Góry Gomborskie

<—Był upał. Niemcy, z którymi przyjechałam z Udabno wysadzili mnie przy ruchliwej szosie. Skręciłam. Szłam wśród zaniedbanych podwórek, bezpańskich psów, winorośli zarastającej całe domy. Droga gruntowa, koleiny wypełnione błotem, dzieci wracające ze szkół w białych koszulach. Przede mną zalesione pagórki. Nie pamiętam już kto mi o nich powiedział. Szukałam trasy na kilka ostatnich dni. Na byle jakich mapkach, rozdawanych przez informacje turystyczne wypatrzyłam przejście z Sagaredżo do Telavi. Nie byłam pewna czy zdążę i czy w ogóle się da. Rozpływałam się w upale, pierwszym jaki dotknął mnie tego lata. Maj w zachodniej Gruzji był zimny, marznąc przez kilka tygodni marzyłam, że się ogrzeję w Kachetii, teraz nie rozumiałam o co mi chodziło. Droga dłużyła się.  Sagaredżo wcale nie było blisko więc widząc zwalniający autobus wskoczyłam pomiędzy odświętnie ubrane dzieci. -Skąd się tu wzięłaś- wypytywał ze zdziwieniem kierowca. Spytałam o góry. Nie rozumiał co mnie do nich ciągnęło, ale potwierdził, że tak, są ładne.  Opowiadał, że miejscowi spędzają tam wakacje, że chłód i klimat dobry dla dzieci. -Popatrz- wystawił ramię za okno – widzisz ten czerwony domek?  Nie widziałam, ale wysiadłam tam gdzie mi wskazał. Nie wziął pieniędzy za przejazd, nie chciał- jesteś gościem- usłyszałam już kolejny raz.

W sklepiku na rogu kupiłam słonecznikowe ciastka i ser. W pośpiechu ugryzłam kawałek  i ruszyłam we wskazanym kierunku. Znów pylista gruntowa droga, zaniedbane obejścia, psy… -Woda!- pomyślałam przytomnie mijając źródło (czy raczej coś wypływającego z kranu). Napiłam się, nalałam do butelki. Zainteresowałam sobą ludzi.

-To nie tu-powiedziała niska blondynka ciągnąc mnie w bok na inną ulicę. Tu być może i da się przejść, ale jak nie wiesz gdzie, nie trafisz. Idź drogą. Ile kilometrów przechodzisz na godzinę? – 4 -powiedziałam zbyt szybko. -To zdążysz, to 17 kilometrów, a do zmroku jeszcze cztery godziny. Tam na hali nikogo nie ma, tylko pasterze. Dobrzy ludzie z naszej ulicy. Jakbym znała ich numer zadzwoniłabym i by po ciebie wyszli. Nie chodź po zmroku, bo wilki, idź szybko zdążysz przed nocą…- Ja jestem Ruska, nie lubicie nas- rzuciła jeszcze i zanim zaprotestowałam odeszła. Korpulentna, szybka, zaczerwieniona na twarzy, w średnim wieku. Nie zdążyłam powiedzieć, że te 17 kilometrów przecież pod górę. -Zaprę się- pomyślałam i ruszyłam.  Do podejścia było 1300 metrów. Idąc w moim normalnym tempie potrzebowałabym na to jeszcze 4 godziny. Razem osiem. W połowie, na niżu jest źródło powiedziała mi wcześniej Rosjanka. -Niż to pewnie dolinka-myślałam dodając w myślach dodatkowe metry wejścia i zejścia.

Początkowo szłam bardzo szybko. Las był niski, w zasadzie tylko krzaki. Pistacje, perukowce, dużo kwiatów. Droga szeroka, gruntowa, lekki przewiew, sucho. Czym wyżej tym wyższy las, tym gęściej, wilgotniej, bardziej duszno. Zakręt z zakrętem. Niewielkie nachylenie. Dam radę, pocieszałam się, to jak po płaskim. Na „niż” dotarłam po dwóch godzinach- planowo. Błoto, pokrzywy, gąszcz. Duszny, przesadnie słodki zapach – azalie pontyjskie. Zatrzymałam się nasłuchując wody i nagle poczułam się słabo. -To z głodu- pomyślałam i spróbowałam zjeść. Jeszcze gorzej. -Nie mam czasu, muszę iść- zdecydowałam, ale moje tempo drastycznie spadło.  Las ciemniał, na niebie pojawiły się burzowe chmury. Ciemny, ponury tunel z drzew, bez końca.  Już po zmroku zobaczyłam przed sobą domek.  Wydawał się bliski, ale dystans się długo nie zmieniał. Na hali dopadły mnie psy. Stanęłam. One usiadły. Jeden nie wytrzymał wstał i zaczął zajadle szczekać. -Zabierzcie psy!- krzyknęłam po polsku bez nadziei. Zabierzcie sobaki! Po drugiej stronie dolinki pasterze zaganiali do zagrody stado krów. Jeden odwrócił się, podniósł dłoń i pies, który nie szczekał odszedł. Był biały, gładki musiał ważyć z 50 kg. Drugi- siwy Kaukaz nie słuchał. Wiedział oczywiście, że ma mnie puścić, nie byłam wilkiem, ale było mu żal. Pasterz krzyknął. Pies  ruszył, oglądając się za siebie i wracając co kilka kroków. Stałam dopóki nie odszedł kilkaset metrów. -Myślałem, że idzie do nas jakiś chłopiec- powiedział mi rano Boria, starszy z pasterzy.

Domek, który widziałam wcześniej był na górce. Nie miałam siły już wyżej wejść. Droga trawersowała stok. Po drugiej stronie stało kilka budynków. Zostałam w pierwszym, który miał drzwi. Drzwi, potem solidne kraty, też w oknach. Wewnątrz łóżko zbyt krótkie dla mnie. Położyłam się na drewnianej podłodze I obudziłam w środku ciemnej nocy. Było mi niedobrze. Toaleta daleko, przy linii drzew. Nad przeciwległym stokiem burza. Kiedy wróciłam latarka oświetliła dziwny obrazek. Nalepkę przyklejoną nad futryną pokoju gdzie spałam. Wydawało mi się, że jest w niej coś diabelskiego. Wystraszyłam się i nie myśląc (kto myśli w przerwach pomiędzy rzyganiem) odpaliłam palnik i ją spaliłam. Zagrzmiało, pioruny biły gdzieś bardzo blisko, burza zawisła, przyklejona do szczytu. Deszcz nie przyszedł. Obudziło mnie -„zdrastwujtie” i delikatne pukanie do drzwi. Wstałam, otworzyłam. Mężczyzna z psem. Pod światło. Prostitie powiedziałam i wyrzygałam się tuż przy schodach.- Spokojnie. Co zjadłaś? Dlaczego do nas nie przyszłaś wczoraj? Nie chciałem już chodzić po ciemku, dlatego przeszedłem dopiero teraz. Masz wodę? Piłaś? Musisz pić. Połóż się, pośpij, przyjdę za kilka godzin. Jak nie przejdzie, mamy lekarstwa.

Rzygałam przez cały dzień. Byłam słaba, kręciło mi się w głowie, czułam się jak przy chorobie wysokościowej-absurd na tysiącu ośmiuset metrach. Gotowałam wodę, piłam łyk i wszystko zaczynało się od początku. Zeszłam do pasterzy, ale musiałam wrócić. Najlepiej mi było na leżąco, bez ruchu. Boria zajrzał do mnie potem jeszcze raz. Przyniósł wodę.- Muszę jechać -straciłem konia, był taki piękny, młody, może uciekł poszukać żony- powiedział wskakując na gniadego konika, bez siodła.

Po południu znów spróbowałam zejść do pasterzy. Boria z  synem doili krowy. -Nigdzie nie idź. Odpocznij, zostań kolejną noc. Tędy nie da się iść do Telavi. To długa droga, pogubisz się, wszędzie wilki- tłumaczył, chociaż i tak bym nie poszła. Mdliło mnie nawet na widok jedzenia. Nie miałam sił. Dałam się namówić na spacer do domku na górze. Okazał się cerkwią. Nową, jeszcze nie całkiem wykończoną wewnątrz. -Letnicy postawili, teraz jesteśmy tu sami, ale latem przyjedzie kilkadziesiąt osób. Boria zapalił świeczkę. Musiałam usiąść. Przy każdym ruchu kręciło mi się w głowie. Kiedy wróciłam do siebie na ścianach, nad drzwiami, nad  oknami, pod sufitem wisiały te same podejrzane obrazki. Były wszędzie. Nie wiedziałam jak mogłam je przegapić.  Byłam pewna że wcześniej był tylko jeden. Może się mnożyły… Teraz w świetle dnia widziałam, że jest na nich krzyżyk. Pod nim piszczele i trupia czaszka. Hmm… może spaliłam święty obrazek… Postanowiłam już niczego nie ruszać. Zasnęłam na kilka godzin przed nocą. Obudził mnie szelest. Zamarłam. Ciemność. Cisza, potem drugi szelest…

-Katja, wszytko w porządku? Dobrze się czujesz? Wziąłem psy, bo podchodzą wilki. Mamy cielęta, co roku nam tu coś zjedzą. Zeszłej wiosny zabiły dorosłą krowę. Boisz się? Jak się boisz to z tobą posiedzę. Pokręciłam głową. -To nie wychodź i zamknij dobrze drzwi. I pij wodę. Musisz pić dużo wody. Odprowadzę cię jutro do Sagaredżo.

Kiedy zeszłam do pasterzy rano nie byli sami. Na halę wbiegł trenujący maratończyk, przyjechali panowie z drewnem. Boria był zajęty rąbaniem. -Widzisz zastanawiałaś się co my tu jemy, a tu nas ktoś ciągle odwiedza  i coś przynosi. Goście rozwijali papiery z tłustym mięsem, kroili ogórki i pomidory. Był ser, wino i chleb. Uciekłam, bo znów mnie zemdliło. Boria podarował mi ziemniaki- sam je sadziłem nie ma w nich nic szkodliwego, spróbuj coś zjeść. Ugotowałam, zjadłam, wypiłam wodę. Wczoraj połknęłam nifuroksazyd. Chyba zadziałał, bo czułam się lepiej.

Boria pokazał mi inną, znacznie krótszą drogą. -Prosto w dół, nigdzie pod żadnym pozorem nie skręcaj. A o wilki się nie martw. Wszystkie są tutaj. Przy chatce pasły się dwa konie. Ten zagubiony poszedł do innych pasterzy, przenocowali go i nakarmili.  -Mamy 80-krów., opowiadał Boria z dumą Robimy sery, żona ma sklep w Sagaredżo. Córka jest anglistką uczy w szkole. Syn tu ze mną już od 15-tu lat. Chciałem kogoś zatrudnić, ale nikt nie chciał. Wolą siedzieć, klepać w smartfony i narzekać, że nie ma roboty.

-A tu wolność, nad nami tylko błękitne niebo-przerwał syn, zwykle małomówny. Nie zapamiętałam jego imienia. Tylko te słowa. Ciekawa byłam jakie skończył studia. Co robił zanim zamieszkał na hali. Nie spytałam. Oni też mnie nie wypytywali. W przeciwieństwie do większości wcześniej spotkanych ludzi byli absolutnie zadowoleni z życia. U siebie, na właściwym miejscu.

 

Share

David Garedża

Upał, tłok, harmider dworca w Tbilisi. Rustavi- przemysłowe, pamiętające lepsze czasy. Gardabani, rozpalone, wyschnięte na wiór. Mapa zapowiadała tu rezerwat przyrody, szlaki. Nie wiedział o nich dosłownie nikt. Policja zbyła mnie (nawet po angielsku)- jak to pieszo? przecież się nie da. Tabun taksówkarzy nieodmiennie chciał mnie wywieźć do David Garedża i żądał za to 80 lari. Namolnie jakby to nie była uprzejma Gruzja, więc oganiałam się od tych propozycji jak od much. W końcu skwerek, butelka z lodowatą wodą- prosto ze sklepu. Uff…
-Zawiozę cię za 40 lari- usłyszałam zza ramienia.- ale ja naprawdę chcę pójść- nie przejdziesz, nawet nie znajdziesz drogi,  to ponad 30 km, bez ludzi i co gorsza bez wody. To rzeczywiście był mocny argument. Przekonał mnie. Zrobiło się popołudnie i do nocy bym nigdzie nie doszła. Nie wiedziałam, że nawet z trudem dojadę. Najpierw zatrzymał nas żołnierz. -Droga zamknięta- strzelamy na poligonie- jak długo- nie wiem, nikt nie wie. Posiedzieliśmy z wojakiem chyba z godzinę, potem taksówkarz zaczął się niecierpliwić. -może wróć, a ja sobie pójdę- sugerowałam, ale żołnierzowi nawet się to nie mieściło w głowie. Wilki. Codziennie nam tu podchodzą pod garnizon. Oni gołodnyje… Wróćmy, zawiozę cię jutro rano- zdecydował taksówkarz. Wsiedliśmy i zaraz trafiliśmy na jakiś samochód. Pasterze, powiedzieli, że znają inną drogę. Długo pruliśmy przez trawy starając się ich dogonić, w końcu zgubiliśmy. Byli szybsi, mieli napęd na 4 koła, nowe auto. Na jakiejś górce utknęliśmy na dobre. Wysiadłam, podkładałam kamienie pod koła. Taksówkarz wracał, rozpędzał się i znów zsuwał w dół. W końcu podjechał. -To moja wina, dałem za dużo gazu i zalałem- widziałam, że ta jazda sprawia mu satysfakcję. Jeszcze raz myśleliśmy, że nie trafimy, nawet powiedziałam, że stamtąd już znajdę drogę, przez skały, które samochód musiałby odjechać, ale kierowca ani myślał mnie wypuścić. -Dowiozę cię. Słyszałaś przecież, że wilki. Do tego żmije…

Na stepie, nad górami w kolorowe paski siedziała burzowa chmura. Strugi deszczu siekły gdzieś za horyzontem, może w kominy Rustavi. Szybko podaliśmy sobie dłonie przed monastyrem. -Uciekaj bo deszcz- nic nie szkodzi, trafię, teraz już znam drogę do domu…. Zostawiłaś kapelusz! Tak naprawdę to go zostawiłam specjalnie, był, ogromny, prawie jak parasol i na wietrze trudno było go utrzymać na głowie. -Przywiąż czymś- bez niego usmaży cię słońce. Rano na pewno będzie wielki upał. Posłusznie zabrałam słomiany krąg kupiony od jakiejś babci w Tbilisi. Dość zabawny.
Do nocy zwiedzałam słynny klasztor. Leży na skałach w bardzo pięknym miejscu. Na granicy z Azerbejdżanem. Plecak zostawiłam paniom od toalety- najładniejszej jaką widziałam w Gruzji. Przyjemność użycia jej kosztowała 70 groszy i głupio mi było słuchać jak polska wycieczka narzeka, że to za drogo. Poza tym rodacy byli mili. Zwłaszcza księża, z którymi zamieniłam kilka słów. Prawosławni, przejęci wizytą w świętym miejscu. Przeszli tylko przez dolny klasztor, ja uzbrojona w górskie buty wdrapałam się też na grań, do jaskiń i widoku na stepy Azerbejdżanu. Zbocza zarastały morza kwiatów. Dyptamy jesionolistne, len, pistacje, krzewy, które znamy z ogrodów, tu naturalne i dzikie- irgi, perukowce, suchodrzewy. Wszystko to świeżo zroszone deszczem (mnie też zmoczyło), pachnące.
-Czy mogę gdzieś postawić namiot?- odważyłam się spytać po powrocie. – Oczywiście. Tam na górce jest równa trawa, wczoraj też jeden tam stał.
Przez całą noc pilnowały mnie 3 psy, wspaniałe, bardzo przyjazne, ale tak głośne, że prawie nie spałam. W wyobraźni widziałam jak odpędzają wilki i w końcu (przyznaję, stchórzyłam) wyniosłam się do pustej kanciapki, gdzie jak widziałam panie przechowywały wcześniej mój plecak. Zmieściłam się tylko po przekątnej, o świcie wróciłam na swoje miejsce w namiocie, a zapytana jak minęła noc- powiedziałam- świetnie!

Ruszyłam wcześnie. Zanim przyjechali turyści. W porannym świetle, wśród falujących traw. Odprowadził mnie jeden z psów, aż się martwiłam czy nie za daleko. Droga do Sagaredżo- jedyna, którą panie uznały za wystarczająco bezpieczną żeby iść, była gruntowa, czasem wysypana kamieniami. Widziałam jak na mój widok ucieka z nich jakiś wąż. Gruby na kilka centymetrów i długi na ponad metr.Nie zdążyłam go sfotografować. Udało mi się tylko z żółwiem, którego spotkałam potem. W międzyczasie minęłam stado. Wystraszyłam się pasterskich psów, porozmawiałam chwilkę z młodszym pasterzem. Standard- dlaczego idziesz, ile masz lat, nie uwierzę! Do tego bezczelne męskie spojrzenie, które tyle razy doprowadzało mnie do wściekłości, a teraz rozśmieszyło. Chłopak  był z Azerbejdzanu. Z rozrzewnieniem mówił- pojedź,  tam jeszcze piękniej.
W Udabnie skończył się dziki step, góry wypłaszczyły. Wieś z daleka wyglądała pięknie, równe rzędy identycznych domków- z bliska opuszczonych ruin. W sklepie długo czekałam aż sprzedawczyni mnie obsłuży- każdy kolejny klient był przede mną. Wypiłam piwo w towarzystwie pana smażącego szaszłyki. Pomyślałam, że zjem też obiad, pan powiedział że ok, zrobi i dla mnie, po czym przepędziła mnie sprzedawczyni- nie wystarczy! zaraz przyjadą ważni goście, Francuzi. Przyznam, że żal mi było tego pana, baba krzyczała na niego jak na psa nie przejmując się wcale, że słucham. Nie odkryłam dlaczego ja (klient jak każdy inny) nie mogę skorzystać z restauracji, nic zamówić. Być może mój plecak, mój strój, czy ekstrawagancja nie pasowały do dostojnych gości. Wielkoświatowych francuskich emerytów, jadących jak należy samochodem.

Nie byli pierwsi, Chwilkę przed nimi minęłam stojący autobus. -Rosjanie mrugnął do mnie w tajemnicy kierowca, zabrzmiało jakby się tłumaczył. W Gruzji narodowość miała wielką wagę. Zastanawiającą.

Pomyślałam, że to już koniec dziczy i machnęłam na pierwszy samochód. Niemcy. -Rodzina mojej żony pochodzi ze Szczecina- a mojego męża z Kamieńca Podolskiego- odpowiedziałam wywołując uśmiech. Mili ludzie. Jechali samochodem z Batumi i tak jak mi najbardziej podobały im się zielone pagórki na armeńskim i azerbejdżańskim pograniczu.

 

Share