Poranek jest chłodny, na trawach iskrzy się lekki szron. Granica cienia powoli wędruje w górę i tuż za mostem wychodzimy w jaskrawe słoneczne światło. Polna droga wije się wzdłuż Rio Mellado, a potem wzdłuż jednej z jej odnóg Rio Guailquivilo. Ta druga wydaje się jakby mniej wzburzona choć to też jest potężna rzeka.
Na przeciwległym brzegu widzę dom obsadzony cyprysami. Zwykle już z daleka zapowiadają wieś. -Wiesz, że w Imperium Rzymskim znaczyły jaką pomoc może dostać wędrowiec?- mówi Jose-Jeden cyprys to „mogę ci dać wodę”, dwa ” wodę i jedzenie” trzy, „wodę jedzenie i nocleg”.
Odruchowo, automatycznie liczę strzeliste sylwetki drzew. Jest ich dużo. „Jeśli to jest ostatni dom to tu właśnie musielibyśmy wrócić” myslę, bo nieznany bród na końcu trasy nie daje o sobie zapomnieć.
Za nami stacza się powoli samochód. Schodzimy żeby mu zrobić miejsce. Uniknąć pyłu. Jest pełen ludzi, załadowany po sufit, na dachu piętrzy się słoma i materace. Z paki obserwuje nas samotna owca. Zobaczymy potem domek w dolinie. Pewnie tam zjechał. Do popołudnia nie spotykamy już ludzi. Dolina jest monotonna i długa, ładna, z każdego wzgórza widać wulkan San Pedro, pomimo upływu dnia niewiele mniejszy. Co i rusz robię mu „ostatnie zdjęcie”, a on pojawia się za godzinę czy dwie. Nic się nie dzieje. Mijamy nietrudne brody, czasem musimy zdjąć buty, czasem trafia się gdzieś mostek z belki czy deski. Tylko raz musimy podejść w górę dopływu, bo bród jest zbyt głęboki i rwący. Na wzgórzu mijamy farmę pełną koźląt. Ciężarne matki wdrapały się tu już we wrześniu, żeby młode urodziły się w górach. To pierwsze zwierzęta na halach, owce i krowy przychodzą później. Młodymi zajmują się ludzie, kozy pasą się i wracają wieczorem nakarmić dzieci.
Za farmą droga staje się tylko śladem kół, miejscami niejednoznacznym. W dolince przecina nam szlak spora rzeka, musimy szukać bezpiecznego miejsca i brodzić. Dalej długo wleczemy się po zszarzałych skalistych wzgórzach odpędzając natarczywe muchy. Ogromne, paskudne i czarne. Na skałach stoi kapliczka ze świętym Sebastianem, wysoko pod granią przesuwa się sylwetka konnego pasterza. Skręcamy tak jak sugerują mapy.cz ale to musi być letni ślad. Rio Relbun jest zbyt wezbrana, żeby można było wędrować wzdłuż niej. Mozolnie, na wprost przez skały i bagniste dolinki wracamy do naszej drogi, w tym mniej skalistym terenie znów jest doskonale widoczna. Ubita glina pełna odcisków racic. Dolina, która się przed nami otwiera jest aż czerwona od kwiatów szczawiu. Próbuję uszczknąć listek, ale nie smakuje jak nasz, jest suchy i gorzki, łykowaty, trudno go urwać. Dobrze iść na wprost pięknego widoku w złotym, wieczornym świetle.
Cień nakrywa nas na końcu drogi przy ostatnim obozie pełnym kóz. Idziemy jeszcze kawałek ciekawi mostu, który wypatrzyłam na mapie. To chybotliwa deska. Nurt jest wzburzony i mętny. Jose zrzuca plecak, próbuje przejść i wraca z wiadomością, że się nie da. Jest ślisko, deska się buja.
Myślę, że jesteśmy już zbyt zmęczeni. Że trzeba rozbić namioty, zjeść i pójść spać. Jak niepyszni przechodzimy kolejny raz przy martwej owcy. Na wulkanie San Pedro gaśnie ostatnia kropelka różu. Biwakujemy niezbyt wygodnie na łasze piachu przy samej ścieżce. Już po zmroku mija nas para ludzi na koniach. Potężne latarki rażą w oczy. Jose wyskakuje pogadać, pasterze mówią, żeby się nie martwić, że rano woda opadnie i gdyby nam się nie podobał most możemy przejść brodem kilkaset metrów powyżej. Blask się oddala, słyszę że przejeżdżają rzekę. Mężczyzna i kobieta, nawet nie widzieliśmy twarzy. Wydają nam się bardzo odważni.
Rano woda jest przezroczysta, głęboka, ale już nie tak przeraźliwa jak wcześniej. Deska buja się i nie jest jakoś strasznie śliska. Ostrożnie jedno po drugim przechodzimy na wyspę i długo szukamy drugiego mostku. Jest podobny. Zadziwiająco solidny pomimo wszystko.
W górę doliny biegnie ścieżka, miejscami stroma, lub wywieszona nad urwiskiem. Tuż przed południem spotykamy na niej mężczyznę ze stadem kóz. Don Alfredo daje się sfotografować i zaprasza żebyśmy do niego wpadli. Tłumaczy Jose gdzie i choć Jose jest przekonany, że wszystko rozumie nie trafiamy. Kiedy oglądam się za siebie już ze stoku daleko i wysoko widzę mężczyznę i kozy zbiegające do domków nad rzeką. Żal mi, ale nie zawracamy już, jest za późno. Jose zrozumiał że to dużo dalej. Ta sytuacja będzie się wielokrotnie powtarzać. Chilijczycy mówią z idealnym kastylijskim akcentem, ale nie wszystkie słowa znaczą to samo, poza tym stworzyli mnóstwo własnych.
Za zakrętem dolina poszerza się. Na brzegu stoi ostatni pasterski domek. Wchodzimy w kamieniste koryto. Rio Relbun meandruje. Mijamy pasterzy ze stadem i staramy się trzymać ich śladu, ale gubimy go. Rzeka zbliża się do ścian kanionu, nadal wydaje się zbyt duża żeby ją łatwo przejść. Kilka razy udaje nam się uniknąć brodzenia przedzierając się przez kolczaste krzaki na stoku, raz idziemy nurtem, skrajem kanionu, w końcu jesteśmy zmuszeni przejść. Nie jest źle. Na kolejnym brodzie ustawiono kopczyk. Nie wiem co znaczy. „Może że tu trzeba się wdrapać na stok?” myślę, ale dalej też chyba się da. Próbujemy w tym drugim miejscu, jest strasznie stromo. Piarg osypuje się, nie widać ścieżki, choć wyżej znajdujemy pojedynczy odcisk kopyt. Trzymamy się go. Koń przeszedł trawersem wzdłuż kanionu. Stok jest pocięty żlebami. Musiały powstać niedawno, kiedy schodził śnieg. Trudno się przez nie przedostać. Czasem trzeba się wdrapać wyżej, czasem zejść. Gdyby nie ślad konia chyba byśmy nie uwierzyli, że się da. Ostatni jest najtrudniejszy. Ściany niemal pionowe, wysokie na kilka metrów, glina sypka, ślad konia wbił się bardzo głęboko. I jest zbyt rzadki. Nie sięgam. Próbuję, cofam się przypłaszczona do urwiska aż uda mi się wybić stopień w połowie końskiego kroku. Utwardzam go jeszcze na ile mogę, Jose ma ciężki plecak, mi jest łatwiej. Przechodzimy. Uff…
Odcisk kopyt kończy się w kolejnym żlebie. Wdrapujemy się na porośnięty rzadką trawą stok. Z naprzeciwka zbliża się mała trąba powietrzna, warkocząc regularnie basowo, jakby zacinał się wiatrak przesuwa się w dół doliny. „Może to ona czyści ślady jeźdźców?” myślę. Ze skał spływa wspaniały wodospad, pewnie chwilowy, bo topi się śnieg. Za nami widać meandry Rio Relbun. Przed nami zejście. I nie ma już ani jednego śladu. Nasz koń chyba tu jednak nie dotarł. Próbujemy zejść według nawigacji, nie daje się, gliniane urwisko bez ścieżki jest zbyt strome, zbyt wysokie, teraz to już kilkadziesiąt metrów. A w dole skały. Wracamy.
I przypomina mi się, że widziałam coś jakby ścieżkę wcześniej. To skały, nie widać na nich śladów kopyt, ale coś mówi nam, że da się zejść i rzeczywiście schodzimy. Teraz tylko trzeba się wdrapać po wylizanej ścianie (ni to glina ni wypolerowana lawa) i już znów idziemy ścieżką trawersem ponad wąziutkim kanionem z ciągiem wodospadów. Nie bardzo wiem gdzie to może prowadzić. Czasem się gubię, bywa że zawracamy i próbujemy jeszcze raz. Nie ma już śladów kopyt, nie ma końskich kup. Wszystko jest zadeptane przez pumy.
Ścieżka nie wiemy zwierzęca czy ludzka skręca w stronę dużego dopływu. Schodzimy ponad urwiskiem, gąszczem, przez gałęzie i kolczaste rośliny, potem już łatwiej po zarośniętym stoku prosto w dół. Boczna dolina, w której się znaleźliśmy jest już miejscami zielona. Schodzę do rzeki. Nurt jest spieniony i mętny. Zaznaczam jak wysoko sięga woda. Jose szuka miejsca na biwak. Chętnie bym się gdziekolwiek schowała, ale nie ma nic. -Rozpalmy ogień- mówię, bo boję się pum- jak nas poczują będą wiedziały żeby tu nie schodzić.
Jose wyciąga nową tytanową kuchenkę na patyki, którą sobie kupił w Finlandii. Chwilę trwa zanim wymyślimy jak ją złożyć. Dziwnie to jakoś wygląda, nie każdy wentylacyjny otwór ma sens. Trochę inaczej sobie wyobrażaliśmy płomień, niby miał produkować gaz drzewny. Tak naprawdę to zwykłe małe ognisko. Próbujemy palić patyczkami, wszędzie ich pełno, wrzucamy zeszłoroczne krowie placki, też ok. Soczewica gotuje się chyba z godzinę i wcale nam to nie przeszkadza. Zapada zmrok. Parzymy sobie po kolejnej herbatce. Dobrze mieć ogień.



















































