Lofsdalen, Szwecja (5)

Nocą było mi trochę chłodno. Padłam ubrana tak jak przyszłam w Polarnej i kurtce puchowej, ale obudziłam się i przebrałam. Zdjęłam Polarną, jakoś było mi w niej niewygodnie. W zamian wcisnęłam pod puchówkę waciaczek, który zabrałam na wszelki wypadek i tak naprawdę troszkę przypadkiem, byłam w niego ubrana w Polsce, kiedy wyjeżdżaliśmy. W luźniejszych ubraniach jest nocą cieplej, a pod Polarną miałam jeszcze wełnę i powerstretcha… nieco na styk. Przydała mi się do okręcenia głowy. Stół był przysunięty do samego okna i wiało mi mrozem w twarz.

To była zimna noc, chatka ostygła do -10 stopni. Wstaliśmy wcześnie, nie wiedzieliśmy gdzie nam przyjdzie nocować. Ranek był mglisty, słońce wynurzyło się z opóźnieniem, znad chmur. Za jeziorem ciągnął się płaskowyż, niezbyt ciekawy, pozbawiony szczegółów, ale światło zmieniało się niemal co chwilę i nie mogłam się oderwać od pozłacanych pagórków, oszronionych skarlałych brzóz, od szybkich śnieżyc ścierających co chwilę horyzont.

Schodząc, zbliżaliśmy się do gęstszych kęp drzew. Brzozy, widziane pod światło lśniły. Dolne gałęzie świerków otulał śnieg. Na górach po drugiej stronie jeziora Lofssjon usiadła mgła, z której co jakiś czas wysypywała się zadymka. Macki chmury docierały też do nas i wtedy padało pomimo błękitnego nieba.

Tuż przed krańcem płaskowyżu spotkałam wędrującego człowieka. Nie mógł jechać skuterem czy iść na nartach, następnego dnia miał mieć operowany bark. Powiedział, że w Lofsdalen mamy szansę na nocleg w narciarskim domku, że dalej czeka na nas świetna, ciepła chatka. Pokazał góry, gdzie spodziewałam się być za kilka dni. Nipfjället, Städjan wynurzały się z morza lasów i lśniły jak polukrowane ciastka. Miły człowiek. Kiedy nadszedł Edek zainteresował się nawet Wrocławiem. Na zjeździe minęłam go jeszcze raz.

Długo, szybko, znów nie zatrzymałam się przez 4 kilometry. Potem, zbyt nagle wyrzuciło mnie na jezioro. Pogubiłam się w plątaninie skuterowych śladów i idealnie zratrakowanych nartostrad.

-Idź jeziorem- zadzwoniłam do Edka, kiedy już mi się udało znaleźć sklep. Tak jak zapowiedział nieznajomy obok była informacja turystyczna i zanim dotarł Edek ubłagałam urzędującą tam panią żeby znalazła nam jakiś sensowny nocleg. Domek kosztował 2000 koron, ale policzono nam tylko za dwie osoby i wyszło 500. Obiecaliśmy po sobie posprzątać.

Natychmiast zajęliśmy wszystkie kaloryfery, wypiliśmy po kubku herbaty i pognaliśmy z powrotem do sklepu. To nie było aż tak blisko jak myśleliśmy, chyba ze 3 km, ale bez pulek szło się bardzo szybko. Kiedy wracaliśmy zapadł zmrok. Na górę skąd opadały wyciągi naszła chmura. Latarnie rozświetlały ją od wewnątrz jak klosz, ale kiedy wróciliśmy do naszych aparatów niebo było już zbyt czarne żeby zdjęcie oddało ten widok. Fascynujący, pomimo tego, że sztuczny.

Share

Yttersjön, Szwecja(4)

Oblepione śniegiem drzewka wyglądały jak galeria rzeźb, a my jak przystało na gości muzeum oglądaliśmy je kolejno, bez pośpiechu. Naprawdę trudno było się od nich oderwać. Światło niskie, cienie jaskrawo niebieskie, lśnił lód. Każdy krok chrupał i tylko po tym poznawałam gdzie jest Edek. Ze skraju płaskowyżu widziałam dalekie góry. Doliny szczelnie wypełniał las, czym niżej tym ciemniejszy, mniej ośnieżony. Zjazd był długi. Początkowo łagodny, szliśmy razem, za wiatką nad jeziorem Leverasen już nie czekałam. Leśna droga była wąska i stroma, ale szlak tak mało jeżdżony, że niemal równy, bez zwykłych w takich miejscach kolein i muld. Zjechałam ciągiem prawie 5 kilometrów zanim trafiło się miejsce żeby stanąć. Nie czekałam wcale bardzo długo, tyle żebym zdążyła zjeść. Ruszyłam pierwsza, przed nami było długie podejście, wiedziałam, że Edek mnie dogoni. Jeszcze z kilometr czy dwa jechałam w dół, potem stok się wypłaszczył. Boczkiem minęłam wieś, zamieszkaną, widziałam ślady skuterów. Krzyże doprowadziły mnie do szosy. Była odśnieżona, ale pokryta lodem, na brzegu nie posypanym więc dało się iść.

Za rzeką minęłam nieoznakowany skręt wyjeżdżony przez liczne skutery, zbyt stromy żeby mnie skusił. Szlak odbijał troszkę dalej. Stał tam drogowskaz. Podejście było łagodne, szłam bez fok, zasypaną śniegiem szeroką drogą. Przez ścianę lasu co jakiś czas przebijało się słońce coraz niższe i niższe. Edek wyprzedził mnie kiedy zrobiło się stromiej. Przyszedł skrótem, w rakietach to nie był problem.

Czym wyżej tym częściej trafialiśmy na otwarty teren. Łąki czy bagna, z każdego z nich roztaczał się widok na Sonfjallet. Piękny. W jednej z takich słonecznych plam siadłam zjeść. Edek popędził, a kiedy go znów zobaczyłam słońce głaskało już podstawy świerków. Drogowskaz pokazywał Yttersjön, pomyślałam, że zdążę zobaczyć zachód nad jeziorem i pomknęłam w dół nie sprawdzając zjazdu na mapie. Szybko, fajnie. Na brzegu stała chatka, podeszłam przez zaspy- zamknięta…

Dopiero teraz obejrzałam mapę, to nie ta chatka… -Wracamy?- wystraszyłam się, że Edek się zezłości- Po co?- zdziwił się, zupełnie spokojny.- Pójdziemy sobie po płaskim, jeziorem.

Słońce zaszło, temperatura zaczęła spadać, szczyty za nami pokrył jaskrawy róż. Chatka była malutka. Drzwi otwarte na oścież. Framuga wypaczona. Nie było tam pryczy ani drewna. Podłogę pokrywał naniesiony przez kogoś lód.

Pod domkiem znaleźliśmy piłę i resztki spróchniałych desek (może jeszcze z budowy). Edek je pociął na krótsze kawałki, ja tradycyjnie przydałam się jako ciężarek- stałam jak on piłował. Rozpaliłam patykami z suchego świerka i porostami. Drzwi nie domknęły się pomimo starań i nie udało nam się rozgrzać tej chatki, chociaż piec musiał być bardzo gorący. Deski, które na nim położyłam do podsuszenia zaczęły się tlić i z trudem pozbyliśmy się dymu. Spałam na stole, Edek na dwóch związanych ławkach. Nie wyjrzeliśmy fotografować nocą. Nawet nie to, że było nam bardzo zimno, było jak zawsze tylko jakoś nam się zupełnie nie chciało. A potem naciągnęła mgła i utrzymała się aż do rana.

Share