Gruzja jesienią cz23

Około pierwszej burza zaczęła się od nas oddalać, po drugiej przestało padać, więc wyjrzałam- niespodzianka! To, co braliśmy za siekący deszcz było gradem. Szybciutko, bo bałam się, że dar natury zniknie wypełniłam lodem garnek i zrobiłam sobie zapas na boku. Zrobiłam też kilka zdjęć. Przez Drogę Mleczną przewalały się macki chmur. Daleko w dole błyszczały miasteczka- słabo w porównaniu z naszym zachodnim światem. Na zdjęciach złapała się też burza. Liliowa poświata rozproszona na niskich chmurach. Nadal grzmiało, ale teraz już bardzo daleko. Jose to oczywiście przespał. Obudziliśmy się późno, już się rozjaśniało. Leniwie patrzyliśmy na fragmenty traw przyklejone do tropiku przez wiatr. Potem na mgłę bujającą się na naszej grani. Na szklisty lód pod naszymi stopami.

Kiedy pojawiły się pierwsze promienie słońca wyszliśmy i podziwialiśmy taniec chmur. Ja jak zwykle pierwsza. Długo to trwało. Topiliśmy grad, gotowaliśmy porządne jedzenie, wieczorem nie było na to czasu. I nastroju.

Mocno wiało, niebo odsłaniało się i zasnuwało mgłą. Zastanawialiśmy się jak tam pasterz w swoim nędznym namiocie. Odwlekaliśmy chwilę kiedy trzeba będzie się zastanowić jak zejść. -Nie chcę wracać do tej stromej doliny-a ja nie chcę wracać do Babuszki!- uparłam się.

Studiowaliśmy mapy, przyglądaliśmy się fragmentom widoku.- Ja bym tak nie mógł, do tego z plecakiem-powiedział wczoraj pasterz, i wtedy nie zrozumieliśmy. W końcu wypracowaliśmy kompromis. Zamiast w kanion, który już nas przepędził, postanowiliśmy wejść w bliższą dolinę. Tę na lewo. I tak obie się kończyły na szosie. Z góry widzieliśmy miejsce gdzie kiedyś stacjonowały owce. Ciemnozielony placek. Widzieliśmy oczywiście przez chwilę, bo potem znów tylko kłęby chmur.

– Jesteś pewna? -dopytywał Jose, a że jestem jaka jestem, potwierdzałam.

Stromo, bardzo stromo, mokro. Obejście znów stromo, mokro, potem gąszcz. Ciemnozielony placek okazał się polem pokrzyw. Ogromnym szłam przez nie chyba ponad pół godziny. Jose jeszcze dłużej, bo się tam zgubił. Pokrzywy sięgały nam ponad głowy. Rzeczywiście świadczyły o bytności ludzi, ale to musiało być już lata temu. Dalej w dół, po czymś co z góry wydawało się ścieżką, a było chyba zarośniętym uskokiem. W las, upiornie gęsty i stromy. Tam ścieżka- delikatny świeży ślad.  Trawersował całą dolinę. Kiedyś był najprawdopodobniej ludzkim szlakiem, teraz autostradą niedźwiedzi. Było tam pełno ich odcisków łap, kup i śladów pazurów (czy zębów) na drzewach. Były łamane przez nie (na wysokości naszego pasa) gałęzie. No nic. Szliśmy. To w zasadzie nieodpowiednie słowo. Przedzieraliśmy się. Na polanach gdzie ślad się obsuwał drapaliśmy, przy ruinie domu krążyliśmy jak głupi. -Widziałem końską kupę- upierał się Jose- bardzo starą i bardzo malutką-szkoda, że nie sfotografowałeś- nie dowierzałam. No bo jak? Ktoś zjechałby tu na koniu z góry i wrócił? Dolina urwała się. Przed nami rysował się duży żleb. Zwęził się potem do koryta i zajął nam chyba ze dwie godziny. – Jak ty wypatrujesz te ścieżynki?-pytał Jose, ale mi wierzył, a ja wierzyłam niedźwiedziowi, który szedł przede mną. Niedawno, być może nawet tej nocy. Tak jak on zjeżdżałam po piargach, czołgałam się w zaroślach leszczyny, moczyłam nogi w potoku i wydrapywałam się z niego po błocie. Ugniatałam zrudziałe paprocie. Wyciskałam sok ze zmurszałej ściółki. Omijałam tylko niedźwiedzie kupy. Jose wolniej. Czasem traciłam go z oczu i jeśli nie dobiegały mnie soczyste przekleństwa (widziałaś żeby się poparzyć pokrzywą w czoło!), siadałam w gąszczu i zaczynałam się bać. Pachniało dziczą. Szumiało, trzaskało, był silny wiatr. Dużo zeszliśmy, gdybym musiała wrócić, nie dałabym chyba rady… -Bierzemy wodę- powiedziałam, bo Jose właśnie się wynurzył  z pokrzyw. -Nie chcę, wyjdźmy już stąd- powtórzył jak wczoraj.  Strumień, który nas prowadził, był w swoim środkowym biegu suchy. Woda pojawiła się nagle, od razu dużo i od razu wpadła w wodospad. -Zmoczył futro?- zastanawiałam się- nie… Patrz poszedł tędy! Rzeczywiście miś wyłamał gałęzie na stoku. Obeszliśmy, przeciągnęliśmy się po konarach. -Ze 100 metrów- odpowiedziałam Jose chociaż nie byłam tego taka pewna. Maps me widziało główną rzekę. Zbliżaliśmy się, ale bardzo powoli. Dolina tonęła w bukowym lesie. My w zaroślach paproci i pokrzyw.  I nagle nasz tunel się otworzył- Krowia kupa!- ucieszył się jak dziecko Jose.

Nad rzeką była przyjemna łączka, siedliśmy tam, ugotowaliśmy herbatę. Za naszymi plecami cień nakrywał piękny wodospad, próg doliny, którą trawersowaliśmy. Nieprzechodni. Ruszyliśmy kiedy nakrył też nas. Po kamieniach wzdłuż nurtu, potem ścieżką. – Widzieliście może zgubioną krowę?- zapytała nas potem kobieta w chustce. Razem z mężem uzbrojonym w pasterski kij szli w górę doliny wolniutko, jak na spacer. Było tam tak spokojnie i sielsko. -Tak- przyznałam i opowiedziałam gdzie- Idźcie do wsi, odpocznijcie- kobieta podarowała nam garść orzechów. Zjedliśmy. Niżej spotkaliśmy jeszcze kilka osób. Włoskie orzechy rosły w luźnych grupach na zboczu. Spadały już i pewnie niejeden  z mieszkańców wsi wychodził wieczorem je pozbierać. Pierwszym budynkiem, który zobaczymy była wywieszona nad rzeką toaleta-przed wsią!

Podobna, tylko betonowa i potwornie brudna stała przy barze dla tirów gdzie nocowaliśmy. Pod drzewem, na podwórku, w namiocie.- Gdyby wam ktoś przeszkadzał, przepędzę- zapewniał barman. Ciemność co chwilkę przecinały światła ciężarówek jadących do Rosji,  ale że Jose kupił 2 litry piwa (ponoć w tej samej cenie co pół litra) nic nie było w stanie zakłócić naszego  snu.

Share

Gruzja jesienią cz 22

Po nocnej burzy nie został nawet ślad. Niebo bezchmurne, deszcz wsiąkł w wyschnięte chaszcze. Był lekki mróz. Guzdraliśmy się. Dobrze było patrzeć na wstający dzień. Owsianka, herbata, ceremoniał trzepania namiotu w wykonaniu Jose. Ciepło narastające powoli, bo duża wysokość. Ulga, że nie było niedźwiedzia… Zwijając się zobaczyliśmy pod nami obozowisko. Niby namiot z jakiejś płachty plastiku, tymczasowy malutki i biedny. Samotny pies, który nas chyba nie widział. Dziwiło nas, że go nie słyszeliśmy nocą. Nie widzieliśmy też światła ogniska, nie czuliśmy dymu, a to niedaleko może kilkaset metrów.

Po stoku na wprost nas wspinało się stado owiec. Ogromne. Spotkaliśmy je potem podchodząc. Wydeptały labirynt śladów, pogniotły pokrzywy i osty, idąc w górę myliliśmy się tam wielokrotnie. Był z nimi samotny mężczyzna, stanęliśmy pogadać jak zwykle. -Siedzę tu sam, bez przerwy od 5 miesięcy- zaskoczył mnie. -Byłem kierowcą, miałem wypadek, wszystko straciłem i została mi tylko ta praca… -Tak tu pięknie- powiedziałam, bo nic innego mi nie przyszło do głowy.-Co z tego, cały czas muszę uważać, przedwczoraj nocą był niedźwiedź. Mało pieniędzy. A wam ile płacą, że tak chodzicie? Wiedziałam, że nie rozumie. Pogadaliśmy jeszcze chwilkę o naszej drodze, niezbyt precyzyjnie niestety. Nie wiem czemu miałam nadzieję, że ścieżka, którą przyszliśmy prowadzi dalej, że nie spotka nas tu nic trudnego. Pożegnaliśmy się, wyszliśmy na grań. Daleko, prawie na horyzoncie pokazały się jakieś wieże- telewizyjne czy telefoniczne- Gudauri- pomyślałam. Na grani ścieżka znikła. Co jakiś czas widzieliśmy kopczyki, ale chyba nie miały nic wspólnego ze szlakiem. Prawidłowo zidentyfikowałam odejście i natychmiast się tam zgubiłam. Zejście było upiornie strome. Ponad 45 stopni. Trawy, trochę skał. Jose protestował, miał zbyt sztywne buty, za ciężki plecak.- Wróćmy do Babuszki-jęczał, a ja miałam już dość powrotów. W zamieszaniu umknęło nam, że mieliśmy alternatywny pomysł, zejście z bocznej grani do miejsca gdzie pewnie spotkalibyśmy szlak… o ile były tu jakiekolwiek szlaki. Widzieliśmy je tylko na mapie. Poszliśmy źle. Trzeba było strawestować stok i ominąć wszystkie kaniony, ale wyglądało to przerażająco i Jose uznał, że żartuję. Poszliśmy w dół. Wbiliśmy się w labirynt skalnych koryt. Tak stromych, że ledwie nam się udało wyjść. Zbiegały się i łączyły. Nie wiedzieliśmy ile ich jeszcze przed nami. Minęło kilka godzin, stromizna nie wypłaszczała się ani na chwilkę, dno doliny prawie się nie zbliżyło. Zeszliśmy około 400 metrów. Kilka razy szliśmy po tropie niedźwiedzia widzieliśmy opuszczoną norę, może wilka… Zaczekałam, nałapaliśmy wody. Tu, nisko zaczynała się już wysączać spod skał, wyżej było kompletnie sucho.- Nie chcę pić, chcę stąd jak najszybciej wyjść!- marudził Jose. Zawróciliśmy. Bezpośrednio pod górę, nie przekraczając już skalnych rynien. Potem myślałam, że to chyba najgorsze miejsce. Najbardziej strome.

Teraz oczywiście role się odwróciły, Jose wyrwał do przodu (zawsze ma siłę), ja zdechłam. -Zwymiotuję jak się nie zatrzymamy- jęczałam, chociaż wiedziałam, że nie możemy. Szła noc. Niebo zachmurzyło się, stok był tak stromy, że często trzeba było łapać się traw. Tak naprawdę nie było jak stanąć, utrzymywał nas tylko pęd. -Jeszcze kawałek, jeszcze 50 metrów- pocieszał Jose, -Teraz szybko! Ruszyłam granią, już nie myśląc. Za nami niebo aż czarne od chmur. Biegliśmy kilkanaście minut. Rozbiliśmy namiot w pierwszym w miarę płaskim miejscu. Bez zapasu- grzbiet miał tam ze 3 metry szerokości. Za nami piętrzyła się skała, zeszliśmy z niej. Przed nami był jakiś uskok. Stromo po obu stronach. I tak nie poszlibyśmy dalej po ciemku. – To nie ta grań, wiesz prawda?- Spytałam kiedy już leżeliśmy w namiocie. Wiatr szarpał tropikiem, siekł deszcz -Coś ty? To gdzie jesteśmy? Wyciągnęłam mapy, przypomniało mi się, że widziałam wieże, więc może być i telefoniczna sieć. I wtedy zaczęło grzmieć. Potem błyskać. Huczało jak oszalałe. Leżeliśmy wystraszeni. Biwak najgłupszy z możliwych… Grań wąska po obu stronach przepaść. Wichura, Pioruny… Biły tak często, że nie udawało się liczyć jak są daleko. Burza kręciła się przez kilka godzin. Odchodziła, wracała. Wiatr wył. Pałatka tańczyła. Nie było późno więc (na wszelki wypadek) wysłałam współrzędne Edkowi- jesteście w pięknym miejscu!- odpisał.

Share