Armenia pieszo cz26 Arevik

Budzik w ciemności. -Jesteś pewien, że już musimy wstać? Zimno, szkoda wychodzić ze śpiwora, śnieg w plastikowych torbach- nietknięty, nierozmrożony, płomień palnika, skwierczenie przypalanego garnka i płatki śniegu opadające cicho za oknem. Świecimy, ale nie widzimy ile przybyło. Wyobraźnia maluje bezdenne zaspy, szykujemy się jakbyśmy szli na wojnę, ale spadło najwyżej kilka centymetrów. -500 metrów do drogi- melduję ścierając płatki z ekranu smartfona. Rozwidnia się. Idziemy we mgłę. Trafiamy na coś jakby ścieżkę, potem poidło dla krów, grubszą drogę. Według mapy powinna biec trawersem. Nie widzimy zbocza, ale jest skos. Przez kilka godzin nasz horyzont sięga paru metrów. Ośnieżone rośliny,  przyprószone skały, mokre ptaki i płatki wirujące w bezwietrznym powietrzu. Potem przeciąg- wnioskujemy, że kończy się zbocze. Pewnie można by tu zejść do wsi. Schodzimy kawałek i wracamy. Szkoda nam gór. Mapa- ta z polskim szlakiem nie pokazuje tu już więcej dróg, ale przed nami jest jakiś ślad. Nawigacja widzi urwane kawałki. Gdybyśmy szli dalej na południe wejdziemy do Parku Narodowego Arevik, kusi nas to. Ryzykujemy. Przechodzimy na drugą stronę zbocza i znów kilka godzin idziemy skosem. Jestem głodna. Jose robi namiot z folii (tej, którą kładziemy pod podłogę). Siadamy, jemy, „namiot” się rusza, zasłania nam oczy, ale chroni przed wiatrem i śniegiem. -Sfotografuj to- prosi Jose, ale nie mam szerokiego kąta, więc nie wiem jak. Jesteśmy zadowoleni. Jest pięknie.

Po południu znajdziemy fragment drogi w nawigacji. Precyzyjnie staniemy „na kresce”, ale ścieżka jest tylko wirtualna, niewidoczna w trawach i śniegu. Będziemy chodzić w górę i w dół, mgła zgęstnieje, śnieg zmięknie i zmieni się w marznący deszcz. -Schodzimy- zdecyduje Jose. -Nie wierzę- będę myśleć przebijając się przez oblodzone skały, przez krzaki, kolce strome trawki…

Czym niżej tym cieplej, śnieg płytszy, deszcz bardziej mokry, krzaki gęstsze. W teorii nadal idziemy ścieżką, opada łagodnie i kończy się na jakimś potoku. Na mapie, bo w rzeczywistości wcale się nie zaczęła. -Pójdziemy dalej trawersem- obiecuje Jose, nawet wtedy kiedy widzę, że idzie wprost na skalną ścianę. -No dobrze, nie przetrawersujemy… Rzeczka płynie kanionem. Skręcamy i idziemy w dół. -600 metrów do drogi- wyliczam i chowam smartfona pod kurtkę. Te 600 metrów porasta trawa po pas. Paprocie, róże, jeżyny. Zanim dojdziemy do poidła dla krów będziemy kompletnie mokrzy.

Znów ścieżką, widoczną tylko w nawigacji.  Przez chaszcze, przez skały wzdłuż rzeki. We mgle jesienne liście prawie świecą. Żółte wierzby, czerwone róże. Kanion pogłębia się i robi się stromy. Przechodzimy na drugą stronę, intuicyjnie, niemal po omacku trafiamy na ścieżkę, a potem na ruinę wsi. Przez chwilkę kluczymy z nadzieją na jakiś dom, ale to tylko sterty kamieni. Nawigacja pokazuje wyjście, idziemy teraz już po ścieżce, szybko, po stromym stoku, potem leśną drogą, gdzie pojawiają się już miejsca na namiot, ale w tej mgle gęstwina wydaje się straszna. -Dojdziemy do drogi przed nocą- pocieszamy się na zmianę, chociaż zostało nam chyba z pięć kilometrów.

Przez moment chmura się rwie. Po stoku, gdzie jak wnioskuję z mapy jest ścisły rezerwat przyrody przesuwa się plama żółtego światła. Potem zatapia nas błękit, a na górce pojawia się dom. -Nie bardzo- grymasi Jose, chociaż sypialiśmy już w gorszych miejscach. Zdejmuję plecak, wyżymam skarpetki- Chodź tu jest znacznie lepiej!- słyszę więc zbieram się, zarzucam plecak i znów ruszam w mokre krzaki.

Śpimy wygodnie na drewnianej pryczy i jedyny nasz problem to woda. Jest już zbyt ciemno, zbyt mgliście żeby jej szukać.

Share

Armenia pieszo cz21-Sisian

Nie pada, lekko szeleści szron. Brniemy w trawach przez wał wulkanicznych skał, rumowisko. Jeszcze nie wzeszło słońce, ale już widać, że to piękny dzień. -100 metrów, na pewno nie więcej- tłumaczę się, bo wieczorem zgubiłam drogę. Znajdujemy, jest zaskakująco szeroka. Szutrowa, rażąco nowa. Zrozumiemy to za kilka kilometrów. Mija ósma i mija nas samochód. Staje, zawraca. Opada zaciemniona szyba. To ochrona. -Nie wolno tędy iść- Jak to? Podeszliśmy już kilkaset metrów, gdzie mamy wracać? Przecież nie pójdziemy szosą- Protestuję po angielsku i po rosyjsku. -Idziemy od 3 tygodni- mówi Jose -Jestem z Hiszpanii, Jose Antonio. Panowie w mundurach ściskają wyciągniętą rękę. Okazuje się, że jednak można przejść, ale nie wolno nam zbaczać z nowej drogi. -Tylko zrobimy wam zdjęcie- zawraca jeszcze jeden z panów. -Uśmiech- mówię do Jose, bo znów było po rosyjsku. – I bardzo proszę nie publikujcie tego na facebooku- ależ skąd zapewniają strażnicy- To dla szefa, żeby wiedział kto szedł-  Co tu jest?- próbuję się dowiedzieć, ale słyszę tylko, że to tajemnica. Idziemy. Mijamy jakieś instalacje. Rurociąg. Nie fotografuj, bo się ktoś przyczepi- radzi Jose.

Zaproszenie na herbatę brzmi jak rozkaz. W stróżówce jest upiornie ciepło. Pijemy, dosładzamy konfiturą z jeżyn. To kopalnia złota, nieczynna od początku roku. Kiedyś pracowało tu 2000 osób, teraz tylko ochrona. -Co się stało? -wypytuję. -Problemy ekologiczne, zagrożenie zatruciem pitnej wody. -Służyłem w Kosowie z Polakami- mówi dowódca. – I jak?- Dużo pili.

Poszliśmy potem dalej starym asfaltem, przez suche stoki, aż do szosy wspinającej się na Vorotan Pass. Z wysokiego płaskowyżu wylewały się przerażające chmurska. Wiatr wduszał je w korytarz wciśnięty pomiędzy Górski Karabach i Azerbejdżan, szeroki tylko na 20 km. Strażnicy radzili żeby dalej nie iść. To samo słyszeliśmy od nauczyciela z Karmashen, panów z hotelu w Hermon… Nie było tu innego przejścia niż szosą, w górach po obu stronach doliny leżał śnieg.  Pomimo tego podeszliśmy prawie pod przełęcz. Wąską, pokręconą górską drogą pełną samochodów i ciężarówek.  Zatrzymaliśmy się na chwilkę widząc śmieciarkę, nowość więc chciałam ją sfotografować. Dwóch mężczyzn zbierało śmieci z pobocza. Torby foliowe, papiery tańczyły w podmuchach wiatru. Uciekały z rąk. Mężczyźni je łapali, gonili. Kiedy do siebie machaliśmy zatrzymała się furgonetka. -Gdzie was zawieść ? – 30 kilometrów, do skrętu na Szaki- powiedziałam i nasze plecaki wylądowały na makaronie, kartonach z dżemami, z oranżadą. Przełęcz Vorotan była oblodzona, ale niebo było tam prawie wolne od chmur. Szybko, przerażająco szybko jak dla nas przesuwały się kamieniste łąki pocięte znajomymi kanionami. -To dlatego wszystkie drogi prowadzą tu tylko w górę i w dół- myślałam  i żałowałam, że nie idziemy. Pomimo wszystko.

-Nie wiesz gdzie jest słynny wodospad? – zaczepiłam parę turystów w Szaki. -Wiem właśnie stamtąd wracamy -Nie masz tego w nawigacji?. Nie miałam. Za chwilkę znów się spotkaliśmy w sklepie. – Może pomogę? – powiedziałam-znam rosyjski. Dziewczyna tylko strzyknęła palcami- po ile banany, czemu takie drogie? Rozumiałam, chociaż mówiła po portugalsku. Sprzedawczyni też zrozumiała. Odłamała dwa i dała dziewczynie za darmo. Jose zagadał coś po hiszpańsku- Jesteśmy podróżnikami!- powiedział chłopak ciągnąc po ubitym z błotem gnoju samolotową walizkę na kółkach. Myśleliśmy, że idą na autobus, ale puścili go i odjechali taksówką. Byli z Brazylii.

Do wieczora minęliśmy Sisian- senne miasteczko bez baru czy restauracji ale z elegancką herbaciarnią bez toalety. Trzymając się rzeki (ładnej jak nam obiecała barmanka), zasypanej tonami śmieci, zalanej gnojem, obrośniętej nadpalonymi chaszczami wypasanymi przez stada owiec i pojedyncze krowy na postronkach, minęliśmy ruinę kołchozu i wieś, chyba Uyts… Trochę nam się tam pokręciły kierunki. Było ciemno. Nabraliśmy wody przy pomniku na przeciw wiejskiego sklepu i już po nocy rozbiliśmy namiot z 500 metrów za ostatnim domem. Sisian to najzimniejsze miejsce w Armenii. Było zimno.

Share