi i ciemnoocy, choć biali, krępi. Ubrani identycznie jak my, jak wszędzie w Europie czy w Stanach w końcówce zimy. W dżinsy, legginsy, puchówki.

Share
Translate »