Pireneje wrzesień cz9-ostatnia

Chmury bujały się, falowały. Główna grań Pirenejów wynurzała się jak duch i znów nurkowała w bieli. U mnie też czasem pojawiało się mleko, z czasem coraz ciemniejsze i gęstsze. Widok  bezpowrotnie znikł, a ja znów schodziłam bez widoczności, po urwiskach. Tu chciałabym podziękować krowom- pięknie przeprowadziły ścieżkę przez najtrudniejsze. Potem się oczywiście rozeszły, trochę kluczyłam, trochę poszłam bez sensu po zbyt stromym, po błocie. Dno doliny było ponure i mokre. Minęłam cabanę Milhas, przeszłam kawałek szosą (w górę) i wymacałam w mleku podejście do cabany Lourdes. Samą cabanę też raczej wyczułam niż zobaczyłam. Wnętrze mnie rozczarowało. Z mojego starego przewodnika, pierwszego jaki kupiłam (przez kilkunastu laty w Pau) wynikało, że to dobre miejsce na biwak. Nigdy wcześniej tu nie trafiłam. Cabana jest duża. Część dla pasterzy całkiem zrujnowana, zaśmiecona, jakiś matoł zrobił w kącie kupę. Część dla wędrowców ok, zamieciona. 4 wąskie, metalowe łóżka, stos gazet, pewnie na rozpałkę i miejsce na ognisko przed budynkiem też z kupą. Smutne. Podejrzewałam, że winne są wycieczki na kucykach czy osłach puszczane tędy przez jakąś firmę z Gavarnie. Widziałam odciski końskich stóp i ulotki, dalej jeszcze więcej papierzaków i śmieci. Uciekłam. Nie zostałam na noc.

Po drodze do następnej cabany dorwał mnie deszcz.Wpadłam tam mokra i już zostałam. Był stół i łóżko, było gdzie rozwiesić rzeczy. Kiedy kończyłam przybiegła para Francuzów, siedli na chwilkę, ale polecieli dalej. Do Gavarnie nie było daleko- oceniliśmy to na 2 godziny. Cabanę Lourdes też minęli jak ja. Nie spodobała im się.

Noc była mokra i wietrzna. Rano w dolinie wisiała chmura, ale ja byłam nad nią, pod czystym niebem. Nie spieszyłam się już, nie było po co. Zanim się spakowałam, pozwijałam porozwieszane rzeczy z dołu podeszło trzech facetów. Dwaj młodzi, roześmiani- pasterze (jak zwykle we Francji mówiący po angielsku) i jeden starszy obarczony dużą kamerą. Okazało się, że dzisiaj spędzają zwierzęta z pastwisk. Z daleka widziałam potem jak młodzi z zapałem biegają po grani zostawiając filmowca coraz bardziej z tyłu. Wychodząc minęłam się ze starszym panem- w berecie, swetrze, z długim kijem, powiedział że idzie w górę doliny spędzić „petit mufflons”- towarzyszyły mu dwa owczarki. Nie wiedziałam co miał na myśli i nie zobaczyłam, znikli w cieniu. Zaraz po nich obok domku przeszła dziewczyna, w sportowych ubraniach (jak młodzi) z aparatem i pasterskim kijem. Goniła krowy. Inne zwierzęta zbiegały się z zakamarków doliny. Radośnie kłusowały na spotkanie pasterzy, nie wiedząc, nie przypuszczając nawet, że część z nich już tu nigdy nie wróci.

W Gavarnie pewnie wieczorem fiesta, myślałam idąc GR-em. Pięknie tam było, słonecznie, złoto. Nieprzyjemnie tylko w schronisku La Grange de Hole, gdzie zajrzałam marząc o kawie, ale nie weszłam, bo umyto podłogi i nie pozwolono mi wejść do toalety. W cywilizacji zawsze dopada mnie obsesja brudnych rąk, zaczyna brakować mydła, ciepłej wody…

Nie mogąc się opędzić od tych myśli wykąpałam się w płytkiej rzece, którą GR10 przekracza kawałek dalej. Wiedziałam, że to ta sama, nad którą pasły się tysiące krów, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Miałam mydło, miałam rzeczy na zmianę i ręcznik. Fajnie było poczuć się prawie czystym.

Dzień był słoneczny i ciepły. GR10 długo biegnie zboczem, na mapie nieciekawym, w rzeczywistości pięknym. Za plecami przez wiele godzin widziałam cyrk Gavarnie- otwarty idealnie na wprost, pod nogami morza krokusów, na lewo skały.

Złapałam stopa na asfalcie biegnącym do Gedre. W informacji turystycznej powiedziono, że nie ma autobusu, że do Gavarnie kursuje tylko latem (do 15-tego września). Znów stanęłam na szosie i znów szybko, niemal natychmiast zatrzymała się para Francuzów, bardzo miła. Pan (który niedawno był w Polsce) znalazł mi autobus do Lourdes i wytłumaczył gdzie na niego czekać. Miło mi było, że podobało im się Zakopane, Wieliczka, że chętnie znów zobaczą Kraków, Malbork i Gdańsk. Że Mazury…

Nocowałam w Lourdes w tym samym hoteliku. Wracałam ekspresem, który akurat był tani (promocja na pierwszą klasę). Wzdłuż Pirenejów gdzieś tak od Saint Girons ciągnęło się morze mgły, a mi trudno było nie myśleć, że wyżej, na przełęczach i szczytach świeci słońce, i że ci, którzy tam nadal wędrują muszą się czuć bardzo szczęśliwi.

PS: na końcu mapa całej 10-cio dniowej trasy, fajnej i pomijając kluczenie do powtórzenia.

Pireneje wrzesień cz8

Dolina Cestrede ma dwa wyjścia- poza zejściem, które już znałam. Niewidoczne na większości map, te najbardziej szczegółowe pokazują albo przerywane szlaki zimowe, albo czarne kropeczki. Nie ma znaków, w wyższych partiach pojawia się kilka kopczyków, które co wyjaśniłam po kilku godzinach wyprowadzają na manowce. Ale to po południu. Rano szłam zacienioną ścieżką dnem pięknej doliny na wprost ściany prawie pionowych piargów. Prawa strona skalista, w jaskrawym słońcu, lewa tak ciemna, że jej nie widziałam. Pięknie. Przy stawku ukrytym w skalnym rumoszu pojawiło się coś prowadzącego w górę, w stronę Col de Hount Herede. Pasowało mi bardzo, gdybym przeszła obejrzałabym nigdy nie widziane miejsce i być może dotarła do GR10 zbiegającego z Refuge Baysselance. Trudno to nazwać ścieżką, raczej dowodem czyjegoś przejścia, śladem kóz ozdobionym garstką kopczyków. Stromo, ruchome piargi, zwykle trawa. Ze 100 m pod granią zawróciłam. Kopczyki znikły, nie miałam pewności, która przełęcz jest która, a zrobiło się upiornie stromo. Nie zeszłam od razu, długo kluczyłam szukając innego przejścia. Nie znalazłam nic przekonującego i z braku innych pomysłów wdrapałam się na pionowe piargi- czyli drugie wyjście z tej doliny- Col de l’Oule. Wyjątkowo parszywe osypisko. Kruche i strome, bez śladu jakiejkolwiek ścieżki. Dalej trawiasta grań, optymistyczna, bo oświetlona i konsternacja jak zejść, poważnie zakłócona widokiem. Tak pięknie, że może wcale nie schodzić…? Nie traktowałam tego pomysłu serio, ale w sumie byłby możliwy. Na ostrej z obu stron grani widziałam fragmenty trawki. W sam raz na mały namiocik. Kłopot z wodą rozwiązałam szukając zejścia. Tuż pod urwiskiem Malh Arrouy opada strumyk, miejscami nawet odrobinę mokry. Znalazłam tam też serię kopczyków i dość ekstremalne zejście z elementami kanioningu. Bardzo męczące.

Rozbiłam namiot na pierwszym płaskim- przy ruinach starej cabany. Nocą przyszła ulewa.  Cieszyłam się, że nie nocowałam na grani. Nawet bez deszczu droga w korycie strumienia wymagała akrobacji, teraz byłoby to zejście z prysznicem. Kiedy wyjrzałam, już nad ranem, w chmurach pojawiła się dziura, która za moment wraz ze wstającym słońcem rozpoczęła popis pod tytułem światło i woda. Deszcz naprzemiennie z czerwonym blaskiem, buro, serie ostrych promyków, w dolinie chmurka… Cieszyłam się że taka śliczna, bielutka. Obserwowałam jak się pięknie rozrasta i (jak zwykle) bardzo zdziwiłam kiedy podnosząc się objęła całą dolinę, w tym mnie.

Długo podchodziłam w mleku. Wieczorem wypatrzyłam wejście na kolejną grań, na oko wybitnie proste. Musiało rzeczywiście takie być skoro trafiłam idąc totalnie na oślep. To po trawkach, to korytem strumyka. Nie miałam nic dla orientacji. A wyszłam 10 metrów przed przełączką (Col d’Aspe) na wydeptaną przez zwierzęta ścieżkę. Robiło się odrobinę jaśniej. Chmury rzadsze, półprzezroczyste, coś tam w nich jakby majaczyło, pomyślałam, że poczekam, może… I szybko już po 10-ciu minutach na wprost na mnie wyrosła Breche de Rolland. Taillon… Jeszcze nigdy ich nie widziałam z tej strony, nie z dystansu, na wprost, jak na dłoni, ponad morzem bielutkich chmur.