Condor Cirquit cz2- Paso Manantial Pelado

Lód pod stopami chrupał jeszcze kiedy poszłam po wodę, ale zanim wygrzebała się Jagoda, zapłonął ogień, zanim zjadłyśmy, nawet w cieniu lasu dawało się już wyczuć upał. Jagoda czuła się zdezorientowana, rozgotowana na miazgę. Wypchany nadmiarem ciepłych rzeczy plecak ciążył, a moja obawa, że ze względu na różnicę wieku okażę się tam kulą u nogi prysła doszczętnie. Jestem większa, a w związku z tym znacznie silniejsza. Przyzwyczajona do upału i zimna.

Byłam też bardziej restrykcyjna w pakowaniu, więc pomimo ciężkich fotograficznych zabawek, było mi lżej. Jeszcze zanim wyszłyśmy świergot ptaków przerwało głośne bum bum! Kilku chłopaków przeszło szlakiem z włączonym radiem. Spotkałam potem jeszcze jedną grupę przechodząc bród. Był weekend, chyba pierwszy z tak piękną pogodą, nic dziwnego, że w górach byli ludzie- sami faceci.

Chłopcy od radia zajęli schron El Bolson (niezbyt luksusowy, bez łóżek). Przed budynkiem piekły się imponujące płaty mięsa, które mistrz polewał co jakiś czas piwem. Zanim ugotowała się nasza woda kawałkami tych specjałów zastałyśmy uraczone i my, i kilku przypadkowych wędrowców. Najbardziej krwisty befsztyk spakowałam na później- do dogotowania. Panowie pochwalili wedlowską czekoladę, pokazali drogę, a ci poczęstowani przy okazji mięsem wracając podarowali nam tubkę kremu.  Miałam krem, tyle, ile potrzebowałam dla siebie, ale ponieważ Jagoda uparła się iść w szortach i z krótkim rękawem, nie wystarczyłoby na długo dla dwóch osób.  Oba kremy okazały się niewystarczające. Rozebrana jak  do rosołu Jagoda  opiekła się niczym dobrze wysmażony kotlet. Z bąblami. Za późno na sadzę, na cokolwiek. Wystarczyło kilka godzin bez cienia, a mi też wyrosły pęcherze na dłoniach, posmarowanych oczywiście 50-tką, ale nieosłoniętych. Tak blisko równika (jak Maroko na naszej półkuli), tak wysoko, w tak czystym powietrzu sam krem to było po prostu nic.

Początkowo chciałyśmy wejść nad Laguna Animas, ale prowadzące tam bardzo strome zbocze w całości pokrywał gruby śnieg po południu miękki jak bita śmietana i nie nośny. Sprawdzony już przez grupę z kremem. W związku z tym obeszłyśmy dolinę szukając brodu (jak wszyscy zapewniali nie do pokonania). Kilka kilometrów bambusowych krzaków, labirynt płatów lasku i skał, i już byłyśmy ponad Valle del Indio. Na równym piasku z dalekim widokiem i dostępem do bieżącej wody.

Cały kolejny dzień podchodziłyśmy ośnieżoną doliną, czując się jak na grillu z podpiekaniem z góry i od spodu . Jagoda  niemal skwierczała. Nawet ja, chociaż wcześniej brakowało mi ciepła nacierałam rękawiczki śniegiem. Czarny kolor nagrzewał się do upiornych temperatur. Biała Pustynna koszulka działała jak lustro. Pod wieczór wyszłyśmy na  grań z jednym z najpiękniejszych widoków tej trasy. Wulkan Descabetazo Grande w różowym świetle zachodu.

Biwak na płatku piachu wśród śniegów był piękny.  O dziwo miałyśmy rzeczkę, wynurzającą się spod zasp tylko dla nas – na kilka metrów, miałyśmy osłonę przed wiatrem- kupkę skał. Nie było zimno. Spokojne przejrzenie map pokazało, że idziemy bardzo powoli, z drugiej strony pokonałyśmy śnieg po kolana, podstępny i pełen dziur, stromizny, duże podejście. Dręczył nas niewiarygodny, sprzeczny z prognozą pogody upał, dla ironii w bezkresnej bieli. Tak abstrakcyjny, że wymyślić go mogła chyba tylko Lidka, tak trwały, że raczej nie działała sama. Ciepło, brak trudności w wyszukiwaniu niewidocznego pod zwałami śniegu szlaku, mili ludzie, nawet biwak z wodą- wszystko to znajdywało się kiedy było potrzebne,  jak dar losu. Wsparcie Wasze, przyjaciół  nie wiem nawet kogo  wręcz wisiało w powietrzu, wcale nie czułyśmy się same. To było bardzo piękne miejsce. Żałowałam, że naciskając przycisk OK  SPOTa mogę przekazać Wam tylko  współrzędne.

Condor Cirquit cz1- Radal Siete Tazas

Wychodząc z Moliny, w piękny słoneczny poranek, obładowane dodatkowo zakupami (w miasteczku jest wszystko co potrzebne na szlaku, nie wiem czy też gaz- nie szukałam), trzymając w ręku mapkę z dorysowanym przez Ivanię dojściem do szosy czułyśmy się bardzo zadowolone z siebie.  Tyle rzeczy udało nam się załatwić w ciągu doby! Tak szybko wszystko poszło, tak sprawnie! Molina wyglądała jak duża wieś. Dopiero później dowiedziałyśmy się, że tak jest wszędzie w centralnym Chile- niska, rozwlekła zabudowa, przystosowana do ciągłych trzęsień ziemi. Mijałyśmy kolorowe murale, dalej winnice. Dość szybko zatrzymał się duży samochód, a potem, już na rozstajach gdzie droga do Parque Ingles staje się gruntowa, drugi. Nawet nie zdążyłyśmy się przebrać, a chciałyśmy, bo zrobił się upał. Byłyśmy nim zaskoczone, przecież wszyscy przepowiadali straszne zimno… Pani, która nas zabrała była właścicielką prawie całej doliny- tak przynajmniej zrozumiałyśmy, nadal mocno oszołomione.  Zawiozła nas do nowo budowanego pensjonatu- grupki niskich domków wtopionych w stary drzewostan. Jedno z drzew rosło nawet w środku salonu, inne otaczały organicznie rozwijające się pomosty łączące bungalowy z miejscami do spania i las. Przyjemne miejsce, ponoć nie będzie drogie. Pomiędzy domkami błąkało się stado psów, tutejszych, albo bezdomnych – tu dokarmianych. Jak się później dowiedziałyśmy stąd też pochodził wszędobylski kotek Edgardo przygarnięty jako bezdomne kocię. Kotek od Marco…Miałyśmy wrażenie, że w Molinie wszyscy się znali.

Zaraz za bramą stał drogowskaz -Radal Siete Tazas 7 km, wyruszyłyśmy więc entuzjastycznie do góry myśląc, że za chwilkę dojdziemy, ale po godzinie minęłyśmy identyczną informację. Te 7 km pojawiło się jeszcze ze 3 razy, ale wtedy jechałyśmy już samochodem. Machałyśmy tak entuzjastycznie, że zatrzymał się chociaż były w nim już 3 osoby.  Trzej elektrycy prowadzący jakieś roboty w parku narodowym początkowo troszkę z nas pokpiwali. W każdym razie wydawali się mocno rozbawieni. Jagodę lekko to stresowało, ja jestem przyzwyczajona. Nie bardzo wiedziałyśmy jakie mają plany i nie wiem czy oni sami wiedzieli. Co jakiś czas stawali, sprawdzali coś w mijanych budynkach. Kazali czekać, więc czekałyśmy. I tak nie było tam innych samochodów, a dystans do Parque Ingles pozostawał taki jak był- 7 km.

Zdziwiłyśmy się, kiedy Victor (inżynier) zostawił swoich dwóch pracowników (i kuzynów jak nam wyjaśnił), a sam poświęcił popołudnie żeby pokazać nam wodospady Siete Tazas- wszystkie swoje ulubione miejsca. Do większości nigdy byśmy nie trafiły- były poza zasięgiem naszej mapy.  Byłyśmy zaskoczone i wdzięczne.  Zdziwiłyśmy się jeszcze bardziej kiedy wieczorem usłyszałyśmy, że nas odprowadzi na biwak. Pokazałyśmy mu wcześniej nasze mapy, widziałyśmy jak mu zbladła mina i jak okrężnie odpowiada na pytania czy da się teraz tamtędy przejść. Pomyślałyśmy, że nas może sprawdza.

To, że z naszą rzeczywistością jest coś nie tak dotarło do mnie dopiero chwilę później. -Jose de la Fuente przedstawił się towarzyszący nam kuzyn Victora, a ja zamarłam. Przez moment miałam wrażenie, że Jose, który obiecał trzymać za nas kciuki wymyślił sposób jak się tu teleportować. Identyczne nazwisko i imię, którym nazywam go tylko ja (bo naprawdę to on jest Jose Antonio).

Tylko czy jakikolwiek facet podsyłałby komukolwiek swoją kopię? Hmm… mocno wątpliwe, myślałam słuchając jednocześnie wykładu Jose de la Fuente bis o mijanych roślinach i ziołach. -A gdyby was zabolał brzuch- wtrącił się na chwilkę Victor gniotąc w palcach okruszek zwęglonego patyka- zanim weźmiecie, któreś ze swoich lekarstw zjedzcie to… węgiel zabarwił mu palce na czarno, a mi przypomniała się Lidka- gdyby krem od słońca nie wystarczał, wysmarujcie się sadzą- ostrzegała mnie przed samym wyjazdem.

I teraz wszystko stało się jasne. Upał, wyjątkowo łatwy autostop, nieziemsko uczynni panowie, którym z trudem wyperswadowałyśmy niesienie naszych plecaków, jadalne grzyby… Lidka bardzo cię proszę nie przesadź!- wysyłałam wiadomości w myślach wiedząc, że moja przyjaciółka ma w tej sprawie ustalone zdanie. Ma być bezpiecznie, wygodnie i ciepło… Zawsze wiedziałam, że życzenia się spełniają, ale żeby  z aż taką precyzją!

Victor i Jose zostawili nas już prawie w ciemności w dobrym biwakowym miejscu. Sami pobiegli dla rozgrzewki, nie mieli nawet ciepłych ubrań. Tu są bardzo zimne noce ostrzegł nas przed odejściem Jose i miał rację. Tuż przed świtem trawę pokrył chrupiący szron.