Norwegia w poprzek cz9 Brekken- Femundsmarka

Wiało, szosa błyszczała gołym asfaltem, być może nawet nie było mrozu, a siedząc bez ruchu okropnie zmarzłam. Po poł godzinie musiałam wyciągnąć kurtkę puchową, po godzinie rozważałam wydobycie z dna plecaka puchowych spodni, ale na szczęście zatrzymał się samochód. Kobieta jechała z dzieckiem do przedszkola. Na szczęście dla mnie do Brekken, bo pod koniec machałam też w drugą stronę. Glamos nie było bardzo daleko, a siedzieć na tej pustej szosie nie chciałam. Pani była z pochodzenia Tajką, ciemnowłosy i ciemnooki chłopczyk uśmiechał się do mnie zaczepnie i choć 4 km nie zajęły więcej niż kilka minut poczuliśmy do siebie nić sympatii. Dziewczyna zostawiła mnie pod sklepem, gdzie jak często w norweskich wsiach było też coś w rodzaju świetlicy z toaletą, stołami i kominkiem, i obiecała odebrać za godzinę. Droga w kierunku Roros była już odśnieżona, co najwyżej pokryta śniegowym błotem, do najbliższego szlaku wiodącego na południe zostało mi jeszcze kilka kilometrów i wymyśliłyśmy, że mnie tam podwiezie. Po drodze. Jechała na zakupy do Roros i co potem wspominałam z żalem proponowała, że mnie tam zawiezie, bo o tym szlaku, na który się wybierałam nic nie wiadomo. No i prognoza pogody taka sobie.

Wysiadłam, pomachałam, przeniosłam bagaż przez szosę i ruszyłam po narciarskim i pieszym śladzie. Gdzieś na wzgórzach, ponad lasem i moją głową słońce wspaniale podświetlało śnieżny pył. Myślałam o zdjęciu, ale w kadr wchodziły mi gałęzie drzew. Potem myślałam już tylko o drodze. Ślady prowadziły do hytte, wyżej zrobiło się miękko, i szybko, szybciej niż się spodziewałam weszłam w wiatr. Wichura narastała, ledwo się posuwałam do przodu i co gorsze widziałam coraz mniej. Na wysokości gołego szczytu z antenowym masztem znalazłam tyczki. Trzymałam się ich jak rzep psiego ogona, prawidłowo skręciłam wraz z nimi na stok i straciłam jakąkolwiek widoczność. Tumany pyłu prosto w twarz. Przeszłam 4,5 km. Znalazłam zaciszniejsze miejsce i nawet udało mi się coś zjeść. Czas uciekał, do chatki nadal było 5 km, ale już tylko troszeczkę pod górę. Wyszłam z grajdołka, który nieco mnie chronił i brnęłam do nocy. Nie dało się już nawet zatrzymać. Gdzieś na jakimś gładkim płaskim terenie, możliwe, że to był duży staw zgubiłam tyczki. To nic, że były jaskrawo pomarańczowe, zginęły. Krążyłam w zamieci i nie mogłam doszukać się dalszego ciągu. Krążyłam bez widoczności, straciłam poczucie kierunku, byłam tam tylko ja i wiatr. Kiedy w końcu zobaczyłam pomarańczowy pręt pobiegłam, choć nie byłam pewna czy idę w tył czy do przodu. Mój ślad doszczętnie wywiało, huragan wyczyścił skalne zbocza i czasem pojawiały się przede mną ciemne plamy. Miałam wrażenie, że już je widziałam, ale znikały, a ja szłam dalej, bo gdybym się zatrzymała znów zgubiłabym szlak. Szłam pod górę, a spodziewałam się, że pójdę w dół. Pomimo tego wydeptane miejsce nie skojarzyło mi się z moim postojem na lunch. Wydawało się kilkudniowe, stare.

Warunki nieco się poprawiły. Wiało w policzek, nie prosto w twarz jak wcześniej. Mogłam oddychać, mogłam zerknąć w bok to była ogromna różnica i choć podejrzewałam, że może wracam nie miałam siły spróbować jeszcze raz. Wizja nieznanej chatki bladła w śnieżycy. Szłam tak jak prowadziły tyczki aż trafiłam do opuszczonej wsi i rozpoznałam hytte, które minęłam rano. Od dróżki, co prowadziła do szosy odbijała nartostrada. Doszłam do niej i rozbiłam namiot pod starą sosną. Jedyną sosną w karłowatym brzozowym lasku. Przywiązałam tropik linkami do pnia, okopałam go z boków. Jako kotwy użyłam i kijków, i nart, i dwóch pustych toreb wypełnionych śniegiem, które niosłam na taką okoliczność. Zasnęłam bez kolacji, choć ledwo zapadał zmrok. Zdążyłam tylko rzucić okiem na górę, którą mijałam dzień wcześniej. Górę, z której spływają rzeki do trzech mórz. Północnego, Norweskiego i Bałtyku. Przesunęła się po niej plama światła. Nadzieja na łatwiejszy dzień.

Poranek był słoneczny i na tej niskiej wysokości niemal bezwietrzny. Obudziłam się wcześnie i leżąc wytopiłam termos wody. Teraz miałam już tylko jeden, półtora litra. Przelotnie pomyślałam że za mało, ale na mojej drodze była wieś, więc może uda się od kogoś dostać wodę? Nie miałam już siły wracać na wzgórza, z żalem, bo planowałam dojść do Roros, ruszyłam w kierunku jeziora Aursunden. Przecięłam szosę, kątem oka popatrzyłam na przystanek autobusowy i choć nartostrada mi się skończyła pobrnęłam na wprost przez wzgórza po gubiących się śladach skuterów. Lekko pod górę, przyjemnie. Ślady rozjechały się na grzbiecie, ale widziałam linię z prądem, zaznaczoną na mapie i wzdłuż niej dotarłam do wyjeżdżonego płozami traktu, pewnie letniej drogi. Opadała do wsi. Na parkingu wypięłam narty i poszłam dalej pieszo. Szosa była pokryta gładkim lodem pulka ciągnęła się za mną lekko, bez oporu, czasem mi się rozjeżdżały nogi.

Kończyła mi się woda, z nadzieją patrzyłam na każdy mijany dom, ale wszystkie wydawały się puste. Przed jednym stał samochód więc zapukałam. Długo patrzyłam przez idealnie umyte okno, wielkie, od sufitu do podłogi na wypielęgnowane wnętrze. Wełniany koc rzucony lekko na poręcz fotela, gitara, kwiaty w wazonie. Jakby ktoś odszedł na moment. Już ułożyłam sobie w głowie tekst, że przepraszam, że spałam w namiocie, że mały termos, ale nikt nie otworzył. 6 km dalej zatrzymał się koło mnie autobus. Starszy pan jechał w górę doliny po dzieci, ale niestety nie wracał już w dół. Zrobiło mi się żal kiedy odjechał. Poza nim nie widziałam na tej widmowej drodze nikogo. Nartostrada odbijała tuż za zakrętem. Na mapce widziałam przy niej budynek. Myślałam, że może się tam schowam, że (choć wietrznie) uda mi się wytopić trochę śniegu, lub może zostać na noc. Czułam się okropnie zmęczona. To była zawiana zaspami kawiarnia. Pozamykane domki, zakopana w zaspie toaleta. Odkopałam. Ciasna, zapchana gratami. Opuściły mnie wszystkie siły. Pomysł żeby iść dalej pod górę i potem zalesionymi wzgórzami do Roros wydał mi się zupełnie abstrakcyjny. Którędy? Po kopnym śniegu? Nie dam rady… Zresztą po co? Żeby domknąć, połączyć trasy, letnią ze Stavanger do Roros z lotniskiem w Trondheim, co może kiedyś pozwoliłoby mi iść dalej bezpośrednio z tego lotniska na północ, bo przecież został mi nieznany fragment kraju. Z Trondheim do Bodo, a gdyby iść stałym lądem do Narviku… Takie to wszystko było teraz odległe. Przypięłam narty i zjechałam do szosy po stromiźnie, którą niedawno z trudem pokonałam.

Godzinę później zgarnęła mnie studentka pielęgniarstwa. Jechała na nocny dyżur do Roros. Zostawiła mnie przed hotelem, podała numer telefonu gdybym potrzebowała pomocy. Proponowała nawet, że za kilka dni może mnie zabrać do Trondheim. Wymieniałyśmy potem SMS-y.

Tymczasem nie wiedziałam co robić. Z ulic znikł już cały śnieg. Informacja turystyczna była zamknięta, hotel drogi. Ale, że blisko spytałam czy mogę zostawić bagaż, zgodzili się. W supermarkecie poczułam się bardzo źle. Jakbym dostała zawału. Siadłam policzyłam do 10 pooddychałam i przypomniało mi się, że dawno nie piłam. Wypiłam na miejscu butelkę soku. Sił wystarczyło tylko do hotelu.

Uśmiechnięta dziewczyna w recepcji podała mi horrendalny rachunek za pokój i jeszcze 40 koron za herbatę (wrzuciłam do niej mnóstwo miodu). Zebrałam troszkę sił i ruszyłam do windy wlokąc załadowaną pulkę. Nie dałabym rady jej dźwignąć. W połowie korytarza z pokoju wyskoczył facet, około czterdziestki, może troszkę starszy i zaczął wrzeszczeć, że zniszczę mu dywan. Pulką z plastiku wygładzoną na śniegu… -Dobrze- powiedziałam- to ją zostawię- i zostawiłam tam gdzie stałam.

Przyniosła mi ją nieznana dziewczyna, dogoniła mnie jeszcze przed windą. W recepcji dowiedziała się, że szłam Norge pa Tvers. Sama wybierała się tam latem i moje samotne zimowe przejście zrobiło wrażenie. Byłam wdzięczna, chyba bym nie wróciła. Nie tak szybko.

Piłam. Spałam, leżałam, piłam i jadłam pomarańcze. Na śniadaniu siedziałam ile się dało. Wypiłam kilka litrów płynów. Kelnerka uwijała się wokół stolików jak w ukropie, strasznie zestresowana. Patrzyłam na jej fartuszek, włosy ściśnięte w kok, na wschodnie rysy. Kiedy na jakimś zakręcie z tacy upadł jej widelec podniosłam i powiedziałam coś po polsku. Była Ukrainką. Zawołała fizjoterapeutę z Czech, potem Polaka, złotą rączkę. Goście przy innych stolikach starsi, wystrojeni sztywni jak kołki i pachnący świeżym praniem (cóż, to był najdroższy hotel w okolicy) patrzyli jak rozmawiamy w trzech różnych, dziwacznych językach i się śmiejemy. Miałam to gdzieś.

Poleżałam aż skończyła się doba hotelowa i Czech przy pomocy Polaka, która okazała się niepotrzebna (nie miałam wcale tak dużo bagażu jak myślał) odwiózł mnie na początek szlaku. To było tylko 900m, ale nie po śniegu i sama bym sobie nie dała rady. Na pożegnanie obfotografował mój sprzęt, z rozrzewnieniem spojrzał na mapy.cz i mi pomachał.

Padał marznący deszcz. Szlak wiódł moreną wzdłuż ciągu jezior. Stała przy nim przytulna wiatka z obficie wypełnioną drewutnią (pełną porąbanych szczapek) i dwie chatki należące do Statskogu. Poszłam do drugiej. To było tylko 7km, ubitym szlakiem, który choć wyznakowany dla nart służył głównie właścicielom letnich domków. Ktoś nawet pojechał po nim samochodem.

Chatka była malutka, ale zadbana. Dwa łóżka piecyk i stół. Drewno w ogromnych kawałkach, belach ustawionych na sztorc na dworze. Na szczęście ktoś zostawił wewnątrz wór suchych szczap. Wieczorem pogoda bardzo się poprawiła. Nocą była zorza.

Ranek słoneczny. Bezwietrzny. Krojąc norweską podróbkę marcepana skaleczyłam się w kciuk. Krew trysnęła na podłogę, zanim znalazłam bandaż i plastry narobiłam na wszystkim paskudnych plam. Trochę je wyczyściłam, ale nie wszystkie. Skapało też na moje spodnie i na plecak. Przydał się alkohol, który niosłam razem z klejem dla Agnieszki (wyjechała w dziurawych butach). Cieszyłam się, że mąż przed wyjazdem odmówił ostrzenia mojej finki…

To musiało być bardzo głębokie cięcie. Palec krwawił przez cały dzień, musiałam zmieniać opatrunki. Może, bo niechcący go dociskałam trzymając kijek. Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo do najbliższej chatki było daleko. 30 km.

Nartostradą, potem polną drogą wzdłuż jeziora (mogłam po jeziorze, ale się bałam kruchego lodu), po lesie. I w końcu i tak po jeziorach, bo nie było już innej możliwości. Psiarze zostawili wyraźny ślad, starałam się z niego nie schodzić. Lód był zasypany grubym śniegiem, raczej bezpieczny, ale pod drugim brzegiem i w każdym przesmyku widziałam rzekę. W tych miejscach ślad sanek i psich łap odbijał do lasu i często pokonywał straszne wertepy. A ja z nim.

Pod wieczór wyszłam na szosę i przez 600 metrów trzymałam się resztek śniegu na asfalcie. W prawo w górę powinien odbić szlak do pierwszej chatki. Nie widziałam go. Gęsty las. Zaspy i gąszcz gałęzi. A dalej skuterowy ślad i kilka zaparkowanych samochodów z przyczepami. Może jakaś impreza myśliwska w tej chatce? To też mi się nie spodobało. Wróciłam do szosy. Kilka kilometrów dalej była wiatka, pamiętałam ja z lata. W tą piękną bezwietrzną pogodę wydawała się świetnym pomysłem na noc więc tam poszłam.

Nie było źle. Zmieścił się namiot. Miałam piękny widok na rzekę i dostęp do wody. Nocą pojawiła się zorza i choć w lesie nie było jak jej sfotografować miło było ją mieć i patrzeć.

Share

Norwegia w poprzek cz8- Brekken

Wschód słońca był piękny. Wyszłam z wiadrem po śnieg i szybciutko wróciłam z aparatem. Nad dolinami wisiało morze chmur. Cudownie było patrzyć jak pochłania je słoneczne światło i rozlewają się dzienne kolory, złoto, biel. Spodziewałam się kolejnego pięknego dnia, jednak zanim się uporałam ze śniadaniem mgły podniosły się i nakryły Kjolifjellet. Trasa, którą sobie upatrzyłam była nieprzejechana, ani jednego śladu. Podobnie ta, która prowadziła na stację kolejową Rejtan, na wprost płaskowyżem. Moja opadała w dolinę i przynajmniej na początku była otyczkowana. Z mapy wiem, że latem jest tam droga, zimą wszystko było pod śniegiem i nie rysował się ani ślad poboczy, zakrętów czy wyrównanej nawierzchni. Nigdzie. Pierwsze podejście do zjazdu mi się nie udało. Mgła była tak gęsta, że z trudem widziałam kolejny słup. Raz nie wypatrzyłam niczego i kiedy próbowałam iść na wprost zgubiłam wszystkie znaki. Wróciłam po własnym śladzie. Niemcy zdążyli się już pozbierać i planowali ruszyć z powrotem, tak samo jak przyszli. Zapisali ślad gps.

Posiedziałam chwilkę, ale pogoda ani myślała się zmienić. Wiedziałam już, że trasa z mapy.cz nie pokrywa się z rzeczywistością, a droga mija brzeg jeziora (niewidocznego zupełnie) i opada prosto w dół. Spróbowałam jeszcze raz. Tam gdzie się zgubiłam brakowało jednego słupa, ze śniegu wystawał tylko jego kikut, gdybym poszła jeszcze dalej w dół trafiłabym na niego za pierwszym razem. Schodziłam uważnie. Tropiłam słupy, omijałam uskoki, zwłaszcza te na wywianych skałach, wpadałam w zaspy i rozjeżdżały mi się narty na lodzie. Nic nie widziałam. Każda zmiana podłoża była niespodzianką. Nie nadążałam balansować przód-tył wjeżdżając w twarde lub w miękkie, zjeżdżałam z nie wiedzieć jak stromych progów, nie wiedząc gdzie i czy aby nie za szybko. Strasznie to było męczące. Raz chmury troszkę się przerzedziły i zobaczyłam chatkę. Niedaleko, jakieś 100 metrów w bok. Ruszyłam w jej stronę z nadzieją, ale mgła zgęstniała i już nie wiedziałam gdzie jest. Wywróciłam się i chyba wtedy zginął mój mały termosik. Choć możliwe, że przy jakiejś wcześniejszej wywrotce. Był czarny, powinno być go widać na śniegu, a przegapiłam. Zorientowałam się dopiero niżej jak zgłodniałam. Przepadło pół litra gorącej herbaty. Szkoda.

Teraz byłam już w niższych warstwach chmury. Wiatr rwał mgłę w strzępy i czasem przesuwał się przede mną widok. Powietrze pachniało inaczej, wiem że nie powinno pachnieć niczym, ale gęstość, wilgotność, sama nie wiem co jeszcze się zmieniło, i ja to czułam. Jakoś mnie to podniosło na duchu.

Stawałam za każdym razem, kiedy pojawiał się strzępek widoku, zwykle znikał zbyt szybko żeby go sfotografować i choćby spróbować porównać go z mapą, ale i tak niósł nadzieję. Było pięknie i groźnie. Jasno, a równie niepewnie jak nocą. Dolina wynurzyła się dopiero kiedy wyjechałam pod chmurę. Tuż przede mną zaczynał się zawiany kanion, i musiałam zdecydować z lewej czy z prawej. Słupy prowadziły w prawo i potem musiałabym długo wracać dnem doliny. Wprawdzie biegł nią skuterowy szlak, przekraczałam go poprzedniego dnia, ale i tak nie chciało mi się zbaczać aż tak daleko. Niepewna czy dam radę i czy nie natknę się na jakieś przeszkody poszusowałam po lewej prosto w dół. To była pierwsza możliwość sprawdzenia nowych nart w stromym puchu. Nie wiedziałam nawet czy skręcą jak chciałam. Skręcały! Na gładkim zboczu zarysował się przyzwoity, prawie sinusoidalny ślad. Ciągły, bez przerw i skaz. Jechałam szeroko, zakosami, dość szybko i u podstawy stoku poczułam się mocno zmęczona. Dawno nie jeździłam na nartach, chodziłam, ale to co innego. Bolały mnie mięśnie na udach, ciągnęły łydki. Kiedy o tym pomyślałam zawahałam się i się wywróciłam. Trudno się wstaje na miękkim, trudno strzepuje ciepły śnieg.

Niżej, z brzozowego lasku wynurzył się dom. Niezły cel, na pewno leżał blisko drogi. Ostrożnie przecisnęłam się między krzakami i dwie wywrotki później stałam na twardym.

Ślad skuterów przekraczał rzekę za drogowym mostem i rozdzielał się na dwa, potem na trzy. Powinnam była zostać na dnie bocznej doliny, a poszłam po śladach, zwykle tak jest, kuszą tylko dlatego, że są. W efekcie minęłam kilka skupisk letnich domków, w poniedziałek już opuszczonych, bez ludzi (a chciałam spytać) i wpakowałam się w letni szlak. Biegł zboczem, trawersem, po skałach. Bardzo trudno się po nim szło. Planowałam przenocować pod dachem. Nie wiedziałam czy to się uda, czy na pewno zastanę otwarte drzwi. Tu nie było już tras DNT, nie było schronisk. Musiałam sobie jakoś radzić sama. Wcześniej wypatrzyłam w necie dwie chatki. Jedna leżała blisko, nad jeziorem, do drugiej miałam jeszcze 4 km. Pogoda znów się zamgliła, świat zmętniał. Próbowałam sięgnąć teleobiektywem do stromizny z moim porannym pięknym śladem, ale bez słońca było za mało kontrastów i wszystkie szczegóły zniknęły w bieli. Jakby wcale mnie tam nie było.

Teraz szło mi upiornie powoli. Trawers był wywiany, śnieg wytopiony. Na skałach musiałam ściągać narty, na lodzie wycinałam piruet za piruetem, aż w dolinie, kilkaset metrów niżej, za laskiem zobaczyłam pierwszą z chatek. Kusząco blisko. Przyglądałam jej się przez jakiś czas tropiąc zawiłości letniej ścieżki, aż w końcu, kiedy się pojawiła możliwość zjechałam. Zadziwiająco szybko znalazłam się znów na miękkim, na puchu. Chatkę otaczała wywiana zaspa, zlodzona i wysoka na metr. Trudno było się z niej zsunąć i potem wyrąbałam stopnie. Drzwi były otwarte, wnętrze przypominało szwedzkie chatki na południu Laponii. Stół, prycze na 4 osoby, piec i skrzynia na drewno. Pełna. Były też świece. Schronik należał do gminy Alen, na ścianie wisiał cennik. 100 koron. Sfotografowałam numer konta na potem. To był miły wieczór, choć wnętrze rozgrzewało się z trudem. Daleko do luksusów w DNT, pomimo tego bardzo mi się podobało i nie żałowałam, że tutaj zjechałam. Zwłaszcza, że letni szlak przy tak słabym śniegu był na nic.

Rano poszłam na wprost, dnem doliny, łagodnie w górę. Teraz już nie tropiłam czerwonych znaków, wypatrywałam zarysów strumieni, krzywizn stoków czy kęp drzew. To było bardziej naturalne, wręcz kojące. Nawet kiedy mój świat znów nakryła mgła. Zagapiłam się i nie zauważyłam, że idę ponad strumieniem. Śniegowy most zarwał się znienacka, bezdźwięcznie i wpadłam do wody. To była szybka rzeczka, bez lodu na nurcie leżała zbita zaspa, głęboka na metr, a jednak zbyt słaba żeby mnie utrzymać. Utknęłam pośród wysokich śnieżnych ścian. W pierwszym odruchu wyszarpałam z koryta pulkę i wyrzuciłam ją wyżej na śnieg. Jeszcze nie zatonęła. Nadal nie dawałam rady się wydostać. Śnieg się osuwał. Zostało mi tylko włożyć rękę do wody i wypiąć narty. Wyrzuciłam je na brzeg kolejno. Buty nie zapadły się, stałam na dnie. Teraz się wygramoliłam.

Rzut oka na mapę- 1,5 km. Rzut oka na pulkę- nie zalana, a przynajmniej nie wypełniona wodą. Przelotna myśl jak mokre są buty -nie bardzo, wydawało się że przeciekło tylko odrobinę, gdzieś pod językiem. 1,5 km to jakieś pół godziny. Pognałam. O tej chatce wiedziałam jeszcze mniej i biegnąc w stronę niewyraźnego zarysu dachu modliłam się żeby była otwarta. Była zawiana. Musiałam odkopać drzwi. Z trudem udało mi się je otworzyć, wewnątrz też leżała zaspa i ją też musiałam usunąć. Drugie drzwi otworzyły się już bez problemu. Wewnątrz stał duży piękny stół i wygodne skórzane fotele. Na ścianie dwie piętrowe prycze, w kącie piec. Wróciłam do przedsionka po drewno, naskrobałam nożem drobnych szczapek, wsunęłam w palenisko zwitek brzozowej kory. Zapaliło się od jednej zapałki. Teraz mogłam spokojnie zajrzeć do butów. Botki były wilgotne, nie bardzo mokre. Wysokie cholewki nie zanurzyły się powyżej brzegu i choć nie są gumowe, to skóra, nie przeciekły. Nalało się gdzieś powyżej otoku z gumy, w szwie od języka.

Rozpakowałam torbę z pulki, było troszkę wody na dnie, też niedużo. Porozkładałam do suszenia rzeczy, mokre jak flak linki, mokre foki, torbę.

Przez dwie godziny odczytywałam napisy wyryte w stole. Rzeźbiły je całe pokolenia, przez 100 lat. Wyświecony od brudu blat w całości pokryty był nacięciami, wystrzępione , ale wygładzone do połysku były też brzegi. Wyglądało to jak drogocenna rzeźba, jak eksponat z muzeum. Wpisując podziękowania do książki gości napisałam jak bardzo mi się podoba stół. Chatka należała do klubu myśliwych. Byłam im wdzięczna.

Ze dwa kilometry dalej trafiłam na narciarski ślad, który przybiegł z drugiej strony, skrajem jeziora Busjoen, a potem na witki znaczące drogę przez przełęcz. Doprowadziły mnie blisko nartostrady opadającej do szosy w Krokkvollen. Przez moment wahałam się czy nią nie zjechać. Wcześniej myślałam, że da się przejść przez jezioro Arusunden i iść prosto do Roros przez góry, teraz bałam się takiego długiego lodu (ponad 10km). Zdecydowałam, że wolę to ogromne jezioro obejść, więc zostałam na szlaku z witkami. Prowadził po wzgórzach w kierunku Brekken. Wysoko, ładnie. Porzuciłam go przy reniferowych płotach, prawie o zmierzchu. Już po zachodzie zgubiłam się w galimatiasie leśnych dróg, pewnie dojazdów do letnich domków, wyszłam na szosę, odbiłam na coś co miało być nartostradą (może tam byłoby miejsce na biwak) i wróciłam, bo był tylko rozjechany strumień, w który wbił się jakiś entuzjasta skuterów. Dalszą część rzekomej nartostrady przegradzał płot. Zdjęłam narty i pomaszerowałam szosą. Była biała, nieposypana, pulka mknęła za mną prawie bez oporu. Zapadał zmrok, skręciłam do wsi, którą powinna przeciąć zagrodzona wcześniej nartostrada, ale tu też nie udało mi się znaleźć wyjścia. Było już ciemno, musiałam rozbić gdzieś namiot. Gospodarstwo wyglądało na opuszczone, pomyślałam że śnieg jest tu ubity, więc może wcisnę gdzieś namiot. Dla pewności zapukałam do domku. Nie wiem co mnie skusiło żeby spróbować ruszyć klamkę. Drzwi były otwarte. Wewnątrz remont. Pachniało klejem i świeżym drewnem. Było ciepło, był prąd. Podłączyłam telefon, usiadłam, byłam skonana. I tak nakrył mnie budowlaniec. Młody chłopak. Przyjechał coś zmierzyć i na mój widok na szczęście nie padł trupem. Odważny człowiek. Zapytany czy mogę zostać na noc powiedział, że mogę, do szóstej, bo potem przyjedzie ekipa. Pokazał mi jeszcze wygodniejsze gniazdko i miotłę, żebym odgarnęła wiórki z podłogi, powiedział jak wyglądają nartostrady (słabo) i odjechał. Padłam. To był trudny dzień.

Kiedy wychodziłam przed szóstą słońce jeszcze nie wstało. Do nartostrady, którą w tym roku wyratrakowano zostało jeszcze ze 2 km szosą i też ok 2 km po krzakach. Z ulgą skręciłam w narciarski ślad i teraz już bardzo szybko zjechałam 6 km do parkingu. Na mapie do wsi prowadziła nartostrada, w rzeczywistości pług zawrócił przy szosie. Wzdłuż asfaltu zostały nędzne resztki śniegu zmieszane z błotem. Rzeka Glama płynęła niezamarzniętym korytem i podobnie niezamarznięte wydawało się jezioro Aursunden. Przynajmniej na tym końcu. Utknęłam. Zupełnie nie wiedziałam co robić.

Share
Translate »