Gruzja jesienią cz7

Rano pogadaliśmy już tylko przez chwilkę, w pospiechu. O plecakach, śpiworach, górskim sprzęcie. Panowie spakowali serdelki i chleb, dowiązali do plecaków grube kurtki i beztrosko (wrócimy na koniach) ruszyli w górę. My równie beztrosko w dół. Drogą początkowo przez las potem wzdłuż rzeki. To nie tak, że było bardzo nudno, ale droga to droga. Nie przepadamy. pocieszeniem były piękne wsie, poprzerastane do zboczy, nieoszpecone nowoczesnością, chociaż w każdej z nich były na pewno „gasthausy” (nic nie nazywa się tam pensjonat, czy hostel -guest house to bardzo pojemne słowo, pod tą nazwą może kryć się wszystko). Rano domy wyglądały na wyludnione. Nawet nam się marzyła kawa, tak po prostu z lenistwa, ale nie chciało nam się dopytywać, pukać. Napiliśmy się dopiero w Beghela, w samotnym budynku troszkę poniżej wsi. Nic nie wskazywało, że jest tam restauracja, ale właścicielka sama nas zaczepiła. Bardzo uprzejmie, w rezultacie zjedliśmy świetny obiad, najlepszy na jaki trafiliśmy. Dostaliśmy też na zapas ziółka, chyba te same, które nas ratowały w Armenii, Przydały się później, kiedy Jose czymś się struł. Dostaliśmy też wizytówkę, ale uprałam ją razem z bluzą Polarną… szkoda (kontakt chyba do odzyskania, bo poza tym Beghela jest opuszczona).

To był leniwy dzień. Nic się nie działo, minęła nas ciężarówka z serem, pewnie taka sama jaka zabrała ładunek „naszej” karawany. Widzieliśmy dwóch rowerzystów. Z górki zjeżdżali, ale pod górę szli – zostawiając ślady, one wszystko zdradzały. Dolina zrobiła się bardzo sucha, wydeptana do gleby przez nadmiar owczych i krowich stad. Droga podeszła do Bochrony- podobno najwyższej w Europie wsi (szczerze wątpię, poza tym Tuszetia jest zamieszkana tylko latem). Z góry na drogę wychylały się pozbijane z płyt i blach latryny. Wiało, zachmurzyło się, męczył nas kurz. W końcu znudziło nam się i złapaliśmy stopa. 3 kilometry do rozwidlenia dróg i drugiego na kolejne 3 kilometry. Gruziński przewodnik z emerytowanym Austriakiem. Nie sądziłam, że kiedykolwiek przyda mi się niemiecki (niemal zapomniany), a jednak. Panowie zawieźli nas do pensjonatu gdzie mieszkali. Dzięki temu, że oszczędziliśmy czas, udało nam się tam zrobić pranie i zmyć z siebie tygodniowy brud. Pensjonat przyjemny, ładny, czysty z niezłym jedzeniem i winem do każdego posiłku. Nazywał się Biliki. Dzięki pomocy gruzińskiego przewodnika dziewczyny sprzedały nam też trochę jedzenia. Worek kaszy gryczanej, chleb. Nie chciało nam się schodzić do dolnego Omalo. Podobno jest tam sklep, ale nikt nie wiedział czy czynny. Omalo szykowało się już do zimy. Ludzie pakowali się i zjeżdżali do Alvani. Po kolacji wyszliśmy obejrzeć fortecę i jak na zamówienie przez deszczowe chmury przedarło się wieczorne światło. Wspaniałe, kolorowe, niemal nierzeczywiste. Twierdzę Keselo oglądaliśmy już po zmierzchu. Jose padł, a ja pogadałam jeszcze chwilkę z Gruzinem, który nas przywiózł. Pochodził z Tuszetii, mieszkał w Tbilisi i chociaż wydawało mi się, że ma fajną pracę, nie robił wrażenia zadowolonego. Zawsze mnie to uderza w Gruzji, ludzie na wsi, nawet pasterze są szczęśliwi. Pomimo ciężkich warunków. Tbilisi za to, chociaż takie piękne, bogate i nowoczesne, a może właśnie dlatego budzi aspiracje, oczekiwania. Nierealistyczne, jak sądzę i nawet (podejrzewam) szkodliwe. To oczywiście wielkie uproszczenie, ale wraca za każdym moim pobytem w Gruzji. Ogromne i pod względem psychicznym zaskakujące rozwarstwienie. Dwa światy- miasto i wieś. Pod każdym względem ze sobą sprzeczne.

Share

Gruzja jesienią cz6

Szelest. Kilkaset owiec w chaszczach pokrytych szronem. Tuż obok nas.  Trojka pasterzy. Wiadro soli. Błękit przedświtu. -Widzisz psy?- tak siedzą spokojnie-daleko?- nie, nad rzeką.

Owce stają, kręcą się przy brodzie. Stado zawraca i znika. Zbieramy się, idziemy do szałasu na herbatę. Ognisko dymi niemiłosiernie. Lasha odwraca się, chowa twarz. -Palisz!- Nie, skąd, tylko jednego. Lasha śmieje się, Niko śmieje się i grozi palcem. Pakujemy się, słońce wyskakuje spod grani i wędruje od razu wysoko. W kłębach dymu miga szklaneczka wódki. -Do zobaczenia. Nie, nie musicie przechodzić mostem, idźcie po śladach.

Kolejny szałas, w w zasadzie spory dom jest niedaleko. Na drugim brzegu jeszcze zalany cieniem. Kłęby dymu, ludzie w czerni, znudzone wołanie rozjuszonych psów. Jeden przeskakuje rzekę i goni nas kilkaset metrów. Jose podnosi kamień, to pomaga. Z bogatego domu rozchodzą się stada koni i krów. Pies wraca do swojej pracy.  Rzeka zwęża się, wchodzimy w kanion, niepokoi mnie to, ale idziemy po śladach. Za kilka godzin zblakną, będzie ich coraz mniej w końcu zostanie nam pojedyncza krowa. Ale teraz o tym nie wiemy. Gdybyśmy chcieli iść zgodnie z mapą musielibyśmy wrócić do krów i psów. Pewnie jest inna droga uspokajam się i skupiam na rzece. Jeden bród, cień, zimno, łata słońca i kolejny bród, potem znów, jak wczoraj idziemy w sandałach. Wodą. Przed nami były tu konie, stado owiec, krowy. Do końca dochodzimy już tylko my. Dalej się nie da, wodospad, skały. Nie wiemy gdzie poznikały ślady. Samotna krowa nasza ostatnia przewodniczka wspięła się na kamieniste urwisko. Więc też wchodzimy. W piargi, maliny, chaszcze. Gubimy ślad. Włazimy w upał na upiornej stromiźnie. -Dojdziemy do ścieżki, jestem pewna- tłumaczę się. Zbocze robi się jeszcze bardziej strome wciągamy się po gałęziach, po trawach. Po grzbiecie piarżystego urwiska. Nad nami rzeczywiście jest ścieżka. Prowadzi do pustego szałasu. Siadamy tam, pijemy, nabieramy wody. Gdzieś za nami słychać męskie głosy. Chyba jadą równoległą ścieżką. Dochodzimy do niej później przy lesie. Dogania nas karawana koni. Wiozą ser. Każdy po dwa worki, 80 kilogramów. 18 jucznych koni. Jest też kilka luzaków, na zapas. Mężczyźni idą, bo teren trudny. Szukam wzrokiem naszych, ale nie widzę. To chyba grupa z bogatego domu.  Puszczamy ich przodem. Muszę się umyć, a akurat trafia się strumyk. Wieczorami jest dla mnie za zimno więc myję się tylko w środku dnia. Teraz idziemy właściwą ścieżką. Jest szeroka. Na kamieniach są napisy, znaki. Fragment lasu, długi trawers ponad rzeką. Piękne widoki. Na przeciwległym zboczu pojawiają się ruiny wsi, przed nami konie. Wraca karawana. Z daleka macha mi roześmiany Lasha. Widzę Niko, ale przejeżdża bokiem i dopiero potem spina konia. -Jak to się stało, że się minęliśmy?- Nie wiem, za długo szliśmy kanionem. -Zadzwonię- krzyczy Niko nagle wesoły. Konie mijają nas. Znikają w drzewach.

Wychodzimy na stado krów. Wołamy do pasterzy jak zwykle, ale w szałasie chyba nie ma nikogo. Psy wstają, biegną do nas. Jose podnosi kamień i rzuca. Duży złoty pies łapie go i chce aportować.- Jose przestań!- wołam. To szczeniak. Zwierzak cieszy się goni nas, merda ogonem. Potem się łasi. Nie chce wrócić. Dobiega drugi, odrobinę mniejszy. Straszymy je, tupiemy, ale to na nic. Odprowadzają nas do opuszczonej wsi. Zaglądamy do pozamykanych domów. Łóżka, materace, kadzie do mleka. Po drugiej stronie potoku jest druga wieś. Widzimy wieżę. Schodzimy ogrodem, laskiem, po ścieżce. Dałoby się chyba rozbić namiot przy strumieniu, ale jakoś tam ciemno, jakoś wietrznie. Podchodzimy skręcamy do kolejnej wsi. Przed jednym z domów stoją baniaki z wodą. Na balkonie widzę faceta. -Możemy skorzystać z tej wody?- tak, ale to deszczówka nie do picia. -Chcecie pić?- mamy mineralną.

Dwóch mężczyzn biwakuje w opuszczonym domu. Rozmawiamy chwilkę, Jose wraca do potoku po wodę, stawiamy namiot. Jemy razem kolację. Herbata, barszcz, gotujemy dla wszystkich. Jemy serdelki, sardynki, częstujemy hiszpańskim serem. Pijemy wódkę z uciętego wierzchołka butelki po mineralnej. Uroczyście jak to zwykle w Gruzji-  I na koniec za tych, którzy jako pierwsi przeszli te szlaki! Tłumaczę. Jose wypija do dna.

Josef i Gorgi są właścicielami krów. Tych, które lizały nasz namiot w górze doliny. Za kilka dni ma się załamać pogoda. Spaść śnieg. Krowy potrzebują 6 dni żeby zejść do Alvani więc nie ma już zapasu czasu. -Wyjdziemy wcześnie może uda się dojść do schronu dla turystów. Zanocujemy, potem już będzie blisko. -Ile razy tak chodziliście latem?- pytam. -Raz na miesiąc. Pasterze są wynajęci na 5 miesięcy. Muszą tam być cały czas jak któryś zachoruje sam musi sobie znaleźć zmiennika. Pytam o Lashę i Niko. -Lasha pali!- jak szliśmy ostatnio to nie palił…Jeszcze…

Share