Norwegia w poprzek cz10- Femundsmarka

Noc była lodowata. Musiało być kilkanaście stopni mrozu, bo pierwszy raz podczas tej wędrówki mój mały letni palniczek nie odpalił i byłam zmuszona użyć zimowego. Zamarzł też gwint termosu, a że mam słabe dłonie (zawsze to odkręcał Jose lub Edward) stukałam wokół nakrętki drewnianą szczapką aż lód skruszał i udało mi się dostać do wody. Niepotrzebnie nabrałam jej wieczorem, rano szybciej bym przyniosła nową niż uporała się z mrożonym termosem. Rzeka płynęła wartko i zamarzła tylko troszeczkę w zakolach. Długo się grzebałam ze śniadaniem. Długo walczyłam z namiotem, który choć był pod dachem obrósł szronem i zesztywniał.

Zimowa trasa prowadząca do parku Narodowego Femundsmarka biegła inaczej niż letnia. Nie była wyznakowana, ale widziałam ślad skutera i wraz z nim skręciłam na bagna z widokiem na ogromne jezioro Feragen. Do najbliższej chatki było blisko doszłam po dwóch godzinach żałując nieco, że mi ich wieczorem zabrakło. Już kiedyś nocowałam w Langtjonbua. Jesienią pod koniec wędrówki ze Stavanger. Wtedy też wnętrze było wietrzne i nie do nagrzania. Zimą musiało być z tym jeszcze gorzej. Nie zamierzałam tu zostawać na noc. Chciałam posiedzieć, powspominać, wypić gorącą herbatę, wysuszyć oblodzony namiot, z którego teraz, kiedy się ociepliło zaczęła się sączyć woda. Rozwiesiłam go na ciepłej brązowej ścianie chatki, oparłam się o nią plecami. Słońce cudownie grzało mnie w twarz. Siedziałam, patrzyłam na połać jeziora, po której kilka razy przesunęły się malutkie sylwetki. Para ludzi, potem człowiek i pies. Renifer, stado reniferów. „Niedziela. Park się za kilka godzin wyludni” pomyślałam i odechciało mi się daleko odchodzić.

Kiedy namiot wysechł przeszłam tylko kilka kilometrów, do najbliższej nieznanej mi chatki (też Statskogu). To była jedna z zabytkowych, chronionych prawem, w których nie można niczego zmieniać. Stajnia na 4 konie (w remoncie) i duży pokój z piecem (na szczęście nowym) i czterema starymi łóżkami. Kiedyś służyła woźnicom zwożącym do Roros pnie drzew. Spodobała mi się na tyle, że zostałam.

Femundsmarka jest obstawiona chatkami, większość jest darmowa, lasy państwowe (Statskog) dostarczają drewna i pozwalają zostać na jedną noc. „Może kiedyś wykorzystam każdą?”- pomyślałam rozkładając swoje rzeczy. To by była czwarta, w której nocowałam, a zostanie jeszcze ze 20, chyba, że któraś jest na klucz, bo było tu też kilka płatnych. Wieczór zszedł mi na rąbaniu drewna. Wszystko robiłam wolno, jak mucha w smole, czułam się zmęczona, już od dawna dręczył mnie paskudny kaszel, najchętniej nie robiłabym nic. Rąbanie też szło mi nie najlepiej, szału nie było, tylko tyle że miałam czym grzać. Rozgrzałam pokój do jakiś 10 stopni, przysunęłam jedno z łóżek bliżej pieca, stopiłam trochę śniegu i poszłam spać. Po zmierzchu za oknem przesunęło się stado reniferów. Przed świtem widziałam zwierzęta jeszcze raz. Szły przed samymi oknami, myśląc pewnie, że wnętrze jest puste, choć może nie, musiały przecież czuć dym.

Nocą wyszłam sfotografować zorzę, słabą i ledwo widoczną wśród drzew.

Nie ruszyłam się nigdzie tego dnia. Ta chatka była już w miarę ciepła, miałam dość drewna na bardzo oszczędne palenie i nadal czułam się bardzo źle. Zresztą nie miałam już pomysłu gdzie iść. Mój pierwotny plan się wysypał, zostało mi kilka ostatnich dni, tak czy siak musiałam jakoś wrócić do Roros. Tylko jak, żeby nie tą samą drogą? Leżałam, czasem wychodziłam na spacer, na nartach, bo wszędzie głęboki śnieg. W południe usłyszałam skuter, wyjrzałam i machnęłam przyjaźnie. Mężczyzna spytał czy może wejść i przez godzinę siedzieliśmy i gadaliśmy. O chatkach, turystach, rąbaniu drewna, i trochę o mapach i szlakach. Człowiek, który mnie odwiedził był opiekunem wszystkich 26 leśnych chatek. Teraz zimą zwoził do nich zapasy drewna na rok, długie, niepocięte kłody. -Są strasznie trudne dla kogoś takiego jak ja- wspomniałam, a on powiedział, że mi pokaże jak rąbać i faktycznie pokazał, przy czym odkrył, że mała siekiera (dużą bym nie machnęła) jest strasznie tępa, a kłody ważą więcej niż dźwignie kobieta. Nie wiem czy weźmie to pod uwagę na przyszłość. Może stają się lżejsze jak wyschną…

Już dwukrotnie uratowała mnie solidarność, która podpowiada silniejszym narąbanie zapasu dla następców. Po mnie też zawsze trochę zostaje, ale niestety mniej. Tu nastrugałam cienkich wiórów na rozpałkę, mogłam, bo miałam ostry nóż. Liczyłam, że ktoś się ucieszy.

Nie rozmawialiśmy długo, bo leśnik się śpieszył. Zajrzał do mnie tylko dlatego, że poczuł dym. Wyjaśniłam, że zostaję na drugą noc, bo źle się czuję, nie protestował.

Obijałam się do wieczora. O zmroku wyszłam popatrzeć na renifery, znów szły. Wiedziałam teraz, że żyją tu w Femundsmarce dwa stada, po 10000 sztuk każde. Nocą wyszłam sprawdzić czy nie ma zorzy, ale było tylko gwiaździste niebo.

Wróciłam tak samo jak tu przyszłam, minęłam Longtjonnę i wiatkę, w której biwakowałam wcześniej. Za mostem skręciłam w szlak DNT i zajrzałam do chatki Fjolburosta. Już ją widziałam jesienią 2 lata temu, ale przelotnie i został mi lekki niedosyt. To zabytkowe gospodarstwo, zachowane w idealnym stanie jak muzeum, pełne ciekawych przedmiotów, być może zebranych z innych farm. Początkowo miałam zamiar tylko podładować baterię, i o ile bym coś znalazła zrobić zakupy. Sklepik jak pamiętałam leży w szopie, i wszystko jest pozamykane w metalowych skrzyniach. Nic dziwnego musi tu być pełno myszy. Na podłodze w sklepiku leżał śnieg, deski w kuchni pokrywał cieniutki lód, taki sam błyszczał na blatach. Rozpaliłam wobec tego w pokoju. Zaparzyłam herbatę i za oknem zobaczyłam parę starszych ludzi z pulką i psem. Zamachałam, wyjrzałam, nie chcieli wejść, mężczyzna zajrzał tylko na moment i miałam wrażenie, że czuje się jakby siadł na rozżarzonych węglach. Już myślałam, że to dlatego, że kaszlę, ale nie. -Wiesz, że Fjorburosta jest zimą zamknięta?- Spytała kobieta. Niby skąd miałabym wiedzieć? Przyszłam, otworzyłam kłódkę jak zawsze w DNT…-To widać w aplikacji dodała- nie mam, zawiesiła się- wyjaśniłam.

Zamieniliśmy jeszcze parę słów na zewnątrz, szli do Ljosnavollen (a myślałam, że jest zamknięte), chwalili Marivollen, które kiedyś ominęłam idąc z Roros. Odchodząc spytali gdzie będę spać i szczerze, naprawdę w to wierzyłam oznajmiłam, że wrócę do Statskogu.

Kiedy telefon był naładowany, a bateria do aparatu zamigała zielenią na zewnątrz zerwał się silny wiatr. Niebo, choć pochmurne zróżowiało, a mój zapał do zjazdu w stronę leśnych chatek osłabł.

Wychodząc zrozumiałam skąd wzięły się cienkie warstwy lodu na kuchennej podłodze i blatach. Rozgrzany komin ciekł i choćby użyć wszystkich schroniskowych ścierek, nie dało się tego wytrzeć do sucha. To pewnie powód zamknięcia na zimę. Trochę było mi wstyd, ale nie bardzo, bo przecież można było wywiesić kartkę. Aplikacja nie jest obowiązkowa, tylko zalecana. Mogłam się też sama zorientować że coś nie tak. Wpisując się beztrosko do książki widziałam, że ostatni gość był tu w listopadzie, a przed nim od września nikogo.

Share

Norwegia w poprzek cz9 Brekken- Femundsmarka

Wiało, szosa błyszczała gołym asfaltem, być może nawet nie było mrozu, a siedząc bez ruchu okropnie zmarzłam. Po poł godzinie musiałam wyciągnąć kurtkę puchową, po godzinie rozważałam wydobycie z dna plecaka puchowych spodni, ale na szczęście zatrzymał się samochód. Kobieta jechała z dzieckiem do przedszkola. Na szczęście dla mnie do Brekken, bo pod koniec machałam też w drugą stronę. Glamos nie było bardzo daleko, a siedzieć na tej pustej szosie nie chciałam. Pani była z pochodzenia Tajką, ciemnowłosy i ciemnooki chłopczyk uśmiechał się do mnie zaczepnie i choć 4 km nie zajęły więcej niż kilka minut poczuliśmy do siebie nić sympatii. Dziewczyna zostawiła mnie pod sklepem, gdzie jak często w norweskich wsiach było też coś w rodzaju świetlicy z toaletą, stołami i kominkiem, i obiecała odebrać za godzinę. Droga w kierunku Roros była już odśnieżona, co najwyżej pokryta śniegowym błotem, do najbliższego szlaku wiodącego na południe zostało mi jeszcze kilka kilometrów i wymyśliłyśmy, że mnie tam podwiezie. Po drodze. Jechała na zakupy do Roros i co potem wspominałam z żalem proponowała, że mnie tam zawiezie, bo o tym szlaku, na który się wybierałam nic nie wiadomo. No i prognoza pogody taka sobie.

Wysiadłam, pomachałam, przeniosłam bagaż przez szosę i ruszyłam po narciarskim i pieszym śladzie. Gdzieś na wzgórzach, ponad lasem i moją głową słońce wspaniale podświetlało śnieżny pył. Myślałam o zdjęciu, ale w kadr wchodziły mi gałęzie drzew. Potem myślałam już tylko o drodze. Ślady prowadziły do hytte, wyżej zrobiło się miękko, i szybko, szybciej niż się spodziewałam weszłam w wiatr. Wichura narastała, ledwo się posuwałam do przodu i co gorsze widziałam coraz mniej. Na wysokości gołego szczytu z antenowym masztem znalazłam tyczki. Trzymałam się ich jak rzep psiego ogona, prawidłowo skręciłam wraz z nimi na stok i straciłam jakąkolwiek widoczność. Tumany pyłu prosto w twarz. Przeszłam 4,5 km. Znalazłam zaciszniejsze miejsce i nawet udało mi się coś zjeść. Czas uciekał, do chatki nadal było 5 km, ale już tylko troszeczkę pod górę. Wyszłam z grajdołka, który nieco mnie chronił i brnęłam do nocy. Nie dało się już nawet zatrzymać. Gdzieś na jakimś gładkim płaskim terenie, możliwe, że to był duży staw zgubiłam tyczki. To nic, że były jaskrawo pomarańczowe, zginęły. Krążyłam w zamieci i nie mogłam doszukać się dalszego ciągu. Krążyłam bez widoczności, straciłam poczucie kierunku, byłam tam tylko ja i wiatr. Kiedy w końcu zobaczyłam pomarańczowy pręt pobiegłam, choć nie byłam pewna czy idę w tył czy do przodu. Mój ślad doszczętnie wywiało, huragan wyczyścił skalne zbocza i czasem pojawiały się przede mną ciemne plamy. Miałam wrażenie, że już je widziałam, ale znikały, a ja szłam dalej, bo gdybym się zatrzymała znów zgubiłabym szlak. Szłam pod górę, a spodziewałam się, że pójdę w dół. Pomimo tego wydeptane miejsce nie skojarzyło mi się z moim postojem na lunch. Wydawało się kilkudniowe, stare.

Warunki nieco się poprawiły. Wiało w policzek, nie prosto w twarz jak wcześniej. Mogłam oddychać, mogłam zerknąć w bok to była ogromna różnica i choć podejrzewałam, że może wracam nie miałam siły spróbować jeszcze raz. Wizja nieznanej chatki bladła w śnieżycy. Szłam tak jak prowadziły tyczki aż trafiłam do opuszczonej wsi i rozpoznałam hytte, które minęłam rano. Od dróżki, co prowadziła do szosy odbijała nartostrada. Doszłam do niej i rozbiłam namiot pod starą sosną. Jedyną sosną w karłowatym brzozowym lasku. Przywiązałam tropik linkami do pnia, okopałam go z boków. Jako kotwy użyłam i kijków, i nart, i dwóch pustych toreb wypełnionych śniegiem, które niosłam na taką okoliczność. Zasnęłam bez kolacji, choć ledwo zapadał zmrok. Zdążyłam tylko rzucić okiem na górę, którą mijałam dzień wcześniej. Górę, z której spływają rzeki do trzech mórz. Północnego, Norweskiego i Bałtyku. Przesunęła się po niej plama światła. Nadzieja na łatwiejszy dzień.

Poranek był słoneczny i na tej niskiej wysokości niemal bezwietrzny. Obudziłam się wcześnie i leżąc wytopiłam termos wody. Teraz miałam już tylko jeden, półtora litra. Przelotnie pomyślałam że za mało, ale na mojej drodze była wieś, więc może uda się od kogoś dostać wodę? Nie miałam już siły wracać na wzgórza, z żalem, bo planowałam dojść do Roros, ruszyłam w kierunku jeziora Aursunden. Przecięłam szosę, kątem oka popatrzyłam na przystanek autobusowy i choć nartostrada mi się skończyła pobrnęłam na wprost przez wzgórza po gubiących się śladach skuterów. Lekko pod górę, przyjemnie. Ślady rozjechały się na grzbiecie, ale widziałam linię z prądem, zaznaczoną na mapie i wzdłuż niej dotarłam do wyjeżdżonego płozami traktu, pewnie letniej drogi. Opadała do wsi. Na parkingu wypięłam narty i poszłam dalej pieszo. Szosa była pokryta gładkim lodem pulka ciągnęła się za mną lekko, bez oporu, czasem mi się rozjeżdżały nogi.

Kończyła mi się woda, z nadzieją patrzyłam na każdy mijany dom, ale wszystkie wydawały się puste. Przed jednym stał samochód więc zapukałam. Długo patrzyłam przez idealnie umyte okno, wielkie, od sufitu do podłogi na wypielęgnowane wnętrze. Wełniany koc rzucony lekko na poręcz fotela, gitara, kwiaty w wazonie. Jakby ktoś odszedł na moment. Już ułożyłam sobie w głowie tekst, że przepraszam, że spałam w namiocie, że mały termos, ale nikt nie otworzył. 6 km dalej zatrzymał się koło mnie autobus. Starszy pan jechał w górę doliny po dzieci, ale niestety nie wracał już w dół. Zrobiło mi się żal kiedy odjechał. Poza nim nie widziałam na tej widmowej drodze nikogo. Nartostrada odbijała tuż za zakrętem. Na mapce widziałam przy niej budynek. Myślałam, że może się tam schowam, że (choć wietrznie) uda mi się wytopić trochę śniegu, lub może zostać na noc. Czułam się okropnie zmęczona. To była zawiana zaspami kawiarnia. Pozamykane domki, zakopana w zaspie toaleta. Odkopałam. Ciasna, zapchana gratami. Opuściły mnie wszystkie siły. Pomysł żeby iść dalej pod górę i potem zalesionymi wzgórzami do Roros wydał mi się zupełnie abstrakcyjny. Którędy? Po kopnym śniegu? Nie dam rady… Zresztą po co? Żeby domknąć, połączyć trasy, letnią ze Stavanger do Roros z lotniskiem w Trondheim, co może kiedyś pozwoliłoby mi iść dalej bezpośrednio z tego lotniska na północ, bo przecież został mi nieznany fragment kraju. Z Trondheim do Bodo, a gdyby iść stałym lądem do Narviku… Takie to wszystko było teraz odległe. Przypięłam narty i zjechałam do szosy po stromiźnie, którą niedawno z trudem pokonałam.

Godzinę później zgarnęła mnie studentka pielęgniarstwa. Jechała na nocny dyżur do Roros. Zostawiła mnie przed hotelem, podała numer telefonu gdybym potrzebowała pomocy. Proponowała nawet, że za kilka dni może mnie zabrać do Trondheim. Wymieniałyśmy potem SMS-y.

Tymczasem nie wiedziałam co robić. Z ulic znikł już cały śnieg. Informacja turystyczna była zamknięta, hotel drogi. Ale, że blisko spytałam czy mogę zostawić bagaż, zgodzili się. W supermarkecie poczułam się bardzo źle. Jakbym dostała zawału. Siadłam policzyłam do 10 pooddychałam i przypomniało mi się, że dawno nie piłam. Wypiłam na miejscu butelkę soku. Sił wystarczyło tylko do hotelu.

Uśmiechnięta dziewczyna w recepcji podała mi horrendalny rachunek za pokój i jeszcze 40 koron za herbatę (wrzuciłam do niej mnóstwo miodu). Zebrałam troszkę sił i ruszyłam do windy wlokąc załadowaną pulkę. Nie dałabym rady jej dźwignąć. W połowie korytarza z pokoju wyskoczył facet, około czterdziestki, może troszkę starszy i zaczął wrzeszczeć, że zniszczę mu dywan. Pulką z plastiku wygładzoną na śniegu… -Dobrze- powiedziałam- to ją zostawię- i zostawiłam tam gdzie stałam.

Przyniosła mi ją nieznana dziewczyna, dogoniła mnie jeszcze przed windą. W recepcji dowiedziała się, że szłam Norge pa Tvers. Sama wybierała się tam latem i moje samotne zimowe przejście zrobiło wrażenie. Byłam wdzięczna, chyba bym nie wróciła. Nie tak szybko.

Piłam. Spałam, leżałam, piłam i jadłam pomarańcze. Na śniadaniu siedziałam ile się dało. Wypiłam kilka litrów płynów. Kelnerka uwijała się wokół stolików jak w ukropie, strasznie zestresowana. Patrzyłam na jej fartuszek, włosy ściśnięte w kok, na wschodnie rysy. Kiedy na jakimś zakręcie z tacy upadł jej widelec podniosłam i powiedziałam coś po polsku. Była Ukrainką. Zawołała fizjoterapeutę z Czech, potem Polaka, złotą rączkę. Goście przy innych stolikach starsi, wystrojeni sztywni jak kołki i pachnący świeżym praniem (cóż, to był najdroższy hotel w okolicy) patrzyli jak rozmawiamy w trzech różnych, dziwacznych językach i się śmiejemy. Miałam to gdzieś.

Poleżałam aż skończyła się doba hotelowa i Czech przy pomocy Polaka, która okazała się niepotrzebna (nie miałam wcale tak dużo bagażu jak myślał) odwiózł mnie na początek szlaku. To było tylko 900m, ale nie po śniegu i sama bym sobie nie dała rady. Na pożegnanie obfotografował mój sprzęt, z rozrzewnieniem spojrzał na mapy.cz i mi pomachał.

Padał marznący deszcz. Szlak wiódł moreną wzdłuż ciągu jezior. Stała przy nim przytulna wiatka z obficie wypełnioną drewutnią (pełną porąbanych szczapek) i dwie chatki należące do Statskogu. Poszłam do drugiej. To było tylko 7km, ubitym szlakiem, który choć wyznakowany dla nart służył głównie właścicielom letnich domków. Ktoś nawet pojechał po nim samochodem.

Chatka była malutka, ale zadbana. Dwa łóżka piecyk i stół. Drewno w ogromnych kawałkach, belach ustawionych na sztorc na dworze. Na szczęście ktoś zostawił wewnątrz wór suchych szczap. Wieczorem pogoda bardzo się poprawiła. Nocą była zorza.

Ranek słoneczny. Bezwietrzny. Krojąc norweską podróbkę marcepana skaleczyłam się w kciuk. Krew trysnęła na podłogę, zanim znalazłam bandaż i plastry narobiłam na wszystkim paskudnych plam. Trochę je wyczyściłam, ale nie wszystkie. Skapało też na moje spodnie i na plecak. Przydał się alkohol, który niosłam razem z klejem dla Agnieszki (wyjechała w dziurawych butach). Cieszyłam się, że mąż przed wyjazdem odmówił ostrzenia mojej finki…

To musiało być bardzo głębokie cięcie. Palec krwawił przez cały dzień, musiałam zmieniać opatrunki. Może, bo niechcący go dociskałam trzymając kijek. Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo do najbliższej chatki było daleko. 30 km.

Nartostradą, potem polną drogą wzdłuż jeziora (mogłam po jeziorze, ale się bałam kruchego lodu), po lesie. I w końcu i tak po jeziorach, bo nie było już innej możliwości. Psiarze zostawili wyraźny ślad, starałam się z niego nie schodzić. Lód był zasypany grubym śniegiem, raczej bezpieczny, ale pod drugim brzegiem i w każdym przesmyku widziałam rzekę. W tych miejscach ślad sanek i psich łap odbijał do lasu i często pokonywał straszne wertepy. A ja z nim.

Pod wieczór wyszłam na szosę i przez 600 metrów trzymałam się resztek śniegu na asfalcie. W prawo w górę powinien odbić szlak do pierwszej chatki. Nie widziałam go. Gęsty las. Zaspy i gąszcz gałęzi. A dalej skuterowy ślad i kilka zaparkowanych samochodów z przyczepami. Może jakaś impreza myśliwska w tej chatce? To też mi się nie spodobało. Wróciłam do szosy. Kilka kilometrów dalej była wiatka, pamiętałam ja z lata. W tą piękną bezwietrzną pogodę wydawała się świetnym pomysłem na noc więc tam poszłam.

Nie było źle. Zmieścił się namiot. Miałam piękny widok na rzekę i dostęp do wody. Nocą pojawiła się zorza i choć w lesie nie było jak jej sfotografować miło było ją mieć i patrzeć.

Share
Translate »