Wiosna w Andach cz2 Radal Siete Tazas-Altos de Lircay

Podchodzimy nową asfaltową szosą, a pamiętałam, że tu była szutrówka. Co jakiś czas mija nas samochód, wszystkie są pełne, i w końcu jeden się zatrzymuje, w środku 4 facetów. -Zmieścicie się!- przekonują, więc się wpychamy. Dawni szkolni koledzy z Pucon. Wysiadamy kilka kilometrów dalej zobaczyć słynne wodospady. Tu też wszystko się zmieniło. Kiedyś byłyśmy tu z Jagoda same, zeszłyśmy, popatrzyłyśmy i wróciłyśmy niezauważone. Teraz jest bramka i kilku strażników. Każą wykupić bilet przez internet- nie mamy- wzdycha Jose- nie szkodzi jest tu wifi.

Jose posłusznie skanuje kod i próbuje kupić dwa bilety. System się wiesza, nie rozpoznaje europejskiej karty. -Może gotówką?- pytam, ale strażnik już nas wpuszcza bez opłaty. Wodospad tak jak poprzednio jest piękny.

Kiedy się pakujemy strażnicy podchodzą i wypytują gdzie potem pójdziemy. -Vegas Blanquilo jest zamknięte- mówi jeden, a ja obracam w myślach zapamiętaną mapę. -To może do Vilches Alto- mówię i strażnik kiwa głową, że może tak, ale przychodzi jego szefowa.- Zamknięty jest też szlak do El Bolson- oznajmia- Jak to?- nie dowierzam- dlaczego? -Robimy tam jeszcze prace po zimie- A dlaczego Vegas Blanquilo?- Właściciel sobie nie życzy turystów.

Kobieta jest uprzejma, patrzy smutno. Mi rośnie gula w gardle. Nie wiem co robić, przyjechaliśmy z Europy, a tu nigdzie się nie daje pójść. Strażniczka kiwa głową ze współczuciem i powtarza tę sama sentencję. Teraz rozumiem ją jednak inaczej-„nie możemy wam pozwolić tam wejść”. „No to ok” myślę, wejdziemy bez pozwolenia.

Na szosie zabierają nas ci sami panowie. Do Puente Ingles docieramy na chwile przed czwartą. A o czwartej wyłączają wifi.- Jesteś pewien?- dopytuję Jose,-tak- potwierdza- o 16 kończą pracę.

Kręcimy się chwilkę przy zamkniętej bramie. Po drugiej prywatnej stronie doliny biegnie droga. Władza strażników już tam nie sięga, ale nie da się tej bramy przejść. Jest ogromna. Trudno też sforsować druciany płot, który oddziela prywatną ziemię od rzeki. Wracamy i ostrożnie zerkamy czy nie widać strażników. Wygląda na to, że już sobie poszli, nie chcemy jednak ryzykować i iść szlakiem. Skręcamy w las wzdłuż rzeki w kierunku hostelu, mijamy go jakąś leśną ścieżką, kręcimy się przy piknikowych stolikach. Tu też jest płot. Nie chcę się poddać. Brnę dalej w bambusy w chaszcze aż przy ścieżce biegnącej na plażę hipisów znajduję wydeptany ślad. Prowadzi do dziury w płocie. Uff…

Biegniemy w górę jak najdalej od posterunku. Ścieżką, potem już mi znanym szlakiem. Roboty, o których wspomniała strażniczka to mostek ustawiony wzdłuż nie w poprzek rzeki. Szlak jest łatwy, potoki płytkie. Do wieczora wychodzimy ponad las i być może doszlibyśmy do El Bolson, gdyby nie burza. Chmura przylatuje niepostrzeżenie, zdążamy rozbić namioty na łasze piachu, niezbyt płaskiej i zbyt bliskiej ścieżki. Deszcz pada krótko, szybko przychodzi ciemność. Zwijamy się na moment przed świtem. Na drzewach dopiero się otwierają liście, wyższe partie doliny pokrywa śnieg. Mostek na potoku jest oblodzony, widać był mróz. Przed szałasem w El Bolson schną śpiwory i jakaś dziewczyna ćwiczy, czy medytuje.

Trzymamy dystans. Nie wiem czy ta łąka też nie jest czasem prywatna, czy ktoś nas nie nakryje i nie wyrzuci. Wywieszamy mokre tropiki, zdejmujemy zbyt grube ubrania. Słońce grzeje i robi się ciepło. Dziewczyna kończy medytację i kiwa głową. -Dokąd idziecie?- w góry-mówi Jose- a to ok. Tam, widzisz, tam jest mostek na rzece.

Przechodzimy jak najszybciej się da, zapominamy nabrać wody i Jose musi po nią zejść. -Jesteśmy poza parkiem- mówię kiedy wraca- Już nas stąd nikt nie wygoni. Chwilę potem się gubimy.

Byłam tu, a przynajmniej byłam bardzo blisko. Rozpoznaję przełęcze i szczyty. Paso Mantenial Pelado, na które się wdrapałyśmy wtedy z Jagodą jest białe, ale śniegu jest mniej niż poprzednio. Mniej leży go też na podejściu do Laguny Animas. Przez moment gryzę się z myślami czy nie po iść jednak do Vegas Blanquilo. Może nie spotkamy właściciela co to nie chce tu widzieć turystów, może przejdziemy, może gdybym go jednak spotkała, mogłabym przeprosić za zjedzoną 8 lat temu kiełbasę. „Zgubiłyśmy się, błądziłyśmy przez kilka dni, skończyło nam się jedzenie, wzięłyśmy tylko po kawałeczku…” przechodzą mi przez myśl wykręty „myślałyśmy, że to parkowe schronisko, że ktoś zostawił”. „Czy to przeze mnie teraz ten szlak jest zamknięty?” gryzie mnie i czuję się winna. Prywatna ziemia, prywatne doliny i góry. Nic tu nie ma, pustynia z kępkami trawy. Czy to w porządku, że góry są zamknięte? Czyja jest ziemia? Czy można ją zachować dla siebie?

Idziemy kamienistą doliną, szlak zaznaczony na papierowej mapie jako „Condor Cirquit” nie jest znakowany. Gubię się i plączę, przekraczamy potoczki, wdrapujemy się na skały i schodzimy. Wydaje mi się, że ścieżka jest blisko, że może to czym idziemy nawet nią jest, ale wdrapujemy się na nieprzyjemną stromiznę w kolczasty gąszcz. -Jest za rzeką – oznajmiam kiedy zwierzęce tropy kończą się i rozbiegają po lesie- musimy tam zejść.

Brniemy, zsuwamy się, mapa i nawigacja się nie zgadzają. Każda widzi tu tylko jedną rzekę, nie tą samą, w rzeczywistości mijamy chyba z 7. -400 metrów po poziomicy- mówię i przeciskamy się stromym lasem, przez gąszcze bambusów. Gunery dopiero wypuściły pąki. Ogromne mięsiste kolby wybijają z pokręconych korzeni. Las jest piękny, choć tak trudno nim przejść.

Ścieżka znajduje się w korycie większej rzeki. Suchej. Gubię ją jeszcze ze 3 razy, aż w końcu wyjdziemy w gołe skały, powyżej bambusów i traw i ślad chodzenia stanie się oczywisty. Trawersujemy urwisko, wdrapujemy się na zaśnieżoną grań, a potem długo idziemy wysoko przez gołoborza i śnieg z widokiem na wspaniałe wulkany. Jest zimno, mokro, wieje wiatr. Pojawiają się rzadkie kopczyki i czasem szeroki wydeptany czy rozjechany ślad. To chyba inne dojście z Puente Ingles. To prywatne.

Znam ten teren choć widoki z tej grani są dla mnie nowe. Z góry wszystko wydaje się łatwiejsze niż było wtedy. Więcej wolności, większy wybór dróg. Pod wieczór nasz szlak (widoczny teraz tylko w nawigacji) opada stromym śnieżnym polem. Jest miękko i daje się bez problemu zejść. Schodzimy jeszcze o piętro doliny niżej, na zalaną halę z szałasem.

Rozbijamy namioty nad rzeczką. Gałęzie krzewów są jeszcze bezlistne, ziemia goła, bo dopiero zszedł śnieg. Nocą w chatce zapalają się choinkowe lampki zasilane jakąś słoneczną baterią. Myślę, że może żeby odstraszyć pumy. Pełno tu śladów ich łap.

Noc jest lodowata, zejście podmokłe, błotem niedawno przeszła rodzina pum. Schodzimy halami w stronę zieleni, w drapiący gąszcz karłowatych drzew. Pierwsze krowy wydają nam się znajomymi, wspólnikami w tym na pół zimowym świecie. Zdążymy jeszcze zjeść na ślicznej zacisznej łączce wśród drzew i nagle pojawiają się ślady ludzkich stóp. Mnóstwa stóp. Jesteśmy na parkowym szlaku. To już Altos de Lircay. Tu też byłam. Rozpoznaję zejście w dolinę, już nim szlam, i szlak na punkt widokowy gdzie wdrapałyśmy się wtedy z Jagodą wracając do cywilizacji. Jest też szlak prowadzący w miejsce gdzie nie byłam i choć to bez sensu, bo znów musimy wysoko wejść przechodzimy na drugą stronę doliny i pniemy się stromą wydeptaną ścieżką. Mija nas coraz więcej ludzi. Dziewczyny w legginsach i bejsbolówkach na długich zawsze czarnych włosach, w ciemnych jednakowych okularach, panowie w kapeluszach. Są tak do siebie podobni, że dopiero po chwili orientuję się, że większość z nich widujemy wielokrotnie. Biegną, sapią, siadają, a kiedy do nich dochodzę zrywają się i pędzą dalej. Jakbym goniła stado kóz. Nikt oprócz nas nie ma plecaka. Jeden mężczyzna idzie boso i w skałach krzyczy wywołując echo.

Na punkcie widokowym Enladrillado jest tłok. My też siadamy na wprost Descabetazo Chico na płaskiej gołej skale. Z góry widać dolinę, w której utknęłyśmy z Jagodą i jej daleki niedostępny koniec zbiegający do Armerillo. Na mojej mapie (papierowej, kupionej w Polsce) jest tam też inne przejście, przez niską, na oko nietrudną, choć stromą grań. – Da się?- zagaduję chłopaka, który przedstawia się jako przewodnik. Jose tłumaczy, rozumiem, że raczej tak. Choć na pewno było tam jakieś „ale”, nie jestem pewna.

Wszyscy wracają tę samą drogą. Szlak, który prowadzi do Laguna Alto jest niewydeptany choć na stoku rysuje się stary ślad. Trochę błądzimy. Dopiero na grani, już wytopionej, gołej widać fragmenty ścieżki i nieoczywiste, schowane w skałach przejście do płytkiej doliny. Na jej drugim końcu na stoku rysuje się bardziej wydeptany ślad, widzimy na nim z daleka dwoje ludzi. Sama laguna jest jednak niedostępna. Zejście zbyt strome, w całości pokryte miękkim śniegiem. Ślady naszych poprzedników urywają się i wracają. I my też schodzimy ich tropem. Jakoś nam to bardzo nie przeszkadza, zejdziemy wejdziemy, pójdziemy na niewysoką grań zgodnie z mapą.

Ten szlak jest bardziej popularny, czasem pojawiają się nawet znaki. I tak gubię go w jakimś zaśnieżonym żlebie, ale wracam i długo schodzimy stromymi zakosami na wprost doliny, którą przyszliśmy wczoraj. Biwakujemy jak mi się wydaje przepisowo przy oznakowanej szlakowej altance. Już po zmroku mija nas para, Mówimy sobie uprzejmie „buenas noche”. Kto by pomyślał, że na nas naskarżą.

Zejście już znam. Lasem wśród ogromnych drzew i mnóstwa kwiatów. Przy kempingu ktoś pyta czy to my spaliśmy w górach- potwierdzam. Bo jak inaczej -idziemy z Puente Ingles- mówię- musieliśmy przenocować, to za daleko.

Za kempingiem zaczyna się szutrowa droga. Leżą przy niej jakieś zabudowania, może zarząd Altos de Lircay. Przez moment zerkam, bo może jest też toaleta, ale ostatecznie nie zaglądamy tam. Na mapie zaraz za granicą parku jest restauracja. Zaskakuje mnie brama, kolczasta jak w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jestem pewna, że poprzednio jej tu nie było. Wyszłyśmy nie spotykając nikogo. Teraz się nie da. Za zamkniętą na klucz furtą stoi strażnik. Ze stróżówki wychodzi kobieta.

Rozmawia tylko z Jose, po hiszpańsku. Ja rozglądam się i znajduję cennik. Za nocleg, za wejście, za biwakowanie. Sporo. Jose sięga do portfela, ale kobieta chce gdzieś najpierw zadzwonić. – Weszliśmy i nocowaliśmy nielegalnie- tłumaczy Jose- ktoś na nas doniósł. – Zapłacimy- mówię kobiecie- wcześniej nie mieliśmy jak, szliśmy górami- macha ręką, nikt nie chce rozmawiać po angielsku. Spisuje dokumenty Jose i podaje mu telefon- Czy ktoś widział jak wchodziliście? -Pyta nieznana kobieta, a nam rzedną miny, nie powiemy przecież o dziurze w płocie. – Nie widział.

-To świetnie, w takim razie dostajecie ostrzeżenie. Wpisujemy was na czarną listę, drugi raz się wam taki numer nie uda!

Jose otwiera portfel i próbuje zapłacić za szlak i dwie noce w górach, ale strażniczka mówi, że nie. Nie da się. W poniedziałek park narodowy jest zamknięty, nieczynna kasa i nie mają jak przyjąć gotówki.

Zamyka się za nami brama. – Oszczędziliśmy 30 euro- przeliczam na nasze- a mnie to nawet nie spisali.

Share

Wiosna w Andach cz1- San Fernando

Chodnik jest jasny i gładki. Blask razi w oczy. Dalekobieżny autobus wydaje się nieproporcjonalnie wysoki, z pięterka gdzie siedzieliśmy przed chwilką (z przodu nad kierowcą) macha do nas długowłosy chłopak. Nie wiem gdzie schowałam okulary, więc zamykam oczy. Pod powiekami przesuwają się kilometry pyłu. Łany kalifornijskich maczków, malutkie domki często sklecone z byle czego otoczone wspaniałymi ogródkami. Suche wzgórza. Kępy półpustynnych drzew. 150 km, które dzieli nas od Santiago minęło nieproporcjonalnie szybko. Czuję się zdezorientowana. Różnica czasu (zaledwie 5 godzin w porównaniu z Europą) składa się z ponad dobą w podróży. Noc w hotelu wydaje się ciągiem luźnych klatek przerywanych odgłosami ulicy. Gaz w myśliwskim,  jedzenie w supermarkecie prawie europejskim, lecz jednak innym, toaleta za 500 pesos na dworcu autobusowym, pierwsza plama na bardzo jasnych spodniach…

-Prosto i w lewo- mówi Jose i zmusza mnie do otwarcia oczu. Sięgam do plecaka i oddycham z ulgą. Okulary są na wierzchu, zakładam kapelusz. Na stacji benzynowej wisi wskaźnik indeksu UV strzałka wskazuje 11. -Chodźmy coś zjeść- proponuję, nawet nie dlatego, że jestem głodna, ale bo muszę się tu jakoś odnaleźć, muszę zwolnić. Bar jest w podwórku na przeciwko dworca autobusowego. Drugiego, małego, skąd odjeżdżają lokalne busiki. Każde miasto ma taki przynajmniej jeden. Dalekobieżne trzymają się chilijskiej autostrady, głównej arterii łączącej ten strasznie długi kraj. W andyjskie doliny rusza się z mniej luksusowych miejsc. Dworzec jest ciasny, pełen ludzi wykrzykujących kierunki i godziny. Nie umiemy się w tym połapać, więc wybieramy pierwszy kurs w górę doliny. Odjedzie za godzinę.- Zdążymy zjeść?- pyta Jose w barze, wielkim jak stara szkolna stołówka i jeszcze pustym. Korpulentna dziewczyna w białym fartuszku kiwa głową. Ściany pokrywają girlandy chilijskich flag, stoliki kraciaste ceratki. Światło sączy się przez malutkie okienko. Kurczak jest soczysty i pyszny jak nigdzie potem, ryż sypki i polany sosem z pieczenia. Cena malutka. Będziemy za tym bardzo tęsknić.

Plecaki wypełniają pół bagażnika. Siedzenia są pogięte, wyświecone, jakby kiedyś wsiąkła w nie słodka ciecz i bród wprasowany przez setki pasażerów wypolerował się na satynowy połysk. Asfalt znika po kilkuset metrach. Za autobusem wlecze się gęsty pył, jak lisia kita. Wyboje trzęsą. -Popatrz śnieg- wskazuję góry. Jose zerka, a chłopak, który siedzi przed nami odwraca się i mówi, że jest go bardzo mało. Mało śnieżna zima w całych Andach. I zaraz kiedy usłyszy Jose przerzuca się z angielskiego na hiszpański i niczego już więcej nie rozumiem. „Mamy szczęście” myślę.

Stajemy co chwilkę i 30 kilometrów ciągnie się niemiłosiernie. Na koniec zostaje tylko parę osób. Kręcę się niepewnie, zerkam na mapę, ale kierowca sprawia wrażenie, że wszystko wie. -Laguna Encanto?- pyta i nie czeka na moją odpowiedź. Autobus skręca i staje przed rzeką. Kierowca macha żeby już wysiadać. Oprócz nas został tylko młody chłopak zapatrzony w smartfona z plecakiem jakby wracał ze szkoły. Teraz zdejmuje słuchawki i się rozgląda. Z góry podjeżdża mężczyzna na koniu z luzakiem. Chłopak zerka na nas jakby się czegoś wstydził i lekko bez wysiłku wskakuje na siodło. Panowie nie przekraczają mostu zjeżdżają nad rzekę i pozwalają koniom brodzić i pić. Kiedy nas ponownie mijają ojciec odwraca się i pyta, mam wrażenie że raczej retorycznie- Czemu wszyscy przyjeżdżają do Encant? Tu nie ma żadnego jeziora, a tam po drugiej stronie szosy aż dwa. Ale turyści są tu!- Nie wiemy. Idziemy drogą, którą według mapy.cz prowadzi GPT. Każdy samochód wznosi tumany kurzu. Ciężko wybrać na którą stronę uciekać i tak niewiele to daje. Pył osiada na nas, wdychamy go. Za rozwidleniem zatrzymują nas ludzie. Niska kobieta, chłopiec i starszy pan. Pytają gdzie zamierzamy spać i każą zapłacić po 5000 (to mniej więcej 5 euro), nie dużo, ale jesteśmy zdziwieni. Ze dwa kilometry wyżej trafiamy na pole biwakowe z przyzwoitą i czystą toaletą. Zostajemy. Być może za to właśnie płaciliśmy.

Próbuję trzymać się GPT, ale ślad na mapie prowadzi do czereśniowego sadu, ogrodzonego tak, że nie da się przejść. Zwały drewna, kolczasty drut. Wybieram jakiś inny wariant już bez szlaku. To taka sama gruntowa pylista droga. Na szczęście nikt tu nie jedzie.  Podchodzimy lasem, krzakami, droga robi się coraz cieńsza i wyżej zwęża się do konnej ścieżki. Ponad lasem wynurza się wspaniały widok. Południowe zbocza Andów są całe białe. Siadamy przy jeszcze pustych szałasach, filtrujemy na zapas wodę. Jest wcześnie, ale dopada mnie senność, chciałabym zostać w tym pięknym płaskim miejscu, ze wspaniałym widokiem. Jednak zmuszam się i ruszam dalej. Jose wcale nie jest zmęczony. Podchodzimy jeszcze kilka kilometrów, mijamy zarośnięty wąwóz z wartkim potokiem.  Na wysokich wiechach puya alpestris otwierają się właśnie pierwsze kwiatki. Ich turkusowy kolor (tak jak poprzednio) wydaje mi się nieprawdziwy. Plastikowy. Zostajemy na wypłaszczeniu z kępami kolczastych krzewinek. Ziemia jest pełna króliczych nor i krowich placków. Dobrze, że nabraliśmy wody w potoku.

Do przełęczy zostało 500 metrów podejścia. Stok jest suchy, pylisty i gładki nic nie zapowiada zwałów śniegu, które zaległy po drugiej stronie. Z grani zwisają ogromne nawisy. Skaliste zbocze opada bardzo stromo. Jose schodzi niżej, zerka czy da się stąd zejść, ale stromizna jest tak duża, że znika widok w dół. Na skale wypisano imiona ludzi, którzy tu zginęli. Nie widać stawu Laguna Fria. Nie bardzo rozumiem jak powinniśmy dalej pójść, szlak schodzi i wchodzi, próbuję to ominąć granią, ale nadal jest zbyt dużo śniegu i zbyt stromo. Od Laguna Fria opada linia wyrytej w stoku drogi, której nie ma na mojej mapie. Podobnie w drugiej dolinie. To wydrukowałam sobie z google earth. Zawijasy znikają w lesie. „Drogi prowadzą do ludzi” myślę jak zawsze i próbujemy tam zejść. Stok jest bardzo stromy, ale suchy, bez śniegu i urwistych skał. Kiedy się obsuwamy ostrożnie, zygzakami lata nad nami kondor.

Gdzieś w połowie zbocza w korycie potoku pojawia się woda, ale aż do samego dołu jest stromo. „Droga” to dziwny pas zrównanej ziemi. Jest miękka, musi mieć już przynajmniej kilka lat, bo niżej pozarastał ją las. Brniemy w chaszczach sięgających ponad nasze głowy. Są bardzo gęste. Powolutku zbliżamy się do rzeki. Mam nadzieję, że za nią trafimy na prawdziwą drogę. Nad potokiem wisi spróchniały most, ogromne kłody przysypane gliną rozsunęły się i opadły do wody. Trudno się po tym idzie. Oddycham z ulgą czekając na Jose i zamieram. Na ścieżce leży wąż. Długi na ok 70 cm, brązowo cynamonowy wygięty w łuk. Na widok Jose czmycha w krzaki. „Pewnie nie był jadowity” słyszę i żałuję, że go nie sfotografowałam.

15 kilometrów dalej nasza sytuacja się wcale nie zmienia. Wprawdzie jesteśmy na jakiejś drodze, czasem widać odbity ślad kół, ale nie mamy pojęcia dokąd to zmierza. Zakręt za zakrętem, mijamy wąwozy i grzbiety i wcale się nie zbliżamy do szosy. – Słyszysz?- pyta Jose i za moment ja też słyszę warkot motoru. Za kolejnym potokiem w lesie pracuje koparka.

Z szoferki wychyla się mężczyzna. -Poczekajcie, za 5 minut kończę pracę i was zabiorę- mówi. Czekamy. -Do szosy jest jeszcze 40 kilometrów. Nowa właścicielka doliny Izabela kazała wyryć tu jezdną drogę. Sama przylatuje helikopterem.- Fernando odwraca się do nas co i rusz. -O zobaczcie! tu mieszka.

Nad rażąco sztucznym zbiornikiem stoi zapylony domek, skromny i mały jak wszędzie tu. Z wody wystaje czarna folia- Posadzi się kwiaty- mówi dumnie Fernando- wszystko zakryją, to my zrobiliśmy ten staw. Były dwa zardzewiałe zbiorniki, spytałem Izabeli czy jej się podobają i  powiedziała, że nie, więc zbudowałem jej staw.

Samochód trzęsie,  patrzę z żalem na zniszczony las, na rozryte koryto potoku. – Izabela nie chce tu nic zmieniać, chroni przyrodę- mówi Fernando- nie wpuści tu żadnych turystów- po co w takim razie ta droga? -pytam, a Jose tłumaczy- zaprosi uniwersytety.

Niżej zabieramy operatora drugiej koparki. Na końcu, już prawie we wsi jest brama. Czekamy aż panowie ją otworzą i znów zamkną na klucz. Wahają się przez moment, zapraszają żeby zjechać z nimi do Curico, ale chcemy zostać i dalej wędrować górami. Odwożą nas w takim razie do Las Quenes. To tu byśmy zeszli gdyby nie śnieg, zaznaczyłam sobie na mapie kemping. Jest zamknięty. W sklepie dowiadujemy się, że jest też drugi, kajakowy za wiszącym mostem. Jest pusty, ale pani spotkana po drodze dzwoni do syna. Płacimy po 10000 i mamy dla siebie cały plac i czajnik. Matheo przychodzi wieczorem pogadać. Pokazuję mu moje mapy i plan, potwierdza, że to się da zrobić. Pod prysznicem zalega kołderka z liści, z sufitu zwisają pajęczyny, zbite z nieheblowanych dech drzwiczki zarósł odwieczny kurz, ale woda jest gorąca jak trzeba i wspaniale się tam wysypiamy.

Kolejny dzień jest w całości pomyłką. Droga, którą wypatrzyłam w google earth prowadzi do plantacji sosen. W lesie pracują mężczyźni, zwalają się kolejne pnie. Czekamy, ale mówią, że się nie da, że drzewa zasiały się i pozarastały wszystko tak, że i oni się nie przebili. Siąpi, zawracamy nie wiedząc co robić i zaczepia nas starszy mężczyzna. Z tej samej ekipy. -Tędy też da się dojść na Cerro Pelado- tłumaczy- Idźcie do końca drogi i potem w górę.

Nie jestem pewna, nie mam takiej drogi na mapie, ale to blisko, najwyżej kilka kilometrów, a z grani powinno się udać zejść, to już sobie wypatrzyłam na mapie. Idziemy wzdłuż rzeki, przechodzimy przez kolejne bramy. Ostatnia jest zamknięta na klucz, przełazimy wierzchem. Mijamy opuszczony dom i bród na potoku i choć Cerro Pelado zostaje z boku nie widać wcale jak można tam dojść. Z góry zjeżdża mężczyzna w pickupie, prowadzi młodego gniadego konia. Jest uprzejmy, dużo mówi i nawet rysuje mi mapę. -Do końca drogi. Przy spalonej łące są ule i wtedy bez ścieżki stromo na grań. Kiedyś już tu szła ekipa na Cerro Pelado -mówi i dorysowuje na mapce wrak. Tu się rozbił samolot. Chcieli zobaczyć.

3 godziny później decydujemy, że trzeba wrócić. Droga opada do koryta rzeki Claro, potencjalnie przechodnia grań została za naszymi plecami. To nie tu…

-Nie rozumiem zupełnie co się stało- mówi Jose- 3 osoby powtórzyły to samo, jak to możliwe, że coś poszło nie tak?- Jest tylko jedno wyjaśnienie – odpowiadam z kilometr dalej- drugi szczyt o tej samej nazwie.

Stajemy i przewijam mapę. -Cerro Pelado o el Manzano- dukam, o i jest jeszcze jeden… Czy to coś znaczy? Co to jest pelado?-pytam- łyse wzgórze- mówi Jose, pewnie wszystkie tutaj są łyse.

Na grani, którą przeszliśmy wczoraj wisi potężny wał burych chmur. „Teraz już byśmy jej nie pokonali” myślę i przyspieszam. -Jeżeli się uprzemy zdążymy wrócić do Matheo przed nocą- mówię i Jose też przyspiesza.

Nie wiemy co robić, po 40 kilometrach leśnych dróg mamy dość, od szybkiego marszu bolą mnie podeszwy stóp. Nic prawie nie widzieliśmy, zrobiłam tylko kilka zdjęć… Nie podoba mi się. Nie podobają mi się zarośla i drogi. A wyżej, tak jak biegnie GPT jeszcze się nie da. Zbyt wysoko, więc zbyt dużo śniegu, a południowe zbocza podobnie strome, jak to, którego nie pokonaliśmy.

Noc jest wilgotna i upycham swój namiocik pod wiatą

Rano wsiadamy w autobus do Curico, przesiadamy się w drugi do Moliny i trzeci jadący w górę doliny. Jeszcze tylko kawałek autostopem i jesteśmy w Radal Siete Tazas. Od miejsca gdzie zawróciliśmy wczoraj dzieli nas w linii prostej 30 km. Doliny podzielone płotami, prywatne drogi ryte od nowa co kilka lat. Galimatias nieponazywanych wzgórz.  Przed nami wysokie wulkany. -Teraz się uda- obiecuję Jose- A jak nie, pojedziemy do Argentyny.

Share
Translate »