15 października o 12-tej

Jutro w samo południe pokazuję zdjęcia w Strefie Kontynentów na World Travel Show w Nadarzynie. Przygotowałam zestaw bardzo osobistych fotografii uzbieranych podczas ostatniego roku. Nie znacie ich. Tylko kilka opublikowałam przy jakiejś okazji na blogu, inne na mojej fotograficznej stronie. To cykl, nad którym pracowałam przez rok, od wyjazdu w Breheimen- Reinheimen z Lidką, przez wrześniowo październikowe Alpy z Jose, listopadowe Pireneje, grudniowo- styczniowe Alpy Apuańskie, marcową Laponię i czerwcową Islandię. W sumie 4 miesiące, 2000 km pieszo, wszystkie pory roku z przewagą zimy. Zależało mi na opowiedzeniu o tych miejscach wizualnie, w miarę możliwości bez słów.

Czy to się udało okaże się jutro. Zapraszam Was wszystkich, szczególnie tych, którzy są blisko. Do Nadarzyna jeździ bezpłatny autobus z Dworca Centralnego w każde pełne pół godziny. Rozkład jazdy jest na stronie targów.

Jestem upiornie przeziębiona więc bardzo proszę trzymajcie kciuki.

Strefa Kontynentów- 14-16 października w Nadarzynie

14-16 października będę w Nadarzynie w Strefie Kontynentów na World Travel Show. Mamy tam swój kącik, zabiorę wszystko co mi przyjdzie do głowy i to o co mnie poprosicie (dlatego piszę o tym już teraz). Chciałam opowiedzieć- jeśli się uda w formie warsztatów- o problemach, które najczęściej poruszaliście na blogu:

1-o tym jak się spakować na każdy możliwy wyjazd (przygotuję się na wszystkie zbadane przeze mnie okazje, od łażenia po górach wiosną, latem jesienią i zimą, przez wyprawę polarną, nurkowanie, narty  (i te) , autostop, wyjście z psem… i co tam zechcecie ( o ile wiem) :)). Jak zwykle postaram się wybrać i zademonstrować absolutne minimum.

2- jak się ubrać żeby nie marznąć. Opowiem o wszystkich interesujących przypadkach przy dużej aktywności i w bezruchu. Postaram się pokazać na przykładach, o ile tylko się znajdzie ochotnik:)

Nie byłam jeszcze na takim spotkaniu więc nie wiem jak to technicznie zorganizować. Myślę że mogę powtarzać warsztaty o ile zbiorą się chętni, bo umówienie się na konkretne godziny może się w praktyce okazać trudne. Program imprezy jest bardzo bogaty, będzie sporo sławnych ludzi i mnóstwo bardzo ciekawych spotkań.

3- będę podpisywać Wędrówki Pirenejskie.

Poza tym wszytskim w sobotę w samo południe pokażę zdjęcia, nad którymi pracowałam przez ostatni rok. Publikowałam je w międzyczasie w kawałkach na Peronie4, na facebooku, na blogu. Teraz mam wrażenie, że już tę serię skończyłam, że pokazałam wszystko co chciałam, ale ponieważ nikt tego jeszcze w całości nie oglądał, trochę się oczywiście stresuję.

Bardzo liczę na to, że przyjdziecie i mnie wesprzecie. Do zobaczenia!

 

 

Alpy Nadmorskie cz16

Na prośbę Barsusa zaczynam od końca (poprzedniej relacji :)).

Jose wyjechał, a wraz z nim znikł nasz grupowy zdrowy rozsądek. Znudzona wycieraniem nosa ubrałam się w Polarną, Costabonę i dziurawą pelerynę i wierząc święcie, że nie przemoknę wyruszyłam do Vinadio przez góry. Pan w osterii zatrzymał mnie na chwilkę przy wyjściu. Wypytał o katar i o trasę. Pokręcił głową, że bardzo późno. Przy tej pogodzie i tym plecaku to na pewno zajmie więcej niż 7 godzin- pocieszył mnie. Już w drzwiach wręczył mi wizytówkę z dopisanym długopisem numerem- 118. Na szczęście przez cały czas powinna być sieć. Nie sprawdzałam czy jest. Zapakowałam telefon głęboko, żeby nie zamókł i przez jakąś godzinę podchodziłam przez ociekający las.  W malutkiej i opuszczonej wioseczce Santa Anna Chiardoletta napiłam się wody i zjadłam jakąś landrynkę. Trudno było cokolwiek wyciągać spod płaszcza nakrywającego plecak i mnie. Rękawy od Polarnej były wilgotne. Było mi za ciepło, ale już kilkadziesiąt metrów wyżej zaczął się śnieg. Ścieżka gubiła mi się wielokrotnie. Widoczność była wybitnie mizerna. Troszkę kluczyłam. Na przełączce Chiardoletta prawidłowo zidentyfikowałam odejście szlaku (był solidny drogowskaz) i potem znów gubiłam go co i rusz idąc coraz bardziej eksponowanym trawersem. Były chwile, kiedy chciałam wrócić. Zbocze wyglądało groźnie. Strome skalne balkony, pokryte kilkanastocentymetrowym śniegiem, coraz grubszym z wysokością. Gęsta mgła. Na przełęczy brnęłam już w zaspach powyżej pół łydki. Baraki, w których miałam nadzieję się schronić i cokolwiek wypić, czy zjeść były pozamykane. Wiatr wył, śnieg siekł po oczach. Długo szukałam zejścia, które jak wynikało z mapy powinno być dziecinnie proste. Od budynków opadała gruntowa droga. Solidnie już zasypana. Kiedy na nią w końcu wylazłam odkryłam, że jest bardzo późno. Straciłam ze dwie godziny. Trudno było jednak przyśpieszyć. Najpierw głęboki, puszysty śnieg, potem równie głęboka rozmazana ciapa, przyprószona z wierzchu, więc niewidoczna. Czym niżej tym więcej pułapek. Zamaskowane kałuże w koleinach, na przemian miękkie i pozamarzane. Drzewa zwieszone na drogę, przygięte przez niespodziewanie ciężki śnieg zaskakująco wyglądający na złotych i zielonych liściach. Do tego hulający bez przeszkód wiatr i śnieg zmieniający się w marznący deszcz. Szłam w dół wiedząc, że tu na pewno nie przenocuję. Nisko w dolinie kusiła nadal zielona łąka i zabudowania. Okazały się opuszczoną wsią- Neraissa. Pod jakimś okapem zdecydowałam się ściągnąć pelerynę i plecak, i cokolwiek jednak zjeść. Zwykle jem co 3 godziny, a tym razem tylko landrynka. Ściągnęłam mokre rękawiczki i wygrzebałam w plecaku jakiś ser. Wilgotny, tłusty, bardzo zimny. Normalnie pewnie bym coś ugotowała, ale zupełnie nie było warunków. Zjadłam ser i wrzuciłam na siebie klejąca się pelerynę. Sprawdziłam czas i puściłam się biegiem coraz bardziej cywilizowaną drogą. Doliną schodził też znakowany szlak, ale nim na pewno poszłabym wolniej. Tak pokonałam 8 km w niecałą godzinę. Przekonana, że jestem cała mokra nie rozbiłam namiotu na lekko tylko zaśnieżonej, pełnej piknikowych stołów łączce tuż powyżej Vinadio. Pobiegłam dalej i zatrzymałam się u bram miasta. Vinadio to fort. Ma prawdziwe, nocą pięknie oświetlone bramy. Przez jedną z nich przejeżdżał dziwaczny pojazd z przyczepą pełną świeżo zgrabionych liści, a w nim kilkunastoletni chłopak w stylowym kapeluszu. Zatrzymałam się żeby spytać o hotel i w tym momencie odezwał się tłusty ser. Podszedł mi paskudnik do gardła i koniecznie, ale to koniecznie chciał się wydostać. Trochę kłopotliwa sytuacja. Zabytkowe, magicznie oświetlone miasteczko, przystojny i uprzejmy młody człowiek, ozdobne klomby i fosa… Ulewny deszcz i ja obklejona czerwoną peleryną szukająca dyskretnego zakamarka. Bez powodzenia.  Chłopiec powiedział, że moment. Zadzwonił do mamy, potem do taty. Ja próbowałam jakoś zdusić ser. W końcu usiadłam na mokrej ławeczce i walcząc z tym zimnym tłuszczem całkiem straciłam głos. Wyglądało to pewnie jakbym zasłabła. W efekcie Franchesco wezwał pomoc. Po kilku minutach nadjechał samochód z dwoma panami. Elegancki, starszy pan wyjaśnił mi przepiękną angielszczyzną, że już wszystko będzie dobrze i zawiozą mnie do hotelu. Otworzył drzwi, odebrał mój przemoczony płaszcz. Siedząc w ciepłym samochodzie odzyskałam głos. Odruch wymiotny zanikł. Tata Franchesco i szarmancki pan podwieźli mnie do baru gdzie jakaś dziewczyna wręczyła mi klucz. Hotel był tuż obok.  Przez chwilkę walczyliśmy z ogrzewaniem. Panowie odjechali. Porozwieszałam rzeczy- o dziwo wcale nie przemoczone, ale ogrzewanie nie zaczęło działać. Owinięta w koc wróciłam do baru. Dziewczyna próbowała coś pomóc, ale nic nie działało. Właściciel hotelu był na urlopie w Grecji. Najprawdopodobniej powyłączał wszystko. Zdecydowana, że trzeba mnie ogrzać, spakowała moje porozwieszane rzeczy i pomogła mi przenieść się do innego hotelu. Długo tłumaczyła coś innemu starszemu panu. Byłam zmęczona, przeszłam przez miasteczko w klapkach z butami uwieszonymi na szyi i pożyczonym ogromnym parasolem. Pokój był bardzo ciepły. Kolejny raz porozwieszałam zmoczone rzeczy i padłam.

Kiedy rano, przy zaskakująco pięknej pogodzie piłam kawę na tarasie hotelu spotkałam szarmanckiego pana, który podwiózł mnie wieczorem razem z tatą Franchesco. Wpadł spytać czy wszystko ok. W międzyczasie historia mojego przejścia przez śniegi zdążyła już obrosnąć legendą. Ktoś, kto był w Nereissa wieczorem twierdził, że leżały tam półmetrowe zaspy. Pamiętałam, że widziałam samotny ślad- kilka metrów odcisków stóp prowadzących od asfaltu. Męskie buty odbite w 5-cio centymetrowym śniegu. Pod nimi żywo zielona trawa. Nie miałam siły już tego wyjaśniać. Było mi miło, że dostałam tyle dobroci od całkiem mi obcych ludzi. To było naprawdę niezwykłe. Niekonieczne, ale budujące. Samo w sobie warte przeżycia.

Powinnam wsiąść w autobus w południe, ale skusiła mnie ścieżka przez łąki. Aż do 3-ciej szłam w dół Doliny Stura. W Aisone złapałam stopa (popołudniowy autobus, na który liczyłam nie jeździł w niedzielę). Machnęłam raz i zatrzymał się jakiś drogi samochód. Nie chcąc wrzucać mokrego plecaka na czyste skórzane siedzenia spróbowałam otworzyć bagażnik, ale kierowca bardzo się wzdrygnął. Kątem oka zdążyłam jeszcze zauważyć co było w środku. Całe wnętrze zajmowała wielka trufla. Musiała ważyć z 5kg.

Przez godzinę prowadziliśmy konwersację po włosku. Dowiedziałam się z niej, że trufle rosną na łące, a podrzucający mnie pan ma w górach dom z kurami i kotem. W Cuneo prowadzi pensjonat bed and breakfast. Truflę ma zamiar zjeść. On z kolei dowiedział się, że jestem mężatką i w żaden sposób nie mam zamiaru zostać na noc. Wysadził mnie na stacji kolejowej. Padał deszcz. Nie było już widać gór, tylko tumany burej mgły. Przyszła jesień.

Alpy Nadmorskie cz15

Rano nic się nie zmieniło. Chyba tylko temperatura. Namiot kolejny raz obrósł lodem, a naszą łączkę obklejała mgła. Nie opuściła nas na podejściu, nie pozwoliła obejrzeć widoków z grani i dopiero kiedy zeszliśmy pod chmury zmieniła się w drobny deszcz. Po drodze, tuż pod Col de Stau minęliśmy kolejne wojskowe ruiny. Całą drugą stronę grani porastał drut kolczasty rozwleczony gęsto po stoku.  Ścieżka była zalodzona i stroma. Na samym przejściu drut wycięto, ale jakiekolwiek pośliźnięcie się czy upadek skończyły by się bardzo źle. Nie widzieliśmy jak daleko to sięga. Zbocze ginęło we mgle, drutu musiało być mnóstwo. Szliśmy przez zasieki dobrych klika minut. Bardzo ostrożnie. Dalej wydostaliśmy się na łagodne łąki otoczone tumanami chmur. Ścieżka gubiła się nam co i rusz, i Jose, który poszedł szybciej (nie robił zdjęć) rozpędził się i myślał, że zabłądził. Padał deszcz, nie było gdzie się zatrzymać i zjeść. Na dnie doliny znaleźliśmy inny, lepiej oznakowany szlak i poszliśmy błotnistym trawersem do Ferrero. Wioska była wyludniona, schronisko nieczynne. Jose nadal szukał internetu. Trzech panów remontujących zabytkowy bruk zaproponowało nam podwiezienie (ale dopiero po pracy) do Vinadio gdzie znaleźlibyśmy wszystko co trzeba. Nie chciałam. Dla Jose to był ostatni dzień, mi zostały jeszcze niecałe dwa. Vinadio jest nisko i wolałam zostać gdzieś, skąd dałoby się interesująco wyjść. Zachęceni drogowskazem „Bersezio” zaczęliśmy schodzić jakąś dróżką, ale zginęła 500 m za wsią. Drogowskaz „Bersezio” (identyczny jak ten na początku) odsyłał znów w górę, z powrotem do wsi. Propozycja chodzenia w kółko?

Porzuciliśmy tę ścieżkę i kierując się tym razem mapą zeszliśmy trawersem do zgubionego przed południem szlaku schodzącego bezpośrednio w dół. Do szosy biegnącej doliną Stura. Padało. W dolinie pasły się setki krów, a ubity ich kopytami grunt zmienił się w bagno pełne świeżych kup i klejącego ciężkiego błota (w tym samym kolorze co kupy). Ubabrani  po łydki, ociekający doszliśmy do asfaltu. Przy drodze stał jakiś hotel. Jose przez godzinę próbował się tam połączyć z internetem. Wypiliśmy przy tym kilka kaw, a mi robiło się coraz bardziej gorąco. Byłam w Polarnej, ponad 1000 metrów wyżej był przecież solidny mróz. W ponurym, pozbawionym Internetu hotelu prowadzonym przez parę staruszków, wręcz przeciwnie. Trzeba się było rozebrać, ale wpadliśmy tam przecież tylko na chwilkę…

Wypadliśmy równie nagle, kiedy Jose stwierdził, że się nie uda. Chwilkę biegliśmy mokrą szosą, szybko złapaliśmy stopa, a ja niestety złapałam katar. Upiorny. Lało mi się z nosa jak z kranu. Nie wiedziałam już co jest bardziej winne przegrzana hotelowa jadalnia, moja niechęć do rozbierania, czy może wypełniający wnętrze wilgotny kurz… Ludzie, którzy nas zabrali (Szwajcarzy) jechali do fajnego hotelu. Zabraliśmy się z nimi i zanim się obejrzałam Jose siedział przy kompaturze, a sympatyczny pan prowadził mnie do ślicznego pokoju. Hotelik był naprawdę piękny. Jedzenie doskonałe, bezglutenowe i podane jak w drogiej restauracji. Alberge de la Pace w Sambuco, otwarte przez cały rok. Nawet gorący prysznic nie przerwał mojego kataru. Pani z recepcji ratowała mnie tabletkami, zużyłam 3 rolki papieru i wypełniłam nimi cały kosz. Masakra. Jose wyszedł na autobus o 6-tej rano spędziwszy (jak mi się wydawało) cały poprzedzający wyjście czas pod prysznicem. Próbowałam się wygrzać w łóżku. Spałam jak długo umiałam. W przerwach podziwiałam padający na przeciwległe zbocze śnieg. Przerażająca prognoza o 50 cm na 1500 metrach jednak się w końcu sprawdziła. Las przecinała wyraźna linia- czarne i białe.

Hotelowe łóżko było wygodne i ciepłe. Czajnik. Czyściutka pościel. Mogłam tam zostać na ten ostatni dzień. Katar, śnieg, marna widoczność. O 11-tej spakowałam się i wyszłam w deszcz. Katar minął mi po kilkuset metrach. Jeszcze przed podejściem. Śnieg dopadł mnie godzinę wyżej. Potem męczyła mnie mgła.

Nie zdążę Wam już o tym napisać. Lecę rano do Barcelony i wracam za dwa tygodnie. Zabieram ze sobą nową grubą wełnę do przetestowania. Cudownie miękka, bardzo mięsista, dość niestety ciężka (350g/m2).

Prognoza jest świetna. Pireneje pewnie piękne jak zawsze… nie mogę się już ich doczekać :)

Alpy Nadmorskie cz14

Poranek wyglądał mętnie, ale byliśmy bardzo zadowoleni. Bez skrobania namiotu, z dowolną ilością owsianki i gorącej herbaty. Schroniskowy wodopój pokryły sople. Na jeziorze wyrosły lodowe kwiaty. Po szczytach snuły się mgły. Gdyby nie fatalna prognoza pogody poszlibyśmy być może w górę, wracając na główną grań. Zdecydowaliśmy jednak iść wzdłuż niej, tak jak poprzedniego dnia, narażając się na dość duże podejścia i zejścia (1600-2400) ale też trochę bezpieczniej, bliżej dolin. Było też bliżej do schronisk, prawdopodobnie pozamykanych, ale kto to wie… Bardzo szybko tego pożałowaliśmy. Już godzinę po wyjściu ze schroniska zrobiła się piękna pogoda. Na Paso de Rostagno spotkaliśmy 3 panów z psami. Nie rozmawialiśmy, ale spotkaliśmy ich potem jeszcze raz. Dogonili nas w Rifugio Zanoti, też należącym do CAI, ale zamkniętym. Na sali zimowej wisiała kartka wspominająca coś o emergency, a obok kłódka. Dość licha. Jose coraz bardziej pewny swojego włoskiego (to jak z polskim i czeskim, można zrozumieć), zagadnął trzech panów, ciekawy jak to jest. Czemu sale pozamykane i skąd pomysł otwierania dopiero w listopadzie.

Pan wyjaśnił i dla pewności zademonstrował. Otóż system jest bardzo prosty. Jak jest ładna pogoda śpisz pod balkonem, jak brzydka bierzesz kamień i rozwalasz kłódkę. Wtedy sala zimowa robi się otwarta… Włamanie do zimowego pokoju nie jest chyba bardzo honorowe, ale też nie naganne. Do listopada ktoś to na pewno zrobi.

Dalsza trasa była coraz mniej wysokogórska. Na kolejną przełęcz -Passo Soltano prowadzi wojskowa droga. Na grani jest schron z otwartą komórką, chyba należący do leśników. Cała dolina po drugiej stronie to rezerwat przyrody pełen kozic, czy koziorożców. Nie widzieliśmy ich z bliska, ale po dalekich stokach przesuwały się duże stada. Ścieżka schodzi stromo do Valon Pontebernardo. Ponieważ panowie wspominali, że Rifugio Tartero może być jeszcze czynne, Jose zostawił plecak i pobiegł. Mi się nie chciało. I tak szłam sporo wolniej więc pomyślałam, że mnie dogoni. Schronisko było otwarte, Jose dostał kawę i ciastko (podobno pyszne), nie dało się jednak skorzystać z internetu. Potrzebna mu była i sieć i drukarka, zapomniał wydrukować bilet z taniej linii.

Do wieczora zajrzeliśmy jeszcze w górę doliny (troszkę trzeba w tym celu podejść). Była piękna i żałowaliśmy, że nie poszliśmy wyżej, bliżej grani. Prognoza musiała być nieprawdziwa. Pogoda było świetna, trudno było sobie nawet wyobrazić, że miałby nagle spaść śnieg. Rozbiliśmy namiot kilkaset metrów przed Colle de Stau. Zanim tam dotarliśmy nadleciał wał chmur i ostatni fragment szliśmy we mgle. Początkowo mieliśmy nadzieję zabiwakować w bacówce, którą wypatrzyliśmy na mapie, ale była zajęta. Mieszkał w niej pasterz z dużym owczym stadem. Spotkaliśmy go. Jose z nim chwilkę pogadał i pan zaprosił nas do siebie martwiąc się, że sobie nie poradzimy. Zapewniliśmy, że mamy namiot i ochoczo poszliśmy dalej. Potem trochę żałowaliśmy. Jedyne płaskie miejsce odkryliśmy już po zmroku na samym środku drogi. Widoków z niego nie było wcale, ale była muzyka. Wiatr przynosił nam falami dźwięk setek owczych dzwonków zatopiony we mgle.