Norwegia w poprzek cz7-Kjolifjellet

Choć od pani z informacji turystycznej wiedziałam, że można bezpiecznie przejść jeziorem na widok stosów połamanej kry nieco się wystraszyłam. To był zaporowy zbiornik, z którego spuszczono wodę. Poziom opadł o dobrych kilka metrów i idąc wzdłuż tyczek znaczących skuterowy szlak łudziłam się, że może spuszczono całą… Dopóki nie wypatrzyłam wędkarza. Lód był goły, wywiany, miejscami poroztapiany, lub topiony i zamrażany wielokrotnie, czasem czarny. Nie czułam się pewnie, choć widoki były wspaniałe. Nad górami, z których zeszłam wczoraj snuły się chmury tak niskie, że się ocierały o lód. Za tą kłębiącą się mgłą wstawało słońce. Do przejścia było kilka kilometrów może 3, z zatoki na drugim brzegu powinien wyruszać szlak narciarski, który, okrężną drogą doprowadzał do kolejnego i kolejnego aż w końcu miałam trafić na szlak DNT. W rzeczywistości słabo się to pokrywało z mapy.cz. Część nie została wyratrakowana, zwykłe drogi dojazdowe do domków, część urywała się w środku wsi, spędzałam kilka godzin w lasach zanim udało mi się dotrzeć na szlak, który zresztą na początku też jakoś mi nie pasował do mapy i znów zrobiłam pętlę próbując trafić. Nie przeszkadzało mi bardzo to błądzenie, bo mimo natłoku letniskowych domków las był ładny, pięknie pokryty szadzią, a do chatki tak daleko, że wątpiłam czy się i tak wyrobię. Nie wiało mocno, więc perspektywa biwaku nie przerażała. Czym wyżej tym mniej wyraźne były ślady ludzi. Ponad lasem widziałam już tylko jeden, a potem spotkałam narciarza z psem, który nim wracał. Podejście na Kjolifjellet na mapie wydawało się ogromne, ale było bardzo łagodne i długie. Wspinałam się powolutku krok po kroku. Znikły iglaste drzewa, weszłam w brzózki z czasem coraz bardziej karłowate aż zostały z nich tylko niskie krzaki. Przez cały dzień utrzymała się na nich szadź. Może, nie byłam pewna, opadała i narastała ponownie z każdą kolejną snującą się nisko chmurą?

Szlak był letni i oznakowany na ziemi, więc wielokrotnie się na nim gubiłam. Kilka razy musiałam wejść po bardzo stromym lodzie czy zjechać po urwisku pełnym zasp. Gdybym widziała tyczki czy krzyże pewnie zdołałabym obejść takie miejsca, ale że nic nie widziałam trzymałam się nawigacji w telefonie, z różnym skutkiem. Letnie szlaki lubią trawersy po zboczach (omijają w ten sposób mokradła), narciarz wolałby pójść bagnem, bo równe i płaskie, podobnie upiorne zimą są krzaki na stromym. Tworzą się w nich przepastne zaspy naprawdę trudne do pokonania, prawie wpław.

Poczułam się swobodniej na gołym grzbiecie, z daleka widziałam drogę w dolinie, zimą zmienioną w skuterowy szlak (był zakaz wjazdu dla samochodów). Znów szłam łagodnie pod górę, niby prosto, ale często nie wiadomo gdzie, bo brakowało większości znaków. Było też trochę wywianych do gołego skał i dziwne ślady zwierząt. Ten najdziwniejszy sfotografowałam. Wzdłuż odbicia łap ciągnął się zamaszysty, pogięty jak sinusoida ślad drapania. Długi i obmarznięty ogon? Łup w pysku? Choć ten ślad towarzyszył mi długo i był doskonale zachowany, pewnie świeży nie udało mi się wyjaśnić co to. Pogoda za to bardzo się poprawiła. Za mną wynurzyły się wysokie góry zwieńczone już daleką Sylarną. Żałowałam, że miałam je za plecami nie na wprost. Były piękne, otoczone resztkami chmur, z biegiem dnia coraz bardziej złote, w końcu różowe i błękitne. Gdzieś w połowie podejścia od strony drogi dołączył ślad narciarzy. Idąc po nim próbowałam odgadnąć kto to. Choć narty były identyczne (może z wypożyczalni?), gładkie (bez łuski) z przyklejoną na stałe krótką foką ,w trudnych miejscach rozbiegały się i każdy odcisk był odrobinę inny. Doliczyłam, że ludzi musiało być troje. „Dwie kobiety i mężczyzna czy chłopiec” myślałam, bo ten trzeci ktoś musiał być niski. Nie wiem skąd przypuszczenie, że dwie pozostałe to kobiety, ale byłam pewna. Jedna silniejsza i jedna mniejsza, czy słabsza. Na ostrym oblodzonym podejściu upewniałam się, że się nie mylę, słabsza z pań zdjęła narty i na stoku odbiły się damskie buty i chwiejny, wąsko ustawiony ślad stóp kogoś kto już bardzo się zmęczył. Pozostała dwójka podeszła na nartach, kobieta bezpieczniejszym zygzakiem facet na siłę, na wprost, ja musiałam stanąć i przykleić foki. Mocno wiało, skały pokrywał na zmianę lśniący lód i barchanowe, faliste zaspy.

Kolejne wzniesienie znów okazało się gołe, ciemniejszy punkt, który z nadzieją brałam na domek był skałą i choć wydawało mi się, że czuję dym chatka była daleko. Jeszcze ze 3 km. Doczłapałam do niej chwilę przed zmrokiem. Mocno zmęczona. O ścianę stały oparte 3 pary nart z wąskimi połówkowymi fokami. Schronisko otulały wysokie zaspy, drzwi się zacięły. Pomyślałam, że są zamknięte od wewnątrz, więc wspięłam się na zaspę i zapukałam w okno. Za szybą gotował coś niski mężczyzna, a dwie kobiety, starsza i młodsza w pośpiechu wpisywały się do książki gości. Starsza przyszła potem otworzyć drzwi. Nie były zamknięte, tylko przymarzły do framugi. Wewnątrz było bardzo ciepło, trójka Niemców mieszkająca na stałe w Trondheim zdążyła już natopić 2 wiadra wody. Zajęli jeden pokój, więc z przyjemnością rozłożyłam swoje rzeczy w drugim.

Były też dwa długie stoły, więc sobie nie przeszkadzaliśmy. Miły wieczór. Taki, po którym nie zostają wspomnienia, nic ważnego, żadnych wiadomości, czy spostrzeżeń, tylko lekkie uczucie ciepła, wygody.

Share

Norwegia w poprzek cz5

Nad ranem zerwał się silny wiatr. Obudził mnie i już nie zasnęłam. W chatce było tylko jedno okienko, niewiele widziałam, więc co jakiś czas wychodziłam patrzeć jak wstaje dzień nad Sylarną. Było pięknie. Nie śpiesząc się natopiłam do termosów śniegu i wyruszyłam w stronę schroniska Sylarna z myślą o pokoju i prysznicu. Wiało w twarz, naprzeciw mnie sunęły tumany śniegu, które choć niebo było błękitne wyglądały jak gęste niskie chmury. Może było w tym też trochę chmur… Wszystko to zlało się w jedno, blask raził. Podchodziłam na przełęcz i czym wyżej tym było trudniej. Niewiele widziałam, z trudem przesuwałam się do przodu, a wiatr narastał. To było jednocześnie piękne i groźne, gdybym była bardziej zdeterminowana pewnie osłoniłabym czymś twarz i jakoś bym się przez ten armagedon przebiła. Bywałam przecież w takich miejscach. „Tylko po co?” chodziło mi po głowie coraz częściej. Znałam tę trasę, tuż przed schroniskiem wchodziła w kanion, stał tam wprawdzie ratunkowy schron, już kiedyś nawet w nim spałam, ale teraz niczym mnie nie kusił. Na tym płaskowyżu jest więcej schronów, a drogi do ciepłego prysznica broniła wąska dolina. Wyobraziłam sobie jak wbija się w nią strumień puchu, jak kręci i przestawia zaspy po ścianach. „Brr”…Pomyślałam. Nie było jak zerknąć na mapę. Odwróciłam się plecami do wiatru. Wspaniale. Taka ogromna różnica! Postałam tak kilka minut i poszłam w dół. Teraz poruszałam się bardzo szybko. Co za ulga!

Zanim ponownie dotarłam do swojego schronu minęła mnie para. On szedł pierwszy, w cienkiej czapce i okularach (nie solidnych goglach jak ja, nie opatulony kapturem), ona skulona za jego plecami. Pomyślałam, że są bardzo odważni. „Pewnie przyzwyczajeni” przeszło mi przez myśl i przez chwilkę było mi żal, że stchórzyłam.

Przy chatce wiało jak oszalałe, śnieżna mgła zalewała budynek do połowy, ale już kilkaset metrów dalej było cicho. Jak ręką odjął. Stanęłam zdezorientowana. Za moimi plecami nadal szalał biały tuman, chmury zlewały się z górami, znikały szlakowe słupy. A tu cisza… „To musi być wiatrowy cień Sylarny” dotarło do mnie i natychmiast postanowiłam to wykorzystać. Zamiast do Blahamaren (gdzie jak sądziłam też powinien być prysznic) skręciłam w kierunku pięknych gładkich wzgórz i przez cały dzień włóczyłam się po płaskowyżu. Wspaniale, dziko i w pełnym słońcu.

Wiatr zerwał się równie nagle jak wcześniej ustał. Było już popołudnie, prawie wieczór. Przede mną pełzały śniegowe macki, grań była niewyraźna, rozmyta. Z żalem obejrzałam się w tył. Wróciłam kilkadziesiąt metrów i złapałam prognozę pogody. Armagedon, huragan przez cały dzień, a wieczorem też świeży śnieg. Gdzieś trzeba to będzie przeczekać. Do wyboru było Blahamaren lub Storeriksvollen, wybrałam Norwegię. Czego by nie mówić o DNT ich chatki są prawie o połowę tańsze niż szwedzkie, zwłaszcza, że wykupiłam zniżkę na norweskie i w Szwecji płaciłabym pełną kwotę.

Byłam za daleko żeby zejść przed nocą, musiałam zabiwakować w ratunkowym schronie, który minęłam wcześniej na granicy. Był identyczny, jak ten gdzie spałam. Prawie bez drewna, z jakąś marną resztką, której podobnie jak poprzedniej nocy nie tknęłam. Wiało tak, że trudno było otworzyć drzwi do toalety, trudno wyjść, bo wszystko pokrył wywiany lód. Nocą wiatr łomotał linami, które utrzymywały budynek w pionie, rzęziły, jęczały, a mogły zagrać jak harfa eolska. Ociepliło się i spadł marznący deszcz. Świat obrósł świeżą warstwą lodu. Nie mogłam spać, a że był zasięg łapałam jakieś wiadomości z fb. Odezwał się Mateusz Waligóra, gdzieś z Finnmarksviddy. Myślałam, że może idzie naszym śladem, przez 10 lat nikt jakoś naszej trasy wzdłuż płaskowyżu nie powtórzył, ale wybrał krótszy wariant, w poprzek, niżej, z chatki do chatki. Tak jak poprowadzono szlak DNT. Tą drogę też już widziałam, ale jesienią i w porównaniu z tym, czego doświadczyliśmy z Jose w marcu 2016 wydawała mi się bardzo łatwa. Wtedy nie było wyboru, bo rzeki, ale zimą na północy cały świat stoi otworem. Ciekawa byłam dlaczego Mateusz nie może spać, ale jakoś go nie zapytałam. Gryzła mnie myśl co jest nie tak, ze mną, ze światem. Dlaczego wszyscy chodzą po szlakach, a ja bez i często takie wyznakowane przez kogoś obcego trasy mnie nudzą, a pociągają mnie nieznane bezdroża. W górach i w życiu, choć niektóre muszą przecież prowadzić donikąd.

Wstałam wcześnie i wyszłam jeszcze długo przed świtem. Jaśniało już, za granią pięknie zachodził księżyc w pełni. Trasę zjazdu pokrywał goły lód z wystającymi co i rusz letnimi kładkami. W lesie ponarastało kopnych zasp, a wszystkie stare ślady zawiało. Został tylko jeden, dziewczyny z obsługi Blahamaren, którą minęłam już na dole. Szła z psem, troszkę ją ciągnął, ale i tak była to bardzo trudna droga do pracy. Współczułam.

Do Storerikvollen dotarłam długo przed południem. Zdążyłam napalić, nagrzać wody i umyć włosy zanim nadeszła para Szwedów. Tych samych, którym minęłam poprzedniego dnia. Podeszli już tylko kawałek po tym jak mnie minęli i zawrócili do Blahamaren. -Myślałam że jesteście bardzo odważni- zaśmiałam się- bardzo głupi!- zaśmiał się Magnus. Astrid musiała to wydarzenie odespać. Mieliśmy dwa pokoje, pełen luksus. A w Blahamaren wcale nie było prysznica, trwał remont i w zasadzie niczego nie było. Mała salka z kilkoma łóżkami. Dlatego szli do Sylarny się umyć. Śmialiśmy się z tego bardzo wieczorem. Mili ludzie.

Przed nocą dotarło jeszcze dwóch Austriaków. Szli z Nedalshytta i kilka dni wcześniej rozpadły im się wiązania, tak jak Agnieszce. Były z wypożyczalni w Storlien i udało im się je wymienić na inne, ale stracili dzień i teraz się nieco śpieszyli. Poszli nawet skrótem przez jezioro. Spali na górze, więc nadal korzystaliśmy z luksusów.

Wiatr niestety wyczyścił ich ślad, a sama nie odważyłam się wchodzić na lód. Wiedziałam, że miejscami jest wytopiony, jezioro było zaporowe, więc niezbyt pewne. Widoczność słaba. Poszłam brzegiem wzdłuż krzyży przez świeże zaspy i krzaki. Do Nedalshytte było 24 km, głównie w górę, byłam przekonana, że nie zdążę. Wychodząc wahałam się nawet czy nie zaczekać. Agnieszka spodziewała się być w Storerikvollen wieczorem. Tylko potem wybierała się do szewca w Szwecji i do koleżanki w Dalarnie i i tak musiałybyśmy się rano rozstać. Szkoda mi było dnia, nie zaczekałam.

Share
Translate »