szlak Þórsmörk- Skogar

Fimmvörðuháls to kolejny sławny szlak Islandii, króciutki. Ma niecałe 30 kilometrów. Postanowiłam tym razem zwolnić, nawet gdybym musiała na siłę. Z przełęczy Fimmvörðuháls podobno jest piękny widok, wymyśliłam, że tam przenocuję. Szlak jest opisany i oznakowany. Prawdopodobnie popularny, ale tym razem widziałam mniej ludzi, głównie jednodniowców. Nic dziwnego w Þórsmörk jest kilka kempingów i sporo okrężnych szlaków. Mój było oznakowany na niebiesko, ale na mapie widziałam też równoległe warianty- czerwone. Może kiedyś. Po wyjściu z kempingu poszłam korytem rzeki, do tymczasowego mostku. Nurt był wartki, nie wiem czy przechodni bez kładki. Niechcący o mało nie sprawdziłam. Na mostku naszła mnie ochota na zdjęcie. Zwykle robię to bez ściągania kijka, nie wiem czemu tym razem mi wypadł. Przez chwilkę widziałam jak spada w spieniony nurt, płynie, walczy i wydostaje się na brzeg- wyspę na środku rzeki. Taki dzielny! Nie mogłam go zostawić zwłaszcza, że bez niego nie stanie namiot… Zlazłam z mostu rozebrałam się, włożyłam kapcie, w których przechodzę brody. Ostrożnie dotarłam i  złapałam. Uff… Ohyda, woda ponad kolana mętna i szybka. Kiedy zakładałam buty nadjechał autobus. Ludzie pewnie myśleli -co za czub przechodzi rzekę w bród tuż przy moście! No nic. Dalej  zielenią aż na wąską grzędę i stromo na płaskowyż. Do podejścia jest z 1000 metrów. W międzyczasie pogoda zmętniała, zerwał się wiatr. Daleko, gdzieś nad schroniskiem Ermstrur padał deszcz. Plateau kończy wąska szyja. Wisi tam kilka łańcuchów, przydatnych, bo wiatr siekł po oczach piachem. Jest wspaniały widok na wodospad i bardzo bliski Myrdalsjokull. Do Þórsmörk opada piękna dolina (a z nią czerwony szlak). Cudnie. Dalej stromo po suchej glinie. Szłam powoli, podziwiałam widoki,  zbierałam papiery. Przecież obiecałam górom, że to zrobię. Wiatr powywlekał je z różnych szpar, wyciągnął spod kamieni. Większość była sucha, wyprana prze deszcze. Podnosiłam jak zwykle kijkami, bezdotykowo. Torba z grubej folii robiła się coraz bardziej pękata. Miałam czas. Wiatr malowniczo podrywał pył. Złociste tumany zwijały się jak trąby powietrzne, albo jak welony głaskały zbocza. Chcąc wyjrzeć na Eyjafjallajökull schowany za skałą wybrałam ścieżkę, już wydeptaną przez poprzedników, świetny punt widokowy, a pod nim kupa, świeża, niemal parująca… I papier toaletowy oczywiście. -Zabrać -nie zabrać – dumałam, a wiatr łopotał tym jak chorągiewką.  Może już bym się nawet złamała, gdyby nie uskok, z którego trzeba by zejść. Jakiś taki niewygodny…, wiem to wykręt. Trzeba by wydeptać kawał zbocza, usprawiedliwiałam się mętnie, bo zejście na wprost blokowała kupa. Nie wzięłam. Gdybym wiedziała, że góry aż tak się wkurzą, znalazłabym jakiś bezpieczny sposób. Odeszłam, wróciłam na szlak. Wiatr wściekł się. Szarpnął mną, sypnął w oczy. Pomyślałam, że teraz on sprząta. I nie przyszło mi nawet do głowy, że spróbuje wywiać z gór też mnie. Wiem, zasłużyłam. 

Szlak wszedł na świeże lawowe pole. Widoczność siadła, pojawiły się drugie tyczki, wielkie i żółte. Próbowałam znaleźć te stare, do schroniska, ale zgubiłam się na płacie śniegu, czy lodowcu. Trudno… Wróciłam, odnalazłam żółte. Prowadziły do świeżych wulkanicznych stożków powstałych przy wybuchu Eyjafjallajökull, tym, który sparaliżował ruch lotniczy w 2010. Były wysokie solidne i gęste. Czasem widziałam tylko jedną, wtedy czekałam aż pojawi się druga. Piach, w zasadzie chyba wulkaniczny popiół na tle gór wydawał się biały, jak dym. Zastanawiałam się czy to nie erupcja wulkanu. -Byle do schroniska -myślałam, ale domek, widoczny czasem na odległej grzędzie wcale się do mnie nie zbliżał. Nie wiem ile czasu się tam błąkałam, na pewno długo. Było zbyt wietrznie żeby wyjąć mapę, zbyt ciemno żeby cokolwiek widzieć. Zbyt mętnie żeby zboczyć ze szlaku. I było pięknie. Wspaniały, rozgniewany żywioł. Szaleństwo. Na grzbiecie, który był chyba przeklęczą znalazłam drogowskaz Skogar i strzałkę w bok do schroniska. Mijałam je. Kiedy się zastanawiałam co robić zauważyłam na lodowcu człowieka. Podszedł. Z trudem mogliśmy się porozumieć. Był w masce, cały zasmarowany popiołem, czarny. Ja bez maski pewnie jeszcze brudniejsza. -Schronisko?-wykrzyczałam jakoś-  nie trafiłem-  ruszył w stronę Þórsmörk. Spróbowałam zboczyć za strzałką, wiatr zwalał z nóg, przepełzłam jakoś pod granią, schowałam się za kupką skał… rzeka. Nic dziwnego z mapy pamiętałam jezioro. Chatka stała po drugiej stronie, niewidoczna, ale pewnie już blisko. Zeszłam do potoku. Z kanionu wiało, zarwał się śnieżny most, tak zapylony, że czarny. Nie miałam ochoty zdejmować butów, pewnie by je wywiało… Wystraszyłam się i wróciłam. Do Skogar prowadziły znajome tyczki, mniej gęste, ale nadal wyraźne. Jedna po drugiej, po skałach, piargu, lodzie czarnym od pyłów. Stromym, ale najeżonym kamieniami, przez potok, przez piach. Pod urwiskiem jakiegoś lodowca. Bez widoczności, ale w perłowym świetle rozproszonym na wulkanicznych popiołach. Bajkowym, przepięknym, wbijającym się w gardło i nos. Duszącym. Rzeczka- stanęłam, bo bardzo mi się chciało pić. Woda wypływała z czarnego śniegu i wsiąkała w równie czarny piach. Napełniłam butelkę i kiedy spojrzałam w górę zobaczyłam dach. Drugi schron! Nie było go na mojej mapie, ale o nim wiedziałam. Podeszłam na morenę, otworzyłam drzwi. Tłok, ledwo się wcisnęłam do środka. Ktoś zaśmiał się z mojej czarnej twarzy. -Zrobisz mi zdjęcie?- poprosiłam przypadkową dziewczynę. Cyknęła i powiedziała, że się nie da, obiektyw zaparował, w schronie było bardzo gorąco.  Ręcznie napisana kartka informowała, że dolanie wody do butelki  500 koron. Miałam wodę. Wybrałam piwo, bo ma dużo kalorii (tylko 600 koron) pogadałam. Podobno był pomarańczowy alert pogodowy. Ludzie, którzy się tu schronili czekali aż przestanie wiać. Może za kilka dni. Opowiedziałam o sobie, spytałam czy niżej będzie spokojniej. Pani Schroniskowa poradziła żeby zejść do mostu. Półtorej godziny. Z trudem otworzyłam drzwi, z jeszcze większym je za sobą zamknęłam. Szlak biegł drogą, surową, kamienistą. Ciężko było się na niej utrzymać. Spychało, chciało wywrócić. Po godzinie zobaczyłam budynek, jak się okazało toaletę- była zamknięta. Obok most, a wokół płaty równych trawek. Pierwsze, bo wyżej tylko skały. Najpierw chciałam schować się za toaletę, potem znalazłam uskok, jakby dolinkę. Była tam woda, było sporo kamieni, ze strumyka więc nie miałam wyrzutów żeby ich użyć. Zawsze potem odkładam kamienie na miejsce, te ze strumieni są łatwiejsze, nieobrośnięte mchem, nie muszę myśleć, którą stroną w górę. Była sieć. -Pomyliłem jednostki- napisał Wiesiek, chociaż byłam pewna, że nie pomylił tylko nie podał. Pisaliśmy do siebie skrótami.  24. Myślałam, że kilometry na godzinę. Traktowałam te dane z dystansem, bo prognozy są podawane dla dolin, a byłam powyżej 1000 metrów wciśnięta pomiędzy lodowce. Kiedy odpisywałam wiatr ucichł – znalazłaś bezpieczne miejsce? udało ci się rozbić namiot?- Tak -właśnie go przywalam kamieniami- ok , to podaj współrzędne. Myślałam, że Wiesiek  martwi się niepotrzebnie. Namiot stał, udało się ugotować wodę. Zasnęłam natychmiast. Wiatr zerwał się ponownie przed piątą.  Namiot uciekł już po kilku minutach. Był uwiązany, więc tylko wzniósł się do nieba jak balon. Wyrwana ze snu rzuciłam się ratować porozkładane rzeczy. Widziałam odlatujące worki , złapałam jakieś ubrania, stłamsiłam śpiwór. Powpychałam to na chybił trafił do plecaka, i tak jak stałam, w piżamie (czyli zapasowym powerstretchu) i puchówce poszłam w dół. A raczej zapierając się z całej siły kijami starałam się ustać i się nie rozpędzić. Wiatr pchał mnie po kamieniach jak na rolkach i trudno mi było zrozumieć dlaczego ludzkość wynalazła koło tak późno. 

Przed ósmą doszłam do bujnych łąk. Schowałam się w jakiś zakamarek, próbowałam przespać, ale nie wyszło. Do Skogar zeszłam przed dziewiątą, właśnie otwierano restaurację. W toalecie zmyłam z twarzy kurz, przejrzałam uratowane rzeczy i ucieszyłam, że nie odfrunął biustonosz. Drobiazg, ale mnie postawił na nogi. -Wszystko w porządku Wiesiu- wystukałam- Namiot cały? – tak, nic się nie stało. Uciekam w jakieś ciepłe miejsce, muszę się umyć. Mam piach za koszulą i w zębach, w aparacie w śpiworze i w nosie. Zgrzyta w płatkach i w szczotce do zębów… Miałam dość. Byłam zmęczona. Potwornie brudna. 

kilometrów. 

Share

szlak Landmannalaguar- Þórsmörk

Laugavegur to prawdopodobnie najsłynniejszy pieszy szlak Islandii, bardzo popularny. Wiedziałam o tym, więc starałam się ominąć tłum. Puścić go przodem. W Landmannalaguar spałam długo, zrobiłam ostatnie zakupy (sklepik w autobusie jest drogi, ale jest tam sporo jedzenia i innych przydatnych drobiazgów, można ładować baterie, ale nie za darmo i tylko przez pół godziny. Na kempingu nie ma gniazdek). Wyszłam przed 10-tą. Pakując się, po raz ostatni usłyszałam melodię, która towarzyszyła mi na Trollaskaga. Zanucił ją przechodzący obok chłopak. – Idziesz w góry? – spytałam- Chcesz mapkę? Już mi niepotrzebna. Ucieszył się. Wyżyny były oszałamiająco piękne, ale ciche. Plusk strumyków, wiatr, szum traw, słyszałam je, ale nie składały mi się w muzykę. Uroda, która zapiera dech w piersiach, może to to -myślałam, chociaż wiele dużych grup trajkotało bez opamiętania. Szli tyralierą, wbrew znakom proszącym żeby pojedynczo, wydeptywali ślad szeroki jak autostrada. Na podejściach dyszeli i zwalniali, więc nie udało mi się ich całkiem uniknąć. Po pierwszej dotarłam do kolejnego schroniska- Hrafntinnusker. I przed nim i za nim stały tabliczki upamiętniające turystów, którzy tu zginęli. Z zimna, zaledwie kilkaset metrów od budynku.

Hrafntinnusker leży wysoko, zachmurzyło się i zrobiło się lodowato. Nikt tu chyba nie zostawał na noc, jeśli już, to tylko wewnątrz. Pole namiotowe wyglądało niezachęcająco, wiało. Schowałam się za załomem budynku i ugotowałam solidny obiad. Pogadałam z dziewczyną z informacji i poszłam dalej. Było koło drugiej. Szlak przecinał liczne potoki i rzeczki, żadna nie sprawiała kłopotu. Przeskakiwałam, wyszukiwałam śnieżne mosty, w płytkie wchodziłam w butach. Teraz byłam prawie sama. Widoki inne niż na poprzednim odcinku, mniej szokujące, mniej kolorowe, też piękne. Spokojniejsze, bardziej nostalgiczne. Nieliczni ludzie wędrowali w milczeniu, skupieni. Szlak minął lodowce, przeciął parujące strumyczki i dotarł do krawędzi płaskowyżu. Tu dogoniłam ludzi. Pomimo deszczu stali i kontemplowali. Zrobiłam to samo. Przesiedziałam tam ponad dwie godziny. Już sama. Pogoda odwróciła się, wyszło słońce, po dolinach- wspaniale zielonych wędrowały przelotne ulewy, czy może wzniecany przez wichurę pył? Jedno i drugie? Nie byłam pewna. Lodowiec na tle urwistych skał. Po księżycowym płaskowyżu (martwym jak piekło, chociaż tak niezwykle pięknym) wyglądał jak biblijny raj ze średniowiecznych malowideł czy gobelinów.

Zejście strome i długie. Bród, wymagający zdjęcia butów, dość głęboki, kwitnące łąki. Śliczne obozowisko nad jeziorem. Spokojne, chociaż naliczyłam aż 54 namioty, w tym trzy komercyjne grupy. Ich biwak zwinął rano ktoś z obsługi, bagaże zabrał samochód.

Puściłam ich przodem. Byłam przekonana, że przejdę tylko krótki odcinek więc szłam wolniutko. Przy rzece zaczepiłam dwie dziewczyny i pomogłam im przepakować plecak. Śpiwór zwisał ryzykownie uwiązany papierowym sznurkiem, wcisnęłam go bez problemu do środka.  Była tam tylko bielizna na zmianę i słodycze, nic ciepłego. Dziewczyny nocowały w schroniskach. Podziękowały, a ja z gapiostwa posiałam gdzieś jedną skarpetkę. Pewnie wpadła w nurt i uciekła. W kolejnym schronisku (odległym tylko o 4 km) ugotowałam drugie śniadanie. Myślałam, że puszczam w ten sposób kolejną grupę, ale kiedy ruszyłam znikąd pojawiła się jeszcze większa. Sznur ludzi ciągnął się przez kilka kilometrów, przemieszał na chwilkę w dużym brodzie i znów rozciągnął się po horyzont. Szliśmy płaskim jak stół polem lawowym, surowym, po poprzednich dniach wręcz ascetycznym. Też pięknym chociaż w inny sposób. W wielu miejscach szlak otoczono płotkiem z lin, żeby ograniczyć rozdeptywanie. Wyglądał przez to jak korytarz w muzeum. Za grańką zostałam sama, pewnie pora na lunch. Zjadłam w Emstur. Wiało tam strasznie, ale był namiot- jadalnia. Gotowałam, siedziałam, myślałam… była dopiero czwarta, więc poszłam.

Z wyliczeń wyszło mi, że dojdę na 10-tą. Czyli w sam raz. Było pięknie, otwarty widok na pasma pastelowych wzgórz i lodowiec. Wiatr. Wreszcie samotność. Na lodowcowej rzece most ładnie wywieszony nad kanionem. Potem kilka łatwych strumyków, przełęcz i rozległa dolina dotykająca skraju lodowca. Spotkałam tam rowerzystkę. Z daleka, po drugiej stronie kanionu widziałam inne (stąd niedostępne schronisko) i jadące do niego samochody. Wzniecały kurz. Dolina rozszerzyła się, szlak wspiął na morenę, dość stromo, pod lodowcem pojawiły się pierwsze owce. Bujna roślinność. Przekroczyłam rzekę- wiszącym mostem, przez trawy, przez sfalowane wzgórza doszłam do kolejnej. Było po 9-tej. Dolinę zakrył już granatowy cień. Zeszłam, poszukałam brodu. Nurt wartki, mętny porozdzielany na spienione nitki. Weszłam kawałek i wydawało mi się, że jest za głęboko. Woda z lodowca, wezbrana po słonecznym dniu. Zimno. Na przeciwległym brzegu dwa namioty. Za blisko chyba na schronisko. Wiedziałam, że naginam przepisy. Nie tylko ja, ale to nic nie zmieniało. Biwakować wolno tu tylko w szczególnym przypadku. Pewnie trzeba było spróbować jeszcze raz, w innym miejscu, ale nagle poczułam się zmęczona. Rozbiłam pałatkę na owczej trawce (tu natura nie była już tak delikatna jak wcześniej, więc miałam pewność, że niczego nie zniszczę), nastawiłam budzik. Rzeka opadła nocą o 10 centymetrów. Była tylko do kolan, bardzo zimna. Namiot pokrył szron, ale szybko się ogrzałam na słońcu. Za rzeką las, szlak źle oznakowany, plątały mi się różne ścieżki, zeszłam za daleko na zachód, wróciłam i po niecałej godzinie wypiłam kawę w ostatnim schronisku. Pięknie stamtąd widać lodowiec. Obozowisko było już prawie puste, na ścianach wisiały tablice informacyjne Laugavegur i kolejnego szlaku prowadzącego do Skogar. Mojego planu na kolejne dwa dni. Tak sądziłam, bo wszystko szło mi tu jakoś dziwnie szybko. Długo spałam, szłam w swoim tempie, jadłam co 3 godziny jak zwykle, robiłam zdjęcia, pomimo tego szlak rozpisany na 5 dni (podobno zwykle zajmujący 4) przemknął mi w ciągu zaledwie dwóch. Czułam się jakbym pożarła ciastko, którym mogłam się delektować dłużej… z drugiej strony zawsze tak chodzę, tylko nie po ścieżce. Stąd pewnie tak wielka różnica.

króciutkie info:

Jedzenie, pomimo ostrzeżeń w internecie i na tablicach informacyjnych można zdobyć w każdym mijanym schronisku, zwykle to czekoladki, żelki, ciastka. Nic ciekawego, ale z głodu się raczej nie zginie

sieć telefoniczna jest tylko przy schroniskach.

Rozbicie namiotu przy schronisku kosztuje 2o00 koron, prysznic 500. Większość szlaku jest objęta zakazem biwakowania i jest to uzasadnione. Na wulkanicznym gruncie latami widać każdy ślad, nawet zejście ze szlaku żeby usiąść, wygląda to obrzydliwie, w tym pięknym świecie rozprasza i denerwuje, podobnie jak ludzie rozdeptujący ścieżkę, rozkładający się gdzieś na boku żeby poleżeć (kiedy można by wybrać nieinwazyjne miejsce- na skale np nie na piachu czy mchu, przy ścieżce, nie kilkadziesiąt metrów z boku). Tam gdzie natura nie jest już tak wrażliwa biwakowanie też jest niemile widziane, wypytałam o to dokładnie w informacji. Turystów jest zbyt dużo, są zbyt bezmyślni, wiele osób chyba pierwszy raz jest w górach. Dominują ogromne plecaki, powywieszane na wierzchu śpiwory (nawet w deszcz), miękkie buty- niewygodne na gliniastych stromiznach. Zebrałam torbę chusteczek i papierów toaletowych. Nie tak dużą jak myślałam, prawdopodobnie ktoś też tam sprząta. Ścieżka była miejscami świeżo naprawiana- obsadzona płatami darni przeniesionymi z innych miejsc, zwężona.

Zapamiętałam dwa nieprzyjemne wydarzenia, jakiś człowiek zarzucił mi, że używam kijków (na ścieżce, i tak rozdeptanej- nie zrozumiałam o co mu chodzi), inny na moją propozycję, że się przesunę żeby mógł mnie minąć nie wdeptując w delikatny mech warknął -co mnie to obchodzi! Obaj byli bardzo napastliwi. Poza tym tłum nie okazał się tak denerwujący jak myślałam, a szlak tak ciekawy, że chętnie tam wrócę.

Share