Armenia pieszo cz19 Karmashen, Herher

Zwykle czuję się obco w hotelach, ten był bezproblemowy. Nie szkodziło, że prosto z gór, że moja dieta. Na śniadaniu (w bufecie dla wszystkich gości) pojawiła się kasa gryczana, były owoce i słodycze zastępujące mi ciastka. Konfitury, jogurt… Znów wyschło nam pranie, byliśmy czyści. I co najważniejsze udało nam się dużo dowiedzieć.

Pomógł pracownik (student zarządzania), pomógł bratanek właściciela hotelu, menadżer i właściciel firmy organizującej wycieczki w góry, głównie terenowymi samochodami, też piesze, rowerowe, nawet zimowe narciarskie. Załamanie pogody, stada wilków, urwiste skały, zbyt długi dystans… Na petroglifach- miejscowej atrakcji  leżał już śnieg. Zdecydowaliśmy się iść grzecznie drogą (jak usłyszeliśmy parszywą, stromą i dziurawą, więc bez samochodów) do Herher przez Karmashen. Menadżer podrzucił nas do Goghtanik, dzięki temu oszczędziliśmy czas i uniknęliśmy uczęszczanej szosy. -Gdybyście mieli kłopoty w tym domu mieszka mój przyjaciel- pokazał, i dla pewności wręczył swoją wizytówkę – jakby coś dzwońcie. Dostaliśmy też mapkę, dokładniejszą niż nasza, z zaznaczonymi miejscami do zwiedzania.  Wyruszyliśmy trochę wystraszeni, ale dystans okazał się krótki. Droga wcale nie zła, rzeczywiście pusta.

Pogoda popsuła się jeszcze przed południem. Świat zszarzał. Zamiast wczorajszego złota błoto i deszcz. W górach śnieg. Mgły, nie wiedzieliśmy naturalne, czy wyziewy z gaszonych przez mżawkę pożarów łąk. Zapach dymu. Księżycowe połacie spalonych wzgórz. Tuż przed Karmashen też lawa z wulkanu Vajots Sar, wplątana w pożółkłe trawy, od deszczu aksamitnie czarna, tak jak ubita z tej lawy droga i mokre krowy na niespalonych zboczach. Potem wieś. Słup dymu, jakaś kamienna wieża, stodoła wypchana słomą po brzeg, kusząca żeby się w niej schować. Mokliśmy, ale minęliśmy ją z nadzieją na lepsze miejsce. Znaleźliśmy daszek, pod nim samochodowe fotele, jeszcze suche. Zanim założyliśmy przeciwdeszczowe spodnie z sąsiedniego domu wybiegła kobieta i zaprosiła na kawę. Zdziwiliśmy się, bo wieś wydalała się pusta i ucieszyliśmy, bo było zimno.

Remont. Zdzierane stare tapety, kryształkowy żyrandol na stołku. Konfitura z fig i jak zawsze złote filiżanki. Gospodarz to dyrektor szkoły. Opowiada nam o Iranie, otwarto granicę więc pojechał spojrzeć jak tam  jest. -Dziewczyny, kiedyś takie jak nasze- w chustach- mówi. -Bieda. Do szkoły w Karmashen chodzi osiemnaścioro dzieci. -Kiedyś było nas 26 w jednej klasie- wspomina mężczyzna gładzący tynki. -Skończę za tydzień- obiecuje- jeszcze przed zimą. Odprowadza nas na koniec wsi, pokazuje ogród. Gąszcz drzew. Buchają kolory. Widzę jabłonie, czerwone teraz liście wiśni, winogron splatający wszystko w jedną całość.- Jestem jak Miczurin -mówi z dumą. A wokół tylko trawy. Suche lub spalone, aż po horyzont. Do Herher jest kilka kilometrów w dół. Droga szeroka, ubita z lawy. Znów ktoś nas zaprasza na kawę. Jest mu przykro, ale odmawiamy. Inaczej nie posuwalibyśmy się wcale. Mijamy wulkan, żałujemy, że nie zajrzymy do krateru, żałujemy, że nie zobaczymy gór oddzielających nas od Dżermuku, ale podoba nam się ten mokry krajobraz. Nie wiemy czemu.

Herher wygląda z góry jak broszka z koralików. Pomarańczowy, czerwony, żółty. Brzoskwinie, wiśnie, jabłonie utopione w dymach czy mgle. Z bliska wszystko to zdominuje błoto. Nawóz, słoma wdeptane w grunt przez zwierzęta. Szukamy sklepu- na pewno ma dach. Kupujemy niepotrzebne rzeczy. Tłumaczymy się. -Chodźcie pokażę wam gdzie jest monastyr- proponuje czarno odziany młody człowiek. Ociągamy się, ale deszcz nie chce się kończyć. Wychodzimy za chłopakiem i wchodzimy z nim w jakąś bramę. Wuj zaprasza do kuchni na kawę. Na stół wędruje wódka, ser i kiszone warzywa. Już wiemy, że niczego się nie przyśpieszy.

Armen był inżynierem, ale jest taksówkarzem w Moskwie. Kiedy zjemy zaprowadzi nas do Saint Sion. Pierwsze wzmianki o monastyrze pochodzą z ósmego wieku. Stoi na klifie ponad kanionem rzeczki. Dość daleko od wsi. W trawach pełno pozarastanych chaczkarów, są podziemne cysterny, groby, kilka kaplic. Nie ma ochrony, ale też żadnych zniszczeń. Poza torbą śmieci, którą Armen weźmie ze sobą. Ale to jak już będziemy wracać. Wcześniej opowie nam o każdym szczególe. Pokaże detale portyku, skobel do drzwi, uszkodzenie dachu, które będzie trzeba naprawić. -Nikt się nie zajmuje ochroną zabytków?- pytam. – W Armenii jest bardzo dużo kościołów, nie da rady znaleźć pieniędzy dla wszystkich. Wracamy, deszcz wdusza w ziemię dymy wsi. Znów siadamy w kuchni, trudno odmówić. -Bo tak w zasadzie to ja tu mam hostel- słyszymy. Jak chcecie to zostańcie na noc.

Było wcześnie, ale zdecydowaliśmy się zostać, zwłaszcza, że Armen z Walczikiem zawieźli nas do jeszcze jednej kapliczki. Maleńkiego monastyru zbudowanego w 12-tym wieku dla jednego mnicha. Do dzisiaj ludzie odwiedzają to święte miejsce z prośbami. -Widzisz na progu jest krew. Leczy egzemy, wcierasz, smarujesz, wszystko przechodzi. Jose patrzy z niedowierzaniem. Na drzewku przyrośniętym do świętych ścian szeleści dekoracja zostawiona tu przez pielgrzymów. Namokłe szmatki i foliowe woreczki, znak: tu byłem.

Share

Armenia pieszo cz17 Góry Wardeniskie

Słońce rozwiewa wszystkie wątpliwości. Wychodzimy w góry, na oko podobne do tych, które przeszliśmy wczoraj. Planujemy jak przechytrzyć śnieg. Łączymy ścieżki , polne drogi, zapomniane już, pozarastane wsie. Mapa niezupełnie przypomina rzeczywistość. Często brniemy w gęstych trawach wypatrując ewentualnych żmij i zastanawiamy się jak by tu było latem. Może i piękniej, ale chyba też bardziej niebezpiecznie, trawy gęstsze, węże mniej senne…

Z góry widzimy domy przy głównej szosie. Dymy z kominów oznaczające pewnie poranną kawę pojawiają się dopiero po ósmej. Tuż po nich nad wieś nadciąga słońce. Zanim dotknie nas idziemy przez chrupki lód, porastający błotniste źródełka. Znad grani, którą przeszliśmy wczoraj wystaje czubek Araratu. Armen mówił, że jeśli szczyt jest goły będzie dobra pogoda i rzeczywiście wstaje piękny dzień. Złote trawy, pełne zaschniętych kwiatów, stromizny, skały co jakiś czas fragment drogi, urywający się bez ostrzeżenia, zarośla śliwek. W końcu chaszcze nie do ominięcia.  Wyciągam telefon i wyszukuję najbliższą ścieżkę. 200 metrów i w pionie pewnie 300, 50 metrów, 2 metry… widzisz coś już?

Potem trawers z dalekim widokiem, ruina wsi, niezła polna droga, idziemy zygzakiem omijając kolejne kaniony. Szybciej byłoby po szczytach, po śniegu. W południe wydaje mi się, że niemal się nie posunęliśmy. Mamy wątpliwości gdzie iść, ale za granią pojawia się dym. -Wieś! -myślimy. Od dymu dzieli nas kanion. Idziemy półką i trafiamy na kamienny mur. Za nim mieszkalna grota. Opuszczona pewnie od kilkunastu lat. -Chodź zajrzyj jaka wygodna- macha Jose zza gęstych pokrzyw, ale boję się zwierząt. „Stary niedźwiedź mocno śpi”… kołacze mi się po głowie jak refren.

Schodzimy do rzeki,  znajdujemy jakieś zalodzone przejście, w cieniu nadal trzyma nocny mróz. Stromo, urwiście potem patelnia, upał. Odcisk kół. O czwartej widzimy dach pasterskiej zagrody. Jest nowa, metalowa, dla krów. W zmarzniętym błocie ślady racic i dwóch niedźwiedzi. Matka i młody. Dym rozwiewa się, wygląda dziwnie. Zostawiamy plecaki i wdrapujemy się na grań żeby wyjrzeć. Płoną łąki, Armen mówił, że to dla nich dobre, tak tu jest. Dym przesłania Góry Karabaskie. Nie widać wsi, być może jest niedaleko, ale na pewno dużo niżej od nas. Decydujemy się tu przenocować, to nic, że wcześnie. Po pasterzach został metalowy schron. Malutki wyścielony sitowiem. Sprawdzamy czy da się go zamknąć na noc- znajdujemy jakąś deskę- niezły skobel.

Miś przychodzi jeszcze przed północą. Słyszę powietrze wciągane nosem, kroki dudnią na zmarzniętej ziemi. -Nie wychodź- mówię do Jose, kiedy zbiera się do toalety. Jose odwraca się na drugi bok i zasypia. Słucham jak niedźwiedź łazi z boku i z tyłu. Może boi się podejść do drzwi. Wiązki sitowia, które uznaliśmy za materiał na materac, mogły być pochodniami do straszenia intruzów. Przysypiam. Budzi mnie ruch pod podłogą. Kuna, może gronostaj, wierci się już do samego rana. Wstajemy na godzinę przed świtem. Po niebie wspina się ślad samolotu- prosto na księżyc.

Share