zimą przez tajgę cz13-Urho Kekkonen

Dziwnie pisać o tym białym świecie teraz, kiedy wokół wiosna. W szyby bębni deszcz, wschodzi świeżo posiana łąka… Ale nie mogę już tego dłużej odkładać, bo zapomnę.

Kiedy wyjechała Agnieszka zostały mi jeszcze 4 dni. Na podstawie map, wiadomości uzyskanych od Maćka i wspomnień Agnieszki ułożyłam sobie prosty plan i ruszyłam w dzicz. Tu już nie było ubitych szlaków i chatek. Tuż za domem Maćka w las skręcał ślad narciarza. Nim poszłam. Zgodnie z opisem trafiłam dalej na szlak skuterowy nieużywany, ale oznakowany tyczkami. Ktoś nim jechał, chyba dawno temu więc w każdym otwartym miejscu ślad ginął w zaspach. Narciarz zawrócił, ale ja jakoś sobie radziłam. Wcześnie doszłam do wiatki, gdzie zaplanowałam nocleg. Mogłam iść dalej, ale wiatka to wiatka, lepsza niż nic. Początkowo myślałam, że rozpalę ogień, ale pomimo tego, że mój poprzednik nastrugał wiórów, że miałam korę brzozową i świece ogień nie utrzymał się. Drewutnia była pełna wielkich pni, zimnych zmrożonych, nieco spróchniałych. Była siekiera, ale tak ciężka i tępa, że odpuściłam rąbanie. Zresztą nawet te kilka szczapek, które udało mi się uzyskać tylko się okopciło.

To była bardzo zimna noc. Niby termometr pokazał tylko -15, ale miałam wrażenie, że jest zimniej. Przydała się puchowa sukienka, którą przez cały czas miałyśmy w zapasie ( jak inni ratunkowe kamizelki…). Poranek był mętny. Ruszyłam dalej wzdłuż tyczek. Zanim doszłam na otwartą przestrzeń rozpętała się śnieżyca. Brak widoczności, ślad zasypany, tyczki zwykle pod śniegiem. Trochę kluczyłam, potem w lesie znów znalazłam szlak. Doprowadził mnie do miejsca biwakowego nad jeziorem. Duło tam okrutnie, marzyło mi się schowanie w szopie na drewno, choćby na chwilkę, ale była pełna. Drewno (suche, brzozowe, w workach) leżało nawet na zewnątrz. Ślady skuterów sugerowały, że dostarczono je dosłownie przed chwilką, może wczoraj. Idąc po śladzie dotarłam do płatnej chatki oczywiście zamkniętej na klucz. Przeczekałam najgorszą śnieżycę pod okapem i ponieważ się poprawiło ruszyłam dalej. 4 km od tego miejsca, za górką powinna być mieszkalna chatka. Całe popołudnie kluczyłam szukając przejścia przez las, Wkopałam się w jakieś strome jary, omijałam urwiska wdrapywałam na upiorne górki (marzyły mi się harszle, które kiedyś wziął ze sobą Jose). Na niektórych podejściach było tak stromo, że musiałam odwracać pulkę wierzchem do góry i wciągać ją po kawałku rękami. Były też bardzo strome zejścia wśród drzew, kawałki bagna, nie całkiem pozamarzane stawy… Gąszcz, śnieg po pas i cudna cisza.

Śnieżyca wróciła kiedy byłam w połowie drogi. Gdybym wiedziała jak iść prawdopodobnie poszłabym dalej do przodu, ale z każdym krokiem wbijałam się w coraz trudniejszy teren. Byłam zmęczona, spocona, zmordowana walką z urwiskami i kopnym śniegiem. Torując w dzikim lesie posuwałam się upiornie wolno.

Wróciłam… i jakby na zamówienie przestało padać i wiać. Powinnam to pewnie wziąć za drwinę, ale pomyślałam, że to raczej nagroda. Puszcza była ze mnie zadowolona.

Rozbiłam namiot przy zamkniętej chatce. Drewutnia dobrze zasłaniała wiatr, a teren tuż przed nią był twardy, ubity przez skuter. Przydały mi się też pozostawione tam gadżety. Dobra (jak na ironię) siekiera, łopata, grabie… zapomniałam, że moja pałatka wymaga aż 7-miu punktów mocowania. Bez problemu kiedy byłyśmy obie. Teraz bez nart i kijków Agnieszki trochę słabo. Dałabym sobie radę robiąc deadmany, ale tak było szybciej i łatwiej.

Rano spróbowałam wrócić inną drogą. Wdrapałam się na wzgórza, przeszłam kawałek letnim szlakiem, wbiłam się w dzicz. Powtórzyła się historia z poprzedniego dnia, chociaż tu nie było już upiornych stromizn. Nic takiego zwykły las, jak to na północy pełen wykrotów, krzaków zasypanych przez śnieg i bagien. Zawróciłam kiedy dopadła mnie śnieżyca i zgubiłam oznakowanie szlaku. I znów natychmiast kiedy zmieniłam kierunek poprawiła się pogoda. Chmury znikły jak zaczarowane, świeciło słońce! Trafiłam do znajomej wiatki. Teraz wydała się prawie domem. Wygodna prycza. Toaleta. Dostęp do wody.

Dzień był ciepły, przez chwilkę padał nawet marznący deszcz. Byłam przemoczona. Co gorsze mokre były też buty. Dopiero oglądając je dokładnie odkryłam, że guma sparciała. Dziury na wylot. Dobrze, że miałam skarpety na zmianę. Mokre było też wnętrze pulki (to miska, nic dziwnego że zbiera wodę). Namókł namiot, który był na spodzie, rzeczy pochowane w workach foliowych ocalały, ale torba była jak ścierka.

Wszystko to  suszyło się przez całą noc (na szczęście suchą i wietrzną).

Rano ruszyłam znaną mi już drogą. Dotarłam do Maćka wcześnie, zaraz po południu  i mając czas podjechałam stopem do Tankavaara obejrzeć wyścigi psich zaprzęgów. Startowały w nich dwa polskie zespoły. Monika Oparka i Łukasz Ptaś. Jeden z psów Moniki – 10-pięcioletnia suka zasłabła i przyjechała w torbie na sankach. Łukasz miał więcej szczęścia- uzyskał najlepszy tego dnia czas.  Wiele osób mówiło, że ich psy ponaciagały sobie barki wpadając w dziury wybite przez większe zaprzęgi.  Nie wiem jak to się dalej rozwinęło.  Wyścig trwał przez cały weekend. Trzymałam kciuki za naszych.

Wieczorem odleciałam do Helsinek i przesiedziałam tam cały dzień. Może też to kiedyś opiszę. Było ciekawie.

Share

zimą przez tajgę cz12- Kiilopaa

Miałyśmy szczęście i znów trafił nam się piękny dzień. Zaplanowałyśmy okrężną trasę, najodleglejszą z wyratrakowanych nartostrad. Chyba ze 30 km. Była zaznaczona jako czerwona-czyli średnio trudna, co prawdopodobnie odnosiło się do ilości podejść i zjazdów. Dla nas, przyzwyczajonych do bezdroży i powolnych, bo objuczonych to wszystko nie robiło żadnej różnicy. Długo szłyśmy nietkniętą, świeżo ubitą ścieżką. Potem zaczęli się pojawiać pojedynczy narciarze, skupieni, szybcy, pewnie biegający długie dystanse co dzień. Bardzo się to różniło od nartostrady, którą kiedyś już szłam w Norwegii. Nikt tu nie schodził ze śladu, nikt nie deptał okolicy, nie robił dziur i nie sikał (poza lisem). Narciarze przesuwali się bezszelestnie pośród wspaniałej nietkniętej przyrody. Mijali niezamarznięte rzeczki, przysypane śniegiem zarośla- teraz wyglądające jak współczesne rzeźby, pofalowaną iskrzącą się biel. W dziennych chatkach, których tam całe mnóstwo, stawali, chodzili do toalety i obowiązkowo piekli kiełbaski. W miejscach na ognisko zawsze utrzymywał się żar i my też skorzystałyśmy raz- piekąc lapoński ser. Gorący miał ciekawy smak, troszkę jak omlet. Czekając aż się ogrzeje obserwowałyśmy sójki syberyjskie. Sprytne ptaszki wcale się nie bały ludzi. Domagały się karmienia i pięknie pozowały do zdjęć.

Koło czwartej dotarłyśmy do chatki Luulampi gdzie jest restauracja. Wypiłam kawę i pogadałyśmy chwilkę z pracującym tam chłopakiem. Głównie o czekającej nas górze- Kiilopaa. Nie znał naszego patentu hamowania pulek pętlami. Tak jak ja miał doświadczenia tylko z dyszlem i stosował tę sama metodę- szybkozmienny slalom, gdzie pulka wyrzucana na zewnątrz zakrętu musi pokonać dłuższą drogę niż narciarz, więc udaje się ją utrzymać z tyłu. Zjazd bardziej stresował Agnieszkę. Jej nieokiełznana pulka pokazała już co potrafi i byłyśmy pewne, że nie odpuści i teraz.  Podejście było strome. Założyłam foki. Zanim dotarłyśmy na siodło (szlak jak się okazało omija główny wierzchołek) słońce schowało się za grań . Narastał mróz, cienie błękitniały, a łyse pagórki pokrywał coraz bardziej soczysty róż. Druga strona była zalana światłem. Słońce zachodziło tuż na wprost nas. Trafiłyśmy na idealny moment! Od wyjścia z restauracji nie spotykałyśmy już ludzi, więc pewnie niewiele osób zna ten widok. Było pięknie!

Miałam pętlę, dotychczas nieużywaną. Uwiązałyśmy ją do pulek Agnieszki.  Idąc poprzednio ze sztywnymi holami uwalnialiśmy pętle z karabinka i pozwalaliśmy im opadać pod pulkę. Potem trzeba je było wciągać kijkiem. Bez dyszla nie było kłopotu. Pierwsza próba wyszła nie najlepiej, Aga dowiązała supeł i pulka poszła dokładnie tak jak chciałyśmy. Spokojnie i równo. Ja tymczasem sprawdziłam różne hipotetyczne wersje hamowania. Udał się szybki slalom po miękkim ( wyjechałam ze szlaku), tylko dwukrotnie pulka wyprzedziła mnie i musiałam stanąć. Muszę poćwiczyć. Tu trochę za wolno zjechałam zajęta ogarnianiem częstych zmian miękko- twardo, czyli siadaniem na tyłach lub obciążaniem przodów nart. Pulka trafiała na to z opóźnieniem nie ułatwiając sprawy. Tak czy siak jest to do zrobienia, wymaga wprawy. Nie wiem czy sztywny dyszel jest aż tak przydatny jak myślałam. Ale to na marginesie…

Zjazd był długi. Przed nami przetoczył się pomarańcz i róż. Potem granat. Podziwiałyśmy to, mijając ostrożnie liczne dziury wybite w szlaku przez poprzedników. W cieniu było bardzo zimno. Noc dopadła nas już na szosie. Szłyśmy do Kakslauttanem. Chciałyśmy się spotkać z Maćkiem, którego być może pamiętacie z mojej  pierwszej Laponii. Miałyśmy mu zostawić narty Agnieszki żeby nie telepała się z nimi w samolocie. Spodziewałam się, że Maciek tak jak poprzednio mieszka w namiocie otoczony sforą pociągowych psów. Nie byłam nawet pewna czy go zastanę. Był szczyt zimowego sezonu. Pan Andrzej, który obiecał zabrać narty do Polski też był gdzieś w górach. Nasz klient, nosiciel kilku Kwarków- jak nie spotkacie Maćka zakopcie narty pod śniegiem i podajcie współrzędne- napisał mi w sms-ie- odkopię je…

Byłam strasznie zaskoczona, kiedy okazało się, że Maciej nie tylko mieszka w Finlandii na stałe, z rodziną, ale ma tu już dużą firmę i kennel (Słonimski Adventures-Lapland Husky Safaris). Ponad 200 psów. Kilkunastoosobowa załoga… Fajnie, że tak się to rozwinęło w dwa lata:). Bardzo miło było znów się spotkać.

 

Share