Podchodzimy nową asfaltową szosą, a pamiętałam, że tu była szutrówka. Co jakiś czas mija nas samochód, wszystkie są pełne, i w końcu jeden się zatrzymuje, w środku 4 facetów. -Zmieścicie się!- przekonują, więc się wpychamy. Dawni szkolni koledzy z Pucon. Wysiadamy kilka kilometrów dalej zobaczyć słynne wodospady. Tu też wszystko się zmieniło. Kiedyś byłyśmy tu z Jagoda same, zeszłyśmy, popatrzyłyśmy i wróciłyśmy niezauważone. Teraz jest bramka i kilku strażników. Każą wykupić bilet przez internet- nie mamy- wzdycha Jose- nie szkodzi jest tu wifi.
Jose posłusznie skanuje kod i próbuje kupić dwa bilety. System się wiesza, nie rozpoznaje europejskiej karty. -Może gotówką?- pytam, ale strażnik już nas wpuszcza bez opłaty. Wodospad tak jak poprzednio jest piękny.
Kiedy się pakujemy strażnicy podchodzą i wypytują gdzie potem pójdziemy. -Vegas Blanquilo jest zamknięte- mówi jeden, a ja obracam w myślach zapamiętaną mapę. -To może do Vilches Alto- mówię i strażnik kiwa głową, że może tak, ale przychodzi jego szefowa.- Zamknięty jest też szlak do El Bolson- oznajmia- Jak to?- nie dowierzam- dlaczego? -Robimy tam jeszcze prace po zimie- A dlaczego Vegas Blanquilo?- Właściciel sobie nie życzy turystów.
Kobieta jest uprzejma, patrzy smutno. Mi rośnie gula w gardle. Nie wiem co robić, przyjechaliśmy z Europy, a tu nigdzie się nie daje pójść. Strażniczka kiwa głową ze współczuciem i powtarza tę sama sentencję. Teraz rozumiem ją jednak inaczej-„nie możemy wam pozwolić tam wejść”. „No to ok” myślę, wejdziemy bez pozwolenia.
Na szosie zabierają nas ci sami panowie. Do Puente Ingles docieramy na chwile przed czwartą. A o czwartej wyłączają wifi.- Jesteś pewien?- dopytuję Jose,-tak- potwierdza- o 16 kończą pracę.
Kręcimy się chwilkę przy zamkniętej bramie. Po drugiej prywatnej stronie doliny biegnie droga. Władza strażników już tam nie sięga, ale nie da się tej bramy przejść. Jest ogromna. Trudno też sforsować druciany płot, który oddziela prywatną ziemię od rzeki. Wracamy i ostrożnie zerkamy czy nie widać strażników. Wygląda na to, że już sobie poszli, nie chcemy jednak ryzykować i iść szlakiem. Skręcamy w las wzdłuż rzeki w kierunku hostelu, mijamy go jakąś leśną ścieżką, kręcimy się przy piknikowych stolikach. Tu też jest płot. Nie chcę się poddać. Brnę dalej w bambusy w chaszcze aż przy ścieżce biegnącej na plażę hipisów znajduję wydeptany ślad. Prowadzi do dziury w płocie. Uff…
Biegniemy w górę jak najdalej od posterunku. Ścieżką, potem już mi znanym szlakiem. Roboty, o których wspomniała strażniczka to mostek ustawiony wzdłuż nie w poprzek rzeki. Szlak jest łatwy, potoki płytkie. Do wieczora wychodzimy ponad las i być może doszlibyśmy do El Bolson, gdyby nie burza. Chmura przylatuje niepostrzeżenie, zdążamy rozbić namioty na łasze piachu, niezbyt płaskiej i zbyt bliskiej ścieżki. Deszcz pada krótko, szybko przychodzi ciemność. Zwijamy się na moment przed świtem. Na drzewach dopiero się otwierają liście, wyższe partie doliny pokrywa śnieg. Mostek na potoku jest oblodzony, widać był mróz. Przed szałasem w El Bolson schną śpiwory i jakaś dziewczyna ćwiczy, czy medytuje.
Trzymamy dystans. Nie wiem czy ta łąka też nie jest czasem prywatna, czy ktoś nas nie nakryje i nie wyrzuci. Wywieszamy mokre tropiki, zdejmujemy zbyt grube ubrania. Słońce grzeje i robi się ciepło. Dziewczyna kończy medytację i kiwa głową. -Dokąd idziecie?- w góry-mówi Jose- a to ok. Tam, widzisz, tam jest mostek na rzece.
Przechodzimy jak najszybciej się da, zapominamy nabrać wody i Jose musi po nią zejść. -Jesteśmy poza parkiem- mówię kiedy wraca- Już nas stąd nikt nie wygoni. Chwilę potem się gubimy.
Byłam tu, a przynajmniej byłam bardzo blisko. Rozpoznaję przełęcze i szczyty. Paso Mantenial Pelado, na które się wdrapałyśmy wtedy z Jagodą jest białe, ale śniegu jest mniej niż poprzednio. Mniej leży go też na podejściu do Laguny Animas. Przez moment gryzę się z myślami czy nie po iść jednak do Vegas Blanquilo. Może nie spotkamy właściciela co to nie chce tu widzieć turystów, może przejdziemy, może gdybym go jednak spotkała, mogłabym przeprosić za zjedzoną 8 lat temu kiełbasę. „Zgubiłyśmy się, błądziłyśmy przez kilka dni, skończyło nam się jedzenie, wzięłyśmy tylko po kawałeczku…” przechodzą mi przez myśl wykręty „myślałyśmy, że to parkowe schronisko, że ktoś zostawił”. „Czy to przeze mnie teraz ten szlak jest zamknięty?” gryzie mnie i czuję się winna. Prywatna ziemia, prywatne doliny i góry. Nic tu nie ma, pustynia z kępkami trawy. Czy to w porządku, że góry są zamknięte? Czyja jest ziemia? Czy można ją zachować dla siebie?
Idziemy kamienistą doliną, szlak zaznaczony na papierowej mapie jako „Condor Cirquit” nie jest znakowany. Gubię się i plączę, przekraczamy potoczki, wdrapujemy się na skały i schodzimy. Wydaje mi się, że ścieżka jest blisko, że może to czym idziemy nawet nią jest, ale wdrapujemy się na nieprzyjemną stromiznę w kolczasty gąszcz. -Jest za rzeką – oznajmiam kiedy zwierzęce tropy kończą się i rozbiegają po lesie- musimy tam zejść.
Brniemy, zsuwamy się, mapa i nawigacja się nie zgadzają. Każda widzi tu tylko jedną rzekę, nie tą samą, w rzeczywistości mijamy chyba z 7. -400 metrów po poziomicy- mówię i przeciskamy się stromym lasem, przez gąszcze bambusów. Gunery dopiero wypuściły pąki. Ogromne mięsiste kolby wybijają z pokręconych korzeni. Las jest piękny, choć tak trudno nim przejść.
Ścieżka znajduje się w korycie większej rzeki. Suchej. Gubię ją jeszcze ze 3 razy, aż w końcu wyjdziemy w gołe skały, powyżej bambusów i traw i ślad chodzenia stanie się oczywisty. Trawersujemy urwisko, wdrapujemy się na zaśnieżoną grań, a potem długo idziemy wysoko przez gołoborza i śnieg z widokiem na wspaniałe wulkany. Jest zimno, mokro, wieje wiatr. Pojawiają się rzadkie kopczyki i czasem szeroki wydeptany czy rozjechany ślad. To chyba inne dojście z Puente Ingles. To prywatne.
Znam ten teren choć widoki z tej grani są dla mnie nowe. Z góry wszystko wydaje się łatwiejsze niż było wtedy. Więcej wolności, większy wybór dróg. Pod wieczór nasz szlak (widoczny teraz tylko w nawigacji) opada stromym śnieżnym polem. Jest miękko i daje się bez problemu zejść. Schodzimy jeszcze o piętro doliny niżej, na zalaną halę z szałasem.
Rozbijamy namioty nad rzeczką. Gałęzie krzewów są jeszcze bezlistne, ziemia goła, bo dopiero zszedł śnieg. Nocą w chatce zapalają się choinkowe lampki zasilane jakąś słoneczną baterią. Myślę, że może żeby odstraszyć pumy. Pełno tu śladów ich łap.
Noc jest lodowata, zejście podmokłe, błotem niedawno przeszła rodzina pum. Schodzimy halami w stronę zieleni, w drapiący gąszcz karłowatych drzew. Pierwsze krowy wydają nam się znajomymi, wspólnikami w tym na pół zimowym świecie. Zdążymy jeszcze zjeść na ślicznej zacisznej łączce wśród drzew i nagle pojawiają się ślady ludzkich stóp. Mnóstwa stóp. Jesteśmy na parkowym szlaku. To już Altos de Lircay. Tu też byłam. Rozpoznaję zejście w dolinę, już nim szlam, i szlak na punkt widokowy gdzie wdrapałyśmy się wtedy z Jagodą wracając do cywilizacji. Jest też szlak prowadzący w miejsce gdzie nie byłam i choć to bez sensu, bo znów musimy wysoko wejść przechodzimy na drugą stronę doliny i pniemy się stromą wydeptaną ścieżką. Mija nas coraz więcej ludzi. Dziewczyny w legginsach i bejsbolówkach na długich zawsze czarnych włosach, w ciemnych jednakowych okularach, panowie w kapeluszach. Są tak do siebie podobni, że dopiero po chwili orientuję się, że większość z nich widujemy wielokrotnie. Biegną, sapią, siadają, a kiedy do nich dochodzę zrywają się i pędzą dalej. Jakbym goniła stado kóz. Nikt oprócz nas nie ma plecaka. Jeden mężczyzna idzie boso i w skałach krzyczy wywołując echo.
Na punkcie widokowym Enladrillado jest tłok. My też siadamy na wprost Descabetazo Chico na płaskiej gołej skale. Z góry widać dolinę, w której utknęłyśmy z Jagodą i jej daleki niedostępny koniec zbiegający do Armerillo. Na mojej mapie (papierowej, kupionej w Polsce) jest tam też inne przejście, przez niską, na oko nietrudną, choć stromą grań. – Da się?- zagaduję chłopaka, który przedstawia się jako przewodnik. Jose tłumaczy, rozumiem, że raczej tak. Choć na pewno było tam jakieś „ale”, nie jestem pewna.
Wszyscy wracają tę samą drogą. Szlak, który prowadzi do Laguna Alto jest niewydeptany choć na stoku rysuje się stary ślad. Trochę błądzimy. Dopiero na grani, już wytopionej, gołej widać fragmenty ścieżki i nieoczywiste, schowane w skałach przejście do płytkiej doliny. Na jej drugim końcu na stoku rysuje się bardziej wydeptany ślad, widzimy na nim z daleka dwoje ludzi. Sama laguna jest jednak niedostępna. Zejście zbyt strome, w całości pokryte miękkim śniegiem. Ślady naszych poprzedników urywają się i wracają. I my też schodzimy ich tropem. Jakoś nam to bardzo nie przeszkadza, zejdziemy wejdziemy, pójdziemy na niewysoką grań zgodnie z mapą.
Ten szlak jest bardziej popularny, czasem pojawiają się nawet znaki. I tak gubię go w jakimś zaśnieżonym żlebie, ale wracam i długo schodzimy stromymi zakosami na wprost doliny, którą przyszliśmy wczoraj. Biwakujemy jak mi się wydaje przepisowo przy oznakowanej szlakowej altance. Już po zmroku mija nas para, Mówimy sobie uprzejmie „buenas noche”. Kto by pomyślał, że na nas naskarżą.
Zejście już znam. Lasem wśród ogromnych drzew i mnóstwa kwiatów. Przy kempingu ktoś pyta czy to my spaliśmy w górach- potwierdzam. Bo jak inaczej -idziemy z Puente Ingles- mówię- musieliśmy przenocować, to za daleko.
Za kempingiem zaczyna się szutrowa droga. Leżą przy niej jakieś zabudowania, może zarząd Altos de Lircay. Przez moment zerkam, bo może jest też toaleta, ale ostatecznie nie zaglądamy tam. Na mapie zaraz za granicą parku jest restauracja. Zaskakuje mnie brama, kolczasta jak w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jestem pewna, że poprzednio jej tu nie było. Wyszłyśmy nie spotykając nikogo. Teraz się nie da. Za zamkniętą na klucz furtą stoi strażnik. Ze stróżówki wychodzi kobieta.
Rozmawia tylko z Jose, po hiszpańsku. Ja rozglądam się i znajduję cennik. Za nocleg, za wejście, za biwakowanie. Sporo. Jose sięga do portfela, ale kobieta chce gdzieś najpierw zadzwonić. – Weszliśmy i nocowaliśmy nielegalnie- tłumaczy Jose- ktoś na nas doniósł. – Zapłacimy- mówię kobiecie- wcześniej nie mieliśmy jak, szliśmy górami- macha ręką, nikt nie chce rozmawiać po angielsku. Spisuje dokumenty Jose i podaje mu telefon- Czy ktoś widział jak wchodziliście? -Pyta nieznana kobieta, a nam rzedną miny, nie powiemy przecież o dziurze w płocie. – Nie widział.
-To świetnie, w takim razie dostajecie ostrzeżenie. Wpisujemy was na czarną listę, drugi raz się wam taki numer nie uda!
Jose otwiera portfel i próbuje zapłacić za szlak i dwie noce w górach, ale strażniczka mówi, że nie. Nie da się. W poniedziałek park narodowy jest zamknięty, nieczynna kasa i nie mają jak przyjąć gotówki.
Zamyka się za nami brama. – Oszczędziliśmy 30 euro- przeliczam na nasze- a mnie to nawet nie spisali.














































































































