Irlandia zimą cz11

Wysiadłam niewygodnie. Pod górkę w alei wysokich drzew. Duży ruch, a kierowcy mijali mnie obojętnie, już zwątpiłam kiedy zatrzymała się starsza para. -Wskakuj -zawołali nie zjeżdżając nawet na bok szosy. Za nami zaczął się ustawiać korek. Ktoś trąbił, ktoś stanął żeby nam nawrzucać. Staruszkowie byli niewzruszeni. -To gdzie cię zawieźć? -Gdzie jedziecie?- Gdziekolwiek, jest nam wszystko jedno. Jeździmy dla przyjemności. Poprosiłam o Giant Causeway. Znane miejsce, skąd jak wyczytałam biegł szlak. Martin- bo chyba tak miał na imię kierowca ruszył bez słowa, Maria wróciła do robótki na drutach. To tylko kilkanaście kilometrów. Szybko dojechaliśmy. Zaskoczył mnie ogromny parking, monumentalne wręcz budynki restauracji, toalety… Chcieliśmy jeszcze chwilę porozmawiać. Moi towarzysze zaprosili mnie na herbatę, ale okazało się, że wstęp tylko z biletem. Wstęp do restauracji, bo na szlak można było wejść bez opłaty. Pożegnaliśmy się więc. To byli bardzo mili ludzie. A Droga Gigantów mnie rozczarowała. Paskudny tłok. Uciekłam. Ścieżka prowadziła na zbocze. Z podejścia widziałam kawał pięknego wybrzeża tylko na fragmencie zeszpecony przez ciemne figurki. Nawet z daleka doskonale widziałam co robią- selfie. Było późno. Do nocy biegłam po granicy klifu. Wzdłuż płotu odgradzającego pastwiska, zapewne żeby owce nie spadły. Strona od oceanu była nie odgrodzona, ale na płocie umocowano reling- bardzo rozsądnie. Łapałam się go co jakiś czas. Dróżka wąska na najwyżej metr, bez szans na rozbicie namiotu. Może na mostku ponad szybką rzeczką, gdzie tylko nabrałam wody, bo hałas i wilgoć. Już było szaro.  Więc dalej. Dopiero niedaleko wsi szlak się poszerzył. Ciemność rozjaśniała daleka latarnia. Od klifu oddzielała mnie kępa jeżyn, zasłaniała widok, ale przedzierał się przez nią huk fal. Deszcz bębnił w tropik przez całą noc, ścieżka wezbrała i budziłam się zmartwiona, że mi się naleje do środka. Nie trafiło. Rano minęłam ociekającą ruinę zamku, szlak był tam odrobinę niejasny, druty kolczaste, ścieżki wydeptane przez owce, zalane, rozdeptane. Łany wysokich traw. Trochę kluczyłam. Dobrze było odejść od płotu, zdarzyło mi się nawet o nim zapomnieć. Morze pachniało. Parowało, szumiało. Odsłaniało swoje skaliste dno. Rósł przypływ i co jakiś czas  bałam się, że już mi się nie uda przedrzeć  do kolejnej zatoczki, kolejnej plaży. We wszystkich miejscach, do których był dojazd stały domy. Nie wiem zamieszkałe czy może tylko na lato. Szlak niemal się o nie ocierał. W którymś ogródku przeszłam (niespecjalnie) po grobie psa. Kochanej Sophie… Wydawało mi się, że w domu drgnęła firanka, ale zaraz znów szłam tuż pod klifem, po dnie jeszcze odsłoniętym, pokrytym kępkami wodorostów, wyściółką z glonów. Po skalach spływały strumyczki, terkotały toczone przez fale kamienie. Na moment wynurzyła się foka. Szlak przycisnął się bardzo do klifu, przeszedł jaskinią i znów ślizgałam się po mokrych wapieniach, mijałam wyrzucone na brzeg pułapki na homary, łapałam deszcz spływający z białych skał. Sąsiadowały z czarnymi, wulkanicznymi. Ocean przesiewał czarny i biały piach. Ziarenka nie mieszały się, musiały mieć inną gęstość i zamiast burej szarości plażę pokrywał delikatny rysunek- czarne na białym, poprawiane i cyzelowane przez każdą kolejną falę i rozmywane bezlitośnie przez szybkie rzeczki, które musiałam przechodzić w bród.

Para spacerowiczów. Dwa psy. Wydmy porośnięte szczeciniasta trawą i  wulkaniczne łuki wynurzające się z morza. To tu kręcono Grę o Tron. Znalazłam porcik i pusty parking z toaletą. I wiatę. Schowałam się tam i podeschłam. Nawet ugotowałam herbatę. Fale tłukły się po wulkanicznych jaskiniach. Wpadały z hukiem i wycofywały z cmoknięciem. We mgle jarzył się jaskrawozielony mech. Błyszczał asfalt. W wydmach żyły stada królików. Teren był podziurkowany przez nory i zastanawiałam się czy czasem nie są zalane. Tyle zwierząt kicało na zewnątrz, a przecież deszcz.  

Causeway Coast way prowadziła jeszcze kawałek dalej. Minęłam kościół wyglądający dziwnie złowieszczo, cmentarz tu już bez celtyckich krzyży, i znów wbiłam się w wąski trakt na skraju zbocza. Ogrodzony. Dalej parking, pełen samochodów i mostek wywieszony nad skalną szczeliną przy tym wietrze, pusty, rozbujany. Tam się zgubiłam. Być może szlak biegł dalej szosą, ja próbowałam pójść przez pola, trafiłam na kilka kolejnych płotów, a i tak wylądowałam na asfalcie. Znudził mi się po kilku kilometrach. Na górach leżał świeży śnieg, mokłam, marzłam więc machnęłam na przejeżdżający samochód. Dwóch mężczyzn odwiozło mnie wielki kawał, chyba z 50 km na stację kolejową. Być może wcześniej był jakiś autobus, ale chcieli mi pomóc. Tak, jak radzili pojechałam do Belfastu.

Share

Irlandia zimą cz10

Zaraz za miastem zgarnęła mnie czwórka Amerykanów w wynajętym samochodzie, ledwo się wcisnęłam z plecakiem. Młodzi farmerzy. Dwie zakochane dziewczyny, planowały prowadzić razem gospodarstwo i dwóch chłopaków z przodu. Co jakiś czas jeden z nich puszczał bąka i dziewczyny krzyczały- Jerry! Szyby zaparowały i niewiele pamiętam z tej trasy. Jechaliśmy w stronę najwyższych w  Irlandii klifów. Wbiliśmy się w jakąś polną drogę, dość wysoko. Chciałam wysiąść, bo stamtąd mogłabym już iść, ale wiatr nie dał nawet otworzyć drzwi. Zjechaliśmy, był też niższy szlak. Pożegnałam się, farmerzy szukali większej grupy, z którą umówili się na wycieczkę. Nie wiem czy doszła do skutku. Szłam wzdłuż wybrzeża przez kilka kilometrów. Równolegle do szlaku biegła droga i czasem ktoś nawet nią jechał. Prowadziła pewnie na punkt widokowy, ale nie udało mi się aż tam dojść. Wiało upiornie, zrywało pióropusze wody z jeziora, czesało posklejane kępy traw, bujało mną i bojąc się, że ścieżka za wąska zeszłam na asfalt. „Byle do skał” myślałam sądząc, że tam się schowam. Ale nie. Wiatr kręcił, tuż przed nosem przetoczył mi się wir wyrwanych traw uzbrojony foliowymi workami. Zatrzymał się samochód,  przecież stałam na środku drogi… Uprzejmy człowiek otworzył drzwi i z siedzenia wyfrunęły chustki do nosa, jakieś papiery… patrzyliśmy jak się wznoszą nad klif. Bezradnie. Wskoczyłam do środka, samochód trochę się bujał, ale prawie się w nim nie czuło wichury. Panowie, ojciec i syn, Anglicy, jechali przez jak najdziksze drogi wspominając czasy kiedy spędzali tu każde lato (a syn, teraz posiadacz eleganckiej rudej brody był mały). Przewieźli mnie wysokimi pagórami, tak sobie wyobrażałam Szkocję. Pusto i wietrznie. Maleńkie farmy, zmarszczone jeziora, i mgła. Krajobraz coraz bardziej górski, wodospady… przegapiliśmy mój skręt! Wróciliśmy i kawałek, kilka kilometrów przeszłam szosą, bo nic się nie chciało zatrzymać. Zgarnęli mnie elegancko ubrani Irlandczycy. Wracali z pogrzebu. Wysiadłam u wylotu doliny prowadzącej do Parku Narodowego Glenveagh. -Już za późno- powiedziała kobieta w informacji, podejrzanie biała blondyna. Ostatni autobus odjechał. To nic, nie chciałam autobusu- zamek też będzie zaraz zamknięty- to nic-powtórzyłam, zobaczę park. Kiedy tam doszłam zbaczając przy okazji na wszystkie potencjalne biwakowe miejsca (bez wyjątku zalane) obsługa pakowała się już do odjazdu. -Mogę jeszcze popatrzyć?- zdążyłam spytać. -Jasne- jak długo mogę tu zostać? -Ile chcesz- a do rana?- zaryzykowałam- mam namiot. -Możesz -uśmiała się rumiana kobieta. Zajrzałam jeszcze do kawiarni, już zamykanej, kupiłam herbatę, ale mi nie pozwolono zapłacić. Już zamknięte. Dołożyli  jeszcze wodę i ciastko. I za moment zostałam w parku sama. Chodziłam po nim aż do ciemnej nocy. Jest podzielony na mniejsze ogrody, włoski, francuski, dalekowschodni, japoński, warzywnik… Oddzielone żywopłotami, pełne bramek i drzwi, które z daleka zawsze wydawały mi się zamknięte, ale otwierały się pokazując kolejne miejsca. W błękitnym świetle zmierzchu park wyglądał magicznie, w ciemności zaczął mnie straszyć. Tyle tam było przerażających rzeźb, tyle szelestów. Na jeziorze wysoka fala. Rumor w koronach starych drzew. Jeszcze przed nocą wybrałam najbardziej osłoniętą altankę- schowaną w bambusowym gąszczu. Rozwiesiłam w niej pałatkę i budząc się nocą słuchałam jak deszcz bombarduje sztywne liście bambusa, jak pluszcze w bardzo bliskim stawku, jak łupie w dach. Tak naprawdę było tam też cieplejsze miejsce- ogrzewana i oświetlona toaleta. Zastanawiałam się czy Agnieszka by jej nie wybrała… Rano jeszcze pochodziłam po parku. Był tylko mój. Chociaż to zima kwitły pierwsze rododendrony, kępy ciemierników. Przestrzenie pomiędzy falującymi bukszpanowymi żywopłotami wypełniały przebiśniegi, bergenie. To pewnie nie był najlepszy czas dla tego ogrodu, ale mi się podobał. Zanim obsługa wypakowała się z pierwszego autobusu ruszyłam szlakiem przez górę Gartan. Biegł ponad lasem- chronionym, bo naturalnym, dębowym (żyje w nim największa w Irlandii populacja jeleni, pewnie to aż kilka sztuk) i szybko pojawiły się piękne widoki, białe góry, kilka wzburzonych jezior. Park narodowy jest maleńki, skończył się za drugą granią. Zeszłam do wsi. Po drodze przeleciał marznący deszcz. Na parkingu stała kobieta w kominiarce. -Bardzo wieje? -Spytała- bardzo.- Jak się nie boisz zawiozę cię do Church Chill- czemu miałabym się bać rowerzystki? Church hill było ładną wsią, biały bar i biały dom pogrzebowy, oba zamknięte. Z kościelnej piwniczki (też bielonej) buchała para- nie wiedziałam co to oznacza, ogrzewanie? Słońce przeświecało na wylot zielone liście, błyszczały wymyte pastwiska. Przeszłam kilka kilometrów zanim zabrały mnie dwie kobiety. Wracały z irlandzkojęzycznego spotkania. Zadowolone. Zrozumiałam, że powstała grupa zainteresowana rodzimym językiem. Jedna z pań wysiadła, ja dojechałam do Letterkenny. Miasteczka z gotycką katedrą, z którego było bardzo trudno wyjść. Już z obrzeża zgarnął mnie mężczyzna w obładowanym samochodzie. Okazał się organizatorem wspomnianego spotkania. Odwiózł mnie aż za granicę do Londonderry. Śpieszył się na demonstrację wspominającą zamordowanych przez policję narodowców, chyba już ze 30 lat temu. Ale może coś źle zrozumiałam. Północna Irlandia wyglądała inaczej, wszystko było tam bogatsze, domy większe, samochody nowsze. Na szosie korek i zapach spalin, już zapomniany. Stanęłam na zakręcie, w ciasnej zatoczce i niemal natychmiast zatrzymała się dziewczyna, jak powiedziała, bo stała policja i myślała, że trzeba mnie przed nią ratować. Była lekarką i starała się mnie odwieść od autostopowania. -Kto to widział, przecież to niebezpieczne! Nie chciałam spędzić moich ostatnich dni w Irlandii z nią i jej chłopakiem na plaży. I chyba było jej z tego powodu przykro.

Share