Pireneje, kwiecień maj 2015 Masyw Aston cz5

Nasza cabana nie miała okien. Nie tylko ona, więc zwykle nastawialiśmy budzik, żeby nie spać za długo w ciemnościach. Teraz też zadzwonił przed siódmą. Zdziwiłam się, że smuga światła sącząca się pod drzwiami jest taka blada. Wyjrzałam, halę pokrywał cienki śnieg. Padało, ale chyba gorsza była mgła. Nasz plan podejścia na 2500 metrów i przejścia do sąsiedniej doliny (nad Lac de Gnioure) nie miał szans. Szlak nie był znakowany i w tych warunkach na pewno nie znaleźlibyśmy go.  Pozostawało nam tylko zejście. Nie było nudne, ale szkoda mi było tych nieobejrzanych gór.

Ubraliśmy się w nieprzemakalne, postaraliśmy zapamiętać mapę (szkoda ją wyciągać na deszczu) i ruszyliśmy w poszukiwaniu śnieżnego mostu, który zechciałby nas łaskawie utrzymać. Wczorajszy wyglądał na załamany, może tak go zdołowała pogoda.

Łatwo sobie wyobrazić co było dalej. Godzina czy dwie w mętnej bieli, bez widoczności. Wypatrywanie gdzie jest jezioro (woleliśmy do niego nie wpaść), gdzie dół, gdzie góra, gdzie znika rzeka. Wiało, zacinał drobny śnieg. Wiedzieliśmy, że dopóki nie zejdziemy pod chmurę nic się nie zmieni. Udało nam się obejść pięterko z jeziorkiem czy rozlewiskiem, namierzyć zejście z progu, trafić na właściwą stronę rzeki. Potem zrobiło się wilgotniej i widniej. Śnieg zamienił się w deszcz, pojawiły się strzępy widoku. Zeszliśmy przez mokre, pełne narcyzów łąki i schowaliśmy się na chwilkę w niższej cabanie. Ktoś w niej nocował dzisiejszej nocy (był weekend, jak mogliśmy zapomnieć!), w dół prowadził w miarę świeży ślad. Szlak minął rozlane szeroko stawy i znów zaczął opadać kamienistą dolinką wśród lejącej się zewsząd wody. Gdzieś na wysokości odejścia ścieżki nad Lac Gnioure- nie tej o którym myśleliśmy- tylko dolnej, którą zamierzaliśmy wrócić) znienacka wyszło słońce i zrobiło się bardzo ciepło. Na kilkuset metrach rozebrałam się z peleryny, rękawiczek czapki, w końcu też z kurtki i spodni przeciwdeszczowych. Jose popędził do przodu i spotkałam go dopiero na dole. Szkoda, bo może warto byłoby podejść jednak nad Gnioure i pokombinować jak stamtąd sensownie zejść… tak tylko myślałam, w rzeczywistości nie zauważyłam nawet gdzie odbijał szlak. Możliwe, że też nie był znakowany.

Nasza ścieżka zeszła w końcu na parking- czyli skrawek trawki na końcu asfaltowej drogi. Wąskiej, nierównej, jednej z tych, które zbudowano z niezrozumiałych powodów, bo prowadzą zupełnie donikąd. Szliśmy tą szosą jeszcze ze dwie godziny, może mniej, ale czas bardzo mi się dłużył. Schodziliśmy od samego rana. To ogromne i męczące zejście, niby niewiele ponad tysiąc metrów, ale czułam je bardzo. Zdecydowanie wolę wchodzić. Stopniowo robiło się coraz mniej drzew, a coraz więcej łąk i krów, potem samotne domy, w końcu kamienne miasteczko w powodzi wiosennych kwiatów. Minęliśmy zabytkową zadaszoną pralnię (można by się w niej od biedy przespać- zdecydowaliśmy zgodnie, bo znów zaczął padać deszcz), potem rynek, na którym nie było ani gite ani baru, ale kręciło się trochę ludzi. Kierując się znakami GR-u dotarliśmy w końcu do starej szkoły. W dużej sali było jakieś przyjecie. Zapytani o nocleg ludzie pokierowali nas do wiejskiej (czy może miejskiej?) gite. Do jednej z opuszczonych klas wstawiono stół i dwa potrójne łóżka (piętrowe), obok była toaleta i prysznic, na ścianie zostawiono nam kartkę- „udostępniamy to miejsce bezpłatnie wszystkim wędrowcom, dziękujemy, że odwiedziliście naszą miejscowość”.

Niezwykłe prawda? Rodzina, która wynajęła salę na przyjęcie pozwoliła nam skorzystać z ciepłej wody i czajnika, a potem nakarmiła. Fajnie było słuchać jak deszcz bębni w szczelny dach zjadając tradycyjne kiełbaski z Tuluzy (…. wiecie, prawda to takie miasto?- spytała nas miła starsza pani) i  zagryzać ciastkiem (oddałam swoje Jose). Mili, uczynni ludzie. Pytali skąd zeszliśmy i jak wysoko leży śnieg. Na odchodnym Jose dostał jeszcze bochenek chleba.

Kiedy odjechali w starych zabudowaniach i chyba też w całym Siguer zrobiło się nagle bardzo cicho. Wiele domów wystawiono na sprzedaż, inne najwyraźniej były tylko weekendowe czy letnie.

Nie spotkaliśmy nikogo wychodząc rano, ale nocą ktoś musiał koło nas przejść. Salle de fete została zamknięta na klucz.

Pireneje, kwiecień maj 2015 Masyw Aston cz4

Po gwiaździstej nocy nadszedł piękny dzień. Góry wyglądały cudnie. Ani śladu wczorajszego deszczu i mgły. Idylla trwała jednak krótko. Jeszcze zanim wyszliśmy nadleciały chmury i pogoda stała się taka jak zwykle (jak to określił w SMS-ie Edek Krzyżak- „dynamiczna”). Kontynuując nasz zygzak po masywie Aston ruszyliśmy tym razem do góry. Z Cabane Sabine można podejść pod Port Siguer, a stamtąd zejść kolejną, równoległą doliną. Szłam już tą trasą pamiętałam, że była stroma, jednak zimą okazała się łatwiejsza niż latem. Zamiast niewygodnego ruchliwego głazowiska, gładziutka śnieżna biel. Nieco poodklejana po brzegach, ale jeszcze wystarczająco solidna, żeby przejść. Gorzej było z drugiej strony, na zejściu. Zbocze było zbyt strome, żeby je obejrzeć z góry (urywało się), ale odchodząc na bok wyjrzeliśmy troszkę. Stok przecinała gruba szczelina, śnieg już pękł. Pokrywa miała grubość ok-80 ciu centymetrów więc gdyby zechciała ruszyć byłoby źle. Bardzo ostrożnie zeszliśmy wprost w dół lewą, jeszcze nie przełamaną stroną… Uff!

Usiedliśmy potem na chwilkę na gładkim, już pozbawionym śniegu grzbiecie moreny nad stawem. Wokół nas piękne sasanki, pod nami zamarznięte jezioro nad nami ten odpadający śnieg i bezkresne błękitne niebo. Nie chciało nam się wchodzić na Port Siguer (tak biegną szlaki) i przetrawersowaliśmy zbocze skomplikowanym, pełnym stawków balkonem, gubiąc przy tym ścieżkę. Na oko zeszliśmy mniej więcej wzdłuż rzeki i dopatrzyliśmy się znaków na już odsłoniętych pólkach suchych traw. Chyba schodziły od stawów bezpośrednio w dół. Trzymaliśmy się ich potem, bo wiele pirenejskich dolin ma urwiste pięterka, z których nie wszędzie da się wygodnie zejść. Pogoda była nadal piękna. Wszystkimi zboczami płynęła woda, rzeka grubiała. Ścieżka zeszła do prawie płaskiej dolinki i rozdzieliła się. Zostaliśmy po lewej stronie strumienia i już za chwilkę okazało się, że to błąd. Znienacka zaczął padać deszcz a cabana, gdzie można się było schronić stoi na prawym brzegu. Ostrożnie pokonaliśmy niepewny śnieżny most, potem przekicaliśmy jakoś boczny nurt. Cabana Peyregrande była otwarta. Miała nawet baterie słoneczne i światło, które ktoś z naszych poprzedników zapomniał zgasić. Jedyną wadą tego solidnego domku była woda nieustannie spływająca po podłodze. Zastanawiałam się jak gruby narasta tam zimą lód…

Deszcz rozpadał się na dobre, ale czasem ustawał. Postanowiliśmy zostać na noc. W przerwach pomiędzy jedną, a drugą ulewą wychodziłam na chwilkę z moim obiektywem makro. Nie daleko, żeby bardzo nie zmoknąć. Na hali nie było nic fascynującego, ale wystarczyło popatrzeć przez szkło (to przecież świetna lupa), żeby zobaczyć całkiem inny świat. Widzieliście kiedyś strukturę zeszłorocznego bobka? Albo szkielecik suchego jagodowego liścia? Porosty wydawały się gęstym lasem, miniaturowe kwiatki nabierały urody. Taplałam się w błocie aż do zmroku, ubrana w nieprzemakalne spodnie i płaszcz (takie zdjęcia robi się zwykle na leżąco), a Jose nie mając nic do roboty chyba się strasznie wynudził…

To chyba wystarczający argument, żeby targać dość ciężki obiektyw makro, jak sądzicie?

kwiatki z Norwegii- tym razem na filmie

Popatrzcie na tę i poprzednią kwiatową galerię proszę…

Ja chyba jednak jestem filmowa… (bez gwiazdorzenia :)). Podobały mi się moje cyfrowe zdjęcia, dopóki nie zobaczyłam tych. Może to uprzedzenie, jakiś rodzaj zafiksowania na stałe czy fioła. Może złudzenie. Na temat różnic pomiędzy fotografią analogową i cyfrową napisano już całe tomy. Nie bardzo umiem coś dodać. Są inne.

Dopiero przed chwilką odebrałam skany (łódka z Mariuszem na pokładzie zdobyła 3 miejsce w swojej klasie, więc nie czekaliśmy na próżno :)).

Zdjęcia z analoga, pomimo swoich niedoskonałości i ziarna wydają mi się bardziej realne, trójwymiarowe, mięsiste i namacalne. Szkoda, że aparaty są tak ciężkie i raczej nie dam rady wziąć dwóch w trudne wysokie góry lub zimą. Coś będzie trzeba wybrać… tylko co?

Jestem bardzo ciekawa jak Wy to widzicie.

 

kwiatki z Norwegii

Szata roślinna Norwegii nie jest dla nas bardzo egzotyczna. Większość kwiatów widziałam już kiedyś u nas lub w Alpach, niektóre spotkałam jednak pierwszy raz. To co zachwyca i zwraca uwagę, to nie różnorodność gatunków (oszałamiająca na przykład w Pirenejach), ale ilość i bujność kwiatów. W miejscach gdzie w czerwcu ledwie coś wyłaziło z ziemi w lipcu panował prawdziwy gąszcz. Rośliny kwitnące wiosną miały owoce. Podglądanie tego przez obiektyw też okazało się fascynujące- świat w wersji makro był pełen owadów. Maleńkie roślinki ujawniały nieznane mi kolce i włoski. Sporo się na nie napatrzyłam, ale nie zrobiłam tak dużo fotografii jak mogłam i teraz żałuję. Być może to co uchwyciłam na filmach będzie pełniejszym obrazem norweskiej flory. Troszkę mnie przerażała maleńka głębia ostrości i niepewność co aparat zdoła uchwycić wśród tego zielonego, rozbujanego na wietrze szaleństwa.

PS: większość fotografii kwiatów zrobiłam niedopasowaną do cyfrowego korpusu Sigmą (50mm, f 2.8 macro1:1). Mój zoom (Canon EF 24-85mm) przestał ostrzyć z bliska. Niestety znów będę musiała coś kupić, a tak naprawdę nie bardzo wiem co. Miałam ostatnio kilka nieprzyjemnych przygód z Tamronem, Samyangiem i Sigmą, a obiektywy Canona z serii L są upiornie drogie.