Termas de Chillan -Antuco cz8

To był ostatni biwak na otwartej przestrzeni, tak, wysoko, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałyśmy. Skończył się gaz, kuchenka na chrust zapiekła więc ugotowałyśmy wodę na ognisku. Już nie pierwszy raz więc z lekkim strachem, że cienkie blaszane kubeczki tego nie zniosą. Niepotrzebnym, nic się nie stało. Nocowałyśmy na gliniastej wyspie wśród śniegów. Nocą był mróz więc nawet pójście po wodę przypominało jazdę na łyżwach-  stromo w dół. Pył, mrówki, niepewność gdzie iść- zwykły andyjski poranek. Ruszyłyśmy późno, ale śnieg zmiękł dopiero po kilku godzinach. Z tego powodu i z niechęci do podchodzenia poszłyśmy dołem, trawersem równolegle do grani, przez skomplikowany, pocięty strumieniami teren z dalekim widokiem w dół. Za rozlewiskiem wypełniającym wysoki balkon wypatrzyłyśmy na horyzoncie linię energetyczną i dążąc do niej- jak sądziłyśmy do cywilizacji dotarłyśmy do zamarzniętego jeziorka- ukrytego w ładnym polodowcowym cyrku. To było na naszym wydruku z netu.  Wróciłyśmy kawałek i wynurzonym już spod śniegu żebrem wdrapałyśmy się na grań. Linia przechodziła na drugą stronę, my zostałyśmy w plątaninie skał, nawisów i przecinających je szczelin wywieszonych ponad tym pięknym stawem. Niewykluczone, że można było pość inaczej, ale tak podpowiadał ślad (gpx, który sobie wydrukowałam)-  już kiedyś tędy ktoś szedł. Z grani były piękne widoki na obie strony więc fakt, że wymagała skupienia, że trochę ręcznej roboty i ekspozycja jakoś nam umknął. Najwyższe szczyty przetrawersowałyśmy- to ponad godzina w eksponowanym śniegu,  na szczęście już odpowiednio miękkim. Potem wąwóz, który musiałyśmy obejść, groźne obrywy. Grań rozszerzyła się na moment, po to żeby opaść do przełączki wąskim, ale nietrudnym grzbietem obklejonym solidnym nawisem. Za przełączką trochę się pogubiłyśmy. Kupy śniegu, który do tego czasu bardzo zmiękł skapywały tam ze wszystkich zboczy, spływały ze skał. Być może gdyby się bardzo zaprzeć dałoby się w tym zejść do ślicznego stawku, z którego prawdopodobnie było zejście nad Laguna del Laja, ale jak widziałyśmy z góry -przez las, a to zwykle nie okazuje się łatwe.

Zostałyśmy wysoko, tuż pod granią. Ostrożnie pokonałyśmy kilkaset metrów trawersu, a kiedy zrobiło się niebezpiecznie- zbyt miękko, zbyt stromo wdrapałyśmy się na grań i zeszłyśmy po drugiej stronie. Brzmi prosto jak się opowiada, rzeczywistość wyglądała dość mozolnie.  Wchodziłam i schodziłam, sprawdzałam różne warianty. Przekonywałam Jagodę, że to tu. Wyglądałam kawałek i jak się nie dało kontynuować wracałam. Zwykle nie widziałam całego zbocza więc było to obarczone ryzykiem porażki. Pod wieczór wypatrzyłam ślady- były bez wątpienia ludzkie. To zdecydowało, że zamiast wracać na grań (do śladu Jana) i biwakować nad zamarzniętym stawem, pogrążyłyśmy się w lesie, wprawdzie już widocznym na prawdziwej mapie (dotarłyśmy do skraju – Antuco 1:30000), ale zawalonym zaspami i zagmatwanym. Andyjskie lasy bywają straszne, ten nie okazał się wyjątkiem. Ślady doprowadziły nas do rzeki i znikły. Próbowałyśmy po jednej i po drugiej stronie. Wspinałyśmy się po pionowym błocie, po śniegu, po gałęziach. Zeszłyśmy kawałek rzeką- nic, że buty mokre, byłyśmy zdeterminowane. To też nam się w końcu urwało- w serii wodospadów. Stromo, gęsto tak, że nie ma jak siąść, wokół śnieg, a daleko, na wprost Sierra Velluda i nadciągający nad nią nieuchronnie zmrok. Przed mocno niekomfortową nocą uratował nas chyba przypadek. Uparłam się żeby jeszcze raz przejść przez rzekę – pomiędzy wodospadami. Wokół nieprawdopodobny gąszcz, kupy śniegu. Martwe drzewa. Bardzo stromo. Kiedy dobrze stanęłam na nogach metr przede mną pokazała się wygodna ścieżka- po prostu cud. Znikąd jej nie było widać. Zamieszała nam już tylko raz gubiąc się w rozlewiskach rzek. Topiąc w nurcie i rozmywając w wiosennym błocku. Potem jak gdyby nic znów zamieniła się niemalże w drogę doprowadzając nas przed nocą na kemping. Pusty oczywiście, jeszcze nieczynny, ale bogaty w drewno na opał i w wodę (było tam nawet źródło). Leżała tam też butla z gazem, pewnie sprzed zimy, bo zardzewiała- w sam raz dla nas.

Share

Termas de Chillan- Antuco cz7

Z braku ścieżki wdrapałyśmy się na zbocze jak się dało, na wprost. Początkowo nie było problemu, ale kilkaset metrów wyżej zrobiło się tam dość trudno. Rumowisko, bambusy, prawie pion. Potem upał. W tym miejscu zastali nas Niemcy, mniej objuczeni i silniejsi od nas. Jeden z nich wdrapał się na skały i chyba coś stamtąd zobaczył, bo idąc tak, jak pokazał wyszłyśmy w końcu na ścieżkę. Jego koledzy jakoś nie trafili. Spotkaliśmy się ponownie na grani, za stromymi płatami śniegu, na których zostawiłyśmy dobry ślad.

-Wasze psy chyba potrzebują wody- zauważyła Jagoda czekając aż zrobię jakieś zdjęcie. Dwa z trzech bezdomnych psów nadal towarzyszyły chłopakom, wyglądały biednie. – My też potrzebujemy wody-odpowiedział (chyba z wyrzutem) jeden z nich- ten, który nie pomógł w rzece. Jagoda podała termos z herbatą, swój skarb -Przynajmniej mogłam się zrewanżować -tłumaczyła kiedy na nią spojrzałam (pewnie zdziwiona). Kilkanaście minut później narysowałyśmy im na śniegu strzałkę- Wasser. Z daleka widziałyśmy jak biegną susami. W tych górach nie było problemu z wodą, nie było jej oczywiście na grani, ale niżej bywał aż nadmiar. Nie wiem czemu nie umieli znaleźć. Niewykluczone, że nie mieli też jedzenia, bo widok naszych dużych plecaków i opowieść o tym, od jak dawna idziemy wywołała skrzywienie i komentarz- nie lubię nosić… Pocieszałyśmy się, że dwóm szybkim z małymi plecakami towarzyszył jeden powolny i objuczony. Z jego plecaka zwisał termosik, pewnie miał też jakieś zapasy, tabletki…

Wyprzedzili nas znów po południu, wyszli na grzbiet, a my starając się nie zgubić ścieżki (widocznej czasem pod zwałami śniegu i błota) poszłyśmy trawersem. Pod granią. Dogoniłyśmy ich ponownie, ale już nie rozmawialiśmy. W rozpościerającej się pod nami dolinie pojawiła się droga. Daleki błyszczący wąż. Zbiegała do niego ścieżka, pewnie zwierzęca, ale zaznaczona na naszej wygooglanej mapie- ktoś już zostawił na niej ślad (wirtualny, w postaci pliku gpx). Panowie nawet na nas nie spojrzeli. Omamieni widokiem cywilizacji zbiegli w dół. Może chcieli się już zatrzymać na biwak, albo myśleli, że my też tam zejdziemy? Nie dowiedziałyśmy się. Byłyśmy spokojniejsze, że zeszli. W tym miejscu pojawiła się telefoniczna sieć, dotarcie do szosy nie powinno zająć więcej niż dzień, a kolejne dni wyprowadziły nas w trudny teren, wysokie góry i ciągły śnieg. Ciężko by tam było w lekkich butach (prawie sandałach), bez ciepłych ubrań i z psami.

Do wieczora szłyśmy wysoko, serią zaśnieżonych lub bagnistych balkonów, wśród stromizn, bezlistnych krzewów, rozlanych strumieni i nasiąkłej ziemi. Pod skałami i z pięknym widokiem. Nie trafiłyśmy już na ślady ścieżki. Kierując się bardziej przeczuciem niż wiedzą przeszłyśmy przez przełęcz i zeszłyśmy trochę w poszukiwaniu miejsca na biwak. Postawiłyśmy namiot na niewielkiej górce wśród morza roztopów i śniegu. Nie byłyśmy pewne gdzie biegnie szlak- czy raczej, którędy przeszedł kiedyś Jan rysując na mapie google earth swój ślad. GPS pokazywał, że to blisko, kilkadziesiąt, kilkaset metrów w bok. Gdzieś w zwałach śniegu, w na wpół zamarzniętych korytach rzek, albo w krzakach. Latem musiało tu być zupełnie inaczej, chociaż kto wie czy teraz nie było piękniej.

Share