letnie kwiaty w Pirenejach

Pireneje są nazywane ogrodami Europy- i to prawda. W lipcu kwitną tam morza kwiatów. Irysy- których nie widziałam nigdzie indziej, lilie, naparstnice, goryczki, mikołajki, sadźce, przeróżne goździki … Jest tego mnóstwo, bywa inne w każdej dolinie, pachnie, tętni życiem. Nie przyłożyłam się. Na porządne sfotografowanie kwiatów potrzebne mi dużo czasu. To tylko kilka okruszków. Najlepiej pojedźcie i popatrzcie sami. Najbardziej bujną roślinność widziałam teraz w Masywie Posets. Podobnie było tam kiedyś w czerwcu. Kwiatów jest tyle, że trudno przejść. Być może z powodu istnienia Parku Narodowego pasie się tam mniej gospodarczych zwierząt i rośliny nie są szybko zjadane, a może jest odwrotnie i park chroni właśnie tę bujność. Tak czy siak jest tam sporo znakowanych i nieznakowanych szlaków i wszystkie są warte przejścia.

Podobnie jest też we Francji, w okolicach Loudenvielle, niestety tam grasują przenoszące boreliozę kleszcze. Na słupkach w miasteczku porozlepiano ostrzegające przed nimi ogłoszenia. Nigdy wcześniej nie spotkałam się w Pirenejach ani z kleszczami, ani z ostrzeżeniami przed boreliozą i trochę mnie to martwi. Na szczęście kleszcze żyją tylko nisko, więc wysokie hale powinny się przed nimi obronić.

Pireneje, kwiecień maj 2015 Masyw Aston cz5

Nasza cabana nie miała okien. Nie tylko ona, więc zwykle nastawialiśmy budzik, żeby nie spać za długo w ciemnościach. Teraz też zadzwonił przed siódmą. Zdziwiłam się, że smuga światła sącząca się pod drzwiami jest taka blada. Wyjrzałam, halę pokrywał cienki śnieg. Padało, ale chyba gorsza była mgła. Nasz plan podejścia na 2500 metrów i przejścia do sąsiedniej doliny (nad Lac de Gnioure) nie miał szans. Szlak nie był znakowany i w tych warunkach na pewno nie znaleźlibyśmy go.  Pozostawało nam tylko zejście. Nie było nudne, ale szkoda mi było tych nieobejrzanych gór.

Ubraliśmy się w nieprzemakalne, postaraliśmy zapamiętać mapę (szkoda ją wyciągać na deszczu) i ruszyliśmy w poszukiwaniu śnieżnego mostu, który zechciałby nas łaskawie utrzymać. Wczorajszy wyglądał na załamany, może tak go zdołowała pogoda.

Łatwo sobie wyobrazić co było dalej. Godzina czy dwie w mętnej bieli, bez widoczności. Wypatrywanie gdzie jest jezioro (woleliśmy do niego nie wpaść), gdzie dół, gdzie góra, gdzie znika rzeka. Wiało, zacinał drobny śnieg. Wiedzieliśmy, że dopóki nie zejdziemy pod chmurę nic się nie zmieni. Udało nam się obejść pięterko z jeziorkiem czy rozlewiskiem, namierzyć zejście z progu, trafić na właściwą stronę rzeki. Potem zrobiło się wilgotniej i widniej. Śnieg zamienił się w deszcz, pojawiły się strzępy widoku. Zeszliśmy przez mokre, pełne narcyzów łąki i schowaliśmy się na chwilkę w niższej cabanie. Ktoś w niej nocował dzisiejszej nocy (był weekend, jak mogliśmy zapomnieć!), w dół prowadził w miarę świeży ślad. Szlak minął rozlane szeroko stawy i znów zaczął opadać kamienistą dolinką wśród lejącej się zewsząd wody. Gdzieś na wysokości odejścia ścieżki nad Lac Gnioure- nie tej o którym myśleliśmy- tylko dolnej, którą zamierzaliśmy wrócić) znienacka wyszło słońce i zrobiło się bardzo ciepło. Na kilkuset metrach rozebrałam się z peleryny, rękawiczek czapki, w końcu też z kurtki i spodni przeciwdeszczowych. Jose popędził do przodu i spotkałam go dopiero na dole. Szkoda, bo może warto byłoby podejść jednak nad Gnioure i pokombinować jak stamtąd sensownie zejść… tak tylko myślałam, w rzeczywistości nie zauważyłam nawet gdzie odbijał szlak. Możliwe, że też nie był znakowany.

Nasza ścieżka zeszła w końcu na parking- czyli skrawek trawki na końcu asfaltowej drogi. Wąskiej, nierównej, jednej z tych, które zbudowano z niezrozumiałych powodów, bo prowadzą zupełnie donikąd. Szliśmy tą szosą jeszcze ze dwie godziny, może mniej, ale czas bardzo mi się dłużył. Schodziliśmy od samego rana. To ogromne i męczące zejście, niby niewiele ponad tysiąc metrów, ale czułam je bardzo. Zdecydowanie wolę wchodzić. Stopniowo robiło się coraz mniej drzew, a coraz więcej łąk i krów, potem samotne domy, w końcu kamienne miasteczko w powodzi wiosennych kwiatów. Minęliśmy zabytkową zadaszoną pralnię (można by się w niej od biedy przespać- zdecydowaliśmy zgodnie, bo znów zaczął padać deszcz), potem rynek, na którym nie było ani gite ani baru, ale kręciło się trochę ludzi. Kierując się znakami GR-u dotarliśmy w końcu do starej szkoły. W dużej sali było jakieś przyjecie. Zapytani o nocleg ludzie pokierowali nas do wiejskiej (czy może miejskiej?) gite. Do jednej z opuszczonych klas wstawiono stół i dwa potrójne łóżka (piętrowe), obok była toaleta i prysznic, na ścianie zostawiono nam kartkę- „udostępniamy to miejsce bezpłatnie wszystkim wędrowcom, dziękujemy, że odwiedziliście naszą miejscowość”.

Niezwykłe prawda? Rodzina, która wynajęła salę na przyjęcie pozwoliła nam skorzystać z ciepłej wody i czajnika, a potem nakarmiła. Fajnie było słuchać jak deszcz bębni w szczelny dach zjadając tradycyjne kiełbaski z Tuluzy (…. wiecie, prawda to takie miasto?- spytała nas miła starsza pani) i  zagryzać ciastkiem (oddałam swoje Jose). Mili, uczynni ludzie. Pytali skąd zeszliśmy i jak wysoko leży śnieg. Na odchodnym Jose dostał jeszcze bochenek chleba.

Kiedy odjechali w starych zabudowaniach i chyba też w całym Siguer zrobiło się nagle bardzo cicho. Wiele domów wystawiono na sprzedaż, inne najwyraźniej były tylko weekendowe czy letnie.

Nie spotkaliśmy nikogo wychodząc rano, ale nocą ktoś musiał koło nas przejść. Salle de fete została zamknięta na klucz.