jak chodzić po górach i się nie zmęczyć- cz2 technika chodzenia

Niektóre rzeczy z tego, co mam do powiedzenia są oczywiste. Wydawało by się, że nie warto o  nich wspominać, ale prawie każdy, kogo zabieram w góry nie stosuje się do tej odwiecznej wiedzy piechurów i cierpi.

1- jeżeli na co dzień raczej się mało ruszacie przed wyjściem na kilkudniowy trekking trochę poćwiczcie. Jeśli tego nie zrobicie nie umrzecie, ale stracicie radość z pierwszych 3-4 dni męcząc się z zakwasami.

2- chodzenie z plecakiem to nie wyścigi. Na 100% pójdziecie wolniej niż nieobjuczeni. Bardzo możliwe, że idąc swoim tempem* (co jest najekonomiczniejsze) spotkacie się z „tymi szybkimi” więcej niż raz. Klasyczny przypadek- lecą, pocą się, zieją, padają i za chwilkę znów zabiegają Wam drogę. Zawsze mi się to kojarzyło z popędzaniem stada, ale na szczęście rzadko bywam w zatłoczonych miejscach więc te doświadczenia nadal wydają mi się zabawne.

Własne tempo bardzo trudno zdefiniować. Jeśli nie macie doświadczenia sprawdźcie różne prędkości. Ja idę tak, żeby równo wydatkować energię.  Nie męczę się i nie pocę. Oddycham równo i spokojnie jak na spacerze.  Nie potrzebuję stawać żeby odpocząć. Nie mam od czego. Zatrzymuję się regularnie co 3 godziny żeby zjeść i nieregularnie żeby zrobić zdjęcia.

Latem do czasów podanych w alpejskich czy pirenejskich przewodnikach muszę doliczyć ok. 40-50%. Są liczone bez przystanków i bez obciążenia- sam czysty marsz. Standardowo dolicza się 30-40%, być może jestem nieco wolniejsza, albo moje przerwy na jedzenie czy fotografowanie dłuższe. Mogę iść bez zmęczenia ok. 12 godzin (z w/w przerwami) więc wędrowanie zajmuje mi zwykle cały dzień.

Norweskie czasy muszę pomnożyć przez 2… może odrobinkę mniej, ale taki zapas przy planowaniu bardzo się przyda. Nie znalazłam jak dotąd sposobu na szybkie przeskakiwanie bagien, pokonywanie wzburzonych rzek i obchodzenie zalanego terenu. W Norwegii często latem trafiam na śnieg, a poruszanie się po nim też nie jest jest szybkie (z wyjątkami- teraz z Lidką zjechałyśmy oblodzony kawałek na 4 literach- z braku raków).

Dla porównania – czasy na polskich szlakach są liczone z wielkim zapasem. Można nic nie dodawać.

2-Plecak powinien być dobrze wyważony. Zbyt wysoki środek ciężkości powoduje nieustanne bujanie się ładunku (i wytracanie energii) i jest niebezpieczny- bo łatwo fiknąć. Rzeczy ciężkie lepiej wcisnąć niżej, a sam plecak starannie wyregulować.

Ja lubię jak ciężar opiera się w większości na pasie biodrowym (nie na ramionach), a pomiędzy plecami i workiem jest delikatny i pozwalający na wentylację prześwit. Przy takim ustawieniu bardzo ważny jest pasek piersiowy, którego wiele osób wcale nie zapina. To on przejmuje ciężar z ramion więc musi się dać ustawić na wygodnej wysokości (raczej nie na biuście) i dać odpowiednio zacisnąć. Stosowne wyważenie plecaka reguluję długością ramiączek (hmm?) i wysokimi paskami wiszącymi z górnych zaczepów pasów na ramiona (dodatkowo mocującymi je do plecaka)- to one decydują o odległości od pleców (plus regulacja wysokości pasów dostępna od spodu plecaka- to trzeba ustawić po kupieniu-  plecak przystosowano pewnie fabrycznie na jakiś standard).

Te zewnętrzne, łatwo dostępne ustawienia zmieniam kilka razy w ciągu dnia i po każdym zapakowaniu- załadowaniu na plecy- tak, żeby ciężar rozkładał mi się wygodnie. W moim plecaku da się to zrobić idąc. Kłopotem są tylko długości- zarówno pas biodrowy jak i ten na piersi nawet maksymalnie skrócone są na mnie za długie. Sytuację z biodrowym można poprawić wypychając mocno dolne partie plecaka i pilnując czy boczne zaciągi pasa się nie poluzowały (takie małe klamerki na biodrach, u mnie wyjątkowo liche). Piersiowy trzeba w razie potrzeby wywlec i przełożyć.

Chodzenie z plecakiem to sztuka sama w sobie. Kilkanaście kilogramów to 20- 25% wagi więcej niż zwykle. Żeby się nie namęczyć trzeba chodzić inaczej niż po płaskim i inaczej niż bez obciążenia.

3-Warto właściwie używać kijków. Podchodząc idę tak jak mój pies na 4- jednocześnie prawa ręka i lewa noga i na zmianę. Łatwo wpaść we właściwy rytm, a kijek wbity mniej więcej pod kątem prostym (kąt prosty powinno mieć też zgięte ramię) pozwala się mocno pociągnąć. W ten sposób pracuje całe ciało, nie tylko nogi. Zbyt krótkie kijki są niewygodne, zbyt długie nadwyrężają mięśnie ramienia, więc warto je regulować w miarę potrzeby.

Schodząc utrzymuję ten sam rytm, ale wydłużam kijki. Opieram się na nich mocno jak na poręczach jeszcze zanim opuszczę stopy- to istotnie odciąża stawy nóg, ale obciąża nadgarstki. Jeśli kijki nie mają dobrej amortyzacji nadgarstki mogą oberwać.

Idący w ten sposób człowiek wygląda troszkę jakby jechał na nartach. Porusza się płynnie i miękko.

Stopy stawiam na śródstopiu. Bardzo istotne jest słowo „stawiam”. Łatwo się zagapić i pozwolić nodze opadać. Z tego powodu wiele osób narzeka na ból podeszew stóp czy pięt, a butom dorabia się coraz to nowsze amortyzatory. Ten problem można jednak załatwić nawet bez wyjątkowo wygodnych butów (twarde podeszwy wysokogórskich i zimowych butów są bezlitosne i nie ma rady, trzeba się nauczyć w nich chodzić).

To żeby użyć mięśni do podniesienia nogi jest oczywiste. Opuszczanie jej przy ich użyciu już nie zawsze. Niewiele osób chodzi jak baletnica (czy kot)**, a to akurat bardzo pomaga w górach. Stopę trzeba postawić na podłożu precyzyjnie i ostrożnie- bez szoku.

Druga równie często pomijana rzecz to ugięcie kolana przy zejściu. Schodzenie na sztywnych- wyprostowanych w momencie kontaktu z ziemią- nogach powoduje (i to bardzo szybko) długotrwały ból kolan. Można temu skutecznie zaradzić schodząc na lekko ugiętych- tak żeby siłę uderzenia o glebę przejęły mięśnie. Nawet niewyćwiczone mięśnie zregenerują się znacznie szybciej niż stawy.

Reasumując przy zejściu noga nigdy nie powinna być zupełnie prosta. Zbieganie w ten sposób z plecakiem jest trudne, więc lepiej unikać. Staranne zejście jest w praktyce niewiele szybsze niż podejście. Jeszcze wolniej schodzi się w trudnym terenie.

Te rady wyglądają z pozoru prosto, ale zastosowanie się do nich wymaga ciągłej uwagi. Większość z nas chodzi na co dzień mniej starannie, a w pośpiechu łatwo zapomnieć o technice. Jedną z ważnych rzeczy, których się nauczyłam chodząc- to właśnie to, że nie warto się śpieszyć. Poza bólem protestującego ciała traci się też cały „medytacyjny” aspekt długodystansowego marszu. Zaangażowanie w prawidłowo wykonany ruch daje naprawdę wielką przyjemność i uwalnia w człowieku inny sposób postrzegania świata- bardziej precyzyjny i szczegółowy.

*- tempo w grupie można wyrównać wagą obciążenia. Dla przykładu mnie i Lidkę dzieli jakieś 5 kg, i podobnie mnie i Jose – tylko w drugą stronę …  :)

**- osoby chodzące tak jak opisałam w „zwykłym życiu” łatwo odróżnić. Nie słychać ich nawet na twardym podłożu.

 

 

 

jak chodzić po górach i się nie zmęczyć cz1 -jedzenie

Jak łatwo zauważyć przeglądając bloga chodzę po górach przez około 1/4 roku. To duży i intensywny wysiłek. Wydawałoby się, że po powrocie mój organizm będzie wymagał uzupełnienia brakujących substancji czy dłuższego odpoczynku, jest jednak odwrotnie. Wracam wypoczęta i zdrowsza. W szczególności ustępują moje problemy żołądkowe. Troszkę czasu zajęło mi zrozumienie dlaczego. Dopiero niedawno poczytałam jakie właściwości ma moja odkryta eksperymentalnie górska dieta. Popatrzcie sami (jadam co 3 godziny więc tych posiłków jest sporo):

śniadanie: Zjadam półlitrową miseczkę zalanych prawie gorącą wodą płatków owsianych (w proporcji 1/3 płatków 2/3 wody). Nie lubię rozgotowanych (i oszczędzam gaz), okazuje się, że właśnie takie są najbardziej wartościowe  (jeszcze lepsze byłyby zalane zimną) mają niższy indeks glikemiczny, czyli uzyskana z nich energia wydziela się powoli wystarczając na dłuższy czas. Czasem je troszkę solę, czasem słodzę. Jadam codziennie też w domu. Nie znudziły mi się już od kilku lat.

Owies był tradycyjnym źródłem pożywienia w północnej i środkowej Europie. Zawiera najwięcej białka ze wszystkich zbóż i mnóstwo potrzebnych nam witamin. Kwas pantotenowy i witamina B1 chronią przed zmęczeniem i rozdrażnieniem. Witamina B6 poprawia pamięć, a witamina E zapobiega starzeniu. Płatki owsiane poprawiają nastrój (witaminy B, magnez, selen). Owies jako jedyne ze zbóż zawiera flawonoidy i rekordowo dużo błonnika, również tego rozpuszczalnego w wodzie, który otula ścianki przewodu pokarmowego jak kompres, żywiąc korzystne bakterie i na długo zapewniając uczucie sytości. Owsianka zapobiega też zgadze i pobudza pracę jelit. Zawarty w ziarnie owsa tłuszcz (aż 7%) to niezbędne nam kwasy nienasycone, a codzienne spożywanie płatków chroni podobno przed alergią i zapobiega miażdżycy… Aż dziwne, że to wszystko kosztuje tylko kilka złotych (w Norwegii tylko kilkanaście koron za 1,1 kg).

drugie śniadanie: kawał żółtego sera, lub suszonej wołowiny -uzupełnione suszonymi jabłkami. Jabłka pochodzą z 50-cio letniej jabłonki z warszawskiej działki moich rodziców. Są malutkie, schną w piekarniku pokrojone w dość cienkie plastry razem z gniazdami nasiennymi i skórką.  Nie wiem czy można takie gdziekolwiek kupić. Rodzice przygotowują wielki zapas każdej jesieni. Na dwa tygodnie zabieram ok 1,5 l- skompresowanego do woreczka po nieprzemakalnej kurtce. Czasem mi troszkę brakuje pod koniec.

Co o nich wyczytałam: najlepsze są własnie takie- małe, ze skórą i gniazdami nasiennymi. Niezbyt słodkie. Zawarte w skórce i „ogryzkach” pektyny oczyszczają organizm z toksyn, zwłaszcza metali ciężkich. Wspomagają też rozwój korzystnej flory bakteryjnej, zapobiegają zaparciom i obniżają poziom cholesterolu. Dzięki działaniu moczopędnemu zmniejszają obrzęki nóg.  Skórki mają właściwości dezynfekujące (to też na pewno się w górach przyda).

Jabłka zawierają sporo witaminy C, odkwaszają organizm, a suszone rosną w żołądku powodując długotrwałe uczucie sytości.

Wołowinę suszę sama przez każdym wyjazdem. Wystarczy suszarka do grzybów.

obiad- staram się ugotować zupę. Głównym składnikiem jest garść suszonych warzyw- dostępnych w dobrych sklepach. Zużywam 100 g na ok 4 dni, wiec na 2 tygodnie potrzebne mi 3 torebki. Solę, pieprzę, dodaję łyżkę oleju.  Zagryzam serem, czasem dosypię garść kaszki, wrzucę kawałek wołowiny lub nasypię orzechów czy soczewicy. Jeśli tylko mogę uzupełniam warzywa pokrzywą. W Polsce można kupić suszony koperek czy suszoną natkę pietruszki.  We Włoszech suszone pomidory. W wielu miejscach bywają grzyby. Dzięki tym dodatkom moja zupa miewa różny smak.

O zaletach warzyw nie trzeba wspominać. Najlepsze są oczywiście surowe. Moje ze względu na oszczędność gazu  lądują w kubku z zimną wodą i są podgrzewane aż do zagotowania. Czekam potem chwilkę żeby wciągnęły wodę. Nie są miękkie, ale są smaczne (już o nich kiedyś pisałam)

podwieczorek ;)) jak wszyscy lubię słodycze. Już 3 godziny po zupie jestem głodna więc przegryzam coś, co akurat mam: ćwierć kubka wiórów kokosowych (to dziwne, ale są smaczne na sucho, bez niczego innego, na wietrze warto dodać trochę wody inaczej trudno je zjeść:)), kawałek czekolady (sama jest dla mnie zawsze za słodka wiec pogryzam suszonymi jabłkami, lub ryżowym waflem), garść orzechów czy słonecznikowych ziaren (najlepiej też z waflem). W Norwegii zamiast czekolady kupuję tradycyjny norweski brązowy „serek”- uzyskany z odparowania serwatki- brunost. Ma mnóstwo kalorii (ponad 400/100g), a pod względem składu najbliżej mu do czekolady- to cukier i tłuszcz. Są dwa podstawowe rodzaje – ja kupuję lekko dosłodzony karmelem, krowi- Flotemysost. Nie wiem, czy jest zdrowy, ale trudno mi się mu oprzeć. Bardzo mi smakuje na ryżowym waflu lub dodany do ciepłej owsianki, ale bywa, że jadam sam. Na podwieczorek miewam też czasem sezamki (nie jadam innych batoników) lub sam sezam, suszone żurawiny, morele czy śliwki. Lubię suszone w całości banany (dostępne we francuskich sklepach) i zwykłe, najtańsze rodzynki (jem je zwykle z orzechami, ale bywa, że z suszoną wołowiną :)). Te wszystkie rzeczy zdarza mi się też pogryzać do innych posiłków, jeśli jestem bardzo głodna. Nie za dużo na raz, bo suszone owoce ze sklepu są bardzo słodkie. Energia z nich uzyskana wystarcza tylko na chwilkę, a potem człowiek robi się jeszcze bardziej głodny.

kolacja– prawie codziennie gotuję barszcz. Garstka suszonych warzyw, trochę suszonych buraków, kilka kawałków suszonej wołowiny (lub grzyb), czasem suszone jabłka, sól pieprz i olej. Jak mam wrzucam choriso, grzyba…

Barwniki zawarte w burakach to silne przeciwutleniacze- związki chroniące przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Zwiększają też (podobno aż 4-krotonie) przyswajanie tlenu przez komórki- obie te własność są w górach bardzo pomocne. Wystawienie na słońce wymaga zwiększonej ochrony przed atakiem agresywnych wolnych rodników, a przyśpieszone przez wysiłek spalanie – zwiększonej konsumpcji tlenu na poziomie komórkowym (inaczej wyhodujemy sobie w mięśniach kwas mlekowy – czyli zakwasy).

Poza tym buraki wspomagają zwalczanie wirusów (czyli pomogą na ewentualną chrypkę czy katar) i odkwaszają organizm (co na pewno przyda się po zażyciu jakiejkolwiek potrawy z puszki czy fastfoodu). Nie trzeba ich nawet gotować, ja zalewam swoje w miarę ciepłą wodą i czekam chwilkę aż zmiękną. Wychodzi z nich dobry barszczyk czerwony, a na dnie porcja gotowanych warzyw- najsmaczniejsza z dodatkowym olejem.

Suszone buraki występują w polskich sklepach spożywczych. 100 g kosztuje ok 2 zł i wystarcza mi na jakieś 10 dni.

Tygodniowo zjadam około 1-1,5 kg sera (w Pirenejach, Alpach i na Korsyce można go kupić u pasterzy) i około pół kg wołowiny (po wysuszeniu to tylko 150 g wiec można nosić spory zapas). Na dwa tygodnie wystarcza mi ok. 75 ml oleju. Potrzebuję więcej, jeśli są grzyby.

Kiedy zdarza mi się zejść na dół i mam dostęp do nieograniczonej ilości gazu (np kemping) gotuję sobie na zapas jajka. Co jakiś czas zjadam jajecznicę  (najtańsza rzecz we francuskich schroniskach), czy wciągam puszkę sardynek lub tuńczyka. W Norwegii najchętniej Sur Sild (słodkie śledzie). Na Korsyce jesienią zbieram kasztany.

Przy każdym posiłku wypijam pół litra wody, rano i wieczorem (jeśli mogę) herbatę. Piję zawsze, nawet jeśli nie chce mi się pić. Kiedy jest wietrznie i zimno łatwo się odwodnić przez zagapienie, więc taki rytuał się nieźle sprawdza.

Potrzebuję do tego 0,5 litra gazu na dwa tygodnie. Jeśli gotuję ostrożnie wychodzi mniej.

Z wyliczeń wynika, że dostarczam organizmowi ok 1800 kcal dziennie.  Ser i wołowina dają mi ok 50 g białka dziennie. Moje zapotrzebowanie to jakieś 65 g, pozostałe 15 g z pewnością mają kasze (prawie 10 g zawiera moja dzienna porcja owsa) i orzechy. Jak widzicie wszystko co jem jest wystarczające pod względem wartości odżywczych i kalorii, zawiera witaminy i błonnik, i wydaje się być bardzo zdrowe. Jest też zaskakująco tanie i lekkie.

Napisałam to, bo widuję w górach ludzi odżywiających się samymi szkodliwymi rzeczami. Konserwami (z założenia niezbyt zdrowymi- bo np bifenole w lakierach), drogimi liofilami (często z konserwantami, zawsze z wielkim i zajmującym miejsce opakowaniem z obowiązkowym kuszącym obrazkiem), zupkami w proszku pełnymi chemicznych substancji i wcale nie tak lekkimi jak się wydaje na oko, a niemal pozbawionymi witamin i białka, batonikami pełnymi cukru, utwardzanych tłuszczy i różnych E. Nie mogę tego jeść, więc mnie nawet nie kusi, ale gdybym jadła na pewno nie wracałabym z gór wypoczęta i pewnie też po tylu latach wyglądałabym już trochę gorzej. Nie zażywam żadnych suplementów diety, witamin, magnezu… itp. Nie pijam izotonicznych czy energetycznych drinków, generalnie unikam sztuczności jak tylko potrafię.

PS: ta dieta jest też dietą bezglutenową (nie bardzo restrykcyjną, bo owsianka może zawierać śladowe ilości). Już kiedyś o tym pisałam i zapomniałam zlinkować, po komentarzu Jano podaję link.

Zdjęcia pochodzą z tegorocznej Norwegii. Więcej biwakowych niestety nie zrobiłam.

Korsyka Mare a Monti cz1.

Wyjazd na Korsykę zimą (na przykład zamiast nart) na pierwszy rzut oka wydaje się  egzotyczny. W praktyce nie jest jednak ani szalony, ani skomplikowany, ani nawet specjalnie drogi. Loty na lazurowe wybrzeże zimą nie drożeją nawet w weekendy (ok 250 zł w obie strony). Prom ma stałą i w sumie niewielką cenę (ok 30-tu Euro w jedną). Transport publiczny na Korsyce działa wprawdzie zimą na pół gwizdka, ale nie trzeba  z niego korzystać. Odległości nie są wielkie i wszędzie daje się jakoś dojść lub dojechać stopem.

Tak też zrobiliśmy. Lot z Berlina do Nicei (z jednym bagażem na 3 osoby, dwa plecaki udało nam się skompresować do rozmiaru pasującego do kabiny). Potem szybki przerzut do Tulonu (można pociągiem, kursuje ich wielkie mnóstwo, bilety są tanie, ale trudno je kupić z wyprzedzeniem. To niedaleko. Nas podwieźli przyjaciele.). Nocny prom do Ajaccio gdzie udało nam się komfortowo rozłożyć śpiwory na najwyższym 8-mym pokładzie. Wszystko to wydawało się bardzo szybkie i troszkę oszałamiające. Zaplanowałam wyjazd drobiazgowo (jak na mnie). Policzyłam długość przejść i posprawdzałam możliwości dojazdu w góry. Zadzwoniłam nawet i napisałam do wszystkich sportowych sklepów, których znał wujek google, bojąc się, że nie będziemy wiedzieli jak kupić gaz. Sytuacja wyglądała dramatycznie. W Decu powiedziano mi, że gaz się skończył, a kolejny pojawi się dopiero latem! Gaz taki jak lubię (do Primusa, MSR-a, Colemana- czyli ten droższy i wydajniejszy) miała agencja turystyczna w Corte, z tym że była zamknięta w poniedziałek… Błękitne butle od campingaza których nie lubię, bo niewydajne, a palniki upiornie ciężkie znalazły się jednak w Intersporcie. Jak się potem okazało nie tym, który ostatecznie odszukaliśmy w Ajaccio … Są dwa i ten, do którego nie zadzwoniłam (malutki na głównej ulicy nad portem) miał wszystkie rodzaje butli, z tym że my mieliśmy już tylko wielki błękitny palnik…

Nic to, załadowawszy dwie butle na zapas (również niepotrzebnie, niebieski gaz był potem w większości wiejskich sklepików) porzuciliśmy myśl o zwiedzaniu Ajaccio i zamiast czekać na jedyny kurs do Cargese (o 17.30) wyjechaliśmy za miasto miejskim autobusem i rozpoczęliśmy łapanie stopa.

Poszło jak z płatka. Dziewczyna w malutkim autku przerzuciła nas przez przełęcz nie martwiąc się wcale, że obładowani położonymi na kolanach plecakami omal nie zarwaliśmy jej zawieszenia. Cargese kusiło na horyzoncie, po drugiej stronie pięknej zatoki, jednak dotarcie tam zajęło nam prawie cały dzień. Nie żebyśmy się nudzili. Przeszliśmy kawałek szosę, zjedliśmy troszkę poziomkowców, poturlaliśmy się z kolejną miłą panią do sklepu, posiedzieliśmy na skalistej plaży, a potem znów podjechaliśmy kawał na pace pickupa. Wspaniałe doświadczenie. Droga wiła się wysoko nad skalistym, dzikim wybrzeżem. Widoki z paki oszałamiały.

Wniosek: łapanie stopa w trójkę nie jest wcale niemożliwe.  Da się nawet z wielkimi plecakami. Do Cargese dotarliśmy w ten sposób jeszcze za dnia, ze 3 godziny przed autobusem. Miejscowość wyglądała na wyludnioną, ale był tam i bar, i całkiem przyzwoity sklep. Było też co zobaczyć. W Cargese są dwa postawione na przeciw siebie kościoły. Jeden greckokatolicki wybudowany przez uchodźców z Peloponezu, którzy schronili się tu w 17-tym wieku uciekając przed tureckim jarzmem. Drugi rzymskokatolicki, z pięknym siedemnastowiecznym obrazem (szkoła bolońska). Oba były otwarte i oświetlone.

Do zmroku pozostało nam już nie więcej niż półtorej godziny postanowiliśmy jednak podejść kawałek. Głównie po to, żeby zakończyć podróż i zacząć w końcu wędrować.

Szlak wznosi się łagodnie  zalesionym grzbietem. Udało nam się dojść przed nocą do rozstajów z ruinami kapliczki. Wnętrze kościółka było jedynym płaskim miejscem w okolicy rozbiliśmy więc namiot przed samym ołtarzem. Teren ogrodzono, tak żeby ruin nie niszczyły krowy, ale przejście przez płot było zadeptane. Ogrodzenie zerwane. Kościółek jest słabo widoczny (ukryty w krzakach) i nieoznakowany. Obok jest spore gospodarstwo gdzie dostaliśmy pitną wodę. Nocą bardzo nas niepokoił szamocący się, nie wiadomo czemu zamknięty w przyczepie koń. Hania mówiła, że słyszała jak odjechał nad ranem. Ja wszystkie te nocne odgłosy przespałam. Obudziłam się na chwilę przed świtem w samą porę żeby zrobić jeszcze kilka zdjęć.

PS: Świty i zmierzchy okazały się najciekawszymi fotograficznie porami dnia na naszej zimowej Korsyce. Do tego w styczniu raczej trudno je przespać :)

Skaneleden

Skaneleden- czyli droga przez Skanię to około tysiąca kilometrów znakowanych długodystansowych szlaków. Sieć ma własną, bardzo dobrze zrobioną stronę (też po angielsku), ścieżki są solidnie przygotowane, oznakowane, zaopatrzone w schrony i wodę.

Mogłoby się wydawać, że będą zatłoczone czy wydeptane, ale w rzeczywistości wyglądają tak, jakby prawie nikt nimi nie chodził. Poza nielicznymi przypadkami (np ktoś coś wydłubał na drzewie) niemal nie widuje się śladów obecności ludzi. Nie ma śmieci, a dywany mięciutkiego mchu nie są zniszczone czy zadeptane. Częściowo wynika to z wielkiego poszanowania dla przyrody Szwedów. Organizator szlaku prosi o nie nie jeżdżenie rowerem czy konno poza ubitymi drogami (żeby nie powodować erozji i ewentualnych wypadków) i najwyraźniej jest to szanowane (na marginesie- na przyszłe lata planuje się wyznakowanie niezależnej sieci dróg rowerowych).

W Szwecji ( podobnie jak w Norwegii) obowiązuje prawo wolnego dostępu do natury  i Szwedzi są z niego bardzo dumni. Oznacza to między innymi, swobodę biwakowania w dowolnie wybranym miejscu (na jedną czy dwie noce), o ile to nie będzie nikomu przeszkadzać i niczego się przy okazji nie zniszczy. Nie wolno rozbijać namiotu blisko domów, czy na prywatnym, ogrodzonym terenie. Wyłączone bywają też niektóre rezerwaty przyrody (są tam tabliczki).

Wiele z dobrych zasad współistnienia ze sobą i z naturą bardzo przydałoby się i nam. Jak to, żeby w przypadku potrzeby skorzystania z toalety (tam gdzie jej nie ma) wykopać dołek, a potem go dokładnie przykryć, wynieść ze sobą wszystkie przyniesione śmieci, nie rozpalać ognia kiedy jest sucho, nie zanieczyszczać wody niebiodegradowalnym mydłem czy szamponem, nie zakłócać spokoju mieszkańcom i zwierzętom (dzikim czy hodowlanym), niczego niepotrzebnie nie deptać, nie wynosić i nie niszczyć.

Miło jest iść takim dobrze zadbanym szlakiem ze świadomością, że te zasady działają i są respektowane przez setki ludzi.

Skaneleden można rozpocząć w Malmo czy na którejś z przystani promowych (w Ystad czy Trelleborgu), ale najciekawszy wydaje mi się biegnący przez gęste lasy północny odcinek (SL1 Kust till Kustleden). Szlak zaczyna się w  Solvesborg na bałtyckim wybrzeżu, kończy w  Angelholm nad Morzem Północnym. Na stronie jest zestaw miejsc gdzie można dojechać autobusem. Ścieżka biegnie wzdłuż małych i wielkich jezior pasmem zalesionych wzgórz. Mieszane bukowo-świerkowo- brzozowe lasy są pełne wielkich głazów i maleńkich górskich strumyczków. Brzegi jezior bywają skaliste i strome, większość ma bardzo rozczłonkowaną linię brzegową i setki malowniczych wysp (szkiery). Jest sporo podejść i zejść. Bywają odcinki gruntowych leśnych dróg, ale raczej nie ma asfaltu i kontaktu z cywilizacją. W odległości jednego dnia drogi (co kilkanaście km) postawiono solidne drewniane wiaty. Trzy ściany, ciepła drewniana podłoga i szczelny dach. Trzecią stronę osłania gruba foliowa zasłonka. Wewnątrz zmieści się kilkanaście osób (tyle jest mniej więcej wieszaków na plecaki), ale da się tam w zasadzie tylko leżeć. Miejsca do siedzenia przygotowano na zewnątrz. Są stoliki i duże grille często zaopatrzone w drewno (w Brotorpet go nie widziałam, strona organizatora ostrzega żeby nie liczyć, że zawsze jest, bo bywa skradzione, a niektórzy użytkownicy wypalają go nadmiernie dużo). Niedaleko wiat postawiono czyste toalety z kompostownikiem i letnie ujęcia wody (teraz już zakręconej na zimę, ale nie ma problemu z czystą wodą).

Można tylko podziwiać doskonałą organizację. Jak łatwo się domyślić wędrując tym szlakiem zimą nie spotkałam prawie nikogo. Minęłam parę na spacerze i dwóch myśliwych z psem (zimą w Szwecji panuje sezon polowań, myśliwi nie są niebezpieczni dla wędrowców, a strona Skaneleden prosi, żeby im nie przeszkadzać, pies nawet na mnie nie spojrzał). Ja też nie wędrowałam z plecakiem tylko dochodziłam do szlaku codziennie siateczką leśnych dróg.  Ten wyjazd był raczej rodzinnym spotkaniem niż zaplanowaną leśną wędrówką- po prostu nie wytrzymałam i koniecznie musiałam zobaczyć ten szlak :)

Co zobaczyłam:

Dziką naturę tuż obok ludzkich siedzib. Czyste, gwiaździste niebo niezanieczyszczone sztucznymi światłami. Zmieniający się codziennie lód- raz porośnięty szadzią, raz gładki jak tafla szkła, czasem pokruszony, stłoczony przy brzegu przez sztorm i grzechoczący jak armia grzechotek, czasem pocięty na równe płyty kry.

Bogactwo maleńkich roślinek, porostów, grzybów, mchów. Przepiękne leśne strumyczki, bagienka i szadź. Ogromne, kilkusetletnie drzewa. Tradycyjną, wrośniętą w krajobraz architekturę, a ponad tym bezkresne niebo i wiatr. Widziałam nawet jak huragan wywraca wielkiego świerka.

Nie udało mi się zobaczyć dzikich zwierząt (spotkałam tylko wiewiórki i sarny). Być może byłam tam za krótko. W lasach nad Immeln żyją łosie, jelenie, rysie i dziki, a poza nimi ogromna ilość ptaków.

Piszę o tym od razu, bo Skaneleden to piękny zimowy szlak i być może komuś z Was przyda się  już w tym sezonie. Loty do Malmo są niesamowicie tanie, taniej można polecieć już chyba tylko do Oslo. Zima w Skanii nie jest dużo bardziej sroga niż u nas. Bywa bezśnieżna lub śniegu jest tylko troszeczkę (na większy trzeba by zabrać rakiety). Szlak wyznakowano perfekcyjnie. Znaki są wysoko, tak że nie zasypie ich śnieg. Są jaskrawo pomarańczowe, widoczne nawet nocą (zimą dzień jest krótki i to się może każdemu przydać). Nie ma niebezpieczeństw, a do cywilizacji (samotnego domu lub drogi) da się dojść w ciągu kilku godzin. Prawie wszędzie jest sieć telefoniczna. Wiaty były wyposażone w siekiery i łopaty, jest wiele miejsc gdzie można rozbić namiot nawet podczas wielkiej wichury, jest dostęp do czystej wody (strumyczki nie powinny całkiem pozamarzać, były szybkie) i pod dostatkiem połamanych gałęzi na ogień.

To wręcz idealny szlak na pierwsze zimowe wędrówki dla początkujących, ale nawet dla mnie (znam przecież wiele zimowych dróg) był jak najbardziej ciekawy.

Jeśli chcecie napiszę jak zorganizować zimowy biwak i co trzeba by ze sobą zabrać, żeby się nie stresować i nie zmarznąć. Ktoś ma ochotę spróbować? :)

PS zdjęcia pochodzą z odcinków Skaneleden pomiędzy Lerjesvallen i Vesslarp