Kuststigen-Soteleden cz2

Padało, las ociekał, prognoza pogody była zła. Więc czekałam. Początkowo myślałam, że muszę przesiedzieć cały dzień, ale wyszłam chwilkę przed południem. Nie było bardzo źle. Drobny deszczyk. Z włóczęgowskiego łakomstwa, zamiast iść najprostszą drogą do celu (gdybym to ja wiedziała gdzie!) obeszłam większą część okolicznego kłębowiska szlaków. Małe rezerwaty przyrody, ruiny domów, zaskakująco biednych i małych. Bagna, jeziorka i dziki las. Podobało mi się, że pogoda jest taka mętna. Łatwiej sfotografować las w rozproszonym świetle, bez męczących rozbłysków na liściach, zbyt kontrastowych słonecznych plam. Szłam sobie tak i fotografowałam (raczej bez sensu) kiedy błysnęło światło. Nagle, jakby ktoś włączył reflektor, nieodwracalnie. Las był tak gęsty, że nie widziałam nieba i kiedy udało mi się na nie zerknąć było niebieskie. Całe. Wcześniej myślałam żeby iść do Bovallstrand, ale potem mi się odechciało. Zostałam w lesie, minęłam dwie niezłe wiatki. Jedną z dumą pokazał mi mężczyzna z seterem. Zbierał kurki, zerknął na prawdziwka, który wystawał mi z kieszonki plecaka i skwitował, że pewnie robaczywy. Pies latał po krzakach bez smyczy. Wiatka, do której zajrzeliśmy miała drzwi, więc w zasadzie była to chatka, skromna, lekko spleśniała, z pięknym widokiem, ale tak jak poprzednia bez wody. Dochodziła trzecia, więc nie miałam zamiaru tam siedzieć. Ruszyłam do kolejnego schronu, nad jeziorkiem Stensmyren, ale to też było bardzo blisko i co gorsza był tam potworny tłok. Dwie duże wiaty zapchane po brzegi i jeden namiot. Jak się okazało szkolna wycieczka. -Można pić tę wodę?- spytałam nauczyciela. Nie wiedział, więc zagotowałam kubek, zanim skończyłam jeden z uczniów ruszył do stawu z górą brudnych garów, pozmywał, powyrzucał wszystkie resztki do wody, a potem splunął…

Dalszy kawałek lasu był dziki. Gęsty i mokry, nawet się raz zgubiłam. Za jakieś 6 kilometrów powinna być kolejna wiatka, nad rzeką. Szlam lasem, łąkami, dwukrotnie minęłam szosę. Za rzeczką, przy której w zasadzie można chyba było rozbić namiot skręciłam bez szlaku do wiatki. Chaszcze nie do przebrnięcia. Gąszcz. Trawa po pas, paprocie, gałęzie, młody las. Przedzierałam się przez to krok po kroku. Na początku znalazłam dwa błękitne znaki, mazy na drzewach stare i spłowiałe. Potem nic. 800 metrów zajęło mi chyba z godzinę. Las był tak dziki, że podrapana, spocona i oklejona zielenią czułam dumę z oglądania tego dzikiego miejsca. -Nikt go nie widuje- myślałam- żaden człowiek. Drzewa były poogryzane przez bobry. Spod nóg wyskoczyło mi stado saren, a wkurzony koziołek zawrócił i na mnie nawarczał. Byłam wystraszona, chwila do nocy, może wiatka to jakiś myśliwski domek… dumałam brnąc przez jeżyny. I nagle płot. Kolczasty.

Wywieszony ponad rzeką, nie do przebycia. Jedyny słaby punkt wypatrzyłam na skałach. Wysokie, oślizłe, pozarastane, wywlokłam się na nie z trudem, wyjrzałam, a tam światło. Idealnie równiutka trawka… Hmm. Pastwisko? Skoro tak, musi być z niego wyjazd, więc zeskoczyłam. Za zakrętem rzeczywiście była wiatka- zadaszona ławka na polu golfowym!

Jeziorko, na które liczyłam to stawek, pozarastany trzcinami, obkoszony idealnie w kółko. Na horyzoncie słońce oświetlało kościelną wieżę. Usiadłam. Wszystkie moje plany upadły, zupełnie nie wiedziałam co robić, do tego w moim kierunku szła trójka facetów. Podeszłam. Pokazali wyjście.- Nie znacie jakiegoś miejsca na namiot?- spytałam. -Tu rozbij, nikt cię nie wygoni- powiedzieli, więc wróciłam do wiatki, czyli ławki. Już rozbiłam, kiedy niby przypadkiem przyszli zagrać tuż obok. To nie było wcale złe miejsce. Wodę zebrałam z leśnego cieku, pewnie to w miarę świeża deszczówka. Miałam też kosz na śmieci. Rano, mijając szosę odkryłam niedaleko pole namiotowe, dziwne, że faceci o nim nie powiedzieli. Należało do pola golfowego. Musieli wiedzieć.

Pobliskie jezioro Onna, o którym też myślałam wieczorem było ogrodzone, niedostępne, otoczone trzcinowiskiem i bagnem. Szłam szosą, potem leśną drogą, kluczyłam żeby dotrzeć do Hunnebostrand. Szlak (tym razem pomarańczowy) obchodził miasteczko bokiem, nawet ciekawie, a potem znienacka zgubił się na opłotkach, tak jakby część trasy zabudowano. Zeszłam do szosy, znalazłam sklep i plac zabaw z toaletą tuż obok. Posiedziałam tam chwilkę, w czasie kiedy ładowały się moje baterie. Lubię takie place zabaw. Kolejny raz posiedziałam w porcie. Na molo ktoś rozładowywał pułapki na homary, na drzwiach kapitanatu wisiała informacja, że jest tu bezpłatny prysznic, ale klamka ani drgnęła. Mapka na tablicy informacyjnej sugerowała, że na wyspie Ramsvik jest schron nieznany moim internetowym mapom, prognoza pogody zapowiadała ulewny deszcz. 29 mm!

Szlak na Ramsvik biegł niby w granicach miasta, ale był poruszająco dziki. Jakieś ciemne korytarze wśród skał, zarośnięte paprociami, jakieś wąskie przejścia nad samym morzem, kępy dzikich jabłonek i sterty jabłuszek o gorzkim smaku wbitych w błoto, wilgotny kanion i śliskie gliniaste zejście- na przystanek autobusowy. Za szosą znów dziko, za lasem pastwiska, wiejskie domki, gołe skały i fragment szosy.

Ramsvik oddziela od lądu kanał- Sotekanalen. Wykopany na początku XX wieku miał skracać drogę morską pomiędzy Hunnebostrand i Kungshamn. Przy stróżówce na zwodzonym moście stało kilka tablic z informacjami i zdjęcia z kopania kanału (kilofami).

Lekko mżyło, nocą miała być straszna ulewa, więc myślałam tylko o tym gdzie ją przeczekać.

Share

Kuststigen-Soteleden cz1

<–Jeśli wrzucić „Kuststigen” w google pojawiają się piękne wybrzeża. Byłam ich bardzo ciekawa. Już przed wyjazdem odkryłam, że nie jest to liniowy szlak (jak Bohusleden), ale plątanina krótszych ścieżek, pełna równoległych wariantów i punktów zupełnie ze sobą niepołączonych. Fragmenty oznakowano jako Soteleden. Były też braki w mojej nawigacji. Mapy.cz nie pokazują wszystkich odcinków. Wiedziałam, że nie uniknę szos, a wiatki pojawiają się tylko na północy. I właśnie od tej północy myślałam idąc błyszczącą od deszczu szosą wśród krzyków mew. Zapowiadano deszcz, bardzo chciałam dotrzeć na noc do wiatki. Pomimo tego machałam dyskretnie, nienachalnie. Trudno narzucać się ludziom w epidemii.

Młody, przystojny mężczyzna jechał do Vajern. Był przedstawicielem handlowym, spędzał kilka godzin za kierownicą codziennie i starał się jeździć za każdym razem inaczej. Podobał mu się szwedzki krajobraz, ta zieleń, te śliczne domki wśród drzew. – Jak było tam skąd pochodzisz?- spytałam. Szaro, przemysłowo. Jestem z Aleppo. Jechaliśmy razem ze 100 kilometrów. Mieszkał w Szwecji od trzech lat. Po szkole, którą dobrze wspominał dostał ciekawą pracę. W Syrii nie został już nikt z rodziny, wszyscy mieszali w obozach w Turcji. Był szczęśliwy, że wyrwał się tu. -Są jakieś ciemne strony? -chciałam wiedzieć. -Hmm… zima. Pierwsza była najgorsza, teraz lepiej, ale to czas, który trzeba przeczekać. Za to lato jest tu wspaniałe. -A dziewczyny?- Piękne, mam przyjaciółki, ale na razie jestem singlem. Szwedki są bardzo swobodne, a mi marzy się ktoś o podobnych poglądach- Ktoś z Bliskiego Wschodu? – Nie, niekoniecznie. Wiesz małżeństwo, rodzina, wierność. Tu dziewczyny się bawią, każdy sypia z każdym, tego bym nie chciał. Ile lat mają twoje dzieci?- Więcej niż ty!. Patrzyłam na piękny szczery uśmiech i przegapiłam zjazd.- Nie szkodzi – skręcę w następny, jeszcze tamtej okolicy nie widziałem. Jechaliśmy przez zielone pastwiska, przez kępy lasu, z których wynurzały się skaliste pagórki. Mokra szosa wiła się jak na obrazku, i oboje, jak przedszkolaki uśmiechaliśmy się do samotnych farm, do koni i w końcu do słońca, które zaczęło się wynurzać z chmur. Wysiadłam na skrzyżowaniu, kilka kilometrów od „mojego” szlaku. Idąc drogą widziałam też inne znaki. Strzałki wskazywały różne kierunki, ale na mojej mapce nie było nic prócz Soteleden więc trzymałam się wcześniejszego planu. Szlak w nawigacji zaczynał się dziwnie, w środku polnej drogi. Szłam szosą ze 2 kilometry, skręciłam w szutrówkę, potem w drugą. Po lewej pojawiło się jezioro Kisterod, ogrodzone, nad brzegiem pasły się łaciate krowy. Minęłam zabudowania, dom, stodołę pomalowane czerwoną farbą i utknęłam. Drogę, która prowadziła do szlaku przecinał płot. Wysoki z drutem kolczastym. Odgradzał korytarz łączący dwa pastwiska. Ziemia zdeptana, pokryta łajnem. Drut gęsty, obok kolczaste krzaki. Róża, tarnina, jeżyny. Albo pokrzywy po pas. Straciłam tam chyba z pół godziny, upaprałam się w błocie po łydki. Za przejściem wcale nie było szlaku, ale kilkaset metrów dalej znalazłam znak. Soteleden przychodziła z boku. Była zarośnięta. Niewydeptana. Chwilkę zastanawiałam się, w którą stronę iść, ale tak naprawdę nie miałam wyboru. Deszcz, wiatka… Ruszyłam na zachód i pół godziny później pogubiłam się we wsi. Ostatni znak wskazywał samotną farmę. Pod drzewami leżały całkiem smaczne jabłka, część już zgniła. Gdakały kury, ale dom był pusty, zapukałam, myślałam, że może tam spytam. Nie odnalazłam znaków, krążyłam, wracałam. Ogrodem, laskiem pastwiskiem, po skałkach przedarłam się do szutrowej drogi i gdzieś wypatrzyłam na wpół zarośnięty znak. Szłam szosą kilka kilometrów, za daleko. Trzeba było skręcić w las, a wyszłam na gospodarstwo gdzie pasły się daniele i świnie dziwaczne, ogromne i owłosione. Niezadowolone z mojej obecności.

Lekko siąpiło kiedy znów znalazłam znaki. Było późno. Szlam lasem, ciemnym, wilgotnym, przypominał mi szczecińską Puszczę Bukową. Kątem oka widziałam ostatni słoneczny blask, przeskoczyłam kilka kolejnych rzeczek, wdrapałam się na skarpę, śliską i stromą. Otworzył się widok na płaskowyż. Skały miejscami gołe, czasem porośnięte wrzosem, w dołkach świeciły płaty zżółkłych traw- bagienka. Biegłam wśród pogiętych sosenek, minęłam miejsce gdzie czeska mapa widziała wiatkę oddaloną od szlaku o kilometr, ale wolałam nie ryzykować. Nie widziałam jej, nie było żadnego znaku. Już po ciemku znalazłam rozgałęzienie i zejście nad duże jezioro, czy raczej bagno. Drzewa bujały się w ciemności, pędziłam błotem. Wiatka Stora Bollemyr zaskoczyła mnie. To była chatka! Maleńka, tylko na dwie osoby. Niska, drzwi sięgały najwyżej do pasa, wcisnęłam się do wnętrza na czworakach. Rozłożyłam na podłodze. Z latarką wypatrzyłam w bagnie podest, z którego można było sięgnąć do wody. Zebrałam grzyby, było ich wszędzie pełno. I przekupiłam myszy ogryzkiem- zostawionym na deskach, na zewnątrz. Zjadły (lub wyniosły do swojej nory) wszystko, rano nie było nawet pojedynczej pestki. Zginęła też użyta chustka do nosa. Ale nic z wewnątrz. Nocą słuchałam jak pada deszcz. Chatka pachniała drewnem. Tłukły się brzozowe gałęzie. Czasem krzyknął ptak.

Share