Gruzja jesienią cz28- koniec

Jeszcze zanim otworzyłam oczy słyszałam deszcz. Drobny szeleszczący, nic takiego. Bez pośpiechu odsunęłam czapkę, która jak zwykle zjechała mi na twarz. Odpięłam zamek. Nad nami przesuwały się bure chmury. Sprawdziłam. Prognoza pogody była zła. Została nam już tylko dwa dni, jeden był potrzebny żeby wrócić na lotnisko. Z drugiem nie wiedzieliśmy co zrobić. Czym dłużnej mokliśmy gotując wodę przed namiotem, czym więcej nad nami przeleciało chmur, tym mniej nam się chciało wychodzić. I tak nie doszlibyśmy daleko, a wokół tylko same wyciągi. Bez śniegu dziwne i strasznie smutne w otoczeniu rozpadających się domków, tymczasowych zbitych z desek budek, gdzie w sezonie pewnie sprzedawano cukierki, herbatę. Patrzyliśmy na nie chyba z godzinę łapiąc stopa. Staliśmy na przystanku, ale nie zatrzymała się żadna marszrutka, jechały pełne już od Kazbegi. Ostatnia zwolniła, a kierowca z nienawiścią pokazał, że trzeba płacić, tak jakbyśmy nie chcieli…

W międzyczasie zdążyliśmy zmoknąć.-Teraz już nikt nas nie weźmie- myśleliśmy, bo mijał nas sznur samochodów- obojętnie. I nagle zatrzymali się Rosjanie. Jak nam się wydawało świeżo po ślubie. Młodzi i piękni, w drogim bardzo szybkim samochodzie. Zwiedzali więc zatrzymywaliśmy się co jakiś czas i my też wychodziliśmy popatrzyć. Już w Gudauri poprawiła się pogoda. Przy twierdzy Anaunari kręcił się tłum. Wysiedliśmy na rynku w Chaszuri, bo Rosjanie skręcali do Borjomi. Może byśmy nawet tam pojechali, było nam wszystko jedno, tylko nad górami znów grzmiała burza, niebo szare, ulewny deszcz. Pomyśleliśmy, że pojedziemy do Batumi. Na mapie wydawało się, że to niedaleko, ale marszrutka to nie szybki samochód. Dojechaliśmy dopiero koło 8-mej. Padnięci.

Przenocowaliśmy w pierwszym z brzegu hotelu- czystym i przyjemnym, chociaż drogim. Poszliśmy jeszcze wieczorem na spacer. Batumi nocą wygląda kosmicznie. Ostatni dzień spędziliśmy w ogrodzie botanicznym. Jeździ tam autobus. Park jest duży i ładny. Znaleźliśmy wyjście na plażę i o dziwo pole biwakowe- nie wiem czy darmowe, ale tak wyglądało. Była niedziela więc oprócz nas spacerowały całe rodziny, grupki weselnych gości z fotografami. Wieczorem znów się snuliśmy po mieście. Batumi jest małe, spokojne. Bogate dzielnice stykają się ze starymi zaułkami, knajpki dla turystów mieszają ze sklepami z używanymi ubraniami, straganami z tytoniem czy kawą. Od morza wiało wilgocią i zimnem.

Odjechałam autobusem (Georgian bus) tuż po północy. Przystanek jest obok drogiego hotelu i niemal wszyscy podróżni koczowali w jego holu czekając. Dzieci spały porozkładane na ławkach, ktoś rozłożył karimatę na podłodze. A obok kasyno. Kryształowe żyrandole, panowie w garniturach, panie w sukniach… Gruzja, jak zwykle na luzie.

Samolot Jose był później więc odjechał rannym autobusem. Wszystko skończyło się jakoś zbyt nagle, zbyt szybko.

Share

Gruzja jesienią cz27

Rano nie było śladu po nocnym deszczu. Może…lekka mgiełka, pięknie rozświetlana przez słońce. Czy troszkę gradowych kulek na piachu. Było nam szkoda zakazanych gór. Wyglądały wspaniale i idąc na wschód, z żalem, co i rusz oglądaliśmy się za siebie. Na krańcu jeziora Kelitsadi znaleźliśmy kopczyk, potem co jakiś czas też trafialiśmy na znaki. Zginęły nam za niską przełączką. Szliśmy jęzorem skruszałej lawy. Spływał do pięknej doliny, przeciętej korytem rzeki- zupełnie suchej. W stronę Gudauri opadał kanion, czarny, urwisty, częściowo wypełniony wiecznym śniegiem. Z trudem się powstrzymaliśmy, żeby tam nie zejść. -Wiem, obiecałam… Więc w górę, po skalnym rumoszu miejscami bardzo stromym i kruchym. Do podejścia było kilkaset metrów, nie tak dużo, ale jednak zajęło czas. Kluczyliśmy szukając solidniejszego podłoża. Dla mnie były nim duże głazy, skakałam, dla Jose piarg i grunt namokły po deszczach. Obsuwało się to oczywiście, męczyło. Pod przełęczą zrobiło się na moment stromo, potem coraz bardziej płasko. Obchodziliśmy wielką czerwoną górę. Przełęcz długa i ośnieżona, czym dalej tym więcej nawianego śniegu i zasp. Potem łupki skruszałe jak azbest, postawione pionowo przez jakiś dowcip natury. Otworzył się wspaniały widok. Na zwężeniu, jakby wyjściu z tej dziwnej przełęczy stał kopczyk. Zeszliśmy piargiem w kociołek z widokiem na lodowiec. Nie spodziewaliśmy się, nie było go na żadnej mapie. Był przyprószony głazami, przyszarzały, wtłoczony pomiędzy urwiska pionowych skał. Pięknych jak Dolomity, tylko dzikszych. Jakby powstały niedawno. Siedliśmy tam i stopiliśmy garnek śniegu. Skończyła się woda, a wszędzie było zupełnie sucho. Żałowałam potem, że nie zrobiliśmy zapasu. Aż do wieczora nie znaleźliśmy już nic do picia. Nie było nawet kałuży czy bagna.

Zejście powolne po głazowisku z czerwonych skał. Przed nami mur czterotysięczników i Kazbek, początkowo skryty w chmurach, pod wieczór zupełnie goły. Dolina rozdzieliła się. Szlak na naszym wydruku schodził skalnym korytarzem po lewej, ale spodobała nam się zarośnięta kotlinka i poszliśmy w prawo. Była tam śliczna hala otoczona z każdej strony murem gór- płaska, wyścielona złotym trawami jak bombonierka. I chociaż nie było odpływu, woda uciekła. Nie znaleźliśmy tam nic mokrego. Trudno też było odkryć jak wyjść i trochę się tam grzebaliśmy.

Próg dolinki był stromy. Łaziliśmy wzdłuż urwiska jakiś czas aż wypatrzyliśmy owczą ścieżkę. Zwierzęta wydeptały zakosy w piargach i trawach, a niżej chyba rozbiegły się w tyralierę, bo szlak znikł. Zsunęliśmy się ostrożnie do drogi. Była na mapie i stał na niej jakiś samochód. Jak się okazało z bliska kempingowiec. Para Niemców z dwójką małych dzieci. Poczęstowali nas jabłkami i napoili. Mieli zamiar jechać górą do kanionu Truso, ale ich samochód nie dał rady. Byli w niekończącej się podróży- taki styl życia. Miło było z nimi porozmawiać. Zbiegliśmy stamtąd już po zmroku, dość beztrosko i dość niefortunnie. Rzeka, którą wypatrzyliśmy na mapie okazała się sucha. Domy, jak nam się wydawało opuszczone- zamieszkałe, szybko wypatrzyły nas psy. Baliśmy się podejść i spytać o wodę. Było ciemno. Nie wiedząc co robić szliśmy w dół. Trafiliśmy nawet na mokrą rzekę, ale tam z kolei nie było miejsca na namiot. Po horyzont (taki, jaki wymacaliśmy latarką) ciągnęły się otoczaki. Dalej jakby więcej trawki (nadal na kamieniach), ale znów dom i stado czujnych psów. Uciekliśmy na drogę, przeszliśmy może z kilometr i zabrał nas jakiś samochód. Robotnicy leśni powiedzieli, że w Kobi jest hotel. Wysiedliśmy przed ciemnym budynkiem. -Jaki hotel… jak namiot to na podwórku. Tak, dam wodę.

Było mi żal, że nie zostaliśmy w górach.

Share